Reklama

Z Prymasem Tysiąclecia ku pojednaniu

Abp Józef Michalik
Niedziela Ogólnopolska 32/2011, str. 10-11

Archiwum Jasnej Góry
Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński

Kard. Stefan Wyszyński był autorytetem w czasach swojego posługiwania. Czy i dzisiaj może być przewodnikiem na polskiej ziemi?

Kiedy polscy biskupi wysłali do biskupów w Niemczech milenijny list ze słowami „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”, decyzja ta spotkała się z różnymi reakcjami, także w środowisku kapłańskim. Trzeba uwzględnić, że w okresie powojennym Polska stanęła w sytuacji narzuconej siłą, a przez to w rzekomej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, co zapisywano różnymi ustawami, ponadto intensywnie propagowano nienawiść do Niemców, którzy przez wywołanie II wojny światowej skrzywdzili Europę i Polskę, skrzywdzili świat. Trzeba jednak dodać, że wykreślano wtedy z historii i z pamięci to, że zawarty w sierpniu 1939 r. układ Ribbentrop-Mołotow był paktem między Niemcami a Sowietami o podziale Polski, i że po wkroczeniu Niemiec 1 września 1939 r. do Polski 17 września to samo uczynili Sowieci, ale o tym w powojennej Polsce nie wolno było nawet wspomnieć, groziło za to więzienie. Cała propaganda była propagandą antyniemiecką, pewne fakty przejaskrawiano, wyolbrzymiano, tworzono mit o wielkiej agresji i aktualnym zagrożeniu ze strony Niemców, którzy byli już przecież podzieleni i bardzo osłabieni.
Warto zauważyć, że po wojnie chrześcijańskie organizacje niemieckie odcięły się od polityki nazistowskiej, o czym nie było mowy w Polsce. A przecież zawsze trzeba walczyć z fałszywymi ideologiami, a nie z narodami. Byłoby dużym niebezpieczeństwem, także dzisiaj, gdybyśmy uważali, że to np. naród rosyjski, żydowski, arabski czy jakikolwiek inny jest zły. Naród tworzą ludzie, a większość z nich to ludzie sumienia. To ideolodzy narzucają schematy, które mogą być groźne. Nie wolno zapomnieć o tym, że antyniemieckość, antyrosyjskość, antysemityzm czy antypolskość są postawami z gruntu niechrześcijańskimi.

Wiara uczy miłości

Tak właśnie wyglądała sytuacja, kiedy biskupi polscy pojechali do Rzymu na obrady II Soboru Watykańskiego, i ponieważ zauważyli, że naród jest prowadzony przez rządzących w złym kierunku, postanowili temu przeciwdziałać. Jako odpowiedzialni za formację sumienia i za wiarę, która uczy miłości, a nie nienawiści, biskupi w czasie soboru, przygotowując chrześcijański naród do rozpoczęcia obchodów Millennium pod przewodnictwem kard. StefanaWyszyńskiego, stwierdzili, że trzeba zawrócić z tej drogi, trzeba się przeciwstawić ideologizowaniu historii i przyszłości. Postanowili do świętowania 1000-lecia historii chrześcijaństwa w Polsce zaprosić sąsiednie narody, z którymi w tej historii byliśmy w bliskości, w dobrych relacjach, przyjmowaliśmy łaskę wiary właśnie za ich pośrednictwem. Tak powstała idea listu do poszczególnych Kościołów i narodów. List do Niemców nie był listem do narodu czy do rządu, ale listem do biskupów, listem pasterzy do pasterzy, napisanym w duchu chrześcijańskim, w którym, reprezentując zdecydowaną większość ochrzczonych w Polsce, biskupi wypowiedzieli słowa Ewangelii o wybaczeniu, które wszyscy znamy i którymi powinniśmy żyć i przekazywać innym - o miłości nieprzyjaciół, o przebaczeniu, o pojednaniu.
Biskupi polscy nie zdążyli jeszcze wrócić z zakończonej sesji soboru, kiedy w kraju rozpętano ogromną nagonkę przeciwko prymasowi Wyszyńskiemu i biskupom za ich list. Politycy, publicyści i rząd nie zauważyli tego, że świat idzie w innym kierunku, nie zauważyli, bo związani niewolą rosyjską ulegli strachowi i kłamstwu, wszystko bowiem, cokolwiek się działo w krajach demokracji ludowej, musiało być wcześniej uzgodnione i otrzymać aprobatę Moskwy. Biskupi nie chcieli u nikogo szukać pozwolenia, chcieli po prostu po chrześcijańsku przeżyć 1000-lecie chrztu Polski. Rozpętano niezwykłą burzę propagandową przeciwko słowom: „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”. Manipulowano treścią listu, coś dodawano, coś pomijano i pojawiały się nieścisłości - ludzie byli zagubieni. Prymas Wyszyński, wracając z Rzymu, był przygotowany na najgorsze, spodziewając się, że znów może trafić do więzienia i że znów mogą się wzmóc prześladowania. Zarządził, że biskupi nie wrócą z Rzymu wszyscy razem. Sam wrócił pierwszy z kilkoma z nich, inni pozostali jeszcze w Rzymie, żeby można było zobaczyć, jak będzie się rozwijać sytuacja. Oczywiście, cały impet ataku spadł na niego, co zniósł z godnością, w przekonaniu, że czyni to dla Imienia Bożego i że nie można inaczej.
Przebywałem wtedy na studiach na ATK w Warszawie, ale żywo kontaktowałem się z ludźmi. W rodzinnej diecezji reakcja była wyrazem jedności z biskupami. Mówiono: poczekajmy, to się wszystko wyjaśni. Z tym że z głosem prawdy i rozsądku nie można się było przebić, bo prasy katolickiej ani niezależnej nie było, media były podporządkowane władzom. W stolicy organizowano bojówki, manifestacje, ale warszawiacy też zachowali pewien krytycyzm wobec propagandowych działań. Kiedy Ksiądz Prymas dotarł do stolicy, na dworcu było pełno ludzi, podobnie w katedrze. Ksiądz Prymas wszedł na ambonę i wygłosił homilię. Wszyscy słuchaliśmy z zapartym tchem. Mówił o soborze, przedstawił swoje spotkanie z papieżem, a potem zwrócił się do bp. Choromańskiego, sekretarza KEP, z podziękowaniem za to, że podczas jego nieobecności wziął na swoje barki odpowiedzialność za Kościół i przyjął na siebie ataki nienawiści i oskarżenia. Prymas Stefan Wyszyński, którego naród bardzo szanował, z którym się utożsamiał, powiedział: „Wchodząc do katedry, ja te upracowane dłonie bp. Choromańskiego ucałowałem, w podziękowaniu za trud, który on złożył u podstaw tego dzisiejszego spotkania”. Ludzie byli bardzo wzruszeni i oczywiście już całkowicie przekonani po stronie Księdza Prymasa. Potem zaczęły się obchody 1000-lecia chrztu i realizowane w diecezjach Śluby Jasnogórskie. Pielgrzymki do Częstochowy napotykały na wielkie utrudnienia ze strony władz, pociągi odwoływano, nieustannie zatrzymywano i kontrolowano samochody. Mimo wszystko ludzie pozostawali w intuicji wiary i w przekonaniu, że coś jest nie tak, skoro ta propaganda zewnętrzna jest aż tak intensywna i agresywna.

Ojczyzna to zbiorowy obowiązek

Dzisiaj ludzie wierzący oczekują od swoich pasterzy podobnie zdecydowanej postawy w demaskowaniu kłamliwej propagandy, jak to miało miejsce wtedy. Zawsze trzeba ufać Panu Bogu bardziej niż układom ludzkim czy swoim pomysłom bądź jakimś odruchom, które niekiedy się wyrywają, ale nie wolno pomijać prawdy, a zabierając głos, trzeba starać się być wierni temu, co widzimy i jak odczytujemy Ewangelię w konkretnej sprawie. Problemem jest to, że dzisiaj nie każdy głos jest w taki sam sposób nagłaśniany przez media. Wiary nigdy nie wolno odłączać od życia, płaszczyzny wiary od płaszczyzny społecznej, ale to nie ma nic wspólnego z bezpośrednim angażowaniem się w interes konkretnej politycznej partii. Często mówię o tym, że Polska dzisiaj robi wrażenie, że jest „partyjna”, a nie państwowa, nie narodowa, bo nie mówi się ani należycie nie zabiega o to, co służy wzmocnieniu narodu, ale walka idzie o interes jednej czy drugiej partii. Trzeba podkreślać, że ten naród ochrzczony jest narodem chrześcijańskim, jest narodem katolickim, ma obowiązki z tego płynące, ma poczucie godności, ma łaskę Bożą, ma przed sobą perspektywy dalekosiężne i trwalsze niż jakaś partia. Ale jak się z tym głosem przebić? Nie zamierzam dokonywać tego w niewłaściwy i nieuczciwy sposób. Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński mówił, iż żeby głosić kłamstwo, trzeba systemu, a żeby głosić prawdę, wystarczy jeden człowiek.
Prymasa Wyszyńskiego odkrywaliśmy za jego życia i do dzisiaj odkrywamy. Kard. Karola Wojtyłę odkrył pontyfikat, Rzym - nie Kraków, nie Warszawa. Dzięki pontyfikatowi Jan Paweł II jest dziś błogosławionym papieżem Kościoła w Polsce, ale jest też świętym Kościoła powszechnego. Mamy dzięki niemu możliwości bardziej uniwersalnego dojścia do prawdy.

Reklama

Przeciwko laicyzacji

Zmieniają się czasy, rosną wymagania i nie mam najmniejszych wątpliwości, że dzisiaj nie wystarczy chodzić do kościoła i raz kiedyś do spowiedzi, do Komunii św. Nie wystarczy. Każda rodzina, każdy chrześcijanin musi się dziś dodatkowo zaangażować, jeśli chcemy, by wiara przetrwała. Każdy z nas powinien dziś codziennie przyjmować Komunię św., działać czy to w Akcji Katolickiej, czy w KSM-ie, w Neokatechumenacie, czy w Ruchu Światło-Życie bądź w Stowarzyszeniu Rodzin Katolickich czy choćby należeć do róży różańcowej i wspierać innych codzienną modlitwą. Każdy autentyczny chrześcijanin powinien się w dodatkowy sposób angażować, bo inaczej lawina laicyzmu i zimnego sekularyzmu nas zniszczy. Co więcej możemy uczynić poza przypominaniem o tym? Kościół jest silny jednością, Chrystusem i człowiekiem, czyli z narodem takim, jaki on jest - rolniczym, arystokratycznym, „intelektualistycznym”, prostym, pobożnym i grzesznym. Dzisiaj ma miejsce ukryty atak na przywiązanie Polaka do ziemi - to jest taka strategia, która chce oderwać człowieka od ziemi, chce oderwać naród od jego chrześcijańskiej kultury, pracy na roli, która ma wyżywić wszystkich głodnych. Dzisiaj jeszcze ludzie reagują we właściwy sposób na takie etyczne kwestie, jak chociażby sprawa umierających z głodu, przeżywających kataklizm. Budzi obawy perspektywa „związków partnerskich”. Za dwa, trzy lata, jeśli nie pójdziemy za tą linią wierności, to wiele w nas samych może się zmienić.

Wartość życia

W obecnej sytuacji jest także wiele zjawisk pozytywnych i na nich trzeba budować. Należy do nich niewątpliwie pogłębienie wiedzy na temat wartości życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Nie tak dawno, gdy jako biskup zaczynałem kontakt ze szkołami - jeszcze w czasach komunizmu - widziałem, że w klasie maturalnej na 25 osób była jedna, dwie osoby, które uważały, że życie zaczyna się od poczęcia, że aborcja jest zabiciem człowieka, inni uważali aborcję za zwykły zabieg. Czytałem nawet artykuł pewnego redaktora „Tygodnika Powszechnego”, w którym twierdził on, opierając się na autorytecie średniowiecznej medycyny, że życie zaczyna się od 40. albo 70. dnia od momentu poczęcia. Dzisiaj sytuacja się zmieniła. Musimy ciągle mówić o tym, że o życiu decyduje Bóg - o jego początku i o jego końcu. Jeśli od tego odejdziemy, wszystko, co złe, stanie się dopuszczalne i możliwe, jeśli się prawo Boże, prawo natury przekreśli w jednej dziedzinie, to otwarta jest droga do jego całkowitego zakwestionowania.
Niedawno w Krośnie odbył się pierwszy w archidiecezji przemyskiej pogrzeb dzieci zmarłych przed urodzeniem. 54 maleńkie, białe trumienki z czarnym krzyżem i jedna duża, do której te małe złożono i zaniesiono na cmentarz, aby je godnie pogrzebać. To ciała dzieci nienarodzonych, ale zbawione w oparciu o Chrystusową wolę zbawczą - pragnienie ich zbawienia włączone w rodzinę wierzących. Dzieci te uczestniczą w uniwersalnej zbawczej woli Kościoła. To są święte dusze, to są „niewinni młodziankowie”, święci w niebie. Do nich można się modlić, są zbawieni, a ich ciałom również należy się szacunek. Ciekawe, że ta inicjatywa wyszła od ludzi świeckich - ze świadomej wiary połączonej z życiem, wyciągnięcia konsekwencji z prawdy o tym, że życie jest święte, że zaczyna się od poczęcia, że w każdym ciele żyje dusza nieśmiertelna, że człowiek to dziecko Boże i oczekuje na zmartwychwstanie. To świeccy ludzie, lekarze wyszli z tą inicjatywą. Uratowali maleńkie ciała od wyrzucenia na śmietnik i dali nam świadectwo swojej wiary.
Jawią się coraz liczniejsze inicjatywy ludzi świeckich, aby świadczyć pomoc starszym, opuszczonym, powstają wiejskie domy pomocy, hospicja Caritas, fundacje dla młodych, np. „Wzrastanie” - od dawna funkcjonują w każdej diecezji Domy Samotnej Matki - w których świeccy angażują się, żeby pomóc innym, starszym, niepełnosprawnym, samotnym, krzywdzonym. Dziennikarze sugerują, żeby te działania nagłaśniać, podawać statystyki. Nie jestem przeciwny statystykom, ale jestem przede wszystkim za tym, żeby cicho, spokojnie pracować na rzecz dobra, najmniejszym gestem je wspierać, żeby serce i dusza narodu żyły przez dobre czyny, przez modlitwę, przez właściwy stosunek do Pana Boga i do rzeczywistości, w której żyjemy. To będzie siła niezwyciężona.

Podsekretarz stanu w ministerstwie sprawiedliwości: nie będzie nigdy naszej zgody na deprawację

2019-10-17 18:06

lk / Warszawa (KAI)

Są zagrożenia związane z rozprzestrzeniającą się ideologią LGBT, czyli mniejszością, która próbuje narzucić swoje poglądy i sposób życia większości. Mogę zapewnić w imieniu całego zespołu ministerstwa sprawiedliwości, że z naszej strony nie ma i nigdy nie będzie zgody na deprawację, instytucjonalizację związków partnerskich czy adopcję dzieci przez związki homoseksualne – powiedział w czwartek Marcin Romanowski, podsekretarz stanu w ministerstwie sprawiedliwości podczas konferencji „Małżeństwo jako optymalna forma profilaktyki problemów społecznych”, zorganizowanej przez Fundację Mamy i Taty w Domu Handlowym "Mysia 3" Warszawie.

Brian Jackson/fotolia.com

Przemawiający w zastępstwie ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry przedstawiciel resortu podkreślił, że rodzina zapewnia człowiekowi bezpieczeństwo i miłość oraz trwanie wspólnoty, jest siłą pokoleń współczesnych, ale też mądrością pokoleń, które minęły i nadzieją pokoleń, które nadejdą w przyszłości.

Jak stwierdził, w tym obszarze każde pokolenie ma swoje wyzwania, a jedno ze współczesnych wyzwań dotyczy „antykultury rozwodu” a „fałszywie rozumiany indywidualizm i liberalizm wpływa na funkcjonowanie rodziny”.

- Z drugiej strony są też zagrożenia związane z rozprzestrzeniającą się ideologią LGBT, a więc mniejszością, która próbuje narzucić swoje poglądy i sposób życia większości, promując de facto deprawację i antywartości, z którymi musimy się zmagać i im się przeciwstawiać – dodał wiceminister Romanowski.

- Mogę zapewnić w imieniu całego zespołu ministerstwa sprawiedliwości, że z naszej strony niewątpliwie nie będzie i nie ma na to zgody. Od nas będziecie mieli państwo zawsze wsparcie w tych staraniach, aby dbać o rodzinę, o regulacje dotyczące rodziny. Liczymy też na wasze wsparcie, abyśmy wspólnie mogli wspierać rodzinę jako najważniejszą komórkę społeczną i jako siłę pedagogiczną. Na pewno nie będzie nigdy naszej zgody na tę deprawację, którą się proponuje przez funkcjonowanie „Latarników”. Myślę, że nie trzeba tu specjalnie rozwijać tego, że na instytucjonalizację związków partnerskich czy adopcję dzieci przez związki homoseksualne nigdy nie będzie zgody. To jest po prostu kwestia wartości – wyjaśnił.

To, co proponuje ideologia LGBT, to propozycja „nowego człowieka” – mówił dalej przedstawiciel resortu sprawiedliwości. - Nie ma naszej zgody na tego typu zmiany. Wartości, na których nasza tradycja, kultura i społeczeństwo było budowane – tradycja grecka i rzymska oraz chrześcijańskie wartości godności człowieka – to jest system aksjologiczny, który chcemy bronić i o który chcemy się troszczyć – powiedział Marcin Romanowski.

Marek Grabowski, prezes Fundacji Mammy i Taty zaznaczył, że ministerstwo sprawiedliwości jest jednym z głównych ośrodków, który rozumie, jak ważne jest nie tylko zapobieganie temu, co już się wydarzyło w rodzinie, ale też jak ważna jest profilaktyka sytuacji w rodzinie oraz wspieranie rodzin i małżeństw w kryzysie.

Jego zdaniem, do tej pory zapobieganie problemom społecznym w rodzinach niemal nie funkcjonowało w polskiej rzeczywistości, tymczasem właśnie działania profilaktyczne przekładają się nie tylko na dobrobyt ekonomiczny całych rodzin, ale i na osobiste szczęście jednostek, nieprzeliczalne na żadną walutę.

- Zwykło się mówić, że wiara i rodzina to prywatna sprawa, natomiast my staramy się dążyć do tego, aby wyciągnąć pomocną dłoń do tych, którzy mają problem, bo z kryzysem zmaga się każde małżeństwo – mówił o działalności Fundacji Mamy i Taty Marek Grabowski. Dodał, że wprawdzie dzięki programom społecznym poprawiła się w ostatnich latach sytuacja ekonomiczna polskich rodzin, jednak w wielu rodzinach małżonkowie nie radzą sobie z narastającą presją psychiczną związaną z tempem życia i problemami zawodowymi.

Prof. dr hab. Ewa Nowicka-Rusek, antropolog kultury z Uniwersytetu Warszawskiego opowiedziała o różnych modelach rodziny i małżeństwach w kulturach na świecie. Jak stwierdziła, nie istnieje kultura bez jakiejś formy względnie stabilnego lub bardzo stabilnego związku mężczyzny i kobiety. Nie ma też społeczeństw, które nie znałyby takiej wspólnoty społecznej jak rodzina

Człowiek jest zarówno istotą biologiczną, jak i kulturową. To oznacza, że nie byłoby mu łatwo dojść do wieku dojrzałego bez całego systemu opieki, który zaczyna się z chwilą jego przyjścia na świat. Każda kultura ludzka to kultura, w której jednemu człowiekowi jest potrzebny drugi człowiek. Dziecko nie jest w stanie samo się wychować i dojść do momentu usamodzielnienia.

Badaczka kultur rdzennych ludności na obrzeżach Europy i Azji zaznaczyła, że formy opieki realizowanej przez rodzinę może być w różnych społeczeństwach odmienne, ale nie ma takiej kultury, w której by opieka nad dzieckiem małym i dorastającym nie istniała.

Psycholog dr Szymon Grzelak poruszył zagadnienie trwałości małżeństwa w świetle opracowanego przez siebie modelu profilaktyki zintegrowanej. Jego celem jest zapobieganie problemom w relacjach małżeńskich (i szerzej wewnątrzrodzinnych) poprzez analizę wzajemnych zależności między tymi problemami i znalezienie rozwiązań sytuacji kryzysowych.

Grzelak wymienił cztery aspekty współczesnej polskiej racji stanu. Jest to ochrona dzieci przed demoralizacją, duża dzietność, zapobieganie masowej emigracji młodych ludzi oraz trwałość i jakość małżeństw i rodzin.

Jego zdaniem, co wynika także z badań przeprowadzonych przez jego współpracowników, wśród dorastających Polaków jest dużo optymizmu w kwestii planów na przyszłość. Aż 78 proc. 13-latków chce mieć w wieku 30 lat żonę lub męża oraz założyć rodzinę.

Jak podnieść jakość i trwałość małżeństw w przyszłości? Zdaniem psychologa, decyduje o tym tzw. siedem dźwigni stanowiących strategię skutecznej profilaktyki. Trzeba m.in. kierować uwagę na to, co dobre, a o problemach i profilaktyce myśleć w sposób zintegrowany. W budowaniu właściwych relacji nie można pomijać wartości i marzeń odpowiednio samych małżonków i np. młodych ludzi, którzy kiedyś nimi będą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ksiądz Jerzy Popiełuszko - globalny święty

2019-10-18 12:21

ar, aw / Warszawa (KAI)

Gdy media całego świata informowały w październiku 1984 r., że w Polsce agenci komunistycznej bezpieki zamordowali katolickiego kapłana, nikt nie przypuszczał, że jest to początek niezwykłego fenomenu - obok św. Jana Pawła II i św. Faustyny Kowalskiej ks. Jerzy Popiełuszko jest polskim świętym globalnym. Do jego grobu spontanicznie pielgrzymowało ponad 23 mln osób, w tym papieże, prezydenci i premierzy, politycy i ludzie kultury oraz zwyczajni ludzie ze wszystkich kontynentów. Relikwie męczennika czczone są w ponad tysiącu kościołach na całym świecie, w krajach tak odległych jak Uganda, Boliwia, Peru. W sobotę 19 października przypada 35. rocznica męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki.

Archiwum

Siła słabego

Już pierwszej nocy po odnalezieniu zmasakrowanego ciała ks. Jerzego w konfesjonałach kościoła św. Stanisława Kostki na Żoliborzu zaczęły dziać się prawdziwe cuda - wspominają kapłani, którzy słuchali do świtu spowiedzi. Choć tłumy nie oblegają już świątyni, grób męczennika jest stale nawiedzany. Pod kościół wciąż podjeżdżają autokary z pielgrzymami z Polski i ze świata. - Wśród cudzoziemców przeważają Francuzi, Włosi i Amerykanie, ale niedawno była grupa z Kamerunu - mówi KAI pracownica Muzeum ks. Jerzego Popiełuszki, działającego od dekady w podziemiach świątyni. Co ciekawe, Francuzi pielgrzymowali tu najliczniej jeszcze na długo przed cudownym uzdrowieniem ich rodaka, które otwiera drogę do kanonizacji męczennika.

Milena Kindziuk, autorka biografii ks. Jerzego i jego matki Marianny, twierdzi, że po przekazaniu informacji o cudzie zauważalny jest wzrost liczby pielgrzymów. - Nie są to już kilometrowe kolejki jak kiedyś, gdy sięgały Dworca Gdańskiego, ale codziennie do kościoła i na grób przybywają tu osoby, które chcą modlić się za wstawiennictwem ks. Jerzego. Gdyż ma on opinię bardzo skutecznego orędownika.

Pielgrzymi modlą się przy grobie, wstępują do kościoła, gdzie przechowywane są relikwie męczennika, zwiedzają poświęcone mu muzeum, wypisują intencje modlitewne i podziękowania za otrzymane łaski.

Niezależnie od wieku, pochodzenia społecznego czy narodowości fascynacja świadectwem skromnego księdza, który nawoływał do porzucenia przemocy, do zwyciężania zła dobrem, do stosowania ubogich środków, życia Ewangelią - wciąż trwa.

Spontaniczny kult

W pogrzebie ks. Jerzego, który odbył się 3 listopada 1984 r., wzięło udział od 600 do 800 tys. osób, być może nawet milion. Ten nieprzebrany strumień ludzki trzeba było zorganizować - stopniowo powstawała infrastruktura, która usprawniała przepływ pielgrzymów - służba porządkowa, medyczna, informacyjna. Przy parafii zbudowano Dom Pielgrzyma Amicus, w 20. rocznicę męczeństwa otwarto Muzeum im. ks. Jerzego Popiełuszki, zaś rok po beatyfikacji męczennika, na wiosnę 2011 r., został otwarty Ośrodek Dokumentacji Życia i Kultu Błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki.

Jego życie i dzieło są także tematem kilkunastu monografii, setek artykułów, kilku prac doktorskich. Do masowej wyobraźni, także młodych odbiorców, wszedł dzięki filmowi Rafała Wieczyńskiego "Popiełuszko. Wolność jest w nas" ze znakomitą kreacją Adama Woronowicza. Premiera odbyła się w 2009 r., a obraz miał ogromną widownię - obejrzało go ponad 1,5 mln osób w Polsce oraz kilkaset tysięcy za granicą. Duszpasterz ludzi pracy inspirował nie tylko Polaków - w 2012 r. odbyła się w Watykanie premiera filmu dokumentalnego pt. "Jerzy Popiełuszko: Messenger of the Truth (Orędownik Prawdy)". Scenarzysta i producent obrazu Paul Hensler pracował nad nim ponad dekadę.

Kościół oficjalnie potwierdził intuicję wiernych - ks. Jerzy Popiełuszko został beatyfikowany 6 czerwca 2010 r. w Warszawie jako męczennik za wiarę.

Wyjątkowo skuteczny święty

Beatyfikacja niewątpliwie ożywiła zainteresowanie ks. Jerzym, ale umożliwiła też takie inicjatywy, jak stworzenie portalu modlitewnego w kwietniu 2013 r. Jest on prowadzony przez Misjonarzy ks. Jerzego. Łukasz Urbaniak skomponował "Missa in memoriam Beati Georgii Popieluszko", zaś biskup polowy WP Józef Guzdek ustanowił medal jego imienia rok po wyniesieniu na ołtarze.

Zapytana o fenomen kultu błogosławionego księdza Milena Kindziuk odpowiada, że ludzi przyciąga jego wyjątkowa skuteczność. Czują, że sanktuarium męczennika na Żoliborzu jest miejscem uprzywilejowanym, w którym za wstawiennictwem skromnego kapłana Bóg wysłuchuje ich próśb. Znane są przypadki odzyskanego wzroku, uzdrowień z nowotworów, ale też spowiedzi odbytej po dziesięcioleciach. Jego własna matka Marianna, która miała zaplanowaną operację stawów i przyjechała na grób syna, by prosić go o uzdrowienie, została wysłuchana tak, że do końca życia była w stanie zbierać kartofle.

Dlatego pielgrzymi będą tu nadal przybywać, a kanonizacja tylko wzmocni ich intuicję o ks. Jerzym jako o skutecznym orędowniku - uważa Milena Kindziuk.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem