Reklama

Jestem za otwieraniem teczek

Niedziela warszawska 8/2005

To, że dziś dużo piszemy o bezpiece, nie oznacza, że Polacy muszą się wstydzić swojej historii. Bilans dziejów najnowszych jest dla Polaków jednoznacznie pozytywny.

Z dr. hab. Antonim Dudkiem, historykiem Instytutu Pamięci Narodowej, rozmawia Piotr Chmieliński

- Piotr Chmieliński: - Jak Pan ocenia fakt wyniesienia przez byłego dziennikarza „Rzeczpospolitej” Bronisława Wildsteina fragmentu inwentarza elektronicznego IPN?

- Dr hab. Antoni Dudek: - Kolegium IPN określiło to jako incydent i ja też bym to tak określił. Był to incydent, którego konsekwencją jest ogromna polaryzacja nastrojów i emocji wokół kwestii lustracji i tzw. teczek. Osobiście uważam, że w przypadku tego, co zrobił Wildstein nie może być mowy o żadnym naruszeniu prawa. Wildstein przede wszystkim chciał zwrócić uwagę Polaków na problem przeszłości wielu z nich i zrobił to wyjątkowo skutecznie. Natomiast jakie będą dalekosiężne konsekwencje jego czynu, tego w tej chwili nie potrafię ocenić.

- Czy ta sytuacja wpłynęła jakoś na dotychczasowy, normalny tok pracy IPN?

- Zdecydowanie tak. Zaczęła się do nas zgłaszać znacznie większa niż dotychczas liczba osób z wnioskami o nadanie im statusu pokrzywdzonych. Po drugie, co wydaje mi się jeszcze bardziej znaczące, staliśmy się przedmiotem ogromnego zainteresowania ze strony mediów. Niektóre media zaczęły bardzo ostro nas atakować. Gwałtowności tych ataków nie da się porównać z niczym, co Instytut do tej pory przeżył. A przeżył wiele. Przypomnę tu chociażby ataki postkomunistycznej lewicy przy okazji ustalania budżetów dla IPN. To jednak, co się teraz dzieje, jest czymś zupełnie nowym. Wcześniej nie było żądań dymisji prezesa, a teraz się pojawiły.

- Z jakiego powodu są takie gwałtowne ataki?

- Ponieważ lista Wildsteina uświadomiła niektórym ludziom, że teczki rzeczywiście są już ujawniane i będą i na coraz większą skalę. Wiele z tych osób uznało, że trzeba coś z tym zrobić, bo przez kilkanaście lat o tym się wyłącznie mówiło, ale przy pomocy różnych działań, mniej czy bardziej zakamuflowanych, udawało się temu procesowi zapobiegać. Wielu ludzi zobaczyło się na tej liście i zrozumiało, doskonale znając swoją przeszłość, że za chwilę teczka dotycząca ich osoby może zostać ujawniona.

- Niektórzy sądzą, że lista Wildsteina zawiera spis agentów. Pan to bardzo wyraźnie dementuje. Kto więc znajduje się na tej liście?

- To zdecydowanie nie jest lista agentów. Statystycznie na tej liście dominują kadrowi funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa. Obok nich są wszystkie inne kategorie osób, które były przedmiotem zainteresowania bezpieki. A więc: osobowe źródła informacji, kandydaci na nich i wreszcie osoby inwigilowane, czyli tzw. figuranci. Te kategorie są tam wymieszane. W związku z tym z samego faktu obecności na tej liście wynika tylko tyle, że osobie, która znajduje się w tym spisie odpowiada jakaś teczka. Nic innego z tego nie wynika.
Nie można na podstawie tej listy jednoznacznie stwierdzić, że to jest na pewno ta osoba, o której myślimy. Chyba, że założymy, iż przez 45 lat rządów komunistycznych w Polsce była tylko jedna osoba o danym imieniu i nazwisku. Tak oczywiście mogło się w indywidualnych przypadkach zdarzyć, ale tego nie da się łatwo sprawdzić. Wedle mojej wiedzy, można to próbować robić w systemie PESEL. Ale on był tworzony w latach 70. i nie obejmuje osób, które zmarły do chwili jego uruchomienia. Dlatego w 99,9% przypadków dopóki się nie obejrzy teczki, nie można stwierdzić, że dana osoba to rzeczywiście jest ta z listy. Z mojej praktyki, a także doświadczeń innych historyków, którzy używali inwentarzy archiwalnych IPN wynika, że wiele osób o znanych nazwiskach, ale z pozoru rzadkich, okazywało się zupełnie innymi osobami niż te, których dotyczą dokumenty IPN.

- Co by Pan poradził osobie, która znajdzie swoje nazwisko na liście, ale czuje się niewinna?

- Taka osoba może przejść nad tym faktem do porządku dziennego i nic nie robić. Jeśli ktoś, na podstawie tej listy, będzie formułował wobec niej jakieś oskarżenia, to jest po prostu oszczercą. Jeżeli jednak dana osoba nie chce siedzieć z założonymi rękami, to może wystąpić do IPN o sprawdzenie czy rzeczywiście to ona jest na tej liście. Gdy tak jest, a jej deklaracja o tym, że nie była osobowym źródłem informacji bezpieki, zgadza się z tym, co wynika z jej teczki, to otrzyma z IPN zaświadczenie, że jest pokrzywdzoną w rozumieniu ustawy. Bo jeżeli ta teczka nie dotyczy funkcjonariusza SB ani osobowego źródła informacji, to oznacza, że człowiek był inwigilowany. Może on obejrzeć swoją teczkę oraz inne materiały na jego temat. Ale trzeba wyraźnie podkreślić, że szukanie materiałów może potrwać bardzo długo. Bo nie jest tak, że wszystkie informacje dotyczące danej osoby są w jednym miejscu. Poszukiwania dokumentów na temat pokrzywdzonego są prowadzone w archiwach wszystkich dziesięciu oddziałów IPN na terenie całego kraju.

- Czy ujawnienie listy przyspieszy proces lustracji?

- Może przyspieszyć i to bardzo znacząco, ale może też spowodować odwrotny skutek. Jeżeli przeciwnicy otwierania archiwów IPN zdołają przekonać większość Polaków, że za sprawą listy Wildsteina doszło do jakiejś niewyobrażalnej katastrofy, to lustracja zostanie zablokowana na bliżej nieokreślony czas. Zresztą nie muszą do tego przekonywać - wystarczy skutecznie, przy pomocy różnych ataków i oskarżeń, sparaliżować pracę IPN. Przypomnę, że w chwili gdy rozmawiamy, w centrali IPN, zawalonej nowymi wnioskami obywateli, trwa kontrola Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. A prokuratura zastanawia się nad wszczęciem śledztwa. Łatwo sobie wyobrazić jaką tworzy to atmosferę pracy wewnątrz Instytutu.

- W Pana odczuciu, jaka opcja może wygrać?

- Nie potrafię powiedzieć. Wydaje mi się, że dużo będzie zależało od determinacji tych polityków, którzy są rzeczywistymi zwolennikami lustracji. Dlatego wolę mówić o moim własnym zdaniu na temat akt bezpieki. Zawsze byłem zwolennikiem szerokiego otwierania archiwów i dlatego postuluję zmianę ustawy o IPN utrzymaną w tym duchu. Właśnie po to, żeby archiwa były szerzej dostępne. Zobaczymy w jakim stopniu tej intencji będzie odpowiadał ostateczny projekt nowelizacji ustawy, który obecnie powstaje w IPN. Równocześnie uważam, że nie ma sensu robienie żadnych list tajnych współpracowników, bo nie wierzę, by mogły one być do końca obiektywne. Z mojego doświadczenia badawczego wynika, że każda historia osobowego źródła informacji zawarta w dotyczącej go teczce jest inna.
Jestem za otwieraniem teczek w taki sposób, by również dziennikarze mogli je obejrzeć i ocenić indywidualną złożoność każdego przypadku. Oczywiście mówimy o teczkach osób publicznie znanych, bo wiadomo, że teczki osób nieznanych nie będą budziły zainteresowania.

- Czyli każdy dziennikarz powinien mieć możliwość dostępu do teczek.

- Tak. Jestem zwolennikiem takiego rozwiązania. Oczywiście mając świadomość, że ujawnianie tego, co przeczyta jest obwarowane przepisami, które zresztą zawsze dziennikarzy dotyczą. Czyli prawem prasowym oraz przepisami regulującymi kwestie ochrony dóbr osobistych. Jeżeli dziennikarz bierze teczkę jakiegoś tajnego współpracownika, to może się koncentrować na opisie jak został on zwerbowany, w jakim zakresie był gorliwym współpracownikiem, a w jakim starał się mówić jak najmniej. I to będzie rzetelna robota dziennikarska. Jeśli natomiast będzie się interesował głównie wątkami pobocznymi, obyczajowymi, sensacyjnymi, to w moim przekonaniu dokona nadużycia i powinien się liczyć z konsekwencjami. Także prawnymi.

- Przy okazji pojawił się postulat lustracji dziennikarzy. Co Pan o tym sądzi?

- Środowisko dziennikarskie powinno mieć możliwość sprawdzenia swojej przeszłości. Ale w niektórych redakcjach nikomu nie będzie przeszkadzało, że wśród pracujących dziennikarzy będą tajni współpracownicy bezpieki. Podobnie rzecz się ma ze środowiskiem akademickim. Doskonale sobie wyobrażam, że dalej będziemy mieli nauczycieli akademickich z przeszłością osobowych źródeł informacji bezpieki. Żyjemy w rzeczywistości postkomunistycznej i wielu ludzi nie obchodzi kto jaką rolę pełnił w przeszłości. Dziś mniej więcej połowa Polaków akceptuje PRL. Edward Gierek znalazł się w dziesiątce najwybitniejszych Polaków XX w. Takie są fakty. Polskie społeczeństwo jest w tej sprawie ogromnie podzielone.
Jestem daleki od żądania wyciągania w stosunku do kogokolwiek konsekwencji za przeszłość komunistyczną. Domagam się tylko swobody dostępu do informacji na temat przeszłości różnych ludzi. Zwłaszcza osób publicznych czy zaufania publicznego. Nie zamierzam np. nawoływać do bojkotu czytania gazety, w której pracuje dziennikarz - tajny współpracownik. Ale niech opinia publiczna wie, że tam pracuje ktoś taki. Podobnie w przypadku polityków czy nauczycieli akademickich. Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, że niektóre osoby należące w końcu do elity społeczeństwa mają taką, a nie inną przeszłość.
Nie spodziewam się przy tym, aby to spowodowało jakiś przełom w Polsce. Niektórzy są przekonani, że to będzie jakieś symboliczne oczyszczenie. To mogło się stać 15 lat temu, ale ta szansa została stracona. Jednak nie zmienia to faktu, że dostęp do materiałów jest potrzebny.

- Dlaczego Pana zdaniem sprawa lustracji i teczek wyniknęła właśnie teraz? Jeszcze 2 miesiące temu prawie nic się na ten temat nie mówiło. Może to efekt zbliżających się kampanii wyborczych.

- Może. Ale raczej po prostu jest tak, że IPN zaczął udostępniać, po bardzo długim procesie wyszukiwania, nazwiska tajnych współpracowników. Bo prawda jest taka, że IPN zaczął realnie działać jesienią 2002 r. Kiedy większość dokumentów została przejęta do nowych magazynów, zaczęto realizować wnioski. Po upływie kolejnego roku, następne osoby zaczęły dostawać dane identyfikujące agentów, którzy ich inwigilowali. To wywołało ogromne poruszenie w środowiskach dawnej agentury, funkcjonariuszy SB. Oni zrozumieli, że to już nie są te latami toczone przed sądem lustracyjnym tajne procesy, które nie mają końca. Że tym razem mamy do czynienia z konkretnymi dokumentami i z nazwiskami. Na środowiska dawnych funkcjonariuszy SB i ich agentów padł strach. I te środowiska zaczęły reagować.

- Sprawa lustracji budzi ogromne emocje. Dlaczego? Czy nie dlatego, że wielu ludzi ma poczucie wyrządzonej krzywdy, która nie została ukarana?

- Pewnie tak, chociaż lustracja budzi emocje po obu stronach. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy lustracji są ogromnie rozemocjonowani. Nie dziwię się tym emocjom.

- Obecnie o IPN mówi się głównie w kontekście lustracji i teczek. A przecież IPN to nie tylko teczki...

- W sensie statystycznym IPN to przede wszystkim teczki. Najbardziej rozbudowany personalnie pion to archiwiści - stanowią około połowy wszystkich pracowników Instytutu. Mamy ok. 80 km akt. IPN to największe archiwum w Polsce. Ale jest też pion śledczy, czyli prokuratorzy, którzy zajmują się ściganiem zbrodni nazistowskich, komunistycznych. I wreszcie jest Biuro Edukacji Publicznej, które zajmuje się przede wszystkim edukacją. Organizuje wystawy, konferencje, wydaje publikacje, prowadzi badania naukowe. Ubolewam nad tym, że IPN w tych wszystkich zawieruchach jest postrzegany tylko przez pryzmat teczek i tajnych agentów w nich zawartych. IPN powinien bowiem budować przede wszystkim pozytywny wizerunek historii Polski. Bo to, że dziś dużo piszemy o bezpiece, nie oznacza, że Polacy muszą się wstydzić swojej historii. Bilans dziejów najnowszych jest dla Polaków jednoznacznie pozytywny.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Irlandia Północna: zwycięstwo aktywistki z zespołem Downa w sprawie aborcji niepełnosprawnych

2020-06-04 15:07

[ TEMATY ]

aborcja

aborcja eugeniczna

christian.org.uk

Zgromadzenie Irlandii Północnej przyjęło poprawkę sprzeciwiającą się legalizacji aborcji narzuconej jej przez władze w Londynie. Determinującą rolę odegrało zaangażowanie 24-letniej Heidi Crowter, od urodzenia cierpiącej na zespół Downa. Napisała ona list do parlamentarzystów, w którym przekonywała, że wprowadzona przez brytyjskie władze ustawa aborcyjna jest jawnym aktem dyskryminacji osób niepełnosprawnych, takich jak ona.

Decyzja parlamentarzystów przynajmniej na razie nic nie zmienia z punktu widzenia prawa. Jest jednak czytelnym przesłaniem dla władz w Londynie, które w ubiegłym roku narzuciły nowe zasady, wykorzystując do tego poważny kryzys instytucjonalny, jaki targał wówczas Irlandią Północną. Obecne głosowanie pokazało, że Irlandczycy nie są jednak zgodni z tą linią. Dowodzić tego może także fakt, że wszystkie wcześniejsze kampanie mające doprowadzić do „demokratycznego” zalegalizowania aborcji zakończyły się tam fiaskiem. W czasie głosowania podkreślono, że w sprawie legalizacji aborcji Irlandia Północna została „potraktowana z pogardą” przez brytyjski rząd.

Nowe bardzo liberalne zasady aborcyjne weszły w życie w Irlandii Północnej 31 marca. Od tego dnia do 22 maja, jak poinformował minister zdrowia, przeprowadzono tam 129 legalnych aborcji. Najbardziej kontrowersyjny paragraf nowego prawa stanowi, że aborcji można dokonywać bez jakichkolwiek ograniczeń w przypadku każdej niepełnosprawności i każdego upośledzenia dziecka. Także wówczas, gdy nie zagraża to jego życiu. Takim casusem jest m.in. zespół Downa, na który chora jest Heidi Crowter. Stąd właśnie jej batalia, sprzeciwiająca się rzezi niepełnosprawnych dzieci i domagająca poszanowania ich praw. Wskazuje ona, że nie może być tak, że jej kraj łamie jej prawa i dyskryminuje ją, mówiąc, że nie chce jej na tym świecie.

„Jako osoba z zespołem Downa uważam tę propozycję dla Irlandii Północnej za bardzo bolesną i obraźliwą. Mówi mi ona, że nie jestem taka sama jak inni ludzie, nie jestem godna takiego samego poziomu ochrony prawnej jak ktoś, kto nie cierpi na zespół Downa lub analogiczną nie powodującą śmierci niepełnosprawność” - napisała Crowter w swym liście do parlamentarzystów Zgromadzenia Irlandii Północnej.

Wyraziła przekonanie, że prawo powinno stanowić, iż w Irlandii Północnej osoby z zespołem Downa lub inną nie powodującą śmierci niepełnosprawnością są tak samo cenne jak osoby, które nie mają takiej niepełnosprawności, jak ma to miejsce w Republice Irlandii.

Zachęcając do głosowania za życiem, wskazała, że nie jest to sprawa partyjna, ale kwestia równości praw i oporu przeciwko dyskryminacji niepełnosprawnych. „Proszę głosować za tym wnioskiem, aby Zgromadzenie Irlandii Północnej mogło powiedzieć światu, że nie zaakceptuje prawa, które próbuje zapobiec narodzinom ludzi takich jak ja; prawa, które sugeruje, że nie mamy takiej samej wartości jak ludzie, którzy nie cierpią na zespół Downa lub inną niezagrażającą życiu niepełnosprawność. Proszę głosować, aby stworzyć klimat, który będzie ułatwiał, a nie utrudniał, rozpoznanie i dostrzeżenie piękna kryjącego się za dodatkowym chromosomem” - napisała swym liście.

CZYTAJ DALEJ

Angela Merkel: nie zamierzam kandydować na piątą kadencję

Niemiecka kanclerz Angela Merkel potwierdziła w czwartek w wywiadzie dla telewizji ZDF, że nie zamierza kandydować na kolejną, piątą kadencję szefowej rządu Niemiec. Potępiła też brutalność amerykańskiej policji w związku ze śmiercią w Minneapolis George'a Floyda.

Zapytana, czy w obliczu walki ze skutkami pandemii koronawirusa nie odczuwa pokusy dalszego kierowania pracami rządu, Merkel podkreśliła stanowczo, że już wcześniej zdecydowała, że obecna kadencja, która zakończy się w przyszłym roku, jest jej ostatnią.

Kontynuując wątek pandemii, szefowa niemieckiego gabinetu potwierdziła, że ulga podatkowa od towarów i usług, zawarta w pakiecie wsparcia dla gospodarki jej kraju, potrwa do końca roku. „To dla mnie punkt odcięcia tej pomocy” - wyjaśniła, zapytana, czy ta rządowa pomoc może zostać przedłużona. „To ma być krótkotrwały impuls” - zaznaczyła.

W środę Merkel ogłosiła wart 130 mld euro pakiet stymulacyjny dla niemieckiej gospodarki, w ramach którego podatek VAT zostanie obniżony z 19 do 16 proc. przez sześć miesięcy, począwszy od lipca.

Merkel potępiła także „zamordowanie” przez policję Afroamerykanina George'a Floyda i "rasizm", który jej zdaniem uderza w „bardzo spolaryzowane społeczeństwo amerykańskie”. „To zabójstwo George'a Floyda jest okropne. Rasizm jest okropny. Społeczeństwo amerykańskie jest bardzo spolaryzowane” - powiedziała.

"Rasizm zawsze istniał. I niestety tak jest również tutaj (w Niemczech)” - dodała Merkel, która zaznaczyła, że "ma nadzieję”, iż protesty w Stanach Zjednoczonych "będą pokojowe”.

Szefowa niemieckiego rządu określiła także obecną politykę wewnętrzną prezydenta USA Donalda Trumpa jako "bardzo kontrowersyjną". "Moim zdaniem w polityce (zawsze) trzeba próbować zbliżać do siebie ludzi, próbować ich godzić. Myślę, że styl polityczny (prezydenta Trumpa) jest bardzo kontrowersyjny” - powiedziała.

"Pracuję ze wszystkimi wybranymi prezydentami na całym świecie. I oczywiście z amerykańskim prezydentem. Wszystko, co mogę zrobić, to mieć nadzieję, że możemy współpracować" - zakończyła niemiecka kanclerz. (PAP)

zm/ kar/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję