Reklama

Nie takie czarne chmury

2013-12-18 09:21

Wojciech Dudkiewicz
Edycja warszawska 51/2013

Jest wigilia Wigilii Bożego Narodzenia 1973 r., ludzie są zajęci przygotowaniem do Świąt. Tymczasem w telewizorze słychać żywą muzykę i widać jeźdźców. To początek „Czarnych chmur”, jednego z kultowych seriali z czasów PRL

Każdy serial był wtedy wydarzeniem i tematem rozmów. Tym bardziej polski i spod znaku płaszcza i szpady, z popularnymi aktorami, a reżyserowany przez Andrzeja Konica, twórcę przebojowego „Klossa”. Zupełna nowość, nic dziwnego, że wielu na lata zapadł w pamięć i chcieli go oglądać ponownie, potem trzeci, piaty raz.
A nie jest to trudne, bo jest jednym z częściej pokazywanych dawnych seriali. Mimo że nigdy nie miał dobrej prasy, przez czterdzieści lat telewizje wyemitowały go najpewniej… ze czterdzieści razy. Bo mimo krytyki, uważa Maciej Rayzacher, warszawski aktor, odtwórca roli kapitana Knothe, dowódcy pruskich rajtarów, serial zawsze był lubiany i nadal taki jest.
– Różnie można patrzeć na serial po czterdziestu latach, ale na pewno nie wyrzeknę się go. Mojej roli, pewnie nie dałoby się zgrać inaczej. Dziś zagrałbym podobnie – mówi Rayzacher. – Inna rzecz, że grałem przeciwnika. Wszyscy kochali „naszych”, a nienawidzili elektorskich, takich jak ja.

Kacper – konie!

Recenzenci pisali złośliwie, że to muzyka jest jedynym, co warto zapamiętać z dziesięcioodcinkowego serialu. Skądinąd jej autorem był nie byle kto, bo Waldemar Kazanecki, autor muzyki do takich filmów i seriali jak „Noce i dnie” „Brunet wieczorową porą”, „Dom”, czy „Bolek i Lolek”. Serial denerwował też tym, że każdy odcinek kończył się w kluczowym momencie akcji. Na ciąg dalszy trzeba było czekać tydzień.
Jedna z opowieści towarzyszących serialowi, rzecz dzieje się w jednym z warszawskich kabaretów w latach 70. Grupa artystów wystukuje rytm kopyt końskich, równocześnie nucąc motyw przewodni z telewizyjnego serialu. Widownia chichocze. Nagle ze sceny pada okrzyk „Kacper – konie!” i widzowie wybuchają śmiechem. Wszyscy wiedzą, jaki serial jest obiektem drwin. Wielu zapamiętało z niego ciągłe pościgi, ucieczki na koniach i pojedynki na szable. A wszystko na historycznym tle.
– Po modyfikacji niektórych zdarzeń, opowieść jest bardziej filmowa niż historyczna. Ale opiekunem filmu był prof. Henryk Samsonowicz, nie przypuszczam, żeby dopuścił do jakichś fałszerstw. Dopuścił do opowieści z historią w tle – tłumaczy Maciej Rayzacher.

Dowgird czy Kalkstein

Akcja serialu rozgrywała się w XVII wieku, jej kanwą są losy pułkownika Krystiana Kalksteina-Stolińskiego, a tłem historycznym odrywanie się Prus Książęcych od słabnącej Rzeczpospolitej. Po sekularyzacji państwa zakonnego i złożeniu hołdu królowi polskiemu pozostawały one w lennej zależności od Rzeczypospolitej tylko do czasu. W XVII w. ziemie te wpadły w ręce elektora Brandenburgi. Kalkstein-Stoliński stanął na czele opozycji przeciwko elektorowi i w 1670 r. musiał uciekać z Prus do Polski. Tu, w Warszawie, na rozkaz elektora został porwany i mimo wstawiennictwa króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego – stracony w 1672 r. w Kłajpedzie.
Serialowy pułkownik Krzysztofow Dowgird, ma wiele cech Kalksteina-Stolińskiego. Jednak nie żyjący już dziś reżyser Andrzej Konic wielokrotnie podkreślał, zbyt daleko idących analogii nie należy się doszukiwać. Ot, jest to rozrywkowy, przygodowy, trzymający w napięciu serial, a najważniejsze jest w nim to, co tygrysy lubią: akcja, ucieczki, pogonie, pojedynki, intrygi i uczucia.
Inaczej mówiąc, to nie Dowgird (w tej roli Leonard Pietraszak) wraz z wiernym wachmistrzem, wspomnianym Kacprem (Ryszard Pietruski) przez istotną część serialu uciekają z Lecka do Warszawy przed rajtarami kapitana Knothe i dragonami rotmistrza Zaremby (Stanisław Niwiński) – osobistego wroga Dowgirda, zakochując się po drodze, odpowiednio w Annie Ostrowskiej (Elżbieta Starostecka) i Magdzie (Anna Seniuk).

Reklama

Warszawa w Lublinie

Zdjęcia kręcono w łódzkim atelier, w pałacu w Baranowie Sandomierskim, w Pałacu Biskupim w Kielcach, w Krakowie, i w klasztorze pokamedulskim w Rytwinach pod Kielcami, a plenery – m.in. pod Augustowem. W Warszawie, gdzie toczy się istotna część akcji, zdjęć nie kręcono.
– Warszawę „zagrała” przepiękna lubelska Starówka. Tam również było bardzo dużo zdjęć – zaznacza Leonard „Dowgird” Pietraszak. – Starówka w Lublinie jest autentyczna i nigdy nie była zniszczona, dlatego właśnie została wybrana do filmu. Nie mogliśmy kręcić w Warszawie, bo wszyscy wiemy, jak bardzo nowe jest tu Stare Miasto.
We wrześniu w Rytwinach odbył się rocznicowy benefis. Jak mówiono, serial kończy wkrótce 40 lat, a więc wkracza w dojrzałość. Imprezę współorganizował ks. Wiesław Kowalewski, dyrektor miejscowej Pustelni Złotego Lasu, który od lat jest fanem serialu. Zgromadził rekwizyty z planu i stworzył w refektarzu muzeum „Czarnych chmur”. – Ks. Kowalewski jest niesamowity, odprawił Mszę św. w intencji zmarłych twórców serialu, zorganizował koncert. A Muzeum po prostu zatyka. Czego tam Ksiądz nie zgromadził! – zachwyca się Maciej Rayzacher.
– Mamy świeczniki, kosę, fotel z filmu, kielichy, puchary, obrazy, fotografie. Odtwarzamy także część rekwizytów, jak choćby wóz poczty elektorskiej – wylicza ks. Kowalewski. – Od lat myślałem, jak wrócić do tamtych chwil, gdy leżąca w ruinie Pustelnia stała się scenerią do wielu scen słynnego serialu.

Tajemnicza sakwa

Wielu po serialu pozostały miłe wspomnienia z czasów młodości, ale także bon moty, szczególnie: „Ja go bukłaczkiem, a on mi Wilcze Doły”, wypowiedziany przez szlachciurę Błazowskiego (Cezary Julski). Miłośnicy rebusów też mieli coś dla siebie, bo przez dziewięć odcinków nie było wiadomo, skąd tytuł serialu. Dowiedzieli się w dziesiątym, z ust filmowego Jana Sobieskiego. – Widzę czarne chmury zbierające się nad Polską – wieszczył hetman grany oczywiście przez Mariusza Dmochowskiego.
Dla antropologa kultury najciekawsze są te artefakty, które mają znaczenie symboliczne. W serialu jest nim tajemnicza czarna sakwa, której zawartość może skompromitować brutalnego grafa von Hollsteina (Janusz Zakrzeński) i podstępnego margrabiego von Ansbacha (Edmund Fetting).
Obsada w ogóle była wymarzona. Znani, uznani aktorzy i tacy, którzy dopiero później stali się znani. Przez parę sekund na ekranie pokazało się dwoje debiutantów. Bogusław Linda, dziś wzięty aktor i reżyser – grał halabardnika w warszawskim Barbakanie, a Krystyna Janda, dziś właścicielka warszawskiego Teatru Polonia – chłopkę tańczącą na weselu.
– Specjalnie się do tego nie przyznają. Ale gdzieś trzeba debiutować – mówi aktor proszący o anonimowość. – Ale proszę ich o to nie pytać, bo raczej nie chcą o tym pamiętać. Ja przyznaję się chętnie, bo serial był nowym doświadczeniem. Nieczęsto można w Polsce zagrać w filmie płaszcza i szpady. A to był taki serial, choć był też ciut za długi.
Maciej Rayzacher sporo się najeździł po planie na koniu, wszak dowodził rajtarami goniącymi Dowgirda. – Jazdę konną ćwiczyliśmy przez dwa miesiące w wojskowej stadninie na dzisiejszej ul. Kozielskiej, w Klubie Jeździeckim Legii – opowiada. Przydało mu się to także w życiu, gdy związał się z antykomunistyczną opozycją i musiał zmienić zawód. – Gdy władze zadbały o to, żebym nie pracował jako aktor, zostałem wychowawcą w domu małego dziecka i zajmowałem się dziećmi autystycznymi i niewidomymi. Dzięki „Czarnym chmurom” mogłem prowadzić zajęciach hipoterapii. I właśnie wtedy – a nie w czasie kręcenia serialu – po raz pierwszy spadłem z konia.

Tagi:
serial

Reklama

Siedlce: „Ojciec Mateusz” rozwiąże zagadkę w Muzeum Diecezjalnym

2018-07-04 08:03

azr / Siedlce (KAI)

W Siedlcach trwają zdjęcia do finałowego odcinka 11. sezonu serialu „Ojciec Mateusz”. To jedna z form upamiętnienia 200-lecia istnienia diecezji siedleckiej i promocja Muzeum Diecezjalnego, w którym znajduje się jedyny w Polsce obraz El Greco i wokół którego będzie toczyć się akcja serialowych przygód proboszcza z Sandomierza.

TVP

W finałowym odcinku 11. serii przygód „Ojca Mateusza”, tytułowy bohater, ks. Mateusz Żmigrodzki, w którego rolę wciela się Artur Żmijewski zawita do Siedlec. Rozwiąże tam zagadkę związaną z Muzeum Diecezjalnym, gdzie znajduje się jedyny w Polsce obraz El Greko, pt. „Ekstaza świętego Franciszka”.

- Choć wiele osób spodziewa się, że obraz El Greco zostanie skradziony lub zaginie, zapewniam, że reżyser serialu nie przewiduje takich wątków. Niemniej, to właśnie w naszym muzeum rozegra się znaczna część odcinka – zapowiada w rozmowie z KAI ks. Robert Mirończuk. Dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Siedlcach jest także jednym z pomysłodawców zrealizowania w tym mieście zdjęć do jednego z odcinków popularnego serialu. Jak wyjaśnia, siedlecki wątek to okazja do upamiętnienia trwającego jubileuszu 200-lecia diecezji siedleckiej i promocja siedleckiego Muzeum Diecezjalnego, w którym znajduje się unikalny obraz pędzla El Greco.

Zdjęcia do serialu zakończą się w czwartek 5 lipca. Odbywają się m.in. na terenie siedleckiej katedry, w Muzeum Diecezjalnym, a także na terenie miasta. Ks. Mirończuk podkreśla, że przedstawiony w serialu wizerunek Siedlec ma zachęcić pielgrzymów i turystów z całej Polski do odwiedzenia Podlasia.

Siedleckie przygody „Ojca Mateusza” będzie można obejrzeć w finałowym odcinku 11. serii serialu, która będzie emitowana w jesiennej ramówce TVP 1. Jak podkreśla ks. Mirończuk produkcja ta nie byłaby możliwa bez wsparcia i zaangażowania siedleckiego ordynariusza bp. Kazimierza Gurdy, prezydenta Siedlec Wojciecha Kudelskiego i wielu innych osób.

Serial „Ojciec Mateusz” emitowany jest na antenie TVP1 od listopada 2008 r. Opowiada o przygodach sandomierskiego proboszcza-detektywa ks. Mateusza Żmigrodzkiego (Artur Żmijewski), który dzięki swojej intuicji wyprzedza w rozwiązywaniu kryminalnych zagadek lokalnych policjantów na czele z komendantem mł. insp. Orestem Możejką (Piotr Polk) i aspirantem Mieczysławem Noculem (Michał Piela). Serial stanowi polską wersję włoskiej produkcji telewizyjnej „Don Matteo”, produkowanej od 2000 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmartwychwstanie Jezusa – podstawa wiary

2019-04-16 18:54

Ks. Łukasz Janowski
Niedziela Ogólnopolska 16/2019, str. 8-9

Zmartwychwstanie Chrystusa – dla jednych to podstawowa prawda wiary, a dla innych zbyt abstrakcyjna, bo oderwana od ziemi. Czym jest Zmartwychwstanie i jaki ma sens?

Ks. Janusz Sądel

Pracująca w warszawskiej korporacji pani Kinga wyznała szczerze: – Lubię Wielkanoc, bo kojarzy mi się z wiosną, zapachem święconki i podwórkowym śmigusem-dyngusem z dzieciństwa... Możemy mieć różne świąteczne skojarzenia i wspomnienia. Chyba wszyscy lubimy świętować, bo święta dobrze się kojarzą... Czy jednak nie przysłoniliśmy świąt otoczką własnych przeżyć? Gdy w rozmowie z panią Kingą zapytałem, o co tak naprawdę chodzi w świętowaniu Wielkanocy, po chwili zastanowienia wyznała: – O zmartwychwstanie Jezusa! I właśnie o to chodzi. Umieć oddzielić formę od treści, okoliczności od istoty.

Triumf wiary czy wyobraźni

Wielkanocy nie możemy ograniczyć do samych przeżyć czy miłych skojarzeń. Mamy świętować Zmartwychwstanie, czyli prawdę, która głosi, że trzeciego dnia po swojej śmierci Chrystus powstał z grobu żywy i chwalebny, i wiele razy, zanim wstąpił do nieba, ukazywał się swoim uczniom i przebywał z nimi. To wydarzenie potwierdza wiarygodność chrześcijaństwa. Nie na darmo św. Paweł Apostoł napisał: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, to próżne jest nasze głoszenie i próżna jest wasza wiara” (por. 1 Kor 15, 14). Postawił sprawę jasno: nie ma wiary w Chrystusa bez wiary w Jego zmartwychwstanie.

Ta podstawowa prawda wydaje się jednak wciąż trudna dla wielu chrześcijan, być może dlatego, że jest dla nich – chodzących twardo po ziemi – zbyt abstrakcyjna, oderwana od ziemi. Mówić o kimś, że żyje, to przecież nie abstrakcja. Powiedzieć, że jest obecny w naszych wolnych czynach, w decyzjach i że je przemienia, to również dalekie jest od abstrakcji. Za każdym razem, kiedy przez moje decyzje opowiadam się za prawdą, sprawiedliwością, pokojem, krótko mówiąc – za tym wszystkim, co nazywamy wartościami, Chrystus Zmartwychwstały nadaje mojej decyzji wymiar w ścisłym znaczeniu Boski. Dlatego warto pamiętać, że w życie Boże nie wstępujemy po śmierci. Życie wieczne to nie tylko przyszłe życie, to dzieje się już teraz. Idziemy do nieba poprzez każdą z naszych decyzji. Wielkanoc może być dla nas przełomem, abyśmy znowu bez trwogi i radośniej żyli dla życia wiecznego już teraz.

Są jednak ludzie, którzy mniej lub bardziej otwarcie odrzucają Zmartwychwstanie, snując przeróżne teorie oszustwa: pozornej śmierci czy też kłamstwa założycielskiego. Wspólnym mianownikiem tych „odkryć” jest niewiara. Ich autorzy przekreślają rzeczywistość nadprzyrodzoną i możliwość ingerencji Boga w dzieje człowieka. Hipotezy te nie są niczym nowym. Mają one już swój ślad w Ewangeliach, co jest dowodem odwiecznych zmagań między wiarą i niewiarą. Jednak nawet wśród wyznawców Chrystusa pojawiają się wątpliwości związane z przyjęciem tej prawdy. Wynikają one być może z braku pogłębionej wiedzy katechizmowej lub obojętności na nią. Rodzą się w ten sposób przedziwne wyobrażenia, jak chociażby to, że Chrystus przeszedł reinkarnację, pojawił się jako ktoś całkiem nowy. Ta fundamentalna prawda wymaga od nas głębszej wiedzy, wynikającej z dojrzałości wiary. W tym przypadku nie może obowiązywać zasada: ile ludzi, tyle opinii.

Czym jest Zmartwychwstanie

Według nauki Kościoła, nie zaś opinii niektórych wierzących, Zmartwychwstanie jest przejściem Chrystusa, wraz z duszą i ciałem, od śmierci do innego życia poza czasem i przestrzenią. Cielesność Jezusa Zmartwychwstałego to cielesność uwielbiona. Jego ciało jest to samo, ale nie takie samo. Jest tym samym ciałem, które zawisło na krzyżu, ze śladami gwoździ i włóczni, ale nie takim samym, gdyż przekracza prawa natury. Potwierdzają to świadectwa Ewangelistów, którzy piszą np., że Jezus po Zmartwychwstaniu wszedł do pomieszczenia mimo zamkniętych drzwi.

Zmartwychwstanie Chrystusa nie jest powrotem do życia ziemskiego jak wskrzeszenie Łazarza, które choć jest wydarzeniem cudownym, stanowi powrót do normalnego życia na ziemi. Wskrzeszony Łazarz przeżył znów jakiś czas, ale ponownie umarł. Chrystus „nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych” (Mk 12, 27).

Zmartwychwstanie jest wydarzeniem rzeczywistym i tajemniczym zarazem. Jego rzeczywistość potwierdzają pusty grób i świadectwa uczniów. Pomimo braku bezpośrednich świadków faktu zmartwychwstania istniało głębokie i niezłomne przekonanie pierwszej gminy chrześcijańskiej o tym, że grób, w którym złożono ciało Jezusa, okazał się pusty. Dla współczesnego człowieka – człowieka obrazu, przekazów telewizyjnych i internetowych – te argumenty wydają się niewystarczające. Dlaczego strażnicy czuwający przy grobie przegapili tak nadzwyczajny fakt i nie zdali z niego szczegółowej relacji? Wszystko dlatego, że samo wydarzenie, a tym bardziej jego istota, były nieuchwytne dla ludzkich zmysłów. W tajemniczy dla nas sposób Chrystus powstał z martwych, opuścił grób, w którym złożono Jego ciało. Fakt ten był zadziwiający dla ludzi, którzy się znaleźli wobec czegoś, co ich przerastało.

Katechizmowe pytanie: Czym jest Zmartwychwstanie? – prowadzi nas do kolejnego, bardziej osobistego: Jaki sens nadaje mojemu życiu zmartwychwstanie Jezusa? Chodzi nie tylko o sam fakt, ale także o jego znaczenie. Sensem Zmartwychwstania jest miłość silniejsza niż śmierć. Dążeniem każdego z nas jest życie: pragniemy żyć! Zmartwychwstanie jest propozycją osiągnięcia wiecznego życia z Bogiem. Ale do tego potrzebna jest żywa wiara, a nie skojarzenia. A więc, o co tak naprawdę chodzi w świętowaniu Wielkanocy? O zmartwychwstanie Chrystusa, który żyje i jest z nami!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Sri Lanka: co najmniej 207 zabitych w zamachach na kościoły i hotele

2019-04-21 16:42

ts, pb (KAI) / Kolombo

Co najmniej 207 osób zabitych i ponad 450 osób rannych, w tym wiele w stanie krytycznym - to aktualny bilans serii eksplozji w Niedzielę Wielkanocną w Sri Lance. Wiadomo, że do wybuchów doszło podczas Mszy św. w trzech kościołach oraz w kilku hotelach, w sumie w ośmiu miejscach w kraju. Najwięcej ofiar było w kościele św. Antoniego w stołecznym Kolombo.

AP Photo

Prawdopodobnie były to samobójcze zamachy dokonane przez islamskich fundamentalistów religijnych. Według doniesień medialnych 10 dni wcześniej lankijska policja ostrzegana była o możliwości tego typu ataków na kościoły.

Katolicy stanowią około sześciu procent w liczącej około 20 milionów mieszkańców Sri Lance. Mająca 1,2 mln wyznawców wspólnota katolicka skupia się głównie wokół stołecznej archidiecezji Kolombo oraz w 11 dalszych diecezjach na terenie tego wyspiarskiego kraju. Mniej więcej połowa z nich żyje pośród większości syngaleskiej, a druga - wśród Tamilów stanowiących mniejszość społeczeństwa. Katolicy stanowią tylko 4 procent wśród 15 mln Syngalezów i ponad 15 procent wśród niemal 4 mln Tamilów.

Kościół katolicki jest jedną z nielicznych instytucji mających trwałe miejsce w obu grupach ludności, a tym samym może się przyczyniać do pojednania po krwawej wojnie domowej lat 1982-2009. Widocznym tego znakiem jest odbywana w sierpniu każdego roku pielgrzymka do Madhu, gdzie czczona jest licząca 400 lat figura Matki Bożej. W tych pielgrzymkach uczestniczy zazwyczaj kilkaset tysięcy osób, nie tylko katolicy i inni chrześcijanie, lecz także buddyści i hinduiści.

Podczas wizyty w Madhu w styczniu 2015 r. papież Franciszek kanonizował pierwszego świętego Sri Lanki, „apostoła Cejlonu”, o. Józefa Vaza (1651-1711). Ten pochodzący z Indii misjonarz głosił Ewangelię i pełnił posługę kapłańską na ówczesnym Cejlonie od 1686 r. aż do swej śmierci.

Pierwsi misjonarze chrześcijańscy przybyli na wyspy już w V wieku z Persji. Jednak systematyczne misje rozpoczęły się dopiero wraz z przybyciem Portugalczyków w XVI wieku i były prowadzone przez franciszkanów, jezuitów, dominikanów oraz augustianów. W czasach kolonizacji holenderskiej od XVII wieku religia katolicka została zabroniona, natomiast przywileje otrzymali kaznodzieje protestanccy.

W 1796 r. Brytyjczycy przywrócili wolność religijną i umożliwili misjonarzom zakonnym z różnych krajów europejskich dostęp na ówczesny Cejlon. W 1834 r. została utworzona pierwsza diecezja katolicka. Kościół szybko spotkał się z uznaniem w społeczeństwie, a to za sprawą szkół, szpitali i obiektów socjalnych, które są dostępne nie tylko dla katolików. Wrogo natomiast nastawieni są ekstremiści buddyjscy, którzy uważają, że Sri Lanka musi być krajem w pełni buddyjskim. Chrześcijanie od lat cierpią z powodu panującego wyobrażenia, że są religią zaszczepioną przez władców kolonialnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem