Za nami Dzień Dziecka Utraconego, obchodzony 15 października, a przed nami uroczystość Wszystkich Świętych. W ten czas smutku, tęsknoty i nadziei wpisują się historie, z których dwie pragnę przytoczyć. Pierwsza dotyczy Antosia. „W maju 2016 r. na świat miał przyjść Antoś. Nasz wymarzony synek. Miał już swoje miejsce w domu, swój pokoik, swoje łóżeczko. Miał także swoje miejsce w naszych sercach. Czekaliśmy na niego z ogromną miłością. Wszystko przebiegało prawidłowo. Nic nie zapowiadało tragedii. Do porodu zostało 6 dni. Pojechałam na badanie dlatego, że przestałam czuć ruchy dziecka. Pamiętam tamto gorące majowe popołudnie. Pamiętam słowa lekarza: «Nic nie widać. Nic nie słychać». I pamiętam moment, w którym zawalił się cały mój świat. Nie potrafię opisać tego bólu. Był większy niż wszystkie słowa. Większy niż łzy. Większy niż rozpacz. To był moment, w którym po raz pierwszy naprawdę krzyknęłam do Boga: «Dlaczego? Dlaczego moje dziecko?». Wydawało mi się wtedy, że Bóg milczy. Dziś wiem, że właśnie wtedy był najbliżej. Był w położnej i lekarzu, którzy zadbali o nas z ogromną delikatnością. Był w możliwości ochrzczenia naszego synka. Był w chwili, gdy mogłam przytulić go do serca. Był w rodzinie, która otoczyła nas miłością. Był w ludziach, którzy płakali razem z nami. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy razem z mężem ubieraliśmy naszego synka. Zakładaliśmy kolejne części błękitnego ubranka z taką czułością, jakbyśmy przygotowywali go do chrztu. Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam. Dziś wiem, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Bo choć nie mogę przytulić Antosia tutaj, jego obecność jest w naszym domu każdego dnia. Jest w tęsknocie. W rozmowach dzieci. Antoś jest naszym małym przewodnikiem do nieba. A niebo od dnia jego narodzin przestało być dla mnie odległą rzeczywistością. Stało się domem, w którym ktoś na mnie czeka. Dziś wiem, że największym cudem mojego życia nie było to, że podniosłam się po tym upadku. Największym cudem było to, że Bóg nie pozwolił, by moje serce zamieniło się w kamień. Dzisiaj nie patrzę już na swoją historię jak na historię cierpienia. Patrzę na nią jak na historię miłości. I dlatego nie boję się przyszłości. Wiem, że tam, po drugiej stronie, czeka mój Antoś”.
Druga historia dotyczy Marcina, który odszedł jako nastolatek. Jego mama napisała: „Myślę o katechezie w parafii na temat śmierci i życia wiecznego. Uświadomiłam sobie, że śmierć z jednej strony jest bardzo intymnym momentem między Bogiem a człowiekiem, a jednocześnie potrzebuje innych wokół siebie, tej wspólnoty, która się pomodli, pośpiewa i pogada. Po śmierci ciało idzie do ziemi, dusza wraca do Boga. Bliscy zostają. I czasem są jeszcze rzeczy, które trzeba za nich lub dla nich zrobić. Tak jak czułam, że muszę podziękować pani Magdzie, organistce, tak poczułam, że jest jeszcze jedna osoba. Dziś pojechałam do lekarza, który leczył mojego syna. Czułam, że chcę mu podziękować. Doktor się popłakał. Nie chciałam, żeby tak było. Podziękowałam za pracę, jaką wykonał dla mojego syna. Za troskę i empatię, jaką okazał, i za to, że nigdy mnie nie okłamał i zawsze mówił tak, jak jest. Za cierpliwość w odpowiadaniu na ogromną ilość pytań, jakie miałam, i za to, że czasem jedyną odpowiedzią było «nie wiem». Podarowałam mu witraż z Aniołem Stróżem i powiedziałam, że będę się za niego modlić. Wyrażenie tej wdzięczności było najtrudniejszym doświadczeniem po śmierci i pogrzebie Marcinka. Śmierć mojego synka otworzyła mi oczy na to, jak cenne jest życie, każde życie, od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Teraz już pójdę bez mojego syna. Będę o nim pamiętać już zawsze, kochać go i być wdzięczna, że Bóg mi go dał. I że dał mi też taką nową siłę, Bożą siłę”.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
