Reklama

Opowieść o różańcu dedykowana wszystkim, którzy nie lubią różańca

Drewniany różaniec

Krystyna Dolczewska
Edycja zielonogórsko-gorzowska 39/2003

Musiał to być początek roku 1916. W grudniu poprzedniego roku mój Tatuś skończył 18 lat, a młodszych do wojska nie powoływano. Został powołany na wielką wojnę. Moja Babcia wysłała trzech synów na wojnę. Jeden nie wrócił. Mojemu Tacie na pożegnanie dała drewniany różaniec, który miał pięknie rzeźbione paciorki „Ojcze nasz”. Ten różaniec był z moim Ojcem na polach Francji, szedł z nim przez Niemcy po ich kapitulacji. Dodam, że Tatuś szedł pieszo z Francji przez miesiąc, bo mieszkając w zaborze pruskim, walczył po stronie przegranych... Gdy wrócił do rodzinnej wsi, długo nie pobył z rodziną, zaraz z różańcem poszedł do powstania wielkopolskiego. Gdy powstanie się skończyło, drewniany różaniec poszedł ze swym właścicielem walczyć z bolszewikami.
Myślę, że to wtedy, w tych wszystkich zawirowaniach początku XX w. właściciel drewnianego różańca nauczył się codziennie go odmawiać i to mu zostało do końca życia. Nie znam drugiego takiego mężczyzny, który codziennie od młodości do śmierci odmawiałby Różaniec. Siostra i ja widziałyśmy go zawsze wieczorem klękającego do modlitwy. Nauczyłyśmy się bawić się ciszej, choć Tatuś od nas tego nie wymagał. Potrafił się skupić w największym hałasie. Więcej: nasz pies Miki stwierdził, że zgięte nogi klęczącego człowieka, to świetne miejsce do leżenia, choćby tylko przez 15-20 minut. Gdy tylko Tatuś klękał, Miki umieszczała się na nogach. Wywoływało to na naszych twarzach uśmiech. Tatuś też się uśmiechał, ale dalej spokojnie modlił się na swym drewnianym różańcu. Dzisiaj, gdy jestem dorosła, nasuwa mi się porównanie ze św. Franciszkiem, bo muszę dodać, że Tatuś kochał wszystkie stworzenia i całą przyrodę.
Tato nosił drewniany różaniec zawsze przy sobie. Któregoś lata, gdy poszliśmy się kąpać w naszej rzece, zgubił go. To była ogromna strata dla niego. Różaniec od Matki... Przeszedł z nim wszystkie wojny... Nie usłyszałyśmy jednak żadnego narzekania, nawet nie wiedziałyśmy, że drewnianego różańca już nie ma. Nasz Ojciec miał bowiem jeszcze jedną cechę - zawsze się zgadzał bez szemrania z wolą Bożą. Było raczej niemożliwe, aby ten różaniec się znalazł.
Jako dziewczynka lubiłam wstępować do mijanej po drodze fary, naszego kościoła parafialnego. Jednego razu wychodząc z kościoła, zatrzymałam się w kruchcie, aby zerknąć na ogłoszenia. Spojrzałam i osłupiałam: na tablicy ogłoszeń przyczepiony był drewniany różaniec Tatusia! Doskonale rozpoznawalny ze względu na oryginalnie rzeźbione paciorki Ojcze nasz. Ktoś go znalazł na ciągnących się nad rzeką łąkach i przyniósł do kościoła.
Gdy już niemożliwe stało się faktem, mój Ojciec mógł znowu wziąć do rąk drewniany różaniec, choć gdy go nie było, nie przestał przecież odmawiać modlitwy różańcowej. Ostatni rok życia pamiętam go w fotelu zawsze z drewnianym różańcem. Swą modlitwą ogarniał wszystkie nasze potrzeby. Mówiliśmy o nim, że to jedyna osoba w rodzinie, która się modli za i w imieniu wszystkich. Niestety, ja mając taki przykład, nie polubiłam Różańca...
Tatuś odszedł do Boga w sobotę - dzień Matki Bożej, w miesiącu październiku, jak przystało na tego, co całe życie odmawiał Różaniec... Drewniany różaniec włożyliśmy mu do trumny.

Reklama

Kalwaria Pacławska: nabożeństwo Exodusu na Franciszkańskim Spotkaniu Młodych

2019-07-23 13:16

pab / Kalwaria Pacławska (KAI)

Niedawno świętowaliśmy 50. rocznicę lądowania człowieka na Księżycu. Jest się z czego cieszyć. Jednak chyba zapominamy, że każdego dnia podczas Eucharystii na ołtarzu ląduje kawek nieba – mówił ks. Wojciech Węgrzyniak, który był gościem 32. Franciszkańskiego Spotkania Młodych w Kalwarii Pacławskiej. Wieczorem nad rzeką Wiar odbyło się nabożeństwo Exodusu. W jego trakcie każdy mógł symbolicznie przejść przez wodę.

pl.wikipedia.org

Ks. Wojciech Węgrzyniak wskazywał na trzy ważne elementy w przygotowaniu do Mszy św. – Po pierwsze trzeba umieć zachwycić się materią, światem otaczającym. Po drugie dzięki Bogu jesteśmy wolni. Uczestnictwo w eucharystii przemienia zniewolenie człowieka. Trzecią ważną rzeczą, o której trzeba pamiętać w przygotowaniu do mszy jest świadomość i wiara we wszechmocność Boga. Należy zrozumieć, że przyjmujemy Boga, który wystarczy, że tylko powie i dzieją się cuda – mówił podczas konferencji.

– Niedawno świętowaliśmy 50. rocznicę lądowania człowieka na Księżycu. Jest się z czego cieszyć. Jednak chyba zapominamy, że każdego dnia podczas eucharystii na ołtarzu ląduje kawek Nieba – zaznaczył biblista.

Ks. Węgrzyniak odprawił również Mszę św. i wygłosił homilię. – Dajcie czasowi czas – mówił, wskazując na istotę cierpliwości w życiu. Uspokajał młodych, że jeżeli nadal nie wiedzą, co będą robić w życiu i mają wiele wątpliwości, nie muszą się martwić.

Podzielił się również świadectwem trudnego czasu ze swojego życia. Wspominał, że w 2008 r., po 10 latach od święceń było mu bardzo ciężko, „nie chciał rzucić kapłaństwa”, ale trudno mu było żyć.

Dokładnie zapamiętał czwartek 17 lipca 2008 r. Rano wystawił monstrancję z Najświętszym Sakramentem do adoracji i powiedział: „Nie odejdę stąd, dopóki mi nie pomożesz”. – Mijały godziny, wstaję, klęczę, siedzę, modlę się. Między trzecią a czwartą popołudniu stało się coś takiego, jakby ktoś ci ściągnął 30 kilogramów z pleców, jakbyś narodził się na nowo. Jakby Pan Bóg otworzył okno w niebie i powiedział: ej, Wojtek, spokojnie, jestem, nie panikuj, trzeba się było po prostu pomodlić 6 godzin wcześniej. To, co było ciężarem przez kilka miesięcy, znika w ciągu jednego dnia. Który nie lubi rano wstawać, zaczynam rano wstawać, który nigdy rano nie biegał, zaczynam biegać – opowiadał.

Duchowny zapewniał, że „Bóg każdego wyzwoli, tylko trzeba więcej jęczeć albo dać czasowi czas”. Przyznał, że teraz, gdy jest mu ciężko, nie ma pretensji do Pana Boga, a co najwyżej żal do siebie, że już mu się nie chce modlić przez 6 godzin. Ale – jak uznał – to znaczy, że jeszcze nie jest aż tak źle.

W poniedziałek wieczorem, na pamiątkę przejścia Izraelitów przez Morze Czerwone, odbyło się nabożeństwo Exodusu. Uczestnicy zeszli z pochodniami do rzeki Wiar, gdzie kontynuowano nabożeństwo. Każdy chętny mógł symbolicznie przejść przez rzekę. Na koniec wszyscy zebrali się na uwielbieniu w kościele, gdzie wychodząc dostali mleko i miód, na znak „krainy mlekiem i miodem płynącej”.

Dzień zakończyło kino. Młodzi obejrzeli włoską komedię „Jak Bóg da” w reżyserii Edoardo Falcone. Opowiada ona o cenionym chirurgu, a jednocześnie ateiście, którego syn postanawia zostać księdzem.

Organizatorem FSMu jest krakowska prowincja franciszkanów im. św. Antoniego z Padwy i bł. Jakuba Strzemię. 32. Spotkanie rozpoczęło się mszą świętą o 18.00 w niedzielę 21 lipca, a zakończy w sobotę 27 lipca. Podczas tygodniowego wydarzenia, młodzi będą mogli spotkać się z Idą Nowakowską, Mariką, ks. Krzysztofem Porosło, o. Jarosławem Wysoczańskim, Michałem Bukowskim i br. Valerio Folli. Będą mieli także okazję bawić się na koncertach zespołów Mate.O i Fioretti, tańczyć przy muzyce Tęgich Chłopów i obejrzeć spektakl grupy Teatr A.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak Lublin stał się Częstochową

2019-07-24 08:46

Anna Artymiak

Z okazji 70. rocznicy Cudu Lubelskiego Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej „Gaudium” przygotowało książkę pt. „Cud. W 1949 r. Lublin stał się Częstochową”. Publikacja opracowana przez Mariolę Błasińską przedstawia historię i świadectwa uczestników niezwykłych wydarzeń w katedrze lubelskiej.

Katarzyna Artymiak

Historia i świadectwa

Książka Marioli Błasińskiej jest pierwszą tak obszerną rekonstrukcją wydarzeń. Zawiera świadectwa uczestników cudu, jak i analizę dokumentów z 20 archiwów państwowych i kościelnych z całej Polski. Autorce udało się dotrzeć do wielu źródeł, w tym do państwowych dokumentów, powszechnie uważanych za zniszczone, a także do będących jeszcze w opracowaniu zbiorów z sekretariatu prymasa Polski kard. Stefana Wyszyńskiego. Najcenniejszym i najbogatszym źródłem były jednak zbiory Archiwum Archidiecezjalnego i archikatedry lubelskiej. M. Błasińska wykorzystała również materiały ze zbiorów osób prywatnych. Tytułowe zagadnienie omówione jest w kontekstach historycznym i religijnym, było to bowiem wydarzenie, które wpisało się w dzieje regionu i całego kraju, stając się źródłem wielu głębokich przeżyć duchowych. Książkę ubogaca cenny materiał fotograficzny, na który składają się zdjęcia historyczne oraz współczesne, a także skany dokumentów państwowych i kościelnych.

Prezentacja książki

W przededniu rocznicy Cudu Lubelskiego w Trybunale Koronnym odbyła się promocja książki z udziałem autorki oraz zaproszonych gości, m.in. abp. Stanisława Budzika, biskupów Ryszarda Karpińskiego i Mieczysława Cisło, proboszcza archikatedry ks. Adama Lewandowskiego, dyrektora „Gaudium” ks. Marka Szymańskiego, dyrektora lubelskiego oddziału IPN Marcina Krzysztofika i Jacka Wołoszyna (KUL/IPN). W spotkaniu uczestniczyli także: Jerzy Cichocki - świadek wydarzeń sprzed 70 lat oraz rodziny Zygmunta Dempka, chemika który badał łzę na obrazie, i Heleny Rawczuk, młodej kobiety, która w lipcu 1949 r. zginęła przed katedrą.

Opowiadając o pracy nad książką, Mariola Błasińska podkreślała, że największe wrażanie zrobiły na niej świadectwa. Przywołała jedno, Stefani z Kozienic, do której 3 czerwca, dokładnie miesiąc przed rocznicą Cudu Lubelskiego, przyszła we śnie Matka Boża. Chora kobieta usłyszała słowa: „wytrzymaj jeszcze miesiąc”; była przekonana, że umrze. Kiedy dowiedziała się o cudzie w Lublinie, wybrała się do katedry. Modląc się przed obrazem Matki Bożej dostrzegła, że postać Maryi jest dokładnie taka sama, jak z jej snu. Uzdrowiona kobieta co roku przyjeżdżała do katedry i składała świadectwo; w latach 60. XX wieku złożyła wotum wdzięczności za dar uzdrowienia.

Relacja świadka

Bezpośrednim świadkiem zdarzenia z 1949 r. był gen. Jerzy Cichocki, obecnie prezes kraśnickiego okręgu Związku Piłsudczyków RP. - Byłem jednym z pierwszych świadków cudu, który miał miejsce w katedrze lubelskiej. W ostatnich dniach czerwca, po skończeniu gimnazjum, zdawałem egzaminy do technikum budowlanego w Lublinie. To była niedziela; miały być ogłoszone wyniki z pierwszej części egzaminu. Z kolegą pojechaliśmy do szkoły i okazało się, że zostaliśmy dopuszczeni do egzaminów ustnych. Wracając, szliśmy przez Krakowskie Przedmieście; po południu przechodziliśmy koło katedry. Zaproponowałem, by wstąpić na odmówienie pacierza w intencji dalszych egzaminów. Kiedy weszliśmy do kościoła było już po sumie, prawie pusto. Odmówiliśmy pacierz i w tym czasie usłyszeliśmy płacz, jakieś krzyki. Poszliśmy do lewej nawy by zobaczyć, co się stało. Odruchowo spojrzałem na obraz Matki Bożej i zobaczyłem, jak po prawej stronie utworzyła się krwawa łza, która popłynęła wzdłuż twarzy i zniknęła przy brodzie. Wszyscy padliśmy na twarz i zaczęliśmy się modlić. Zaraz pojechaliśmy do domu; o wszystkim opowiedziałem rodzicom, którzy tego samego dnia wybrali się do katedry - mówił J. Cichocki.

Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej Gaudium zwraca się z prośbą, by świadkowie cudu, bądź osoby posiadające wiedzę lub materiały dotyczące samego wydarzenia jak i represji czy uzdrowień, zgłaszały się do siedziby wydawnictwa przy ul. Ogrodowej w Lublinie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem