Reklama

Odczytując znaki czasu

Teczki

Niedziela Ogólnopolska 8/2005

Biblijne prototypy naszego „dziś”

Ojcowie Soboru, wpisując w dokumenty kościelnego nauczania obowiązek odczytywania znaków czasu, nie podejrzewali, że pojawi się kiedyś taki znak czasu, jak teczki agentów. To hasłowe stwierdzenie zawiera w sobie skomplikowaną treść, mówiącą o dramacie, w który wchodzi każdy człowiek jako w dziedzictwo grzechu pierworodnego. To wówczas, kiedy prarodzice dali wiarę słowom szatana, wbrew obdarowaniu otrzymanemu od Boga, w naturę ludzką wpisała się na trwałe skłonność do zła bardziej niż do dobra.
Odkupieńcza misja Jezusa Chrystusa miała na celu Objawienie Ojca, który pochyla się nad człowiekiem uwikłanym w zło, ginącym pod jego ciężarem i uzdalniającym człowieka do podjęcia wysiłku walki z pokusami szatana. Otrzymawszy darmo łaskę przebaczenia, człowiek został zobowiązany do wysiłku naprawienia szkód wyrządzonych z powodu mezaliansu ze złem.
Wydarzenia, które dziś poruszają opinię społeczną w Polsce, nie są czymś nowym i nawet znajdują swoje biblijne odniesienie i swego ewangelicznego pozytywnego bohatera. Św. Łukasz, Ewangelista miłosierdzia, opisuje to w scenie spotkania Jezusa z Zacheuszem.
Sytuacja Zacheusza wpisała się przed sześćdziesięcioma laty w polskie dzieje. Po hekatombie eksterminacji narodu, w sytuacji okupionej milionami ofiar, nadal nie byliśmy wolni. Totalitarny system, narzucony wbrew woli narodu, nie mógł zafunkcjonować bez konieczności zdemoralizowania części społeczeństwa, które starano się przeciągnąć na stronę systemu.
Najpierw były to kolejne lata okrutnych tortur i masowych egzekucji tych, którzy ocaleli z hitlerowskiej pożogi. Pozostały sieroty i wdowy po bohaterskich obrońcach niepodległości.
Świat powoli leczył rany pięcioletniego, niespotykanego w historii czasu ludobójstwa i podeptania ludzkiej godności. Nie można już było prowadzić polityki jawnej likwidacji ludzi inaczej myślących. Miejsce ideologicznie zaangażowanych po stronie nowej władzy zajęli polityczni karierowicze. W miejsce zastraszania wkroczyła polityka pozyskiwania zwolenników propozycjami materialnych profitów i zapewnieniami o kolejnych stopniach awansu.
Nieszczerość tych propozycji i ich moralna naganność nie dawała poczucia bezpieczeństwa. System chciał wiedzieć, co robią, a nawet myślą ludzie w kraju. Tak zrodziła się pochłaniająca ogromne pieniądze sieć inwigilacji i inwigilatorów. Dało to początek dramatu konfliktów sumienia tysięcy ludzi. Poranieni, zaszczuci pomnażali liczbę ludzi nieszczęśliwych, obciążonych świadomością ofiar swoich inwigilacji i denuncjacji.
Nadszedł wreszcie czas zwycięstwa szlachetnych idei i tak zrodziła się „Solidarność”.
W klimacie entuzjazmu i poczucia przywróconej godności można było dokonać aktu restytucji. Ludzie mieli świadomość, jak bezwzględna była machina totalitarnej władzy. Rozumieli, że w wielu wypadkach ów Piotrowy gest zaparcia się ideałów i przynależności zrodziła ludzka słabość, troska o przyszłość dzieci i własną.
Był to jedyny i niepowtarzalny moment odważnego ujawnienia prawdy i dokonania aktu skruchy, przeproszenia i wejścia z czystym sumieniem w grono ludzi podejmujących wysiłek tworzenia nowej, wolnej rzeczywistości.
Niestety, widzimy, że „Solidarność” nie była w pełni wolna… przyjęła do grona wszystkich, także tych, którzy żyli kłamstwem, dla których o moralności, etyce, zasadach decyduje ten, kto ma władzę (posługując się karabinem lub gazetą). Nie mogło być zresztą inaczej, bo wtedy rzeczywistość przerosła wyobraźnię.
Tu nasuwa się kolejna scena biblijna. Nawrócony pod Damaszkiem Szaweł nie kieruje swoich kroków w tereny nieznane, obce. Staje wśród ludzi, którzy go dobrze znali, wiedzieli, że prześladował Kościół. Jawnie przyznaje się do tego i o dziwo - oni mu przebaczają, znajduje wśród nich posłuch. Jego gorliwość i moc świadectwa stawia go w rzędzie tych największych - apostołów.
Niestety, w Polsce posierpniowej ten akt zadośćuczynienia nie został zrealizowany. Wielu z popierających dawny system stanęło pod sztandarami nowej rzeczywistości. Inni, zalęknieni o swoją przyszłość, spotęgowali swoje dotychczasowe działania. W wielu przypadkach wzmogli swe okrucieństwo. Symbolem tej postawy i zacietrzewienia jest okrutna śmierć sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki.
Kiedy po raz kolejny zwyciężyła wola narodu i do władzy doszli ludzie szlachetni, zostali osaczeni przez tych, którzy z hasłami wolności przejęli kluczowe stanowiska w państwie. Jak to dziś widać, w wielu przypadkach ich naczelną troską było nie dobro wspólne, powierzone im przez ludzi, ale troska o zacieranie śladów niechlubnych kart swojego życia. W ten sposób na nowo stali się mentalnościowo wspólnikami wrogów wolności i demokracji. Demokracja, o której dziś na nowo głośno, przy okazji kłamliwych zachowań pewnych partii, nie została zrealizowana. Przymykano oczy na nadużycia, bo nie mogło być inaczej. Nieuczciwości były możliwe, bo czynili je ludzie znający dobrze przeszłość rządzących decydentów. Ci z lęku przed dekonspiracją milczeli, przyzwalali.
To w braku urzeczywistnienia postawy Zacheusza czy Pawła tkwi nasz dzisiejszy dramat.

Z naszej opieszałości korzystają nieuczciwi

W Skoczowie Ojciec Święty wołał o „ludzi sumienia”. Po raz kolejny nie posłuchaliśmy papieskiego wołania. Po raz kolejny rzeczywistość pokazuje, jak błędny był to krok, jak brzemienne są skutki tego nieposłuszeństwa.
Kolejna, po pierwszej, tzw. liście Macierewicza, ujawniona w klimacie skandalu lista 240 tys. rzeczywistych i rzekomych współpracowników przysłoniła prace trzech komisji sejmowych. Nastąpił czas kolejnych afer i wzrastającego bezrobocia. W kraju bezprawia wszystko jest możliwe, nawet scenariusze irracjonalne. I oto tak ujawniona lista stała się motywem, że koalicja rządząca wycofała się z obietnic wcześniejszego zakończenia kadencji Sejmu, co obiecywano, motywując troską ochrony przed dekomunizacją.
Trudno dziś o gotowe rozwiązania tego problemu, jak to próbowałem skrótowo przedstawić. Jedno jest pewne - brak systemowych i prawnych rozwiązań tej kwestii pogrążać będzie społeczeństwo w chaosie i nierządzie.
Nie można marzyć o demokracji bez przemiany ludzkich sumień. Nie wydaje się, że dokona się ona z woli samych zainteresowanych. IPN musi znaleźć sensowne rozwiązanie. Konieczne jest oczyszczenie historii i przywrócenie jej znamion uczciwości, nawet gdyby to kosztowało utratę stanowisk tych, którzy dopuścili się zdrady wobec narodu. Mijający czas leczy rany i gdyby oczyszczenia dokonano w czasie, o którym wspominam, dziś ludzie, którzy z różnych powodów ulegli słabości, mogliby na nowo podjąć służbę społeczną. Akt ekspiacji i czyny restytucji sprawiają, że człowiek intensywniej, uczciwiej pracuje, pragnąc wynagrodzić zło, ale i nadrobić utracony czas.
Lustracja nie jest tematem dotyczącym misji Kościoła i dlatego nie zamierzam brać udziału w plebiscycie sformułowanym „tak” czy „nie” dla lustracji - chociaż mam swoje wyrobione zdanie i w referendum jako jeden z członków naszego zagubionego społeczeństwa nie miałbym trudności z głosowaniem.
Zadaniem Kościoła jest formować sumienia, przypominać niestrudzenie zasady moralne, od których odejście owocuje społecznym bałaganem, wstydem, lękiem - co w języku wiary trzeba by nazwać chorobą duszy, relatywizmem moralnym, grzechem, ryzykiem wobec zbawienia.
Przy okazji omawianego tematu pojawiają się skierowane do biskupów pytania o lustrację księży. W moim przekonaniu podstawowe zasady obowiązują wszystkich. Kłamstwo, nieuczciwość, krzywda zadawana drugiemu człowiekowi są odrażające zawsze i u wszystkich. W każdej sytuacji można i trzeba pytać o warunki złego czynu, jego przyczyny, cel i skutki. Ostatecznie to całe życie konkretnego człowieka świeckiego lub księdza powie nam, kim on był naprawdę. Ujawnienie przykrej prawdy zawsze może być drogą do pokory, a więc refleksji nad sobą i woli naprawienia krzywdy. Ukazując prawdę o woli poprawy i umiejętności naprawienia zła, sprawimy, że nasze życie staje się twórcze.
Pamiętamy wszyscy, że komunizm pisał swą historię także morderstwami: ks. Jerzego Popiełuszki, ks. Zycha, ks. Niedzielaka etc.... Był cały departament „zajmujący się” duchownymi. Produkowano szokujące publikacje, realizowano prowokujące sytuacje, aby złamać, wciągnąć i upodlić człowieka przeżywającego chwilę słabości, albo i bez winy wytaczano procesy. Takie przykłady w swej powojennej historii ma każda diecezja. W moim rodzinnym Zambrowie na 3,5 roku uwięziono księdza za to tylko, że był bratem dla ubogich i gorliwym kaznodzieją. Stał się niebezpieczny. Trzeba go było „unieszkodliwić”, a potem rzekomo okazywać miłosierdzie.
Nie do wykluczenia będą i wobec księży przypadki pomówień, manipulacji, tak jak już to widzimy wobec znanych powszechnie ludzi. Księża będą także mogli (a niekiedy może musieli) występować na drogę prawną.

W prawdzie, ale i w przebaczeniu

To, co obecnie przeżywamy, jest wielką lekcją dla wszystkich, a brzmi ona: Nie wolno wspierać zła, kłamstwa, współpracować z nieuczciwością jednostki czy całego systemu. Warto żyć skromniej, a uczciwiej. I dzisiaj nie należy korzystać z fałszywych przywilejów opartych na „paktach” nieformalnych lub wątpliwych etycznie fundacjach. Zawsze trzeba słuchać rady Pana Jezusa: „strzeżcie się obłudy (...), coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach” (por. Łk 12, 2-3).
Społeczeństwa nie da się na dłuższą metę mamić kłamstwem. Prędzej czy później blask prawdy rozświetla ciemności zakłamania i budzi usypiane sumienie narodu i jego pragnienie uczciwości.
Taki proces oczyszczenia jest konieczny i u nas. Nie jest moim zadaniem dyktowanie recept, ktoś jednak nad procesem lustracji musi czuwać, aby nie uwolnić nowego procesu krzywd, spekulacji, oszczerstw czy pomówień. Może najprościej byłoby oddać teczki ludziom inwigilowanym, niech otrzymają dostęp do prawdy o sobie. Wierzę, że w większości przypadków przyjęliby je w duchu zrozumienia i przebaczenia. Taki gest odpowiednich instytucji przywróciłby tym ludziom poczucie godności, zważywszy, że w wielu przypadkach są pogrążeni w apatii, zrodzonej ze świadomości, że cierpienie ich, a zwłaszcza pamięć ich rodziców, wykorzystuje się do nieczystych zabiegów socjologicznych w walce o władzę.
To kolejny aspekt sprawy teczek.
W mediach najczęściej pojawiają się ci, którzy w teczkach figurują jako agenci. Zdaje się, że otwarte listy, których pojawiło się sporo, są inspirowane nie dobrem państwa, nie troską o prawdę, ale lękiem o siebie. Niewiele mówi się o dramacie ludzi, których działalność konfidentów doprowadziła do pogrzebania nadziei, złamała kariery życiowe, wyrzuciła na margines życia.
Jakże aktualne, boleśnie aktualne, stają się słowa wypowiedziane kiedyś przez Aleksandra Wata: „Świat bardziej wierzy słowom kata niż łzom ofiary”.
O łzach ofiar jakoś mało w tym „teczkowym” rozgardiaszu.
I wreszcie, na koniec, pozostaje prośba o umiejętność przebaczenia ze strony pokrzywdzonych.
Jest w jednej z nowel Morcinka scena, która pokazuje niewinnie skazanego więźnia. Siedzi w jednoosobowej celi i przeżywa swój ból, swoje poczucie krzywdy. Jest człowiekiem wierzącym i codziennie modli się. Kiedy jednak odmawia Modlitwę Pańską, jego usta szepczą ją do słów: „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Dalej nie może, nie może wypowiedzieć słów: „i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy”. Nie może przebaczyć. Potrzeba modlitwy o przebaczenie, zwłaszcza przez tych, którzy dramatem zostali dotknięci osobiście.
Czas był trudny. Wszyscy w nim uczestniczyliśmy i wszyscy w jakiejś mierze jesteśmy odpowiedzialni. Niech modlitwą staną się słowa poety:

Reklama

Każdemu w dziale część winy przypadnie, / Nawet za cudze zbrodnie i szaleństwa; / Bo każdy nosi w duszy swojej na dnie / Odpowiedzialność wspólną człowieczeństwa.

(Adam Asnyk, Nad głębiami)

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

"Szczęść Boże" czy... "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus"?

Niedziela łowicka 6/2003

[ TEMATY ]

ksiądz

kapłan

Piotr Drzewiecki

Ostatnio jedna z kobiet zapytała mnie jakby z pewnym wyrzutem: "Proszę księdza, zauważam z niepokojem, że ostatnimi laty coraz modniejsze w ustach duchownych, kleryków, sióstr duchownych jest pozdrowienie: «Szczęść Boże» zamiast «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Nawet ksiądz, który przyszedł do mnie po kolędzie, pozdrowił nas słowami «Szczęść Boże». To nie jest przywitanie chwalące Boga. Kiedyś w taki sposób pozdrawiano osoby pracujące: «Szczęść Boże w pracy» i wówczas padała odpowiedź: «Bóg zapłać». Dzisiaj kiedy słyszę «Szczęść Boże», od razu ciśnie mi się na usta pytanie: do czego, skoro nikt nie pracuje w tej chwili? Nie wiem, co o tym myśleć. Według mnie to nie jest w pełni chrześcijańskie pozdrowienie".
No cóż, wydaje się, że powyższa interpretacja pozdrowień chrześcijańskich jest uzasadniona. Ale chyba może za bardzo widać tutaj przyzwyczajenie do tego, co jest tradycją wyniesioną z dziecinnych lat z domu rodzinnego. Pamiętajmy jednak o jednym: to, co jest krótsze, a mam tu na myśli zwrot "Szczęść Boże", niekoniecznie musi być gorsze.
Owszem, pozdrowienie "Szczęść Boże" jest krótsze i z tego powodu częściej stosowane. Ale ono ma swoją głęboką treść, która nie tylko odnosi się do ciężkiej, fizycznej pracy. To w naszej tradycji związano to pozdrowienie z pracą. A przecież życzenie szczęścia jest związane z tak wieloma okolicznościami. Bo jest to ludzkie życzenie skierowane do Boga, stanowiące odpowiedź na całe bogactwo życia człowieka. I jest tu wyznanie wiary w Boga i Jego Opatrzność; wyznanie wiary, że to, co jest ludzkim życzeniem, spełnić może tylko Bóg. To szczęście ma pochodzić od Niego. Mamy tu więc skierowanie uwagi na Boga i naszą od Niego zależność. Zależność, w którą wpisana jest Boża życzliwość dla człowieka. Tak oto odsłania się nam głębia tego skromnego pozdrowienia "Szczęść Boże". Czyż to mało?
Poza tym życzyć szczęścia od Boga, to znaczy życzyć Bożego błogosławieństwa. A jak jest ono cenne, świadczy opisana w Księdze Rodzaju nocna walka patriarchy Jakuba z aniołem, której celem jest m.in. uzyskanie błogosławieństwa w imię Boga: "Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz" (por. Rdz 32, 25-32). I tu znów odsłania się znaczenie naszego pozdrowienia "Szczęść Boże". Jest to prośba o udzielenie przez Boga błogosławieństwa, czyli prośba o uszczęśliwienie człowieka, a więc ogarnięcie go Bożą łaską. Z tym łączy się życzenie osiągnięcia szczęścia wiecznego, którego wszelkie szczęście doczesne jest zapowiedzią i obrazem.
Nie chciałbym jednak być źle zrozumiany. To, że piszę tak wiele o pozdrowieniu "Szczęść Boże", nie znaczy automatycznie, iż chcę przez to podważać pierwszeństwo pozdrowienia "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Moją intencją jest jedynie odkrycie głębokiej wartości wypowiedzenia słów "Szczęść Boże" przy spotkaniu dwóch osób.
A na koniec pragnę przytoczyć - niejako w formie argumentu na poparcie moich rozważań - słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, które wypowiedział 10 czerwca 1997 r. w czasie wizyty w Krośnie: "Niech z ust polskiego rolnika nie znika to piękne pozdrowienie «Szczęść Boże» i «Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus». Pozdrawiajcie się tymi słowami, przekazując w ten sposób najlepsze życzenia (bliźnim). W nich zawarta jest wasza chrześcijańska godność. Nie dopuście, aby ją wam odebrano".

CZYTAJ DALEJ

Szczera pamięć i brak odpowiedzialności - rozmowa z dr. Piotrem M.A. Cywińskim

2020-01-26 19:17

[ TEMATY ]

Auschwitz

Młody człowiek nie dojrzeje obywatelsko jeśli nie dokona „rytuału przejścia” przez Auschwitz - uważa dr Piotr M.A Cywiński. Dyrektorem Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz podkreśla w rozmowie z KAI, że pamięć świata o tym, co wydarzyło się w tym miejscu jest szczera, piękna i głęboka ale kompletnie oderwana od dojrzałego poczucia odpowiedzialności. Świadczy o tym na przykład bierność wobec współczesnych masakr, takich jak ludobójstwo na Rohindżach w Mjanmie.

Tomasz Królak (KAI): Co nam mówi Auschwitz dziś, po 75 latach od wyzwolenia obozu i w świecie takim, w jakim żyjemy?

Piotr M.A. Cywiński: - W moim przekonaniu są tu dwa bardzo istotne elementy. Po pierwsze na uroczystości rocznicowe przybędzie około 200 osób. Dziś mają po dziewięćdziesiąt parę lat, i pamiętają obóz widziany oczyma nastolatków. Przyjadą z całego świata. Mamy świadomość, że takiej liczby świadków już nie zgromadzimy, stąd wielka symbolika tego wydarzenia. Program obchodów zrobiony jest absolutnie „wokół” nich.
Politycy, królowie, prezydenci nie będą przemawiać, oczywiście poza słowami powitania ze strony gospodarza kraju czyli prezydenta Polski. Wszystkie pozostałe przemówienia będą wygłaszać ocaleni i to oni, a nie politycy będą siedzieli w pierwszych rzędach. To jest ich czas. To jest moment, kiedy my, wszyscy razem, mamy słuchać tego, co mają nam do powiedzenia. To bardzo ważna sprawa, bo – powiedzmy sobie szczerze – za 10-15 lat nie będzie tej sposobności. Natura jest nieubłagana i tak dużej grupy osób, które przeżyły Auschwitz nie uda się już zgromadzić.
Drugi bardzo ważny aspekt to ten, że świat przyspiesza w kierunku zupełnie nieznanym. Zniknęły jakiekolwiek wielkie analizy. Nikt nie jest w stanie pokusić się o analityczna prognozę tego, co będzie za 5 czy 10 lat. Jeszcze w latach 80. czy 90. było czymś normalnym opracowywanie analiz z perspektywą 20-30 lat, bo w Chinach coś wzrasta, w Afryce spada, rynek ropy będzie kształtował się tak a tak itp.

- Świat był – lub wydawał się być – bardziej przewidywalny.

- Tak, a w tej chwili nic nie da się przewidzieć, począwszy od tego, jak będą wyglądały nasze telefony komórkowe, nie mówiąc o wysokości emerytur jakie będą nam wypłacane za lat 15.
Ludzie czują stres, a w tym stresie wyraźnie widać wzrost tendencji do zamykania się w sobie, apatii, bierności, izolacji od szerszej rzeczywistości. W Europie widać to bardzo wyraźnie na przykładzie Brexitu, podziałów w Hiszpanii, we Włoszech, w Belgii i w szeregu innych miejsc. Dotyczy to zresztą nie tylko Europy. Obserwujemy także wzrost ksenofobii, rasizmu czy antysemityzmu, co bardzo wyraźnie dało o sobie znać w niektórych krajach Europy a także w Stanach Zjednoczonych. Dochodzi do tego kompletna nieumiejętność dostrzegania problemów, które maja miejsce w dzisiejszym świecie. Dwa lata temu wymordowano 50 czy 60 tysięcy Rohindża [chodzi o czystkę etniczną dokonaną przez buddystów na muzułmanach z grupy etnicznej Rohindża, zamieszkujących południowe regiony Mjanmy, dawniejszej Birmy - przyp. KAI], pół miliona uciekło do Bangladeszu i... nic się nie stało. ONZ, które powołano do tego celu, nie było w stanie nazwać rzeczy po imieniu. W najostrzejszym dokumencie, z jesieni sprzed dwóch lat, wyprodukowanym przez Zgromadzenie Ogólne ONZ, najcięższe zdanie półtorastronicowego dokumentu stanowi, że Zgromadzenie jest poważnie zaniepokojone ostatnimi doniesieniami w raportach, które napływają z Mjanmy, a w których da się odczytać poważne naruszenia praw człowieka wobec Rohindża.
Wymordowanie 60 tysięcy ludzi stanowi "poważne naruszenie" ich praw... Nie padło słowo ludobójstwo, chociaż działania wobec tej grupy spełniały wszystkie jego kryteria.
Jesteśmy więc coraz bardziej bierni, apatyczni. Potrafimy się latami kłócić o to, kto miał więcej Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, podliczając ich co do jednostki, natomiast kto dzisiaj się zajmuje podobną pracą ratowania jednostek ludzkich? Mam wrażenie, że coraz mniej ludzi w ogóle o tym myśli.

- Namysł nad wydarzeniami o niepojętej kumulacji zła – jak Auschwitz właśnie – nic więc istocie nie daje?

- Nie wątpię, że pamięć o Auschwitz jest przeżywana autentycznie, szczerze i z prawdziwymi emocjami, podbudowanymi zresztą nauczaniem w szkołach. W programach nauczania wszystkich chyba państw europejskich obecny jest temat Zagłady.

- A jednak nie jesteśmy w stanie zapobiec kolejnym ludobójstwom.

- Albo pomóc tym, którzy płyną przez Morze Śródziemne. Wydaje mi się, że nasza pamięć jest szczera, piękna i głęboka ale kompletnie, oderwana od dojrzałego poczucia odpowiedzialności. Jest po prostu pamięcią dziecinną, emocjonalną.

- Trudno jednak pojąć, dlaczego po wydarzeniach XX wieku, możliwe są kolejne, zorganizowane prześladowania i masakry. Mógłby Pan odpowiedzieć: bo nie żyjemy w raju...

- No, nie. Spójrzmy na ewolucję: kiedy wybuchły rzezie w Rwandzie w 1994 roku, była cała masa głosów potępiających także nas, Europejczyków. Pytano powszechnie: dlaczego ONZ-owskie Błękitne Chełmy nie są w stanie tam nic zrobić.
Wobec sytuacji Rohindża – prawie cisza. Podejrzewam, że gdyby zebrać artykuły z 50 najważniejszych światowych gazet, to antologia tych teksów nie przekroczyłaby 100 może 150 stron.

- Dlaczego? Odzwierciedla to jakiś postępujący zanik zmysłu etycznego polityków i dyktatorów opinii?

- Myślę, że to obrazuje postępująca apatię, zamknięcie się w sobie. A dzieje się to pod wpływem stresu związanego z wielkimi zmianami. Bo zmienia się wszystko i są to zmiany nie tylko kulturowe ale cywilizacyjne. Począwszy od kultury komunikacji, rodziny, stosunku człowieka do wspólnoty, technologii, klimatu. Zmienia się dosłownie wszystko a ludzie czują nawet podskórnie tę niepewność i zaczynają zamykać się w sobie.
Weźmy sytuację Rohindżów, o których wspomniałem czy obecne położenie Ujgurów – milion osób przebywających w obozach tzw. reedukacji w Chinach. I co, nie reagujemy, bo Chiny są potężne i bogate?

- Więc może to nie apatia tylko lęk przed naruszeniem układów biznesowych?

- Według mnie, problem leży gdzie indziej, to znaczy właśnie w tym odcinaniu się od „nie swoich” problemów. I to narasta.
Sytuacja z Rohindżami była dla nas, w Muzeum Pamięci Auschwitz-Birkenau, kubłem zimnej wody. Byliśmy wtedy dumni, że przekroczyliśmy liczbę 2 mln odwiedzających rocznie. I tych dwóch milionów nie słyszeliśmy. To jednak nie jest problem antropologiczny czy filozoficzny, to jest nasz problem zawodowy. Powstaje pytanie: po co poświęcamy na to całe życie? To jest pytanie wielu moich kolegów i koleżanek, w tym przewodników. Przeżywają je bardzo boleśnie, osobiście. Zadawaliśmy sobie pytanie: co jest nie tak? Od tego czasu zastanawiamy się nad różnymi rozwiązaniami. Dyskutujemy zarówno w naszym gronie jak i w podobnych instytucjach pamięci za granicą. Sądzę, że do elementu pamięci żalu, pamięci smutku, pamięci zastanowienia się należy dołączyć element moralnego niepokoju, bo pamięć o przeszłości nie są kluczami do jej zrozumienia....
Dla mnie pewnym problemem jest to, że się zwiedza, zasmuca i nawet się szczerze zapłacze, potem w szoku przez kilka dni nie jest się w stanie opowiadać o tym, co się widziało, po czym obserwując różne rzeczy w telewizji albo się nic nie robi albo, w najlepszym wypadku, stawia się lajka na Facebooku i ma się wrażenie, że zrobiło się swoje. Przepraszam, ale gdyby tak się zachowywali Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata to nikt by nie ocalał.

- Nie gnębi Pana fakt, że zbrodnie dotyczące Auschwitz i innych niemieckich obozów koncentracyjnych, zostały rozliczone w bardzo małym stopniu, że cała masa sprawców nie stanęła przed sądem?

- Oczywiście. W całym systemie obozów niemieckich pracowało około 70 tysięcy SS-manów, 70 tysięcy zbrodniarzy. Przez sądy przeszło 1650 osób, większość została skazana na kilka lat więzienia, nierzadko w zawieszeniu.
Norymberga itd. to były pokazówki dotyczące wierchuszki. Ale weźmy Kambodżę, w których były miliony ofiar: w tej chwili trwają pierwsze procesy czterech czy pięciu osób przed międzynarodowym trybunałem i już widać, że więcej osób przed sądem nie stanie. Wszyscy sprawcy ludobójstwa Ormian w Turcji dożyli spokojnego wieku. Nikt nie rozliczył sprawców Hołodomoru [Wielkiego Głodu; wywołanej sztucznie przez komunistyczne władze ZSRR klęski głodu na Ukrainie w latach 1932-33 - KAI], itd., itd.
Jedyny znany mi przypadek ludobójstwa, które zostało dosyć przykładnie osądzone, dotyczy wypadków w Rwandzie z 1994 r. Skazano kilkadziesiąt tysięcy osób. Dokonano tego siłą rzeczy w sposób uproszczony, bo dążono do tego aby to zrobić a nie zwlekać. Dokonywało się to jednak w procesach, w którym był i zarzut prokuratorski, i adwokacka obrona i osąd niezależnego sędziego, a więc podstawowe elementy sprawiedliwości. Europa mogłaby się przed środkową Afryką schować. Bo tam zrobiono to do bólu, do końca.
Co do próby zrozumienia czym kierowali się SS-mani, to wciąż miotamy się pomiędzy dwoma skrajnościami. Z jednej strony mamy misterium iniquitatis [tajemnica nieprawości – KAI], a z drugiej „banalność zła”. Jest ta cisza Franciszka w Auschwitz z jego wpisem w Księgi pamiątkowej, proszącym Boga o wybaczenie i jest przemówienie Benedykta XVI, w którym pytał kilkakrotnie: „Boże, gdzie Ty byłeś?” „Dlaczego milczałeś?” To są, w moim przekonaniu, zupełnie odmienne perspektywy, inne podejścia. Ta dyskusja będzie trwała bardzo długo.
Jeśli chodzi o Auschwitz, to dysponujemy bardzo nielicznymi dokumentami, które pozwalałyby stworzyć profil psychologiczny SS-mana. Owszem, mamy to w przypadku tych, którzy byli sądzeni trochę głębiej, jak Rudolf Hoess. Można też pokusić się o profil psychologiczny Josefa Mengele, bo zostało trochę więcej dokumentów, może też jeszcze kilku innych. Ale oni bardzo usilnie wszystko palili. Mamy bardzo niewiele listów SS-mańskich.

- No właśnie, jaki efekt przyniósł Pański apel wystosowany trzy lata temu do Niemców i Austriaków o przekazywanie dokumentów, zdjęć, listów od członków załogi Auschwitz?

- Dostaliśmy jeden list. A także informację od kolekcjonerów pamiątek z II wojny światowej o aukcjach czy depozytach z przedmiotami, które mogą nas interesować. I faktycznie, dzięki temu udało nam się przejąć różne rzeczy. Natomiast nie było masowego odzewu.

- Zaskoczyło to Pana?

- Spodziewałem się, że jednak odzew będzie większy, bo jednak nie wierzę, że poginęły całe albumy rodzinne. Mogą poginąć dokumenty, rozumiem, że ktoś pali książeczkę żołnierską. Ale że zginęły pocztówki wysłane do rodziny, która nie jest zagrożona albo, że zaginęły albumy? Członkowie niewielkiego komando więźniarskiego, które pracowało w obozowej ciemni i wywoływało zdjęcia wspominali, że większość to były prywatne fotografie SS-manów, a komando introligatorskie robiło z tych zdjęć całe albumy. Tych zdjęć załoga robiła sporo, muszą gdzieś być. Przez strukturę SS Auschwitz przewinęło się około 9,5 tys. ludzi. Niech co trzeci robi w ciągu tych pięciu lat kilka albumów, to daje ich w sumie tysiące. I miałyby one zniknąć? Kompletnie w to nie wierzę.

- Trudno więc o ten portret psychologiczny.

- Są materiały z sądów, ale sąd to jest teatr. Jest jednostka, która atakuje i ta, która się broni. Materiały sądowe to bardzo trudne dokumenty dla historyka.

- W protokołach z ich przesłuchań najczęstsze zdanie brzmi: Nie przyznaję się do winy.

- Tak oraz: to nie ja, to inni, ja nic nie wiedziałem. Mamy kilkadziesiąt teczek personalnych i dosłownie parę pamiętników członków obozowej załogi. To za mało, żeby stworzyć dobry, mocny profil psychologiczny i stwierdzić na przykład, czy przychodząc tam już byli zwyrodniali, czy też dokonała tego rzeczywistość obozu a może było i tak i tak? To fundamentalnie ważne pytania. Dużo bardziej rozpoznany mamy świat ofiar niż sprawców. To jest groźne, bo antropologicznie świat ofiar, niewinnych ludzi zamordowanych wcześniej czy później, nie niesie ze sobą zagadek; zagadki są po stronie oprawców.

- Dziś Miejsce Pamięci i Muzeum Auschwitz to nie tylko przestrzeń do zwiedzania ale w gruncie rzeczy centrum badawcze.

- Tak, a ponadto mamy centrum edukacyjne w nowej siedzibie, wyposażone w wiele klas i salę amfiteatralną. Jest wydawnictwo, są zbiory i archiwa, prowadzimy działalność wystawienniczą. W tej chwili realizujemy wiele dużych inwestycji, na przykład nowe centrum odwiedzających czy hostel dla wolontariuszy. Jesteśmy dużą instytucją, która na przestrzeni ostatnich lat rozwija się bardzo dynamicznie. 10-12 lat temu mieliśmy pięciu dyplomowanych konserwatorów – dziś ponad 30; w ubiegłym roku było 2,3 mln odwiedzających.
Na przełomie wieków, XX i XXI było wiele głosów, że teraz Europa się pojednała, mamy nowy wiek i nowe generacje więc historia wojny odchodzi w zamierzchłą przeszłość. Nic z tego, kompletna nieprawda. Dzięki mediom oraz bezpośrednim rozmowom, udało się uświadomić decydentom, że młody człowiek nie dojrzeje obywatelsko jeśli nie dokona „rytuału przejścia” przez Auschwitz. Dzisiejsi 16-latkowie za 10 lat będą przecież w najbardziej twórczym okresie swojego życia.

- Czy oświęcimskie Centrum Dialogu i Modlitwy założone przez niemieckiego księdza Manfreda Deselaersa stanowi znaczący punkt odniesienia dla Muzeum?

- Jak najbardziej. Istnieje zresztą sporo instytucji działających wokół Auschwitz, które traktujemy jako instytucje pomocnicze. Jest Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży, Centrum Żydowskie, oddział Stowarzyszenia Romów w Polsce. To bardzo ważne instytucje.

- Wspomniał Pan o działalności wydawniczej. Nad czym obecnie pracujecie?

- Nad zupełnie nową chronologią obozu, nowym kalendarium. Opracowanie Danuty Czech wydane 30 lat temu jest zapewne w 15-20 proc. dyskusyjne a ponadto nie zawiera wielu faktów, o których wówczas po prostu nie wiedziano, a zostały odkryte i przebadane w międzyczasie.

- A o czym będzie pana kolejna książka, po tych o rampie w Birkenau czy snach więźniów?

- O wnętrzu człowieka, o tym czym żył, jakie miał emocje w środku. A więc o tym wszystkim, o czym nie stanowią daty czy liczby.
***
Piotr Cywiński (ur. 1972) od 2006 r. jest dyrektorem Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau. Był m.in. prezesem Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, prezesem na Europę światowej federacji intelektualistów katolickich Pax Romana.
Jest członkiem Rady Fundacji na rzecz Maximilian-Kolbe-Werk, założonej przez Konferencję Episkopatu Niemiec a także zarządu Stowarzyszenia Miejsce Pamięci Maison d’Izieu we Francji oraz moskiewskiego Stowarzyszenia Memoriał. Jest autorem wielu publikacji dotyczących obozu Auschwitz-Birkenau.
Odznaczony wieloma wysokimi orderami w kraju i za granicą, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i francuskim Orderem narodowym Legii Honorowej a ostatnio papieskim krzyżem Pro Ecclesia et Pontifice (Dla Kościoła i Papieża).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję