Reklama

Świętość Jana Pawła II

Z abp. Stanisławem Nowakiem - metropolitą częstochowskim - rozmawia ks. inf. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 19/2011, str. 12-14

Krzysztof Świertok/Archiwum „Niedzieli”
Jan Paweł II na Jasnej Górze w 1999 r. Drugi z lewej - abp Stanisław Nowak

Ks. Ireneusz Skubiś: - Należy Ksiądz Arcybiskup do tych szczęśliwych ludzi, którzy od lat patrzyli na życie i pracę najpierw biskupa, później arcybiskupa i kardynała Karola Wojtyły, a potem na pontyfikat Ojca Świętego Jana Pawła II. Dzisiaj patrzy Ekscelencja na to święte życie z pewnej perspektywy. Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega ks. Karola Wojtyłę w jego młodości pasterskiej, biskupiej i kardynalskiej?

Abp Stanisław Nowak: - Święci nie rodzą się świętymi, ale się nimi stają. Łaska, którą otrzymujemy na chrzcie świętym, uświęca nas, włączając w życie Boże w najściślejszym tego słowa znaczeniu, czyniąc nas synami Bożymi i dziedzicami nieba. Równocześnie jednak jest nam ona dana jako zaczyn, zapoczątkowanie procesu dalszego rozwoju. I tak dzięki niej, będąc synami Bożymi, braćmi Chrystusa uduchowionymi w Duchu Świętym, stajemy się nimi coraz bardziej, dorastając do jakiejś pełni oznaczonej dla każdego według miary daru Chrystusowego.
Gdy patrzę na święte życie Jana Pawła II z pewnej perspektywy, zdaję sobie sprawę, że musiało ono też podlegać procesowi rozwoju i wciąż się doskonalić. Wyznaję jednak, że moja znajomość jego osoby sprowadzała się do tego, iż zawsze widziałem w nim pięknego duchowo człowieka, wyróżniającego się pewną nadprzeciętnością. W ciągu 52 lat podziwiałem mojego profesora etyki społecznej w Wyższym Seminarium Duchownym, potem mojego biskupa jako ksiądz parafialny, a następnie wychowawca alumnów w seminarium, wreszcie, już jako biskup - papieża. Z religijnym pietyzmem przyjmowaliśmy Następcę św. Piotra na stolicy w Rzymie. Kochaliśmy go bardzo my, Polacy i wierni Kościoła katolickiego, kapłani i biskupi, żyjąc każdym jego poczynaniem duszpasterskim, śledząc każdy jego krok oraz gest dobroci i życzliwości wobec ludzi. Odczuwaliśmy w nim Bożego człowieka.

- Świętość to nie tylko sprawa samego odniesienia do Pana Boga. To także stosunek do ludzi. Jak kształtował się obraz świętości życia Karola Wojtyły?

- Świętość osiąga się przez zachowanie przykazania miłości Boga z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił, ale także miłując bliźniego jak siebie samego. Bez miłości człowieka nie ma miłości Boga. Jan Paweł II od czasów, kiedy go poznałem, zawsze cały był dla Boga i cały dla człowieka. To było życie niezwykłej koncentracji na modlitwie przed Bogiem, ale też całkowicie oddane służbie drugiemu człowiekowi. Przez 2 lata słuchałem jego wykładów z dziedziny etyki społecznej. Tematyka, którą poruszał, z istoty rzeczy dotyczyła ludzkich spraw, wymiaru życia politycznego i ekonomicznego, a przecież to wszystko wypływało z najgłębszych źródeł wiary. Jego wykłady cechowała głębia religijna. Lubił wyrażenie św. Ireneusza z Lyonu: „Chwałą Bożą jest żyjący człowiek” i zawsze w jego słowach i skryptach, które nam dawał - bardzo dokładnie przygotowanych, które przepisywaliśmy sobie na maszynach - czuło się, że wszystko, co mówi, wynikało ze zgłębienia źródeł Objawienia Bożego. Przyjmowałem jego wykłady jako wyraz miłości do każdego człowieka. Znając jego przeszłość jako robotnika fizycznego fabryki chemicznej Solvay i kamieniołomów Zakrzówka, wyczuwałem niezwykłe zatroskanie o ludzi pracy. Z pasją cytował encykliki papieży - wtedy (w latach 1956-58) Leona XIII, Piusa X i Piusa XI - na temat kwestii społecznej. W czasach PRL-u mocno przedstawiał argumenty z nauki św. Tomasza z Akwinu i innych autorów o prawie do własności prywatnej. Odważnie krytykował hasła marksizmu i leninizmu. Znając z opowiadań kolegów jego zachowanie wobec ubogich, wytworzyłem sobie o nim - osobie późniejszego papieża encyklik społecznych - obraz obrońcy robotników, oddanego ludziom ciężkiej pracy. Z wielkim bólem przeżyłem osobiście zachowanie małej grupy robotników fabryki Solvay, która dała się wciągnąć w intrygi władz komunistycznych w roku 1965, po liście Episkopatu Polski do Episkopatu Niemiec ze słowami: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Żałowali tego potem. Będąc biskupem krakowskim, kard. Karol Wojtyła objawiał się nam jako pasterz bardzo bliski nie tylko inteligencji i studentom, ale właśnie prostemu ludowi. „Ludowy brat” - cisną się do głowy słowa wieszcza Słowackiego. Wizytacje biskupie, bierzmowania - a bp Wojtyła jeszcze chodził po kościele i rozmawiał z młodymi ludźmi, sprawdzając ich znajomość prawd wiary - miały w sobie tyle uroku. Nie zapomnę wizytacji w małej parafii Ponikiew koło Wadowic. Wyznaczono mi tam w czasie wizytacji kanonicznej kazanie w jego obecności. W święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny miałem wskazać na związek tego święta z udzielaniem sakramentu bierzmowania. Zdaje się, że powiedziałem to tak, iż chłopcy i dziewczęta niewiele z tego zrozumieli. Mój biskup grzecznościowo pochwalił mnie za to, że kazanie przygotowałem, po czym sam powiedział do młodych prosto i krótko: bierzmowanie ustanowił Pan Jezus, a nie byłoby na ziemi Pana Jezusa, gdyby Go nie urodziła Matka Boża. Wielka wiedza umiała się zniżyć do prostych ludzi. Oczywiście, lud kochał swego biskupa, bo czuł, że ten biskup bardzo go szanuje i kocha.
Fenomenu kontaktów Papieża z tysiącami wiernych nie śmiem opisywać. Wszyscy odczuwali, że Papież promieniuje swoim człowieczeństwem. Cały daje siebie tym, z którymi się kontaktuje. Daje dobre słowo, błogosławieństwo, a także dobre serce. Gdybym szukał źródeł takich postaw Papieża w czasie audiencji, odniósłbym się do jego wcześniejszego poematu - „Przed sklepem jubilera”, gdzie jest mowa o promieniowaniu ojcostwa. Jan Paweł II promieniował swoim ojcostwem, w każdym calu swojego serca i uwagi był ojcem. W miarę upływu lat - coraz bardziej dobrotliwym, ciepłym, prawdziwie ojcem tych, których spotykał i którym błogosławił.

- Jak świętość Karola Wojtyły przejawiała się w jego działaniach duszpasterskich - czy to w stosunku do jego diecezji, czy do poszczególnych grup, takich jak np. młodzież akademicka czy inteligencja katolicka?

- Kard. Wojtyła był teologiem, moralistą, filozofem, etykiem, poetą, artystą, profesorem, wykładowcą - ale nade wszystko był pasterzem. Paliusz na jego piersiach, który widać na wszystkich fotografiach, nie był tylko strojem ani liturgiczną szatą z krzyżykami, lecz prawdziwym znakiem jego pasterskiego zatroskania o człowieka. To był dobry pasterz. Duch duszpasterski cechował całe jego życie kapłańskie. Jako profesor wyróżniał się nie tylko niezwykłymi wykładami dla kleryków i księży, ale również przeżywaniem swojego czasu, także wakacji i urlopów, w zatroskaniu o człowieka, m.in. o inteligencję i studentów. Arcybiskup Krakowski był w Episkopacie wyjątkowym pomocnikiem i wsparciem dla Ruchu Światło-Życie, założonego przez sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego. On sam wypraktykował podobną drogę docierania do duszy młodzieży akademickiej i grup inteligenckich. Odprawiał im Mszę św., głosił konferencje, ale przede wszystkim rozmawiał i z nimi był. Jako biskup krakowski wypracował cały system duszpasterski. Był w tym nowatorski. Sam czynny uczestnik wszystkich sesji II Soboru Watykańskiego, umiał przełożyć myśl duszpasterską Soboru, zwłaszcza Konstytucję duszpasterską o Kościele, na życie. Był ojcem wielkiego dzieła duszpasterskiego - Synodu Archidiecezji Krakowskiej, upamiętniającego 900. rocznicę śmierci św. Stanisława Biskupa i Męczennika. Synod trwał przez 7 lat (1972-79) - tyle lat św. Stanisław pasterzował na stolicy biskupiej w Krakowie - i został zamknięty już przez papieża Jana Pawła II. Ojciec Święty wielką wagę przykładał do programów duszpasterskich. Na zebraniach słuchał kapłanów, przekonywał i wprowadzał zaplanowaną ważną tematykę. Jestem pewnie jedynym z żyjących członków zespołu synodalnego maryjnego, którego przewodniczącym był przyjaciel kard. Wojtyły - ks. Witold Kacz. Kardynał pokornie uważał się za członka tego zespołu, stawiał pytania i inspirował naszą pracę. Jak sam lubił mówić, był pasterzem, który nie tylko kroczy na czele owczarni, ale idzie wśród owiec. Wielki był zaiste świat pracy ewangelizacyjnej Jana Pawła II w archidiecezji. Angażował się w duszpasterstwo grupowe, indywidualne i ogólnokościelne. Będąc w Krakowie-Nowej Hucie, po raz pierwszy jako papież użył pojęcia: „nowa ewangelizacja”. Tak naprawdę to on tę nową ewangelizację już jako ksiądz, a potem jako pasterz archidiecezji krakowskiej prowadził. Nowatorskie było jego pasterzowanie, co miało swój dalszy ciąg na Stolicy św. Piotra.

- Jak Ksiądz Arcybiskup postrzega relacje bp. Karola Wojtyły z Kościołem krakowskim, z jego kapłanami?

- Więzi bp. Wojtyły z kapłanami były szczerze kapłańskie, bliskie i serdeczne. Wielu z nich jako profesor kształtował, wielu wychowywał, wielu wyświęcił. Księża podziwiali swojego biskupa, słuchali jego słów, zapamiętywali je i powtarzali sobie. Czasem może swoją mową głębi przerastał nas i nie bardzo mogliśmy z uwagą śledzić konsekwentnie przeprowadzany tok jego myślenia. Jednak zawsze był dla nas „równy”. Pamiętam, jak na naszym zjeździe koleżeńskim w pracowitym dla niego dniu czekaliśmy, czy też przyjedzie. Przyjechał, odmówił z nami Nieszpory, pogadał chwilkę i - dalej do posług. Modlił się z kapłanami, słuchał ich uważnie, żartował, mrugał do nas figlarnie. Umiał być bratem. Oczywiście, jako biskup musiał też wymagać, a to nie wszystkim się podobało. Niektórym księżom wydawało się, że za bardzo podkreśla rolę świeckich w Kościele, a nimi się nie dość przejmuje. Były to jednak tylko zwyczajne złudzenia i zwykłe ludzkie roszczenia.
Najbardziej mógłbym zaświadczyć o jego wielkiej trosce o przyszłych kapłanów. Otóż biskup krakowski z klerykami spędzał święta. Ileż one dawały radości alumnom! Godzinami śpiewali z nim kolędy, odpowiadali na jego „układanki” kolędowe podobnymi. Biskup pełnił funkcję pasterza i wychowawcy pasterzy. Także zakony i inne stany nie mogą narzekać, że Biskup Krakowski ich nie dostrzegał czy nie miał dla nich czasu na bliskie kontakty. Kard. Wojtyła pielgrzymował z księżmi do swojej ulubionej Kalwarii Zebrzydowskiej, modlił się też często z nimi w innych miejscach i sanktuariach maryjnych.

- Na czym polegała niezwykłość postaci kard. Karola Wojtyły jako profesora uniwersytetu, wykładowcy?

- Przyszły Jan Paweł II był profesorem wielkiej rangi, znanym jako etyk, a właściwie metaetyk na KUL-u, gdzie docierał trudnymi często środkami lokomocji. Znany był w tamtejszym świecie jako dobry wykładowca. Gdy został biskupem, mimo przeciążonego kalendarza jego prac, nie zrezygnowano z jego wykładów, a jego studenci opowiadali o nim niezwykłe historie. W Krakowie zastanawialiśmy się nie tylko nad głębią treści jego wykładów, poezji, homilii, przemówień. Był wybitnym kaznodzieją, autorem dzieł teologiczno-filozoficznych. Dość wymienić „Miłość i odpowiedzialność” czy „Osobę i czyn”. Co do tego ostatniego dzieła, głębia filozoficznej myśli przerastała nieraz przeciętną zdolność percepcji zagonionych duszpasterzy, z czego rodził się świat radosnych wymówek, m.in. że odkładają sobie lekturę tego dzieła Księdza Kardynała na okres czyśćca. Prof. Wojtyła chciał się dzielić swoimi przemyśleniami i naukowym talentem z innymi. Prowadził nawet seminarium naukowe przy Papieskim Wydziale Teologicznym dla przygotowujących doktoraty i habilitacje. Imponował nam, klerykom, głębią treści, ale także stylem i artystyczną formą przekazu. Podziwialiśmy naszego Profesora etyki. Czuło się mistrza słowa, dawnego aktora Teatru Rapsodycznego w Krakowie. Była więc w tym wszystkim jakaś „ponadprzeciętność”, nawet w stosunku do innych bardzo utalentowanych wykładowców. Podziwialiśmy u niego szerokość zakresu przepowiadania słowa i przekazywania myśli. Był rzeczywiście myślicielem w dziedzinie teologii i filozofii, moralności. Był kaznodzieją i poetą, autorem poważnych dzieł, ale i bliskim każdemu rozmówcą.

- Ksiądz Biskup miał szczęście przyglądać się czasem bezpośrednio Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II. Jak Ksiądz Arcybiskup postrzegał ten jego niezwykły związek z Panem Bogiem?

- Niektórzy kapłani, jak np. kard. Stanisław Dziwisz czy kard. Marian Jaworski, mogli się cieszyć szczególnego rodzaju łaską przebywania dłuższy czas w bezpośredniej obecności Jana Pawła II. Mnie dane było tylko bywać w promieniach osobowości tego Bożego człowieka. „Boży człowiek” to termin, który znajdujemy w Pierwszym Liście św. Pawła do Tymoteusza (6, 11). Nie mam obawy, że odnosząc te słowa do bł. Jana Pawła II, ulegam jakiejś egzaltacji. To był człowiek, w którego życiu Bóg był na pierwszym miejscu i który starał się wszystko podporządkowywać woli Bożej. Nie mam też oporów, żeby termin „mistyka Boga”, w znaczeniu właściwym, odnieść do naszego Błogosławionego. Ten człowiek żył Bogiem na co dzień. Objawiało się to w jego niezwykłym skupieniu na modlitwie i pełnym prostoty obcowaniu z ludźmi, do których podchodził z ogromnym szacunkiem, widząc w nich obraz żywego Boga. Podziwialiśmy w naszym Profesorze, młodym przecież wtedy kapłanie, wielkiego ducha koncentracji. Człowiek modlitwy od dziecka, w okresie papieskim - zapewne również wskutek wielkich cierpień, których dosięgło go niemało - stawał się jakby żywą „relacją do Boga”. Kiedy patrzyło się na jego postać, klęczącego ze schyloną głową przed tabernakulum, to miało się skojarzenie jakby „góry modlitwy”. Na pewno był to człowiek klęczników, zwłaszcza tego z kaplicy na Watykanie. Kard. Stanisława Dziwisza i Sióstr Sercanek pytać by trzeba, jak często podbiegały do jego klęcznika z karteczkami, na których ludzie w bardzo trudnych chwilach życiowych wypisywali błagalne modlitwy.

- Jak Ojciec Święty jako papież realizował doświadczenie Boga w swoim życiu?

- Tylko on sam mógłby na to pytanie odpowiedzieć. To, cośmy oglądali w jego zachowaniu, było wyrazem pozwolenia na bardzo daleko idące zawładnięcie jego osobowości przez przykazanie miłości Boga nade wszystko, a bliźniego swego jak siebie samego. Słowa „Totus Tuus”, które były w pierwszym rzędzie pokornie skierowane do Matki Najświętszej, w istocie swej były odniesione do Boga, a w Bogu - do człowieka. Do każdego człowieka. Bo, jak Papież w pierwszej swej encyklice „Redemptor hominis” podkreślał, Syn Boży łącząc się z człowiekiem w sensie natury ludzkiej, zjednoczył się poniekąd z każdym człowiekiem. Jan Paweł II promieniował swoim pięknym człowieczeństwem, rozdawał je wszystkim, był dla każdego. Odczuwaliśmy, że nas kocha.

- „Santo subito”! - to hasło pojawiło się na pogrzebie Jana Pawła II. Czy zdziwiło to Księdza Arcybiskupa? Jakie refleksje zrodziły się wtedy w sercu Ekscelencji?

- Znałem z teorii tę praktykę ogłaszania świętych przez lud formułą „Santo subito”, ale gdy w czasie pogrzebu zobaczyłem liczne transparenty z tym napisem, podskoczyło z radości moje serce. Tak trzeba było. Wnet się tak stanie - pomyślałem. Sam po otrzymaniu bolesnej wiadomości o śmierci Papieża wygłosiłem homilię dokładnie tej samej treści - umarł święty.

- Jak przeżywa świętość Jana Pawła II osoba mu bliska?

- Ojca Świętego Jana Pawła II, którego tak długo miałem radość znać i towarzyszyć mu jako kleryk, kapłan, wychowawca kleryków, których on miał włączyć do grona kapłanów, i wreszcie wybrany przez niego biskup - odczuwałem zawsze jako niezwykłego człowieka, bardzo mi ufającego i bardzo dla mnie dobrego. Czuję nadal bliskość jego osoby i w trudnościach od dawna już po cichu przyzywałem jego pomocy. Cieszę się też ogromnie, że mogę go już oglądać w bliskości Pańskich ołtarzy.

Reklama

Sakrament obecności

2019-06-12 09:01

Ks. Łukasz Janowski
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 12-13

Eucharystia jest sakramentem obecności, to znaczy, że najważniejszą prawdą o Eucharystii jest rzeczywista obecność Ciała i Krwi Chrystusa pod postaciami chleba i wina

Bożena Sztajner/Niedziela

Ciało i Krew Chrystusa stanowią istotę Eucharystii i podstawę całej rzeczywistości, która pod tym pojęciem się zawiera. Jezus jest obecny „prawdziwie”, nie tylko w obrazie czy figurze; jest obecny „rzeczywiście”, nie tylko subiektywnie przez wiarę wierzących; jest obecny „substancjalnie”, to znaczy według swojej głębokiej rzeczywistości – która jest niewidzialna dla zmysłów – a nie według zewnętrznych przejawów.

Obecność Chrystusa w Eucharystii opiera się na słowach, którymi Jezus podczas Ostatniej Wieczerzy ustanowił ten sakrament: „A gdy jedli, Jezus wziął chleb, odmówił modlitwę uwielbienia, połamał i dał uczniom, mówiąc: «Bierzcie i jedzcie. To jest ciało moje». Następnie wziął kielich, odmówił modlitwę dziękczynną i powiedział: «Pijcie z niego wszyscy. To jest bowiem moja krew przymierza, która za wielu jest wylewana na odpuszczenie grzechów” (Mt 26, 26-28).

Wcześniej dwa wielkie cuda wyprzedziły obietnicę sakramentu ołtarza: cudowne rozmnożenie chleba i kroczenie Jezusa po jeziorze. Przez te cuda Jezus okazał swą moc nad chlebem, wodą i własnym ciałem. Nazajutrz, gdy naucza w synagodze w Kafarnaum, obiecuje sakrament, w którym chce ciało swoje pod postacią chleba dać na pokarm: „Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata. Wtedy Żydzi zaczęli się sprzeczać między sobą, pytając: «Jak On może nam dać swoje ciało do jedzenia?». Jezus więc oświadczył: «Uroczyście zapewniam was: Jeśli nie będziecie spożywali ciała Syna Człowieczego i pili Jego krwi, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje ciało i pije moją krew, ma życie wieczne, a ja wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Bo moje ciało naprawdę jest pokarmem, a moja krew naprawdę jest napojem. Kto spożywa moje ciało i pije moją krew, pozostaje we Mnie, a Ja w nim. Podobnie jak Mnie posłał Ojciec, który żyje, i jak Ja żyję dzięki Ojcu, tak również ten, kto Mnie spożywa, będzie żył dzięki Mnie” (J 6, 51-57).

Istnieje ryzyko popadnięcia w niebezpieczeństwo przesadnego realizmu, tak jakby Ciało i Krew Chrystusa były obecne na ołtarzu „zmysłowo”, naprawdę dotykane i łamane rękami kapłana czy gryzione zębami wiernych. Ratunkiem na to niebezpieczeństwo jest sama Tradycja. Św. Augustyn uczył, że obecność Jezusa w Eucharystii dokonuje się „w sakramencie”, to znaczy, że nie jest to obecność fizyczna, ale sakramentalna, za pośrednictwem znaków: chleba i wina. Znak nie wyklucza przecież rzeczywistości, ale czyni ją obecną w jedyny sposób.

Prawda, że sakramenty, począwszy od Eucharystii, są znakami – inicjatywy i działania Boga, który chce zbawić człowieka – nie oznacza wcale, że znajdują się poza rzeczywistością, ale że stanowią rzeczywistość najgłębszą. Jaka jest relacja znaku (znaczenia) do rzeczywistości i odwrotnie? Wiara istnieje zawsze w sferze znaczeń. Tajemnica eucharystyczna oznacza, że Chrystus daje się jako pokarm, aby nas z Nim zjednoczyć i zjednoczyć nas między sobą. Owa jednocząca siła zakłada Jego realną obecność. Między znakiem a rzeczywistością nie ma więc sprzeczności.

Gdy zadamy dziecku pytanie: Co to jest uścisk dłoni?, nie powie ono, że jest to wydatkowanie pewnej ilości energii mięśniowej, spowodowane naciskiem jednego wnętrza dłoni na drugie. Powie po prostu: to znak powitania, porozumienia, przyjaźni. Rzeczywistością uścisku dłoni jest więc znak. Kiedy zapytamy: Co to jest czerwone światło?, dziecko nie powie, że jest to lampa świecąca spoza czerwonej szybki – odpowie po prostu, że jest to zakaz przechodzenia przez pasy, zakaz przejazdu, tak więc rzeczywistością czerwonego światła jest również znak. Dzięki tym elementarnym przykładom rozumiemy, że znak nie jest czymś zewnętrznym w stosunku do rzeczywistości, ale jest samą rzeczywistością, w jej najgłębszej naturze. Podobnie obecność Chrystusa w sakramencie Eucharystii jest obecnością rzeczywistą.

Musimy jednak pamiętać, że Jezus jest obecny w Eucharystii w sposób jedyny i wyjątkowy. Żaden przymiotnik sam w sobie nie jest wystarczający do opisania tej obecności, nawet „rzeczywisty”. „Rzeczywisty” oznacza: na sposób rzeczy czy przedmiotu. Jezus jednak jest obecny w Eucharystii nie jako rzecz czy przedmiot, ale jako Osoba. Obecność Jego Ciała i Krwi w tym sakramencie „można pojąć nie zmysłami, lecz jedynie przez wiarę, która opiera się na autorytecie Bożym” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1381). Przyjęcie z wiarą tej prawdy nie podważa jednak jej realności i prawdziwości, gdyż wiara jest spotkaniem z osobowym Bogiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wotum wdzięczności za 50-lecie istnienia archidiecezji

2019-06-20 10:11

pk / Szczecin (KAI)

Archidiecezja Szczecińsko-Kamieńska chce zbudować kościół i szkołę na Madagaskarze. Ma to być wotum wdzięczności na zbliżające się 50-lecie istnienia archidiecezji. Zbiórka funduszy na ten cel już trwa, a konsekracja kościoła ma nastąpić w 2022 r. W Szczecinie w ostatnich dniach przebywał misjonarz oblat Maryi Niepokalanej o. Marek Ochlak z Madagaskaru, który opowiadał o całym projekcie. O szczegółach pomysłu i o chrześcijaństwie na Madagaskarze mówi KAI ks. dr. Paweł Płaczek, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej.

Archiwum
Ks. dr Paweł Płaczek

KAI: – Skąd pomysł na kościół na Madagaskarze?

Ks. dr Paweł Płaczek, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej: – Wybudujemy szkołę i kościół na Madagaskarze jako wotum wdzięczności za zbliżające się 50-lecie istnienia archidiecezji. Wspomożemy tym projektem ojców oblatów, którzy już od 30 lat posługują wśród ubogich w Afryce. Będzie to dar naszego serca, a jednocześnie przywrócenie godności dzieciom, które żyją w Kościele pierwszej ewangelizacji. Tytuł kościoła będzie związany z główną patronką naszej Archidiecezji – Matką Kościoła i Jej ten dar dedykujemy. Konsekracja kościoła i otwarcie budynku szkoły planowane są w 2022 r.
Projekt kościoła i szkoły oraz kosztorys przedstawił misjonarz oblat Maryi Niepokalanej o. Marek Ochlak posługujący 24 lata na Madagaskarze. Budynek kościoła ma mieć wymiary 20 na 10 metrów. Będzie pełnił również funkcję szkoły. Poza tym budynkiem chcemy też wybudować przynajmniej dwie dodatkowe klasy, żeby grupa dziecięca, podstawowa i starsze dzieci mogły się uczyć. Kościół i szkoła kosztowałyby około 15 tys. euro. Taki kościół czy szkołę można wybudować w 4 miesiące, jeśli wszystko idzie według planów. Gdybyśmy wybudowali nowy kościół, który byłby też szkołą, to byłby to prawdziwy cud dla wioski. Budowa takich budynków jest bardzo droga, gdyż wszystko trzeba przywieźć z dużego miasta, którego odległość wynosi od 60 do 100 kilometrów i do tego trzeba przebyć wyschniętą rzekę. W porze suchej jest piaszczysta, a w porze deszczowej ma 7 m głębokości. Oczywiście nie ma mostu. Czasem nawet do 4 miesięcy miejscowi są odcięci od świata. Transporty mogą być tylko od czerwca do grudnia. Te warunki podrażają budowę. Na Madagaskarze są półpustynne warunki.

– Skąd Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej znalazło się na Madagaskarze?

– Przed 1980 r. biskup z Tamatave - największego miasta portowego na Madagaskarze - pojechał do Rzymu szukać misjonarzy, ponieważ przebywający tam monfortani się starzeli i była potrzeba poszukiwania nowych misjonarzy. Pierwsza piątka oblatów na wniosek Generała Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, który jest w Rzymie wyjechała z Polski 3 grudnia 1980 r. Na początku tylko do diecezji Tamatave, potem trafili również do stolicy Antananarywy, dziś są w 4 na 18 diecezji. W sumie jest 90 misjonarzy Zgromadzenia (miejscowych i polskich). Oblaci rozpoczęli misję na Madagaskarze właściwie od zera. Trzydzieści lat temu był mały kościół, który właściwie był ruiną. Najpierw zaadoptowali zdewastowany budynek, aby mieć gdzie mieszkać, na początku spali na workach po cemencie. Do misji przynależy 5 wiosek, w tym 3 duże wioski, czyli z 200 chat. Jedna z wiosek, której chcemy pomóc to Misokitsy. W tym roku zakonnicy rozpoczęli nauczać dzieci w baraku. Jest prawie 70 dzieci. W całej wiosce jest prawie 300 dzieci.
Gdybyśmy jednak chcieli podsumować liczbę misjonarzy na całym Madagaskarze, to jak podaje o. Marek Ochlak, jest około 70 misjonarzy z Polski. To księża, siostry i bracia zakonni. Jest też kilku Polaków misjonarzy świeckich. Ważną rolę w historii Madagaskaru odgrywają jezuici i tu szczególnie należy podkreślić rolę o. Jana Beyzyma, który posługiwał wśród trędowatych. Zgromadzenie Księży Misjonarzy św. Vincentego a Paolo, franciszkanie, kapucyni i salezjanie też zostawili swój ślad na Madagaskarze.
W sumie, patrząc na religijny przekrój społeczeństwa, 40 proc. to chrześcijanie, w tym 20 proc. to katolicy. Potem luteranie, kalwiniści i anglikanie, którzy, jak dodaje o. Marek Ochlak, stworzyli pierwszy przekład Biblii tłumaczony na oficjalny język malgaski. Najmniej wśród chrześcijan jest prawosławnych. 50 proc. społeczeństwa jednak stanowią animiści, dla których podstawa to oparcie się na wierzeniach plemiennych. Chrześcijaństwo na Madagaskarze to około 150 lat historii i Malgasi są otwarci na wiarę w Jezusa Chrystusa. Przy chorobach i pogrzebie jednak wciąż jeszcze udają się do miejscowych czarowników, by złożyć ofiary.
Na początku września z wizytą do stolicy Madagaskaru udaje się papież Franciszek i jak podkreśla o. Marek, to ma być okazja dla miejscowych, aby ludzie na świecie odkryli, że Madagaskar liczy się w Kościele Katolickim.
KAIŁ Jakie inne inicjatywy podejmują Papieskie Dzieła Misyjne Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej?

– To wsparcie duchowe – modlitwa za misje i o powołania misyjne, budzenie i pogłębianie świadomości odpowiedzialności za misje katolickie w świecie wśród katechetów, a poprzez nich wśród dzieci, młodzieży i rodziców.

– Inne formy pomocy to trzy wyjazdy do Kenii katechetów zaangażowanych w działalność misyjną w parafiach i szkołach posługi (2017, 2018 i 2019), warsztaty metodyczne dla katechetów Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej poświęcone zagadnieniom misyjnym, włączenie się w „Program adopcji ucznia” w Kenii. Obecnie pomocą stypendialną objętych jest 447 dzieci z przedszkoli, szkół podstawowych, średnich i z Niższego Seminarium Duchownego w Isiolo w Kenii, dwie animacje misyjne w szkołach i parafiach przeprowadzone przez ks. Jeremy Kabuga Murithi – proboszcza parafii w Kipsing i s. Mary Casty Kanyaki Kiraithe ze zgromadzenia sióstr felicjanek. Przeprowadziliśmy także akcję pt. „Piórnik i lizak dla ucznia z Kipsing”. W trakcie trwania akcji zebrano około sześciu tysięcy piórników wraz z lizakami. Finansowo wspieramy przedszkole w Kipsing w wysokości 2 tys. dol. rocznie, w ramach akcji „Okulary dla Kenii” zebraliśmy już ok. 28 tys. par okularów.
Kupiliśmy 25 materacy dla internatu przy szkole podstawowej w Kipsing, pompę wodną dla Kipsing oraz sfinansowaliśmy przeszkolenie miejscowego pracownika do jej obsługi. Dzięki funduszom jest też 40 ławek w szkole podstawowej w Kipsing, 15 stołów i 30 ławek do jadalni szkoły podstawowej w Kipsing. Kupiliśmy ok. 1500 kg kukurydzy i 1500 kg fasoli (podczas każdego z 3 wyjazdów do Kenii - dla dzieci ze szkoły w Kipsing), a także wózek inwalidzki. Wspieramy działalność misyjną placówek prowadzonych przez siostry felicjanki (Zgromadzenie Sióstr Św. Feliksa z Kantalicjo), szczególnie misję w Kipsing - najbardziej ubogi z ośrodków. Wsparliśmy misję Missiones w Argentynie – o. Bernardynów; wspieramy obecnie projektem ojców Oblatów z Madagaskaru. Wszystkie dzieła są owocem zbiórek w zachodniopomorskich szkołach, ale także hojności przedsiębiorców i indywidualnych darczyńców.

– To wszystko wpisuje się szczególnie w miesiąc misyjny...

– Niebawem rozpocznie się ogłoszony przez Ojca Świętego Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny w całym Kościele. Będzie to październik. Ufam, że ten czas pozwoli nam wszystkim zrozumieć, że misje są dla nas wszystkich zadaniem. Kościół ze swojej natury jest misyjny. Jednym z sześciu zadań katechezy jest wprowadzenie do misji. Misje są sprawą całego Ludu Bożego. Każdy kapłan musi mieć w sobie choć małą cząstkę zapału misyjnego. To jest również wyznacznik jego codziennego powołania. Jestem przekonany, że to nasze wotum na Madagaskarze będzie z jednej strony potwierdzeniem serca, że rozumiemy naturę Kościoła, a z drugiem strony pokazaniem wdzięczności, bo przecież i my 50 lat temu dostaliśmy finansowe wsparcie na budowę struktur pastoralnych w naszej Archidiecezji. I nie było to przecież z Polski. Dlatego czas i teraz na nas, by w ten symboliczny sposób uruchomić pomost materialnej pomocy dla Kościoła na misjach.

– Skąd ta pasja i miłość do misji?

– Z jednej strony z usłyszanego słowa, a z drugiej z doświadczenia Kościoła pierwszej ewangelizacji. Pamiętam jak św. Matka Teresa z Kalkuty apelowała do ludzi: „Jeśli nie potrafisz nakarmić głodnych całego świata, nakarm choć jedno dziecko”. Słowo plus nasze doświadczenie mobilizują nas do działania na rzecz misji. Wszystkie nasze spotkania, zarówno w Kenii, jak i tutaj – to wzajemne ubogacanie się poprzez poznawanie innej kultury, innego sposobu życia, wyznawania wiary i chwalenia Pana Boga. To działa w obie strony: my poznajemy ich, a oni nas. My im dajemy coś materialnego, a oni modlą się za nas. Siostra Casty, felicjanka posługująca w Kipsing powiedziała, żegnając w Kipsing szczecińskich katechetów: „Chociaż Rok Miłosierdzia już się skończył, jesteście dla nas jednym z jego owoców. Dziękujemy za wiarę i nadzieję, którą się z nami podzieliliście. Dziękujemy za wszystko, co przywieźliście, ale jeszcze bardziej dziękujemy za waszą obecność wśród nas”. Grono ludzi zainteresowanych projektami misyjnymi w naszej Archidiecezji stale rośnie. Widać wyraźne ożywienie w tej dziedzinie. Katecheci promują Papieskie Dzieła Misyjne, biorą czynny udział w Orszaku Trzech Króli, uczniowie naszych szkół uczestniczą w konkursach misyjnych i olimpiadzie misyjnej. Zawsze brali udział w akcjach misyjnych, ale były to zadania wyznaczane odgórnie, a więc nie wzbudzały takiego entuzjazmu. Może nie do końca katecheci rozumieli te inicjatywy misyjne. W tej chwili wszelkie inicjatywy dotyczące misji przyjmowane są z pełnym zrozumieniem, wielkim entuzjazmem i chęcią działania.

– Dziękuję za rozmowę.

– Rozmawiał Piotr Kołodziejski
Część pieniędzy jest już zebrane podczas zbiórek szkolnych, parafialnych. Każdy może wesprzeć nowe dzieło ofiarą na specjalne konto misyjne diecezjalnej Fundacji “Szczecińska”:

18 1750 0012 0000 0000 2691 4078 z dopiskiem: budowa szkoły i kościoła na Madagaskarze Bank BGŻ BNP Paribas S.A. Fundacja SZCZECIŃSKA ul. Królowej Korony Polskiej 28E, 70-485 Szczecin

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem