Reklama

Nowa stygmatyczka?

Z jej ciała płynął krwawy pot, z oczu - krwawe łzy. Miała sińce i ślady biczowania, a z jej lewego i prawego boku sączyła się krew. Wiele wskazuje na to, że s. Wanda Boniszewska, która 1 marca 2003 r. zmarła w podwarszawskim Konstancinie, była obdarzona stygmatami. - Ale nie to było najważniejsze. Żyjąc cicho, wniosła wielki wkład w życie duchowe Kościoła, podejmowała bowiem modlitwy za kapłanów i zakony - tłumaczy o. Gabriel Bartoszewski, promotor sprawiedliwości wielu procesów beatyfikacyjnych.

Prawie nikt nie wiedział, że w podwarszawskim klasztorze żyła zakonnica, która na swym ciele nosiła rany podobne do Chrystusowych.

Zjawiska trudne do wytłumaczenia

Życiu s. Wandy towarzyszyło wiele zjawisk, których nie można racjonalnie wytłumaczyć. Popadała w ekstazy. W czasie zamachu na Papieża czuła potworny ból na całym ciele, przez cały dzień bardzo cierpiała. W czasie wojny przepowiedziała, że Polska odzyska wolność. Miała widzenie, w czasie którego wypowiedziała imię Berii i Stalina. Kontaktowała się z duszami czyśćcowymi. Doznawała udręk od szatana.

Ale do momentu jej śmierci prawie nikt nie wiedział, że w bezhabitowym Zgromadzeniu Sióstr od Aniołów żyje zakonnica doświadczająca niezwykłych przeżyć. Bo taka właśnie była wola s. Wandy, szczupłej, wysokiej zakonnicy, o niebieskich oczach i pogodnym wyrazie twarzy. - Nie chciała, by za jej życia to ujawniać, czuła się niegodna stygmatów - mówi zaprzyjaźniony z nią od ponad sześćdziesięciu lat ks. Jan Pryszmont, emerytowany profesor dawnej ATK.

Reklama

O tym, że miała znaki przypominające stygmaty, czyli otwarte rany w miejscach ran Chrystusa, nie wiedziała nawet większość sióstr w Zgromadzeniu. Mimo że na co dzień z nią mieszkały. - Nie był to temat naszych rozmów - zapewnia s. Maria Cichoń, wikaria generalna.

Także sama s. Wanda nie afiszowała się nigdy swoim cierpieniem. Żyła prosto, zwyczajnie, jak pozostałe zakonnice. W domu Zgromadzenia - szarym, ogrodzonym parkanem, w samym środku konstancińskiego parku - zajmowała niespełna osiemnastometrowy pokój. Od lat z prawej strony, tuż przy ścianie, stało tam metalowe łóżko, nad nim zaś wisiały dwa obrazy: Matki Bożej i Chrystusa w koronie cierniowej. Obok - szafka na telefon i lekarstwa. Na parapecie kwiatek.

Odeszła w niedzielę 1 marca 2003 r. Rano, zaraz po ósmej, przyjęła jeszcze Komunię św., ale pod wieczór utraciła świadomość. Wtedy wokół jej łóżka zebrały się siostry i zaczęły się modlić. Przełożona trzymała s. Wandę za rękę, gdy nagle przestała wyczuwać puls. Kiedy zegar wybił godzinę osiemnastą, s. Wanda umarła. Miała 96 lat.

Reklama

Nie stwarzać sensacji

"Ekstaza. Sen głęboki. Ogląda ręce i nogi. Stygmaty otwarte. Trochę skrzepłej krwi wylała. Rana boku prawego otwarta. Prawe ramię starte do krwi. Tułów pokryty szramami, jakby od uderzeń potrójnie złożonych" - tak wspominał doznania s. Wandy Boniszewskiej jej spowiednik, nieżyjący już ks. Czesław Barwicki. Spisał je w formie pamiętnika, którego pilnie strzeże teraz ks. Pryszmont. Zasadniczo nie pozwala do niego zaglądać. Ale dzisiaj czyni wyjątek. Wstaje zza biurka i wyciąga z szafki papierową, pożółkłą teczkę. Kilkaset stron maszynopisu - to właśnie wspomnienia ks. Barwickiego, a zarazem bezcenne źródło wiedzy o s. Wandzie, zakonnicy z Nowogródka, rocznik 1907.

Tak bardzo utożsamiała się z Męką Pana Jezusa, że właściwie od młodych lat w miejscach ran Chrystusa czuła ból. Od 1919 r. powtarzało się to kilkakrotnie. Oprócz tego miała szramy po biczowaniu na całym ciele, bolące guzy, trzynaście ran dookoła głowy, krwawy pot i krwawe łzy. Od Adwentu 1934 r., kiedy była już w zakonie i mieszkała w domu sióstr w Pryciunach pod Wilnem, rany wyraźnie krwawiły - szczególnie mocno od czwartku wieczorem do soboty rano, a więc w czasie, kiedy Pan Jezus był krzyżowany i złożony do grobu. W Wielkim Poście ból był o wiele bardziej dotkliwy. Nikomu o tym nie mówiła, ale i tak szybko dostrzegł to jej pierwszy spowiednik, ks. Tadeusz Makarewicz. Wkrótce potem także pielęgniarka, s. Rozalia Rodziewicz.

- Zjawiska te zaczęły później zanikać. - Być może dlatego, że s. Wanda gorąco prosiła o to Boga - mówi o. Gabriel Bartoszewski.

- Stoczyła ciężką walkę, wymawiając się przed Chrystusem i prosząc, by nie udzielał jej daru stygmatów - dodaje ks. Pryszmont. - Dopiero widząc niezadowolenie Jezusa, na Jego wyraźne życzenie zgodziła się je przyjąć. Tak też radził jej spowiednik, ks. Makarewicz. Polecił posłusznie przyjąć dar i nie prosić o jego cofnięcie.


Ale to nie stygmaty, jak wyjaśnia o. Bartoszewski, są najważniejsze w życiu s. Wandy. I nie należy stwarzać wokół nich sensacji. - Bo nawet jeśli miałyby one charakter nadprzyrodzony, tak jak było w przypadku o. Pio, pozostaną zawsze jedynie znakami zewnętrznymi. Istotna natomiast jest sama świętość życia, która wyróżnia kogoś z otoczenia.

Uratowała wielu księży

Co wyróżniało s. Wandę z otoczenia? Z całą pewnością szczególna troska i gorliwość w modlitwie za kapłanów, zakony i za własne zgromadzenie. Objawiał jej się Pan Jezus i przypominał o wielkiej roli i godności kapłanów. Ks. Barwicki przytacza w Pamiętniku fragmenty widzenia s. Wandy: "Przesyt miłości dla kapłanów. Wciąż przebacza. On stale przebacza. Najwięcej ukochał kapłanów, najwięcej cierpi nad nimi (...) Każdy kapłan to Chrystus, ale nie każdy chce nim być. Większość w czasach ostatnich odrywa się od krzyża i staje się jednym ze złoczyńców. Wtedy z krzyża sączy się krew dla zadośćuczynienia. Ofiara stale musi być połączona z ofiarą Mszy św.".

Chrystus mówił też s. Wandzie o bólu, jakiego doznaje z powodu niewierności kapłanów, ich oziębłości. Przekonywał również o jakiejś nadzwyczajnej gotowości do okazania im miłosierdzia i do przebaczenia win.

Jak wspomina Przełożona Zgromadzenia, s. Wanda przez całe życie modliła się za księży uwikłanych w rozmaite grzechy i problemy. Wielu pomogła wyzwolić się z alkoholizmu, innych uratowała przed odejściem ze stanu kapłańskiego. Ks. Pryszmont natomiast sięga pamięcią do dwóch wydarzeń, o których opowiadał mu ks. Barwicki obecny przy jej ekstazach. Błagała kiedyś Chrystusa na głos, by wybaczył grzechy pewnemu księdzu. Wciąż jednak słyszała, że nie nadszedł jeszcze ku temu czas. Gdy nadal cierpiała i modliła się w tej intencji, w końcu Pan Jezus zgodził się wybaczyć wypowiadane przez s. Wandę grzechy. Po kilku tygodniach do ks. Barwickiego przyjechał nieznajomy mężczyzna. Poprosił o spowiedź. Wymienił dokładnie te grzechy, o których wybaczenie prosiła s. Wanda. Jak się okazało, był to ksiądz, za którym się wstawiała.

Z podobnym przypadkiem spotkał się również inny z jej spowiedników, ks. Antoni Ząbek. W konfesjonale jednego z wileńskich kościołów spowiadał kapłana, któremu s. Wanda wcześniej wyjednała nawrócenie.

Obraz kapłana ukrzyżowanego

Znany jest też przypadek, kiedy s. Wanda uratowała księdza z Syberii, który zamierzał popełnić samobójstwo. Gdy się za niego modliła, sprawiała wrażenie jakby się wyrywała komuś, kto usiłuje ją dusić. Kiedy ks. Barwicki wypowiedział nad nią egzorcyzm, objawy ustąpiły. Na jej ciele natomiast znaleziono ślady grubego sznura. - To wyraźny przykład walki szatana o duszę kapłana, za którego modliła się siostra - ocenia ks. Pryszmont.
Wśród wielu widzeń, jakie miała w życiu s. Wanda, jedno było szczególne. To, w którym Pan Jezus polecił jej, by zatroszczyła się o namalowanie obrazu z wizerunkiem kapłana przybitego razem z Chrystusem do krzyża. "Musisz narysować" - słyszała głos Pana Jezusa. - Nie, nie potrafię - mówiła. "Musisz, jeszcze tu, na ziemi".
Obraz opisywała w ten sposób: "Krzyż krwawy. Na krzyżu rozpięty Zbawiciel - ledwo dostrzegalny - i kapłan. Za krzyżem obłoki lśniące, białe, bez ograniczenia końca ani też początku. Spod obłoków głębszych wydostaje się światło oślepiające i trudne do określenia, chyba zachód czy wschód słońca, ale jeszcze bardziej jasne. Światło to pada na kapłanów.
Kapłani wraz z zakonami, nasyceni tym światłem, zawisają na krzyżu z miłości i dla miłości. Konają w Nim".
Taki obraz, według dokładnych wskazówek s. Wandy, namalował w latach pięćdziesiątych ks. Barwicki. Chrystus - w koronie cierniowej - na obrazie jest rzeczywiście ledwie dostrzegalny. Na pierwszym planie widać ukrzyżowanego kapłana, w długiej, białej szacie, jakby albie, przepasanej sznurem. Z lewej strony, w cieniu krzyża, leżą lilie, obok ciernie i trzy gwoździe.
Obraz wisi teraz w Domu Generalnym Sióstr od Aniołów w Konstancinie, w holu na pierwszym piętrze, obok pokoi, w których mieszkają siostry - od razu rzuca się w oczy.

"Nie wyleczy jej żadna medycyna"

Gdy w 1950 r. s. Wanda została aresztowana przez NKWD, wraz z innymi siostrami na dziesięć lat trafiła do łagru sowieckiego we wschodniej Syberii, w Wierchnie Uralsku. W swoim Dzienniczku wspomina: "W więzieniu na wspólnej i dużej sali chorych starałam się nieść pomoc więcej cierpiącym. I swoje porcje mleka i masła, białego chleba oddawałam innym cierpiącym. Odmawiałam Różaniec wspólnie, co było ostro zabronione. Nasze różańce robione z chleba zabierano i niszczono. Pod tym względem byłam niepoprawna i robiłam znowu swoje".
Była za to szykanowana, wyśmiewana, poddawana represjom, a niekiedy nawet wstrząsom elektrycznym, przy których od razu mdlała. Natomiast za to, że się publicznie modliła, skierowano ją w końcu do zimnego karceru. Za karę spała na podłodze, razem ze szczurami.
Ponieważ w tym czasie poważnie chorowała, dość dużo czasu spędzała w więziennym szpitalu. Ale lekarze nie radzili sobie z jej dolegliwościami. Wreszcie wydali orzeczenie lekarskie: "Nie wyleczy jej żadna medycyna, gdyż jest bardzo nerwowa i uczulona na krzyż. Oto jej psychoza".
Gdy to zobaczyła, pomyślała sobie wtedy: "Głupi wy jesteście, choć lekarze". Ale po chwili, jak zapisała w Dzienniczku, miała wyrzuty sumienia, bo przecież "tak myśleć nie wolno".

Uczyła religii kardynała Gulbinowicza

Kiedy w 1956 r., po odwilży w ZSRR, ogłoszono, że s. Wanda była nieprawnie sądzona, wróciła do Polski. Tu (tzn. w Polsce) katechizowała i prowadziła kursy maszynopisania. Potem mieszkała w Częstochowie. Zajmowała się pielgrzymami, którzy przybywali na Jasną Górę. Słynęła i z tego, że z szarych koralików drzewa różańcowego, które siostry hodowały w ogrodzie, sama robiła różańce.

W Częstochowie uległa wypadkowi: potrącił ją samochód i złamała biodro. Od tamtej pory aż do śmierci musiała poruszać się o kulach, a potem już tylko na wózku inwalidzkim.

W 1988 r. osiadła w Domu Generalnym Zgromadzenia w Konstancinie-Chylicach.

- Prowadziła życie ciche i spokojne - mówi s. Irena, która pamięta ją jeszcze z czasów młodości, kiedy wstąpiła do zakonu.

S. Wanda nie od razu zdecydowała się na Zgromadzenie Sióstr od Aniołów. Przyglądała się bernardynkom, benedyktynkom. Także nazaretankom, które mieszkały wtedy w jej rodzinnym Nowogródku. Ostatecznie na jej decyzję miały chyba wpływ względy rodzinne. Bo jej dwie siostry były już zakonnicami Sióstr od Aniołów. Prawdopodobne jest też, że fascynował ją ten zakon także dlatego, że był stosunkowo młody. Ks. Wincenty Kluczyński założył go w 1889 r.

Jej marzeniem było realizować charyzmat Zgromadzenia, czyli - jak głosi reguła - "na wzór Aniołów służyć ludziom, szczególnie księżom, prowadzić ich do Boga, pomagać wytrwać w dobrym". Stąd z wielką pasją zajęła się katechizacją dzieci i młodzieży. Jednym z jej uczniów był wtedy Henryk Gulbinowicz - dzisiejszy kardynał, metropolita wrocławski. - S. Wandzie Boniszewskiej zawdzięczam wiele - wspomina. - Ona przygotowała mnie do Pierwszej Komunii Świętej, nauczyła służenia do Mszy św. i była w przyjaźni z moimi rodzicami, a szczególnie z moją matką.

Konwalia leśna

Mimo że wiele w życiu cierpiała: chorowała na anemię, zapalenie płuc, woreczka żółciowego, na grypy i anginy, miała operację guza piersi i guza mózgu, przyjmowała też na siebie choroby innych. Gdy zachorował jej ojciec, wzięła na siebie jego dolegliwości. Znany jest też przypadek księdza, który musiał przerwać rekolekcje, ponieważ bolało go gardło. S. Wanda pomodliła się wtedy za niego i poprosiła, by cały ból przeszedł na nią. Tak też się stało. Ów kapłan spokojnie mógł dokończyć kazanie.

Czuło się, że była jakaś wyjątkowa, niezwykła - twierdzą siostry. Po prostu inna od pozostałych zakonnic. Do Chrystusa zwracała się: "Najukochańszy". Gdy się modliła, wydawała się prawie nieobecna. Po przyjęciu Komunii św. zapadała jakby w śpiączkę.

- Lubiłam z nią rozmawiać. To, co mówiła, było czymś w rodzaju życiowego przesłania - wyznaje s. Beata, która od dwóch lat jest w Zgromadzeniu.

S. Wanda nazywała siebie "konwalią leśną". Mówiła, że z nieba będzie miała większe możliwości pomagania ludziom i wypraszania im łask, niejako zrzucając stamtąd płatki konwalii.

Co wokół stygmatów s. Wandy będzie się działo dalej?

O. Gabriel Bartoszewski tłumaczy, że gdyby pojawiły się jakieś nadzwyczajne znaki pośmiertne, wtedy będzie podstawa, by rozpocząć proces beatyfikacyjny, a co za tym idzie, by udowodnić świętość jej życia i heroiczność cnót. Same stygmaty bowiem dla orzeczenia świętości życia nie wystarczają. Są znakami dla innych, mają pomagać na drodze do wiary, nie odgrywają jednak pierwszorzędnej roli.

- Najważniejsza była jej modlitwa za kapłanów i zakony - mówi o. Bartoszewski. I przede wszystkim w ten sposób s. Wanda wniosła wkład w życie duchowe Kościoła.

Kapłan - drugi Chrystus

Pomimo nędznej istoty twojej nic Mnie nie powstrzymało od braterskiego wybraństwa i wcielenia się w ciebie, kapłana. Nie odmawiam ci pomocy żadnej. W pierwszym rzędzie łaski Nieba, światło, wiedza, miłość na ciebie spływają.

Miej niezachwianą wiarę, ufność miej w krzyżu. Bądź kapłanem według Mojej myśli i pragnień. Bądź ukrzyżowany światu, od krzyża się nie odrywaj. Toń stale w Mojej miłości, w pełnieniu woli Mojej, a w ofierze aż do zniszczenia. Stale umieraj dla siebie, jak Ja konam dla dusz, by im Niebo otworzyć.
Pragnę przez ciebie nieść chwałę Ojcu Przedwiecznemu. Przez ciebie chcę stać się widzialnym dla wiernych i dla świata całego.

Słowa do kapłanów, które Pan Jezus w czasie widzenia podyktował s. Wandzie

Ocena: +1 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Zgwałcone, pobite i okradzione zakonnice w Ugandzie

2020-07-14 18:28

[ TEMATY ]

przemoc

zakonnica

Afryka

zakonnice

Archiwum autora

Nieznani sprawcy dokonali bestialskiego napadu na klasztor sióstr Córek Maryi (Bannabikira) niedaleko stolicy Ugandy, Kampali. Pobili i zgwałcili niektóre z 50 zakonnic, a także zabrali pieniądze i cenniejsze przedmioty takie jak zegarki, laptopy i telefony.

Na teren klasztoru bandyci dostali się przeskakując ogrodzenie. Udało im się odłączyć kamery ochrony i zniszczyć twarde dyski, na których przechowywane były nagrania. Następnie szli od pokoju do pokoju, żądając pieniędzy i kosztowności.

„Nie miałyśmy szans obrony, wszystkie spałyśmy, kiedy się pojawili. Żądali pieniędzy. Wściekali się i bili nas, gdy mówiłyśmy, że prawie niczego nie mamy” – opowiada jedna z ofiar, s. Sylivia Namulondo.

Na atak zareagował prezydent Ugandy. Yoweri Museveni zlecił służbom porządkowym wszczęcie dokładnego śledztwa, aby ustalić, kto stał za brutalnym napadem. Policja dzień i noc pilnuje klasztoru, aby zapobiec przyszłym atakom.

Siostry Córki Maryi prowadzą w Ugandzie szkoły, gospodarstwo mleczarskie, fabrykę świec, piekarnię i stawy rybne. Produkują również szaty liturgiczne. Są pierwszym żeńskim zgromadzeniem zakonnym, jakie powstało w tym kraju.

CZYTAJ DALEJ

Warszawa: Uroczystości pogrzebowe Bernarda Ładysza

Nabożeństwo żałobne Bernarda Ładysza miało miejsce w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie. Po Mszy świętej nastąpiło odprowadzenie zmarłego na Cmentarz Wojskowy na Powązkach, gdzie spoczął w Alei Zasłużonych.

Mszy świętej pogrzebowej przewodniczył biskup polowy WP gen. bryg. Józef Guzdek. W uroczystościach brali udział m.in.: żona Leokadia Rymkiewicz-Ładysz, synowie Aleksander Czajkowski-Ładysz i Zbigniew Ładysz, wiceminister kultury Magdalena Gawin, prof. Ryszard Cieśla z Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina.

Bernard Ładysz urodził się 24 lipca 1922 r. w Wilnie. Tam, jako kilkunastoletni chłopiec, rozpoczął naukę śpiewu. Miał 17 lat, kiedy wybuchła II wojna światowa. Jako sierżant Armii Krajowej Ziemi Wileńskiej został uwięziony w Kałudze nad Oką w Związku Sowieckim, gdzie przebywał w latach 194-46.

Po wojnie drugim miastem Bernarda Ładysza stała się Warszawa. Właściwe studia wokalne podjął w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej im. Fryderyka Chopina (obecnie UMFC), pod kierunkiem prof. Wacława Filipowicza. Karierę artystyczną rozpoczął w 1946 roku w Reprezentacyjnym Zespole Wojska Polskiego.

Duże znaczenie dla kariery Bernarda Ładysza miało zdobycie pierwszej nagrody na konkursie śpiewaczym we włoskim Vercelli w 1956 roku. Zgodnie z regulaminem tego konkursu laureat mógł zadebiutować w mediolańskiej La Scali. Bernard Ładysz nie zdecydował się jednak na ten krok - zaangażował się natomiast do występów w Teatro Massimo w Palermo. W 1959 roku włoski dyrygent Tullio Serafin, który realizował w Londynie nagranie "Łucji z Lammermoor", powierzył polskiemu artyście partię w tym nagraniu, które powstało przy udziale światowej sławy artystów - m.in. Marii Callas, Piera Cappuccillego, Ferruccia Tagliaviniego.

Od 1972 roku Ładysz związany był z Teatrem Wielkim w Warszawie. Tam wcielił się m.in. w tytułową rolę Borysa Godunowa w operze Modesta Musorgskiego. Śpiewał też partie Zygmunta Augusta w "Buncie żaków" Tadeusza Szeligowskiego czy Priama w "Odprawie posłów greckich" Witolda Rudzińskiego. Jego kreacje wokalne nie ograniczały się tylko do tych występów. Brał też udział w nagraniach oper dla Polskiego Radia, występował na festiwalach muzyki współczesnej "Warszawska Jesień", uczestniczył w światowych prawykonaniach utworów współczesnych kompozytorów, m.in. Krzysztofa Pendereckiego.

Występował też w filmach, m.in. w "Ziemi obiecanej" w reżyserii Andrzeja Wajdy, "Znachorze" w reżyserii Jerzego Hoffmana) w musicalach, m.in. w roli Tewiego w "Skrzypku na dachu" Josepha Steina i Jerry'ego Bocka oraz na estradzie piosenkarskiej. Współpracował z Teatrem Syrena w Warszawie.

Artysta zmarł 25 lipca. (PAP)

Autor: Olga Łozińska

oloz/ pat/

Zobacz zdjęcia: Pogrzeb Bernarda Ładysza
CZYTAJ DALEJ

Groźny wypadek Holendra Fabio Jakobsena na finiszu pierwszego etapu kolarskiego Tour de Pologne

2020-08-05 18:55

[ TEMATY ]

Tour de Pologne

PAP

Do makabrycznej kraksy doszło na finiszu pierwszego etapu 77. Tour de Pologne w Katowicach, w której mocno ucierpiał Holender Fabio Jakobsen (Deceuninck-Quick Step).

Pierwszy linię mety minął inny Holender Dylan Groenewegen (Jumbo-Visma), ale tuż przed „kreską” zepchnął na barierki swojego rodaka. Jakobsen z ogromnym impetem wpadł na płotki i wyłamał je, uderzając w sędziego pomiaru czasu.

Po chwili odezwały się sygnały karetek pogotowia. Na miejsce przyleciał też helikopter, który zabrał poszkodowanych do szpitala.

Wszystko wskazuje na to, że Groenewegen zostanie zdyskwalifikowany, ale sędziowie nie podjęli jeszcze decyzji

Holenderski kolarz Fabio Jakobsen znajduje się w śpiączce farmakologicznej, a jego stan jest poważny - przekazano PAP z biura prasowego wyścigu.

Został on zwycięzcą pierwszego etapu wyścigu.

PAP
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję