Reklama

Jak pościć dzisiaj?

Z ks. Janem O´ Dogherty rozmawiała Milena Kindziuk
Edycja warszawska (st.) 7/2002

Pościć mogą wszystkie zmysły: wzrok, słuch, smak. Ale trzeba dobrze rozumieć sens postu, bo na przykład chude dziewczyny powinny umartwiać się jedząc więcej, a nie mniej. To dla nich jest post. Jednym z największych umartwień natomiast jest uśmiech. O tych niekonwencjonalnych metodach postu i umartwienia mówi ks. Jan O´ Dogherty, duszpasterz i rekolekcjonista z Warszawy w rozmowie z Mileną Kindziuk

MILENA KINDZIUK: - Że Księdza buty są wyczyszczone do połysku - to za mało powiedziane. Lśnią jak lustro. Czy to w ramach wielkopostnego umartwienia?

KS. JAN O´DOGHERTY: - Czyszczenie butów nie przychodzi mi akurat z trudem, nie traktuję więc tego jako umartwienia. Ale dla kogoś, kto tej czynności nie lubi wykonywać, może to być jedna z form wyrzeczenia.

- Wśród wielu innych, czy tak?

- Tak, bo różne są formy postu. Na dobrą sprawę pościć może każdy zmysł. Nie tylko smak, ale też słuch czy wzrok.

- No dobrze, na czym więc polega post wzrokowy?

- Odpowiem pytaniem: czy lubi pani oglądać wystawy sklepowe?

- Owszem.

- No właśnie! To proszę podjąć postanowienie, że w czasie Wielkiego Postu - przynajmniej od czasu do czasu - nie będzie pani na te witryny patrzeć. O co chodzi? Mianowicie, by uczyć się opanowywać swój wzrok. Nie patrzeć na to, co przyciąga moją uwagę. A więc umartwiać się, opanowując ciekawość. Patrzenie na wystawy sklepowe nie jest czymś złym, ale rezygnacja z tej małej przyjemności z miłości do Boga jest zadośćuczynieniem za tyle sytuacji, w których grzeszyliśmy wzrokiem: z ciekawości, albo - co jest jeszcze gorsze - z powodu nieczystego spojrzenia. Dotyczy to szczególnie panów, których mogą prowokować okładki kolorowych magazynów lub niestosowne billboardy. Rezygnacja z rzeczy dobrych prowadzi do umiejętności odejścia od tego, co złe.

- Kiedy może pościć słuch?

- Są ludzie, którzy zaraz po obudzeniu się włączają radio. Nie mogą żyć bez muzyki albo serwisów informacyjnych. Gdy powstrzymają się w pewnych chwilach od włączenia radia, ich słuch ma okazję zachować post. I wtedy osoby te zdobywają minimum wewnętrznego skupienia, które jest niezbędne, by rozmawiać z Bogiem w ciągu dnia. Jest to bowiem dla nich poważne umartwienie.

Można też praktykować post pozycji, a więc siedzieć tak, by było mniej wygodnie, nie opierając na przykład pleców o oparcie krzesła. Albo zamiast siedzieć - wykonywać jakąś czynność na stojąco. Oczywiście pod jednym warunkiem: że nikt tego nie zauważa. Wyrzeczenia nie mogą bowiem być podejmowane na pokaz.

Doskonały na nasze czasy jest post internetowy - dla tych, którzy uwielbiają godzinami po nim surfować albo też post telewizyjny - dla miłośników kablówki czy satelity. Myślę, że współczesna kultura bardzo potrzebuje odkrycia tych form pokuty.

Trudniejszą formą postu są wyrzeczenia będące formą pomocy innym ludziom. Ma to jakby podwójną wartość, bo z jednej strony poświęcamy swój czas, rezygnujemy z odpoczynku albo przyjemności, a z drugiej służymy innym. Wyrzeczeniem wielkopostnym mogą być także codzienne, jakże żmudne przecież, obowiązki domowe: pranie, sprzątanie, gotowanie, poświęcenie czasu dziecku, naprawienie mu zabawki czy zrobienie zakupów. Ważny jest post w odniesieniu do obowiązków zawodowych: choćby podjęcie postanowienia, że będę punktualny, że zachowam porządek na biurku, w szufladzie.

- Co porządek na biurku ma wspólnego z Wielkim Postem?

- Wbrew pozorom, bardzo wiele. Kiedy potrafię spełnić postanowienie dotyczące spraw przyziemnych, wtedy łatwiej mi jest pracować nad porządkiem swego wnętrza. Podejmowanie drobnych wyrzeczeń prowadzi do porządku w hierarchii wartości. Dzięki temu wiem, co w moim życiu jest najważniejsze. Od spraw rutynowych zatem, zdawałoby się nieważnych, idę do najważniejszych.

- Co uważa Ksiądz za największe umartwienie?

- W pewnych sytuacjach uśmiech.

- Dlaczego?

- Bo bywają chwile, gdy bardzo wiele kosztuje. Na co dzień jesteśmy zmęczeni, przytłoczeni obowiązkami, zestresowani. Do tego dochodzą różne problemy osobiste, rodzinne. O uśmiech więc nie jest łatwo. Tym bardziej, jeśli mamy do czynienia z kimś natrętnym, z kimś, kogo niespecjalnie lubimy albo kto ma trudny charakter. Kiedy właśnie wtedy, mimo wszystko potrafimy się do kogoś uśmiechnąć, jest to forma umartwienia. Bo nie przychodzi nam to łatwo, okupione jest wysiłkiem, który podejmujemy, aby umilić innym życie.

- A czy dzisiaj można mówić o ascezie?

- Tak, oczywiście, potrzebna jest ona tak samo, jak w czasach Chrystusa. Przybiera tylko inne formy zewnętrzne. Inna jest asceza zakonnika a inna matki, która wychowuje dzieci i pracuje zawodowo. Asceza jest to forma działania przeciw sobie. Chodzi zatem o przeciwdziałanie pewnym skłonnościom, o walkę z własnymi pragnieniami, wyzwolenie z wad. Także o poskramianie w sobie pychy, egoizmu. Asceza ma być bardzo konkretna, zawsze dostosowana do warunków życia każdego z nas, do realiów tego życia. Polega na tym, że ten kto jest leniwy, ma przestrzegać planu dnia, przywiązując wagę do tego, by niczego nie zaniedbać. Ktoś, kto jest roztargniony, winien zapisywać w notesie sprawy do załatwienia i dopilnować, by żadna mu nie umknęła. Ktoś, kto lubi czytać, musi strzec się przed spędzaniem nadmiernej ilości czasu z książką w ręku, bo zaniedba w ten sposób inne obowiązki. Podobnie można mówić o ascezie dziecięcej.

- Na czym ona polega?

- Na porządkowaniu zabawek. Albo na pomocy w zmywaniu naczyń czy wynoszeniu śmieci. Dzieci od małego trzeba uczyć pracy nad sobą. Gdy będą rozpieszczone, wyrosną na wielkich egoistów. I na pewno w dorosłym życiu nie będą umiały podjąć żadnych wyrzeczeń.

- Ks. Twardowski napisał kiedyś, że największą ascezą jest miłość. Czy zgadza się Ksiądz z tą opinią?

- Oczywiście, że tak. Bez miłości asceza byłaby czystą dyscypliną, rygorem. Asceza, umartwienie mają wartość o tyle, o ile podejmujemy je z miłości. Gdy matka odmawia sobie czegoś i kupuje za te pieniądze upominek swojemu dziecku, ma to wartość o tyle, o ile jest świadectwem miłości, a nie wyrzeczenia dla samego wyrzeczenia. Podobnie jest w odniesieniu do Boga. Jeśli motorem naszych wielkopostnych wyrzeczeń jest miłość do Boga, mają one sens.

- W tradycji wyrzeczenia w okresie Wielkiego Postu kojarzą się przede wszystkim z powstrzymaniem się od pokarmów, dzisiaj te praktyki trochę zanikają. Czy znaczy, że nie są ważne?

- Są ważne, choć nie najważniejsze. To środek, a nie cel, i o tym trzeba pamiętać. Trzeba też dobrze rozumieć sens postu, bo na przykład chude dziewczyny, anorektyczki powinny umartwiać się jedząc więcej, a nie mniej. To dla nich jest post.

Rzeczywiście, dawniej post był bardziej surowy, sam pamiętam, jak w dzieciństwie w niedzielę już wczesnym rankiem szedłem na Mszę św., bo post obowiązywał od poprzedniego dnia, i trudno było wytrzymać z głodu nawet do południa. Dzisiaj te praktyki wielkopostne, które nakazuje nam Kościół mają niemal charakter symboliczny. Sprowadzają się do suchej bułki w Popielec i Wielki Piątek oraz do niejedzenia mięsa w piątki. Dzieje się tak dlatego, że Kościół jest Matką i woli zachęcać niż zmuszać. Dlatego obecnie samemu trzeba szukać różnych form umartwienia, dzięki czemu wiara przeżywana jest może bardziej świadomie. To znaczy w kategorii miłości a nie prawa.

- Wspomniał Ksiądz o powstrzymywaniu się od pokarmów mięsnych w piątki. Ale co to za post, kiedy odmówimy sobie schabowego, a w to miejsce kupimy najlepszy gatunek sera czy ryby?

- Zgadzam się. Taki człowiek spełniałby literę przykazania, ale nie jego ducha. Przecież to absurd: nie jeść w piątek mięsa, ale za to spożywać najsmaczniejszy ser lub rybę. Post ma charakter nie tylko ilościowy, ale też jakościowy. Można jeść mniej tego, co smakuje, albo więcej tego, co nie smakuje. Obrazuje to przykład: pewna kobieta prasowała koszule. Jej sześcioletni synek czytał głośno Drogę Escrivy. Natknął się na zdanie: "W dniu, w którym staniesz od stołu, nie uczyniwszy choćby jednego małego umartwienia, wiedz: jadłeś jak poganin" i zapytał mamę, co znaczy: umartwienie. Gdy mu wyjaśniła, zamyślił się. Po chwili wyznał: "Wiesz, mamo, myślę, że do tej pory jadłem jak poganin".

- A post w sensie praktyk pokutnych? Czy konieczny jest udział w Drodze Krzyżowej, Gorzkich Żalach?

- Udział w nabożeństwach wielkopostnych jest wyrazem miłości do Boga. Jeżeli kogoś kocham, chcę mu o tym powiedzieć, chcę też towarzyszyć mu we wszystkich ważnych momentach życia. Podobnie jest z miłością do Boga. Skoro Go kocham, pragnę być z Nim, gdy cierpi, gdy kona. I chce też powiedzieć Mu przepraszam za moje grzechy.

- A czy można dobrze przeżyć Wielki Post nie uczestnicząc w tych nabożeństwach?

- A czy można przeżyć dobrze życie małżeńskie nie uczestnicząc w sprawach małżonka i spotykać się z nim raz w tygodniu albo raz w roku?

Oczywiście, nie zawsze ten udział jest możliwy, może komuś nie odpowiadać godzina Drogi Krzyżowej, ale wtedy można odprawić ją w domu. Jakiś wysiłek jednak powinno się podjąć i starać się wziąć udział w tego rodzaju nabożeństwach. Czas pokutny to 40 dni. Ani więc za dużo ani za mało. Gdyby post trwał 40 lat - niemożliwa byłaby pokuta. Gdyby 4 dni - nie miałby człowiek czasu pokutować. Tymczasem 40 dni - jest to w sam raz tyle, ile potrzeba. To 40 dni w roku zarezerwowane dla Boga. Musi być w tym czasie miejsce na wytężoną modlitwę, na pogłębione życie duchowe, na obcowanie z Bogiem.

- Kościół wielką wagę przywiązuje też do rekolekcji wielkopostnych.

- Każdy z nas potrzebuje ciszy i skupienia. Tym bardziej dzisiaj, w codziennej gonitwie, przy tak aktywnym życiu. Rekolekcje pomagają niekiedy uporządkować wiele spraw, rozeznać swe życie, wreszcie wrócić do Boga, przystąpić do spowiedzi.

- Spowiedź jest więc najważniejsza w przygotowaniu do Wielkanocy?

- Zdecydowanie tak. Wszelkie formy postu, umartwienia, rekolekcji powinny prowadzić do sakramentu pojednania. W przeciwnym razie byłyby bezużyteczne.

- Czy Ksiądz również podejmuje praktyki wielkopostne?

- Tak, to zrozumiałe.

- Jakie?

- Ponieważ lubię oglądać filmy, podejmuję post telewizyjny. Staram się też uważniej słuchać penitentów w konfesjonale, bo spowiadanie jest dla mnie bardzo męczące. Ponadto co roku staram się szukać nowych umartwień, to bowiem, co kiedyś mnie wiele kosztowało, dzisiaj nie sprawia żadnych trudności. Myślę, że to bardzo ważne, by z biegiem lat dostosowywać post do danej chwili. Moje życie jest teraz inne, niż wtedy, gdy miałem dwadzieścia lat. Muszę szukać nowych wyrzeczeń, ponieważ do starych mogę się szybko przyzwyczaić. Gdy odmawiałem sobie cukru do kawy, potem ta gorzka kawa zaczynała mi w końcu smakować i nie było to już dla mnie wyrzeczenie.

Nowe formy postu zatem umacniają wiarę, sprawiają, że nie ulegamy rutynie, i dopiero wtedy mają wartość. W życiu tak już jest, że to, co wiele kosztuje, jest bardziej wartościowe. Potrawa ugotowana lepiej smakuje niż zwykła kanapka, prawda?

- Postem jest więc wkładanie wysiłku w gotowanie?

- Dokładnie tak. To doskonałe umartwienie w małżeństwie. Talerz ciepłej zupy, uprasowana koszula czy "zagryzienie zębów", gdy współmałżonek zaczyna robić awanturę, bardzo wiele kosztuje i jest naprawdę dużym wyrzeczeniem. Znam małżeństwa, które postanowiły w tygodniu w ogóle nie rozmawiać o rzeczach nieprzyjemnych. Ewentualne spory zostawiają na weekendy, kiedy mają czas na spokojne zastanowienie się nad trudnościami. To wyrzeczenia, które ocierają się o świętość.

- A post w kapłaństwie?

- Polega na nasileniu czynności kapłańskich. Jeżeli więc ksiądz pracuje jako duszpasterz w parafii, może umartwiać się przez solidniejsze przygotowywanie kazań, tak by nie improwizować, nie powtarzać tego, co już kiedyś mówił. Jeżeli wykłada na uczelni, może jeszcze lepiej przygotowywać się do wykładu, starać się mówić nie tylko mądrze, ale ciekawie, by jego przekaz był atrakcyjny dla studentów. Jeżeli kapłan zajmuje się pracą twórczą, pisaniem książek czy artykułów, ma to robić jeszcze lepiej, niż do tej pory, wkładać w to wiele pracy, by pisać treściwie, ciekawie.

Myślę, że Wielki Post dla wszystkich jest czasem wyrzeczeń, polegającym na tym, by swoje obowiązki wykonywać najlepiej, jak się umie.

- Dziękuję za rozmowę.

Lech Dokowicz o filmie "Nieplanowane"

2019-10-04 17:10

Magdalena Wojtak / mat. prasowe

Od 1 listopada na ekrany polskich kin wchodzi film „Nieplanowane”. To mocny przekaz w obronie życia poczętego, pokazujący prawdziwą historię kobiety, która przez osiem lat pracowała w jednej z klinik aborcyjnych Planed Parenthood. Dziś działa w ruchu pro-life

kadr z filmu "Nieplanowane"/Youtube

Film nikogo nie oskarża. Pokazuje zło, jakim jest zabijanie nienarodzonych dzieci przez aborcyjne lobby, które pod pretekstem zmniejszenia niechcianych ciąż i decydowania o sobie, namawia kobiety do aborcji. Po premierze w Stanach Zjednoczonych dziewięć amerykańskich stanów zdecydowało się na uchwalenie prawa chroniącego nienarodzone dzieci, a blisko sto osób pracujących w aborcyjnej branży postanowiło z niej odejść. Dzięki ćwierć miliona polskich podpisów pod petycją do amerykańskich producentów filmu z prośbą o udostępnienie go naszym widzom, film trafi do kin w Polsce od listopada. Dystrybucją jego zajmuje się Rafael Film oraz Fundacja Solo Dios Basta, organizatorzy m.in. akcji „Polska pod krzyżem” i „Różaniec do Granic”.

- Autorom filmu „Nieplanowane” udało się zrobić coś niezwykłego, pokazać prawdziwą historię z centrum zła - mówił producent filmowy i dokumentalista Lech Dokowicz podczas czwartkowego przedpremierowego pokazu dla dziennikarzy, który odbył się w Warszawie.

Przez blisko dwie godziny śledzimy losy byłej dyrektorki placówki aborcyjnej, należącej do znanej korporacji Planed Parenthood, która wykonuje rocznie ponad 300 tys. aborcji, co stanowi około jednej trzeciej aborcji w USA (w ciągu roku przeprowadzanych w Ameryce jest przeprowadzanych ok. miliona aborcji). Abby Johnson od czasów studiów pracowała w klinice, szybko awansowała, stała się jej dyrektorką. Choć nigdy nie towarzyszyła aborcjom, z łatwością przychodziło jej namawianie do tego ciężarnych kobiet do. Sama dwukrotnie dokonała aborcji. Uodporniła się na śmierć nienarodzonych dzieci. Prowadziła podwójne życie. To rodzinne przy boku męża i córki, i to w klinice aborcyjnej. Jej przemiana dokonała się, gdy na USG zobaczyła 13-tygodniowe dziecko, podczas gdy wezwano ją do asystowania przy aborcji. 

 „Nieplanowane” to fabularyzowana prawdziwa historia oparta na świadectwie Abby Johnson, spisanym w książce, która stała się bestsellerem. Ale to także sceny, które pokazują siłę modlitwy nawet nielicznie stojących pod klinkami aborcyjnymi obrońców życia. Dzięki ich niezłomnej postawie, wiele kobiet w ciąży postanawia nie wchodzić do klinik. W ten sposób uratowanych zostaje wiele istnień ludzkich.

Film zarazem wstrząsa i wzrusza. Niesie też wiele nadziei. Pokazuje, że przemiana serca, nawrócenie i doświadczenie Bożej miłości może nastąpić w każdym człowieku, dopuszczającym się najgorszego zła. Abby była współodpowiedzialna za 22 tys. aborcji. W cztery godziny jej zespół, którym kierowała potrafił przeprowadzić 38 aborcji. Pracowała w przemysłowej machinie zabijającej nienarodzone dzieci. Gdy to sobie uświadomiła, stanęła po drugiej stronie płotu pod kliniką aborcyjną - razem z broniącymi życia od poczęcia.

I jeszcze jedna ważna informacja. Cary Solomon i Chuck Konzelman, scenarzysta i reżyser filmu, trafili na książkę Abby Johnson. Postanowili znaleźć możliwie jak najlepszą osobę do tej roli. Zdecydowali na Ashley Bratcher, charyzmatyczną dziewczynę z Karoliny, która świetnie wciela się w rolę głównej bohaterki.Ashley nie wiedziała, że to opatrzność Boża doprowadziła ją do tego filmu. Gdy z przefarbowanymi już włosami i scenariuszem w ręku zadzwoniła do swojej mamy, by się podzielić z nią informacją o nowej roli, ta niespodziewanie zalała się łzami i wyznała, że w wieku 16 lat, zanim urodziła Ashley, dokonała aborcji. Co więcej, będąc w ciąży z nią, również planowała dokonać takiego samego zabiegu. „Nie wiesz tego, ale leżałam na stole w klinice aborcyjnej, gotowa cię usunąć. Wtedy na salę weszła ciężarna pielęgniarka, a ja zeskoczyłam ze stołu i wyszłam” – wyjawiła zszokowanej córce.

Po reakcjach, które wśród Amerykanów wywołał film „Nieplanowane” należy mieć nadzieję, że coraz więcej osób będzie porzucać aborcyjną cywilizację śmierci. Film cieszy się także popularnością m.in. w Kanadzie, w Wielkiej Brytanii i Meksyku. Trafi również na ekrany całej Ameryki Łacińskiej.

Lista kin, w których film będzie wyświetlany dostępna będzie na stronie www.rafaelfilm.pl/nieplanowane/ . Dystrybutorzy filmu zachęcają do wspierania tej ekranizacji i organizowania pokazów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pan Bóg dodaje sił

2019-10-23 19:38

Agata Pieszko

Życie to sztuka wyboru. Niejednokrotnie nasze decyzje wiążą się z wielką odpowiedzialnością. Wtedy stajemy w obliczu wyzwania. Zastanawiamy się, co będzie lepsze, co bardziej wymagające, a co słuszne. O podejmowaniu wyborów i owocach ważnych decyzji opowiadają Anna i Leszek Gerste ze wspólnoty Equipes Notre-Dame.

Agata Pieszko

Początki

Oboje studiowali na Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, jednak przez 4 lata się nie spotkali. Oboje trafili także do Duszpasterstwa Akademickiego „Stygmatyk”, ale i tam było im nie po drodze. Poznali się na kajakach, a potem, jak mówi Leszek, przyszedł czas „najbardziej drętwej randki stulecia” z regulowaniem płatności za wyjazd w tle. – Byłem bardzo zestresowany, bo tak bardzo mi zależało. Po czasie zauważyłem jednak, że Ania grawituje ku mnie i tak jest też w drugą stronę. Na zakończenie wakacji pojechaliśmy z duszpasterstwem do Białego Dunajca. Wybraliśmy się we dwoje w góry i na Czerwonych Wierchach stwierdziliśmy, że cały świat mógłby się skończyć, a my moglibyśmy tam trwać. Byliśmy wtedy zupełnie sami – wspomina Leszek. Ani świat, ani Czerwone Wierchy nie przestały istnieć, za to Anna i Leszek trwają razem w małżeństwie już od 11 lat, w tym 8 we wspólnocie.

Czas decyzji

Anna i Leszek przyjęli 25 maja 2019 r. posługę odpowiedzialnych za Region III wspólnoty END. Teraz czuwają nad członkami ruchu z całego południa Polski od Łańcuta do Polkowic oraz nad ekipami ze Słowacji i Czech. Stało się to w Sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin podczas dorocznej pielgrzymki ruchu END do Wambierzyc. Jak sami mówią, przed przyjęciem odpowiedzialności mieli przygotowany szereg argumentów, dzięki którym mogliby odmówić. Poczuli jednak, że odmowa będzie nieuczciwa wobec wspólnoty i Pana Boga. Nowym zadaniem Anny i Leszka jest pomoc parom poszczególnych sektorów ruchu duchowości małżeńskiej w wymianie doświadczeń między sobą. – Nie jesteśmy na froncie, tylko bardziej w sztabie. Organizujemy rekolekcje, sesje formacyjne dla małżeństw, które już pełnią posługi. Służymy, pomagając innym służyć. Jesteśmy po to, żeby między sektorami była łączność i relacja – tłumaczą. Anna pracuje w administracji. Zajmuje się budżetowaniem, controllingiem, rozliczeniami i projektami unijnymi, natomiast Leszek jest pracownikiem infolinii bankowej, a zatem doskonale zorganizowana Anna oraz umiejący wysłuchać i doradzić Leszek to kandydaci idealni do pełnienia tej posługi. Małżeństwo stwierdza jednak, że to nie wystarcza, ponieważ podejmując ją, muszą stawiać czoła zadaniom, o których wcześniej nie mieli pojęcia. Spotkania z biskupem, kapłanami, wystąpienia publiczne… Anna podzieliła się tym, że lubi mieć wszystko pod kontrolą i nieraz ciężko jej zawierzyć coś Panu Bogu, ale razem z mężem zrobiła tak podczas pierwszych głoszonych rekolekcji. Okazało się, że były one wspaniałym doświadczeniem zarówno dla nich, jak i dla uczestników. To pokazało Annie i Leszkowi, że „Pan Bóg nie powołuje zdolnych, a uzdalnia powołanych”.

Dlaczego warto być we wspólnocie?

Anna i Leszek zgodnie podkreślają wartość wspólnoty: – Jedną zapałkę łatwo złamać, a wiele już nie. Żyjemy w świecie, który ma różne wartości, a wspólnota to miejsce, w którym możemy się umacniać, dzielić swoimi przeżyciami, owocować. Przygotowując się do kolejnego spotkania, stajemy w prawdzie, czy jesteśmy blisko Pana Boga, czy jesteśmy blisko siebie. We wspólnocie dzielimy się tym, czy udało nam się pomodlić, przeczytać Słowo Boże i jak mamy kolejny raz powiedzieć, że coś nam nie wyszło, tym bardziej dokładamy starań, żeby to się udało.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem