Reklama

Kto miłuje, ma w sobie niebo

2016-12-01 11:10

Ks. Paweł Borowski
Edycja toruńska 49/2016, str. 1, 5

SAI

Królestwo Chrystusa jest inne niż wszystkie królestwa ziemi. W nim nie ma przemocy, wyzysku, podziałów i nienawiści. Jego królestwo to raj, w którym panuje miłość. Ten, kto dla miłości otwiera swe serca, czyni je królestwem Boga

W uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata we wszystkich świątyniach w Polsce wierni wraz z duszpasterzami i niejednokrotnie z przedstawicielami władz przyjęli Chrystusa jako Króla i Pana swojego życia osobistego, rodzinnego, społecznego i całego narodu.

Wielu mieszkańców diecezji toruńskiej wraz ze swoimi duszpasterzami uczestniczyło 19 listopada w centralnych uroczystościach w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. Razem z biskupami, kapłanami, prezydentem RP i władzami wszystkich szczebli oddali swoje życie i naród polski w ręce Chrystusa, uznając Go za swojego Króla i Pana.

Królestwo ludzkich serc

Diecezjalne obchody odbyły się 20 listopada w toruńskiej katedrze. W Eucharystii celebrowanej w dniu zakończenia Jubileuszowego Roku Miłosierdzia uczestniczyli kapłani, osoby konsekrowane i wierni świeccy, zwłaszcza członkowie Akcji Katolickiej. Przewodniczył jej biskup toruński Andrzej Suski, który wygłosił także homilię. Podczas Mszy św. odmówiono Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana.

Reklama

W homilii Biskup Andrzej podkreślił, że królestwa Jezusa nie da się wykreślić na mapach świata i nie ma ono charakteru politycznego. – Królestwo Jezusowe to królestwo w ludzkich sercach, w ludzkich sumieniach, w duszach ludzkich – mówił. Królestwo Chrystusa jest wolne od powiązań politycznych, wszelkiej dyplomacji, nie jest targane niepokojami, waśniami i wojnami, których doświadczamy w dzisiejszym świecie. – Chrystus Król nie stosuje ani fizycznej przemocy, ani żadnych nacisków. Zawsze kieruje się dobrem i prawdą – dodał.

Chrystus powiedział, że Jego królestwo jest w nas. Nie jest zatem czymś odległym, ale jest bardzo blisko. Jest w naszych rodzinach, zakładach pracy, naszych parafiach, w miejscach gdzie codziennie przebywamy. Jest wszędzie tam, gdzie są otwarte drzwi dla Chrystusa; tam, gdzie ludzie szukają sprawiedliwości i pokoju, gdzie otwierają się na miłość i niosą ją każdemu człowiekowi.

Król miłości

Ksiądz Biskup podkreślił, że Jezus jest Królem, który potrafi rozproszyć ciemności życia swoim światłem. – Chrystus Król nadaje sens i wartość wszystkim tym sprawom, które często wydają się być bezsensowne czy wręcz absurdalne – podkreślił. Jezus wchodzi w każdą sferę naszego życia i wnosi miłość. Wypełnia nasze serca, byśmy i my potrafili kochać. – Kto miłuje, nosi w sobie zadatek nieba. Kto nie miłuje, już ma w sobie piekło – mówił Biskup Andrzej. Miłość jest atrybutem Chrystusa Króla i nie można jej odkładać na potem. Miłość jest na dzisiaj, bo to dziś rozstrzygają się nasze losy. Ksiądz Biskup zaznaczył, że o tej miłości, do której wzywa Chrystus, mogliśmy nie tylko rozmyślać, lecz także ją praktykować przez cały Rok Miłosierdzia.

Nawiązując do słów św. Jana Pawła II wypowiedzianych w dniu inauguracji jego pontyfikatu, przypomniał, że papież wzywał nas do odrzucenia lęku i otworzenia drzwi swego życia, granic państw oraz systemów politycznych i ekonomicznych Chrystusowi, bo tylko On wie, co nosi w sobie serce człowieka. Władza Chrystusa jest pełna dobroci, miłości i prawdy, dlatego można z odwagą otworzyć drzwi swojego serca. – Chcemy tę Jego boską władzę na nowo uznać i przyjąć – zakończył kaznodzieja.

Na zakończenie Mszy św. przed wystawionym Najświętszym Sakramentem bp Suski odmówił wraz ze zgromadzonymi w katedrze Jubileuszowy Akt Przyjęcia Jezusa za Króla i Pana.

Tagi:
Rok Miłosierdzia

Sanktuarium i kult Bożego Miłosierdzia

2017-04-21 14:05

aw, mp / Kraków / KAI

Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, gdzie zmarła św. siostra Faustyna, apostołka Bożego Miłosierdzia, jest najbardziej umiędzynarodowionym miejscem kultu w Polsce. Rocznie przybywa tu ponad 2 mln pielgrzymów z całego świata, ze wszystkich kontynentów. W niedzielę Kościół katolicki będzie obchodził Święto Miłosierdzia Bożego.

Karol Sudor

Sanktuarium Bożego Miłosierdzia

Kaplica zakonna Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, w której jest łaskami słynący obraz Jezusa Miłosiernego pędzla Adolfa Hyły i relikwie św. Faustyny, została wpisana na listę sanktuariów przez kard. Karola Wojtyłę już w 1968 r. W 1992 r. kard. Franciszek Macharski wydał dekret erekcyjny ustanawiający to miejsce sanktuarium Bożego Miłosierdzia. 8 grudnia 1999 rozpoczęto budowę sanktuarium Bożego Miłosierdzia według projektu wybitnego krakowskiego architekta prof. Witolda Cęckiewicza. Wzniesiono je w rekordowym tempie. Tuż przed przybyciem Jana Pawła II w celu poświęcenia sanktuarium, pracowało tu ponad 100 robotników na dwie zmiany (w najbardziej gorącym okresie było ich 200). Jan Paweł II poświęcił bazylikę 17 sierpnia 2002 r. W dolnym kościele mieszczą się kaplice pw. św. Faustyny (dar Episkopatu i wiernych Włoch).

Przy sanktuarium mieści się Dom Duszpasterski na blisko 100 miejsc, a także poradnie - trzeźwości, rodzinna oraz dla osób z problemami religijno-moralnymi. Rektorem sanktuarium jest krakowski biskup pomocniczy Jan Zając.

Święta Faustyna Kowalska (1905-38)

Helena Kowalska urodziła się 25 sierpnia 1905 r. we wsi Głogowiec koło Łodzi. Była trzecim z dziesięciorga dzieci ubogich rolników. W 1925 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia Bożego. W zakonie przyjęła imię Maria Faustyna. Pracowała jako kucharka, ogrodniczka i furtianka w kilku domach Zgromadzenia w Warszawie, Płocku, Wilnie, Krakowie. Zwykłym obowiązkom zakonnym towarzyszyły wizje i objawienia (po raz pierwszy 22 lutego 1931 r. w Płocku).

W kolejnych objawieniach Jezus polecił jej namalowanie obrazu Pana Jezusa Miłosiernego z napisem "Jezu, ufam Tobie", chciał, aby założyła zgromadzenie, które będzie wypraszać dla świata Boże miłosierdzie, przekazał jej tekst Koronki do Bożego Miłosierdzia, chciał też aby czcić moment Jego konania na krzyżu w Godzinie Miłosierdzia, i aby pierwsza niedziela po Wielkiejnocy była obchodzona w Kościele powszechnym jako Święto Miłosierdzia Bożego.

Swoje wizje i rozmowy z Jezusem opisuje s. Faustyna w "Dzienniczku" - jednym z najwybitniejszych dzieł mistyki chrześcijańskiej. Zmarła na gruźlicę 5 października 1938 r. w klasztorze Zgromadzenia w Łagiewnikach. Za jej życia powstał jedynie obraz Jezusa Miłosiernego (namalował go wileński malarz Eugeniusz Kazimirowski), zostały wydrukowane książeczka z tekstem "Koronki do Miłosierdzia" oraz obrazki Jezusa Miłosiernego. 18 kwietnia 1993 r. papież Jan Paweł II beatyfikował, a 30 kwietnia 2000 r. kanonizował apostołkę miłosierdzia Bożego.

Kult Bożego Miłosierdzia

Głoszenie prawdy o miłości Boga do ludzi stało się misją życiową skromnej zakonnicy Faustyny Kowalskiej. "Nie znajdzie ludzkość uspokojenia, dopokąd się nie zwróci z ufnością do Miłosierdzia Mojego" - usłyszała od Chrystusa. Głoszenie zawartej w Piśmie Świętym prawdy, paradoksalnie z trudem zostało zaakceptowane przez władze kościelne - orędzie s. Faustyny Kowalskiej rozpowszechniło się dopiero po jej śmierci. Po wybuchu II wojny światowej Polacy, którzy rozproszyli się po całym świecie, szerzyli orędzie Bożego Miłosierdzia w ZSRR, Wielkiej Brytanii, USA, Meksyku.

W 1959 r. Kongregacja Świętego Oficjum, opierając się na nieprecyzyjnych przekładach "Dzienniczka", wydała notyfikację, zakazującą szerzenia kultu w formie przekazanej przez s. Faustynę. Notyfikacja obowiązywała 19 lat. Rozpoczęcie procesu informacyjnego s. Faustyny w 1965 r., odwołanie notyfikacji w 1978, opublikowanie w 1981 r. pierwszego wydania krytycznego "Dzienniczka", coraz liczniejsze pielgrzymki do jej grobu w Łagiewnikach, popularyzacja Koronki do Miłosierdzia Bożego oraz obrazu (kolejną jego wersję namalował w 1943 r. krakowski malarz Adolf Hyła i jest ona bardziej znana od wileńskiego pierwowzoru), doprowadziły do rozpowszechnienia kultu Bożego Miłosierdzia. Prawdziwy "boom" kultu nastąpił po beatyfikacji w 1993 i kanonizacji św. Faustyny w 2000 r. oraz wybudowaniu sanktuarium Bożego Miłosierdzia, które w 2002 poświęcił Jan Paweł II. Dziś kult szerzy się na wszystkich kontynentach, szczególnie w Czechach, Słowacji, na Węgrzech, w Peru, Meksyku, USA, Filipinach, Korei.

W 2005 r. do Łagiewnik przybyło np. ponad 2 mln pielgrzymów z 89 krajów świata. W tym samym czasie wpłynęło ponad 100 tys. listów z prośbami o modlitwę przez wstawiennictwo św. Faustyny - wśród nich było 6,4 tys. podziękowań za łaski już otrzymane.

Klasztor w Łagiewnikach

W 1889 r. w podkrakowskiej wsi Łagiewniki za pieniądze, ofiarowane przez księcia Aleksandra Lubomirskiego, kard. Albin Dunajewski kupił kilkanaście hektarów ziemi, na którym w stylu neogotyckim wzniesiono zakład dla dziewcząt moralnie zaniedbanych, oraz kaplicę i klasztor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. Kompleks budynków nazwano Józefów, na cześć św. Józefa, Oblubieńca Maryi. W czasie II wojny światowej siostry przyjmowały uchodźców z całej okupowanej Polski. Po wojnie, choć siostry nie mogły w pełni realizować swojego charyzmatu, w miarę możliwości pracowały z młodzieżą, opiekowały się pielgrzymami, coraz liczniej przybywającymi do grobu s. Faustyny i kaplicy z cudownym obrazem Pana Jezusa Miłosiernego.

Obecnie w klasztorze mieszka ponad 100 zakonnic. 20 z nich pracuje z 70 dziewczętami sprawiającymi problemy wychowawcze (są kierowane przez sądy) w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym im. św. Faustyny. Siostry prowadzą tu gimnazjum i liceum oraz dwie szkoły zawodowe - gastronomiczną i fryzjerską oraz internat.

W zespole klasztornym mieści się także Wydawnictwo Misericordia, popularyzujące spuściznę s. Faustyny oraz redakcja kwartalnika "Orędzie Miłosierdzia" (roczny nakład 270 tys. egz.). Tu mieści się także siedziba Stowarzyszenia Apostołów Bożego Miłosierdzia Faustinum. Erygował je w 1996 r. kard. Franciszek Macharski. Faustinum formuje apostołów Bożego Miłosierdzia. Ich formacja trwa cztery lata, prowadzona jest w 6 językach - po polsku, angielsku, niemiecku, francusku, czesku i słowacku, a 4 koleje - węgierski, słoweński, koreański i hiszpański odbywają się pod kierunkiem biskupów diecezji. Apostołowie Miłosierdzia zrzeszeni w Faustinum są w 64 krajach, jest ich 11 tys. Łagiewniki są też centrum Apostolskiego Ruchu Bożego Miłosierdzia. Należą do niego zgromadzenia zakonne, stowarzyszenia, ruchy apostolskie i osoby indywidualne głoszące orędzie Miłosierdzia. Na całym świecie jest kilka milionów czcicieli Bożego Miłosierdzia, w samych USA około 2 mln.

Jan Paweł II i Łagiewniki

17 sierpnia 2002 r., po poświęceniu bazyliki Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, Jan Paweł II wspominał: "Przychodziłem tutaj zwłaszcza w czasie okupacji, gdy pracowałem w pobliskim Solvayu. Do dzisiaj pamiętam tę drogę, która prowadziła z Borku Fałęckiego na Dębniki, którą odbywałem codziennie, przychodząc na różne zmiany w pracy, przychodząc w drewnianych butach. Takie się wtedy nosiło. Jak można było sobie wyobrazić, że ten człowiek w drewniakach kiedyś będzie konsekrował bazylikę Miłosierdzia Bożego w krakowskich Łagiewnikach!".

Miejsce, które znał od wczesnej młodości, i w którym zapewne poznał orędzie s. Faustyny, Karol Wojtyła nawiedzał później jako ksiądz, biskup i kardynał, a orędzie o Bożym Miłosierdziu kształtowało jego posługę w Kościele. To on rozpoczął proces informacyjny s. Faustyny, później jako papież beatyfikował ją i kanonizował. W 1980 ukazała się jego encyklika Dives in misericordia, w której podkreśla, że miłosierdzie jest głównym przymiotem Boga. Jako Papież nawiedził Łagiewniki dwa razy - 7 czerwca 1997 r. oraz 17 sierpnia 2002, gdy poświęcił bazylikę Miłosierdzia Bożego i dokonał aktu Zawierzenia świata Bożemu Miłosierdziu.

Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia

Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia zostało założone w 1862 r. przez Teresę Ewę z Sułkowskich Potocką. Jego zadaniem była praca na rzecz zaniedbanych moralnie kobiet, które same pragnęły odmiany swego życia. Pierwszy Dom Miłosierdzia powstał w Warszawie przy ul. Żytniej, kolejne w Krakowie, Płocku i Wilnie.

W okresie między dwoma wojnami Domy Miłosierdzia przekształcały się w zakłady wychowawcze z własnymi programami nauczania, gdzie uczono też zawodów. Po wojnie, na fali likwidacji dzieł edukacyjnych i charytatywnych Kościoła, niemal wszystkie placówki prowadzone przez Zgromadzenie zostały zamknięte. Siostry zajęły się opieką nad niepełnosprawnymi umysłowo osobami, samotnymi matkami, chorymi kobietami. Obecnie Zgromadzenie liczy ponad 430 siostry, które pracują w 18 domach w Polsce i 9 za granicą - w Rzymie, Jerozolimie, w USA, Kazachstanie, w Czechach, na Białorusi i Słowacji.

Siostry są wychowawczyniami, szerzą kult Bożego Miłosierdzia w formie, przekazanej przez św. Faustynę, poprzez apostolat, opiekę nad pielgrzymami, działalność wydawniczą. Za duchową współzałożycielkę siostry uznały św. Faustynę Kowalską, która spędziła we wspólnocie 13 lat, a jej misja nadała nowy impuls duchowy i apostolski całemu Zgromadzeniu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nieznane życie Jacka Gmocha

2018-02-07 10:50

Z Jackiem Gmochem rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 44-46

Jacek Gmoch to jeden z najbardziej znanych polskich trenerów. Był selekcjonerem polskiej reprezentacji w piłce nożnej. W 1978 r. zdobył z drużyną 5. miejsce podczas mistrzostw świata w Argentynie. Jego życie to gotowy scenariusz na film. W czasie II wojny światowej były dni, gdy głodował. W czasach PRL-u ścigano go listem gończym. Był krytykowany za przyjaźń z księżmi, nazywanymi „wrogami Polski Ludowej”. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagał wielu Polakom, którzy wyemigrowali do Grecji. Karierę piłkarską zaczynał jako zawodnik Znicza Pruszków, później grał w warszawskiej Legii. W reprezentacji Polski rozegrał 32 spotkania. W 1971 r. został współpracownikiem legendarnego trenera reprezentacji narodowej – Kazimierza Górskiego. Stworzył „bank informacji” i był prekursorem badań naukowych w piłce nożnej. W tym czasie reprezentacja pod wodzą Górskiego zdobyła złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r. i 3. miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Gmoch trenował wiele klubów piłkarskich, m.in.: słynny Panathinaikos AO, AEK Ateny i Olympiakos SFP. W 2010 r. został uznany za jednego z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi piłkarskiej. Od 1993 r. jest prezesem Grecko-Polskiego Związku Przyjaźni i Współpracy. Należy do najbardziej znanych ekspertów i komentatorów sportowych. Słynie z poczucia humoru. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o ważnych momentach swojego życia, swojej wierze i o tym, co w życiu jest najważniejsze. Z Jackiem Gmochem – słynnym trenerem, ekspertem i komentatorem sportowym – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

Krzysztof Tadej
Jacek Gmoch – jeden z najsłynniejszych polskich trenerów piłki nożnej

KRZYSZTOF TADEJ: – Pańskie motto życiowe to...

JACEK GMOCH: – Słowa jednego z filozofów: „Pracuj tak, jakbyś miał żyć 200 lat, ale żyj tak, jakbyś miał za chwilę umrzeć”. Dokładnie tak staram się postępować każdego dnia. Pomagają mi w tym rodzina i przyjaciele. Powiem więcej: gdyby nie oni, to nic bym w życiu nie osiągnął.

– Kiedy rozmawialiśmy w 2012 r., powiedział Pan: „Nie napisałem jeszcze autobiografii, bo wydaje mi się, że jeszcze mam tyle do zrobienia... I tyle lat przed sobą. A jak podsumowuje się życie, to powoli trzeba myśleć o odejściu z tego świata”. W maju ma ukazać się Pańska książka. Zmienił Pan zdanie?

– Pan Bóg ostrzegł, że życie nie będzie trwało w nieskończoność. W ostatnich dwóch latach miałem poważne kłopoty zdrowotne. Muszę zacząć myśleć, żeby coś po sobie pozostawić. Zdecydowałem się napisać o pięknych i trudnych chwilach. Ale z miłością, bez złośliwości, oskarżeń i pretensji. Zapisałem to, co piękne. Dlatego w naszej rozmowie nie chcę mówić o bolesnych sprawach. Dzisiaj jestem szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. I cały czas człowiekiem zwariowanym na punkcie piłki nożnej!

– „Jacek Gmoch to słynny trener kat”. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

– No nie, to przesada! Nie mogę przecież odbierać tego tytułu trenerowi siatkarzy Hubertowi Wagnerowi! (śmiech). On był prekursorem w wyciskaniu z ludzi tego, co najlepsze! Ale rzeczywiście, tak o mnie pisano.

– Przeraźliwie krzyczał Pan w szatni?

– W szatni trzeba nie tylko krzyczeć, ale też potrząsnąć zawodnikami. Piłkarze to ludzie, którzy są na wojnie. W szatni trener ma ich podnieść na duchu, wzmocnić psychicznie, wskazać cel. A w przerwie mówić: tu zagraliśmy paskudnie, a tam rewelacyjnie. I wytłumaczyć, co robić dalej. Prosto, dosadnie. Jeśli trener tego nie zrobi, to nie będzie miał dobrych wyników. Trener musi mieć charyzmę. Jeśli jej nie ma, to wie pan do czego się nadaje?! Najwyżej do robienia kiełbasek na grillu!
Trener musi mieć wizję, strategię. Przed meczem wszystko tłumaczy i każdy wie, za co jest odpowiedzialny. Tak tworzy się zespół. Jeśli tego nie ma, to 11 facetów bez sensu biega po boisku.
Trener ma też motywować. Nastawienie psychiczne do meczu często decyduje o wyniku. Piłkę nożną można opisać jako zbiór kilku elementów. Technika, cechy motoryczne zawodnika, taktyka, psychologia... Dzisiaj psychologia ma decydujące znaczenie, bo dobre drużyny są porównywalne – są świetnie wyszkolone technicznie, mają znakomicie przygotowaną taktykę. Największe rezerwy tkwią w psychice. Kto lepiej przygotuje psychicznie drużynę do meczu, ten wygrywa.

– Pańska kariera sportowa rozpoczęła się od piłki nożnej i koszykówki. Ale mało brakowało, żeby tak się nie stało, bo Pański tata nie był tym zachwycony.

– To dyplomatyczne stwierdzenie. Ojciec stanowczo zabronił mnie i mojemu bratu grania w piłkę. Nauka musiała być na pierwszym miejscu. Mówił: „Skończcie studia i nie zawracajcie sobie głowy sportem”.

Szczególnie nie chciał, żebyśmy grali w piłkę nożną, choć sam był piłkarzem. Może dlatego, że w tamtych czasach śmiano się z piłkarzy? „Człowieczek z krzywymi nogami”, „odrzut człowieczy” – to były najłagodniejsze określenia, które pamiętam. Pomimo tego od najmłodszych lat z moim bratem Andrzejem uprawialiśmy różne dyscypliny. Muszę podkreślić, że dzięki niemu osiągnąłem znaczące sukcesy w sporcie. A to dlatego, że się biliśmy.

– Bił się Pan z bratem?

– Wielokrotnie. Był moim idolem – starszy ode mnie, niezwykle wysportowany, waleczny, zwinny. Chciałem mu dorównać. Jak walczyliśmy, to nieraz u cioci spadał żyrandol. Kończyło się nieszczególnie, bo dostawaliśmy baty od ojca.

– W tym okresie myślał Pan, żeby zostać księdzem?

– Byłem ministrantem w kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. O takich planach mówiło się wśród moich bliskich. To było ogromne marzenie mojej cioci, Flory Paczowskiej. Czuła się odpowiedzialna za podtrzymywanie w rodzinie wiary katolickiej. Wspaniała, dobra, ale wymagająca. Z ciocią Florą nie było żartów. Mieszkała naprzeciwko kościoła i była bystrą obserwatorką. Jak ktoś nie przychodził na niedzielną Mszę św. lub stał gdzieś z tyłu, na schodach, to od razu obrywało się rodzicom. Mnie bardzo lubiła i nawet kupiła mi komżę. Ale i to nie pomogło.

– Dlaczego? Nie czuł Pan powołania?

– Ministrantem byłem ponad dwa lata. Ale kiedyś z kolegami, też ministrantami, graliśmy w podziemiach kościoła w ping-ponga. I spóźniliśmy się na Mszę św. Później proboszcz za karę zaczął nas przepytywać z różnych modlitw, kazał je recytować po łacinie. Niestety, jak doszliśmy do Credo, to od połowy mógł usłyszeć tylko nasze mruczando... (śmiech).

– I wybrał Pan sport.

– Grałem w piłkę nożną, ale równolegle studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Jestem absolwentem tej uczelni – magistrem inżynierem budowy dróg i mostów. Później przez 10 lat pracowałem naukowo, a w 1975 r. ukończyłem AWF ze specjalnością piłka nożna.

– Był Pan znakomitym zawodnikiem Legii Warszawa, rozegrał Pan też 32 spotkania w reprezentacji Polski. Aż przyszedł pechowy mecz 17 sierpnia 1968 r.

– Dramatyczne wydarzenie, które wpłynęło na całe moje życie. Grałem w meczu Kadry PZPN z „Expressem”. Spotkanie zorganizowali dziennikarze niezwykle popularnej gazety – „Expressu Wieczornego”. Na stadion przyszło ponad 30 tys. widzów. Niestety, bramkarz swoją niefortunną interwencją złamał mi nogę. Trafiłem do szpitala z wielostopniowym złamaniem. Groziło mi kalectwo. Walczyłem o powrót na boisko. Przez pół roku ciężko pracowałem, żeby odzyskać sprawność. Ale mogłem wytrzymać tylko połowę meczu, a potem noga puchła... Okazało się, że w wieku 28 lat muszę zakończyć karierę piłkarską. Do dzisiaj zresztą trochę kuleję.

– I wtedy odczuł Pan, że nie jest już potrzebny drużynie?

– To przykre, wolę mówić o tym, co zdarzyło się dobrego. W szpitalu odwiedzili mnie ks. kan. Witold Jaworski i ks. inf. Józef Wójcik. Chcieli podnieść mnie na duchu i to im się udało. Muszę przyznać, że w kolejnych latach to oni wpływali na moje życie. Z Witkiem Jaworskim byłem zaprzyjaźniony od małego. Wierny przyjaciel, nigdy mnie nie zawiódł. Traktuję go jak drugiego brata. Zna moje dobre i złe strony. Jest powiernikiem tajemnic całej mojej rodziny.

– Drugim wspomnianym przez Pana księdzem był legendarny kapłan diecezji radomskiej ks. inf. Józef Wójcik. O nim kard. Karol Wojtyła powiedział, że był uważany za „wroga nr 1 Polski Ludowej”. 9 razy wsadzano go do więzienia, usłyszał 18 wyroków.

– Poza tym w 1972 r. wykradł kopię obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry! Wcześniej obraz wędrował po Polsce, co denerwowało władze. Zatrzymano go, przewieziono do klasztoru, a ludzie modlili się przed pustą ramą. Jak nastąpiła odwilż za Gierka, ks. Józef zorganizował potajemne wywiezienie obrazu, żeby wrócił na szlak modlitewny. Mocno ryzykował. Opowiadał mi kiedyś, jak pojechał do kard. Wyszyńskiego. W tajemnicy powiedział o tym pomyśle, ale Prymas nie był zachwycony. Mogło się to różnie skończyć. Jednak się udało.
Od pierwszego spotkania zaimponował mi głęboką wiarą. Zobaczyłem człowieka, który nie chciał nic dla siebie, a dużo dawał innym. Dla mnie był przykładem, jak postępować. Ludzie się do niego garnęli. Miał w sobie jakąś moc, gdy przekazywał innym wiarę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.

– Pan, mimo że jest osobą tak znaną, nie ukrywał, że jest katolikiem.

– Nigdy nie wstydziłem się wiary i mówienia o Panu Bogu. Jestem wierzący, tak jak cała moja rodzina. Miałem różne okresy w życiu. Do pewnych wniosków trzeba dojrzeć. Na początku przyjmuje się to, co mówią rodzice, katecheci. Potem pojawiają się pytania, wątpliwości. To normalne, bo pytania pozwalają dojść do zrozumienia. A potem, gdy człowiek się zastanowi i dokona wyboru, to wierzy się w pełni świadomie. Dziękuję Bogu, że mogłem w swoim życiu poznać księży, którzy byli dla mnie wzorem wyznawania wiary. To np. kard. John Krol z USA, kard. Józef Glemp czy wspomniani ks. Witold Jaworski i ks. Józef Wójcik.

– W związku ze spotkaniami z ks. Wójcikiem miał Pan też trochę kłopotów.

– Cały czas byliśmy ze sobą w kontakcie. Bywał u mnie w domu, a ja nieraz jeździłem do niego, do Suchedniowa. Tam, w kościele, często razem modliliśmy się w kaplicy św. Jacka. Pamiętam, gdy byłem trenerem reprezentacji Polski, poprosił mnie, żebym przyjechał i zobaczył miejscową drużynę. Popatrzyłem, przekazałem uwagi, potem zjedliśmy obiad i było bardzo sympatycznie. Jak wróciłem do Warszawy, od razu wezwali mnie do Komitetu Centralnego. Partia miała pretensje o to, że zadaję się z takim wywrotowcem, który bez przerwy walczy z komuną. Oczywiście, przyjaźń trwała dalej. Ks. Józef zapraszał mnie na uroczystości kościelne i jak tylko miałem czas, to jechałem. Gościłem go w Atenach, w swoim domu, gdy w 2004 r. razem z ks. Edwardem Pleniem był kapelanem naszych olimpijczyków.

– Wspomniał Pan o stolicy Grecji. Tam ma Pan drugi dom?

– Mniej więcej połowę roku mieszkamy z żoną w Grecji, a połowę w Polsce.

– Gdy w sierpniu 1978 r. przestał Pan być trenerem reprezentacji, wyjechał Pan trenować norweską drużynę Skeid do Oslo, a rok później rozpoczął Pan karierę trenerską w Grecji. Dlaczego? Nie było dla Pana pracy w polskich klubach?

– Z ogromnego sukcesu, jakim było zajęcie 5. miejsca podczas mistrzostw świata w Argentynie, niektórzy chcieli zrobić porażkę. Wyjechałem z kraju. Potem jeszcze chciano zrobić ze mnie złodzieja i byłem poszukiwany listem gończym. O tym szczegółowo opowiem w swojej książce.

– Nieznanym wątkiem w Pańskim życiorysie jest pomoc, której udzielał Pan w Grecji Polakom, np. tym, którzy emigrowali z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.

– Ludzie przyjeżdżali z nadzieją na lepsze życie. W Polsce byli prześladowani, niektórzy nie mieli pracy. Każdy wyjazd to była dramatyczna decyzja. Starałem się pomagać, na ile mogłem. Bardzo rzadko o tym mówię, bo uważam, że pomaganie komuś w potrzebie powinno być czymś oczywistym, normalnym. Nasze życie jest jak piasek, który się przesypuje przez palce, i zostaje tylko to, co ważne. A ważne jest dobro czynione dla innych. Wiele razy za to dostałem po głowie. Na 10 przypadków nieraz i 9 razy się zawiodłem. Ale zawsze był ten jeden, który zachowywał się przyzwoicie. Ktoś, kto podziękował i powiedział, że zmieniłem jego życie.

– To prawda, że jeździł Pan do Polaków na lotnisko i prosił urzędników na lotnisku, żeby ich nie deportować?

– Ile nocy wtedy nie przespałem! Samolot z Warszawy do Aten lądował o godz. 2 w nocy. Nasi rodacy mieli wykupiony bilet tylko w jedną stronę i marzyli, żeby zostać w Grecji. Na lotnisku byli zatrzymywani i przygotowywani do deportacji. Mieli być odsyłani do kraju rano, o godz. 6, węgierskimi liniami. Niektórzy chwytali się ostatniej deski ratunku i twierdzili, że są z mojej rodziny. Mówili tak do urzędników na lotnisku – którzy w większości byli kibicami mojej ówczesnej drużyny, Panathinaikosu. Dlatego dzwoniono do mnie w środku nocy i mówiono, że ktoś twierdzi, iż jest moim kuzynem. Pytali, czy go odesłać do kraju. Prosiłem, żeby poczekali. Jechałem szybko na lotnisko i spotykałem się z kimś, kogo pierwszy raz widziałem na oczy. Ale prosiłem, żeby pozwolili mu zostać w Grecji. Zostawiali.

– Ratował Pan też ludzi zabieranych z ulicy.

– Greckie władze często organizowały naloty na nielegalnych imigrantów. Zabierali też Polaków. Interweniowałem. Pamiętam, jak kiedyś żona nauczyciela informatyki z polskiej szkoły wyszła na chwilę na zakupy. Nie miała przy sobie dokumentów. Zgarnięto ją z ulicy mimo protestów, bo zostawiła w domu dwoje dzieci. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast zadzwoniłem do ministra spraw wewnętrznych. „Co się dzieje? Dlaczego z ulic zabieracie Polaków?” – zapytałem. Pani została szybko wypuszczona.

– Zaangażował się Pan również w pomoc dla polskiej szkoły w Atenach.

– Przez Grecję w okresie stanu wojennego przewinęło się ponad pół miliona Polaków. Władze Grecji zachowywały się bardzo przyzwoicie – przymykały oko na to, że Polacy pracują na czarno, że mają problem z dokumentami. Szybko powstał problem braku szkoły, bo przecież do Grecji przyjeżdżały całe rodziny.

– Grecki Kościół katolicki w 1985 r. oddał do dyspozycji Polaków jedną ze swoich sal, w której rozpoczęto naukę polskich dzieci, ale dość szybko działalność zawieszono.

– Szkoła powstała dopiero w 1988 r., z inicjatywy jezuity ks. Stanisława Mola. Zwrócił się do mnie, czy mogę pomóc. Natychmiast, wraz z innymi Polakami, zaczęliśmy organizować ławki, pomoce naukowe, piłki. Dawaliśmy wszystko – swój czas, swoją pracę, pieniądze. Podkreślam, że nie był to tylko mój wysiłek. Pomagało wiele osób, w tym np. znakomity piłkarz Krzysztof Warzycha.
Polska szkoła to jeden z wielu przykładów wzajemnej pomocy i solidarności Polaków. Piękny przykład, o którym się nie pisze, nie mówi. Chcę też zwrócić uwagę na inny pomijany szczegół. Otóż Polacy w Grecji są bardzo szanowani, cenieni. Zapisali się złotymi zgłoskami w historii tego kraju. Mogę podać wiele przykładów. Np. po trzęsieniu ziemi w 1986 r. w Kalamacie to właśnie Polacy ją odbudowali. To, jakim uznaniem się cieszymy, najlepiej wyczuła pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda – podczas ostatniej oficjalnej wizyty prezydenta w Grecji powiedziała do mojej żony, że nigdzie za granicą nie spotkała się z tak wielką serdecznością i szacunkiem. Te słowa są najpiękniejszym podziękowaniem dla mnie i dla wielu Polaków, którzy przez lata czynili wszystko, by rozwijać przyjaźń między Polską a Grecją.

– Wspomniał Pan o żonie...

– Stefania, mój anioł. Moja wielka miłość. Święta kobieta. No bo jak można było tyle lat ze mną wytrzymać? Chyba trzeba ją zaliczyć do męczenników (śmiech). Poznałem żonę na Politechnice Warszawskiej. Nie jest związana ze sportem. Nie chciałem mieć sportsmenki, w domu ważna jest normalność. Wspólnie przyjęliśmy zasadę, że po meczu nie rozmawiamy o meczu. Nieraz się nie udawało. Włączałem telewizor, oglądałem relacje. Często w kuchni zaczynałem opowiadać o swoich ideach, o meczach, o piłkarzach. Ale przyszedł moment, że powiedziała: „Mam już dość piłki!”. Musiałem kupić drugi telewizor...

– A Pański syn?

– Paweł został biznesmenem. Do dzisiaj ma pretensje, że nie został piłkarzem. Mówię mu: „Gdybyś był piłkarzem, to jedna kontuzja i już po tobie. W innych dziedzinach jest większa szansa na sukces”. Nie wiem, czy go przekonałem. Mam też troje wspaniałych wnuków, na szczęście też nie grają w piłkę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. I o tych szczęśliwych chwilach opowiem w mojej książce. M.in. o jednym z najważniejszych dla mnie spotkań – z Janem Pawłem II, u którego byłem na śniadaniu. Zapraszam czytelników „Niedzieli” do lektury!

***

KONKURS DLA CZYTELNIKÓW „NIEDZIELI”

Nagroda: ZDJĘCIE JACKA GMOCHA Z AUTOGRAFEM

Jacek Gmoch nie tylko podzielił się z Czytelnikami „Niedzieli” nieznanymi informacjami o swoim życiu, ale też podarował swoje fotografie opatrzone autografem. Rozlosujemy je wśród osób, które prawidłowo odpowiedzą na następujące pytania:

1. Absolwentem której uczelni jest Jacek Gmoch?

2. Proszę wymienić dwóch kapłanów zaprzyjaźnionych z Jackiem Gmochem.

3. W którym kraju Jacek Gmoch zaangażował się w pomoc Polakom?

Odpowiedzi należy nadesłać do 4 marca 2018 r. pod adresem: Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Niemcy: zabito proboszcza francuskojęzycznej parafii w Berlinie

2018-02-23 20:52

pb (KAI/Il Sismografo) / Berlin

Wieczorem 22 lutego został zabity proboszcz francuskojęzycznej parafii w Berlinie. 54-letni ks. Alain-Florent Gandoulou pochodził z Konga. Szczegóły morderstwa nie zostały na razie ujawnione przez policję, która zatrzymała mężczyznę podejrzanego o dokonanie zabójstwa.

дзроман / Foter.com / CC BY

Francuskojęzyczna parafia w Berlinie Zachodnim została utworzona po II wojnie światowej dla stacjonujących tam żołnierzy francuskich. W ostatnich latach stała się głównie ośrodkiem duszpasterskim dla katolików z Afryki.

Jest to czwarty kapłan katolicki zabity od początku br. 18 stycznia w Malawi zginął ks. Tony Mukomba, a 5 lutego w Meksyku ks. Germain Muñiz García i ks. Iván Añorve Jaimes.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem