Zaufanie to podstawa każdej relacji. Nie ufając, tworzymy dystans zamiast więzów. Na początku bardzo blokował mnie brak zaufania. Wiedziałam, że Bóg mnie kocha - doświadczałam Jego miłości i światła, które wnosi do mojego życia. Nie potrafiłam jednak w pełni zaufać w to, że chce dla mnie dobra. Obwiniałam Go, gdy wydarzyło się coś, z czym po ludzku nie potrafiłam się pogodzić. Nie rozumiałam, dlaczego dopuszcza do moich łez - przecież wie, że Jego decyzja zaważy na moim samopoczuciu i przede wszystkim - na moim stosunku do Niego. Bywały gorzkie chwile, gdy przytłaczała mnie fala niezrozumienia i buntu. Bo przecież miało być inaczej...
Zrozumienie przyszło z czasem. Przekonałam się, że Bóg wiedział, co robi nie tylko wtedy, gdy ogarniała mnie radość, ale także wtedy, gdy było mi naprawdę ciężko przyjąć Jego wolę. Trudy umocniły moją wiarę - wiem, że nie modlę się do Boga, który spełnia wszystkie moje prośby, lecz do Boga, który wie najlepiej, co dla mnie dobre. Ja patrzę tylko z perspektywy tu i teraz. On widzi znacznie więcej... Niegdyś sentencja ”Po burzy zawsze wychodzi słońce” była dla mnie tylko powszechnie utartym frazesem, niewnoszącym jakiegoś głębszego przesłania. Po różnych zawirowaniach, które nauczyły mnie pokory i pozwoliły pogłębić wiarę, już wiem, że nie ma takiej ciemności, której Bóg nie byłby w stanie rozjaśnić.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Relacja z Bogiem często jest odzwierciedleniem naszych relacji z ludźmi. Jak zaufać Bogu, mając w sercu ranę zadaną przez człowieka? Najtrudniejsze dla mnie było przyjęcie prawdy o Bogu jako Ojcu, który nigdy nie opuści swojego dziecka. Porzucenie przez ziemskiego ojca długo stanowiło barierę, abym mogła całkowicie uwierzyć, że tym razem znalazłam się w rękach kogoś, kto mnie nie zostawi. Bóg jest potężniejszy od tych, którzy Cię skrzywdzili albo nie potrafili kochać: ,,Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49, 15) Ta świadomość w końcu znalazła swoje stałe miejsce w moim sercu. Zostałam przez Niego uzdrowiona.
Ten felieton jest ostatnim z cyklu ,,Wypłyń na głębię”. Opisałam w nim moją długą i wyboistą drogę do odnalezienia Boga, szczęścia i przede wszystkim - siebie. Starałam się ukazać, jakie barwy może przybrać życie, gdy serce otworzy się na Bożą Miłość. Nie wypłynęłabym jednak, gdyby nie dwie ważne osoby, obecne w moim życiu: moja mama i kapłan, który pokazał mi prawdziwego Boga. Jestem wdzięczna za wsparcie, wiarę i podnoszenie z upadków. Dzięki Bogu i Wam nie tylko wypłynęłam, ale przede wszystkim – nie zatopiłam się. Dziękuję za wszystko! Zdjęcie, które wybrałam, jest dla mnie symbolem mojej historii. Ukazuje wolność - ze spokojem w sercu mogę kroczyć przez świat, w końcu dostrzegając piękno.
Życie z Bogiem nie oznacza życia bez zawirowań. Żyjąc z Bogiem, mamy jednak świadomość, że zawsze jest ktoś, kto wesprze, doda mocy, zrozumie i najważniejsze: kocha. Bóg potrzebuje nas, a my potrzebujemy Jego.
