Reklama

Mama przeprowadziła się na grób Ojca Pio

2017-05-24 09:58

Z Matteo Pio Colellą i Marią Lucią Ippolito rozmawiała Aleksandra Zapotoczny
Niedziela Ogólnopolska 22/2017, str. 14-16

Archiwum rodzinne
Matteo przy portrecie św. Ojca Pio

Matteo Pio Colella urodził się i mieszka w San Giovanni Rotondo. Dzisiaj ma 24 lata. Jego mama jest nauczycielką, ojciec lekarzem w klinice Dom Ulgi w Cierpieniu, założonej z inicjatywy Ojca Pio. Cała ich rodzina od lat żyje nabożeństwem do Świętego. Dziadkowie Matteo osobiście znali Kapucyna, którego odwiedzali po nabożeństwach w klasztorze. To na jego cześć ochrzczono wnuczka jego imieniem. Święty otoczył chłopaka swoją opieką, czego dowodem jest jego uzdrowienie, przypadek medycznie niewytłumaczalny, który utorował Ojcu Pio drogę do ołtarzy, wybrany jako cud do procesu kanonizacyjnego. Drukujemy rozmowę Aleksandry Zapotoczny z Matteo Colellą i jego matką Marią Lucią Ippolito oraz wypowiedź jego ojca Antonia Colelli.

ALEKSANDRA ZAPOTOCZNY: – Jak wspominasz swoją chorobę i uzdrowienie?

MATTEO PIO COLELLA: – Był rok 2000. Miałem 7 lat. Poszedłem do szkoły i źle się poczułem. Wychowawca zadzwonił po rodziców. Miałem gorączkę i objawy grypy. Zostałem więc w domu z tatą, a mama poszła do pracy. Wieczorem jednak mój stan się pogorszył, nie poznałem mamy, kiedy wróciła, i miałem halucynacje, czułem, jakbym latał. Na moim ciele pojawiły się czerwone plamy. Najpierw został wezwany lekarz, a potem pojechałem do szpitala. I właściwie od tego momentu nic nie pamiętam. Miałem wysoką gorączkę, podano mi leki. Wprowadzono mnie w stan śpiączki farmakologicznej, zostałem zaintubowany. Okazało się, że miałem zapalenie opon mózgowych. Leżałem w klinice – w Domu Ulgi w Cierpieniu. Mój stan był ciężki. Później, w procesie kanonizacyjnym Ojca Pio, lekarze, którzy mnie prowadzili, zeznali, że nie było już dla mnie ratunku. Według medycyny, wszystkie główne organy w organizmie zostały uszkodzone. Właściwie dzisiaj nie powinno mnie tu być. Ich wiara w to, że mogą mnie wyleczyć, w tamtych chwilach wygasła.

– Przebywałeś w szpitalu 11 dni...

– A miałem wrażenie, że spędziłem tam tylko jedną noc, podczas której miałem sen. Widziałem siebie leżącego na łóżku, podłączonego do aparatury medycznej. Obok mnie siedziało trzech aniołów: jeden w białym habicie i ze złotymi skrzydłami, dwaj pozostali z białymi skrzydłami i w czerwonych habitach, ale nie widziałem ich twarzy. Po drugiej stronie siedział Ojciec Pio, ale nie wiedziałem wówczas, kto to jest. Jako siedmiolatek do kościoła chodziłem, bo mama mnie tam zaprowadzała. Zawsze, kiedy mieliśmy wychodzić, dąsałem się jednak, bo musiałem przerwać grę na PlayStation... W tym śnie widziałem, że Ojciec Pio trzymał mnie za rękę i mówił, że wyzdrowieję. Tak naprawdę z Ojcem Pio porozumiewaliśmy się w myślach, nie otwieraliśmy do rozmowy ust. Razem wstaliśmy i polecieliśmy do Rzymu, do szpitala, gdzie na łóżku leżał mały chłopak. Ojciec Pio zapytał mnie, czy chciałbym go uzdrowić. Na moje pytanie: „Jak miałbym to zrobić?”, odpowiedział: „Siłą woli”... W tym samym czasie wyciągnęliśmy ręce nad chłopakiem, a ja... się obudziłem. Po otwarciu oczu byłem zły na tatę. Poszedłem do szpitala tylko na kontrolę, a znalazłem się w szpitalnym łóżku. Nie byłem świadomy, że od tamtego dnia minęło tyle czasu... Zaraz poprosiłem o PlayStation, więc wszyscy wiedzieli, że wyzdrowiałem naprawdę, ale moja mama mówiła mi, że szukałem ciągle czyjejś ręki... Później opowiedziałem jej mój sen o księdzu z brodą i w habicie.

– Sądzisz, że wyzdrowiałeś, bo modlitwy zostały wysłuchane?

– W czasie mojego pobytu w szpitalu tysiące ludzi się za mnie modliło. Moja mama praktycznie przeprowadziła się na grób Ojca Pio. Nie mogąc odwiedzać mnie w szpitalu, gdzie dyżurowali mój tata i wujek, którzy są lekarzami, ona 90 proc. swojego dnia spędzała na modlitwie, resztę czasu wydzwaniała po znajomych, pukała do klasztorów i prosiła o modlitwę. W mojej intencji została też odprawiona pielgrzymka. Jak widać, ta modlitwa była silna, bo żyję.

– Gdy zostałeś uzdrowiony, byłeś dzieckiem. Kiedy tak naprawdę zrozumiałeś, że zostałeś „dotknięty” przez Świętego?

– To prawda, na początku tego nie rozumiałem... Dla mnie czymś zwyczajnym był fakt, że Ojciec Pio trzymał mnie za rękę. Nie myślałem wtedy o rzeczach nadprzyrodzonych. Kiedy wróciłem do domu, miałem na ciele brzydkie blizny, a wszyscy chcieli się ze mną spotykać jako z tym uzdrowionym. Upominałem więc moją mamę i pytałem ją, dlaczego prosiła Boga, bym powrócił do życia, kiedy tam, z Ojcem Pio, było mi naprawdę dobrze. Dopiero po kanonizacji uświadomiłem sobie wielkość tego, co się stało.

– Jak ludzie reagują na Twoje uzdrowienie?

– Prawdę mówiąc, ja jako pierwszy pytałem samego siebie: dlaczego właśnie ja? Dlaczego inne dzieci umarły? Tak, wiele osób zadawało sobie to samo pytanie. Wątpiących nie spotkałem zbyt wielu, może dlatego, że moja historia jest zapisana w raportach klinicznych. Nastąpiło zatrzymanie krążenia i pojawiło się wiele innych komplikacji, każdy lekarz, który wie, co oznacza zapalenie opon mózgowych, przyzna, że nie powinienem być tutaj dzisiaj. Ale fakty mówią za siebie.

– Kim jest dla Ciebie Ojciec Pio i czym jest dla Ciebie świętość?

– Ojciec Pio jest moim dziadkiem, przyjacielem, powiernikiem. Zwracam się do niego jak do kogoś z rodziny... Odwiedzam jego grób, chociaż wiem, że on jest zawsze przy mnie i przy tych wszystkich, którzy go wzywają. Nie potrafię jednak powiedzieć, czym jest świętość. Może zwyczajnie jest to próba dobrego zachowywania się każdego dnia... Ojciec Pio jest niezwykłym świętym. My wszyscy także możemy kroczyć drogą świętości, żyjąc uczciwie, pomagając drugim, stając się cyrenejczykami.

– No właśnie, udzielasz się w Stowarzyszeniu „Cyrenejczyk”...

– Stowarzyszenie zostało założone przez moją mamę w odpowiedzi na moje uzdrowienie. To grupa wolontariuszy, którzy spotykają się z osobami chorymi, dają wsparcie przede wszystkim ich rodzinom. Prócz tego żyję jak zwykły chłopak, także dzięki mojej rodzinie, która przez cały ten czas mnie ochraniała. Studiuję psychologię i pracuję z autystycznymi dziećmi, co daje sens mojemu życiu. Mój wujek, brat mamy, opracował terapię, którą razem stosujemy u pacjentów. Kocham muzykę, kino, piłkę nożną, umawiam się z przyjaciółmi, mam dziewczynę...

* * *

– Jakie przesłanie niesie ze sobą uzdrowienie Pani syna?

MARIA LUCIA IPPOLITO: – Uwielbiam powtarzać, że w życiu jesteśmy podobni do apostoła Tomasza. Nie wierzymy, jeśli nie zobaczymy, i o tym napisał sam Ojciec Pio w swoim „Epistolario”: „Cuda są potrzebne nie dla własnej, ale dla świętości innych”. Uzdrowienie Matteo to przesłanie nadziei, że Chrystus jest żywy między nami, manifestuje się przez swoich świętych, może zainterweniować w naszym życiu, zmienić śmierć w życie. Cuda naprawdę się zdarzają, i to w zwykłych rodzinach, bo nasza nie jest jakąś rodziną specjalną... Dar, którym musieliśmy się podzielić, przynosi owoce i daje nadzieję światu. Podczas choroby Matteo sięgnęłam po „Listy Ojca Pio do swoich duchowych dzieci”, które od lat mam pod ręką, leżą na nocnym stoliku, i w jednym z nich, o umierającej osobie, pisał on: „Wyrwaliśmy cię z rąk śmierci siłą modlitwy”. Wtedy uzmysłowiłam sobie, że pomoże ona także mojemu synowi... Cuda czyni Bóg, zwróciłam się więc do Ojca Pio o wstawiennictwo, jak kiedyś Jezusa poproszono, by wskrzesił Łazarza... Owocem tego cudu jest nie tylko to, że Matteo żyje, że my jako rodzina otrzymaliśmy łaskę, dar jego życia, ale także to, że Matteo pracuje z osobami niepełnosprawnymi i nosi w sobie tę niezwykłą miłość do nich.

– Czy odczuwaliście strach w czasie dochodzenia w sprawie cudu?

– Wszystko odbywało się etapami. Najpierw wicepostulator poprosił szpital o udostępnienie dokumentacji lekarskiej, później rozmawiał ze mną, zaczęły się przesłuchania i badania. Jeszcze wtedy nie rozumieliśmy odpowiedzialności, zrozumieliśmy ją dopiero po 2 latach badań, w 2002 r., podczas prywatnego spotkania z Janem Pawłem II w dniu, kiedy uzdrowienie Matteo zostało zatwierdzone przez Stolicę Apostolską. Wtedy odczuwaliśmy i strach, i radość, i nie przestawaliśmy zadawać sobie pytania: dlaczego my – najgorsi z najgorszych? Później już nie zadawaliśmy sobie tego pytania, wiedzieliśmy, że musimy świadczyć o Bożej miłości. Strach odczułam jedynie na początku, kiedy Matteo opowiedział swój sen. Ja pierwsza byłam zdania, by nikomu o nim nie mówić. Ale to sami lekarze, którzy krótko przedtem zdjęli rękawiczki i maski i stwierdzili, że już nic nie można zrobić, powtarzali, że to jest cud. Sam papież Franciszek zachęca, by iść pod prąd, i chociaż uważano mnie za osobę niepoczytalną, zaczęłam opowiadać.
I pragnę powiedzieć o jeszcze jednej rzeczy, o której mówi także Franciszek. Kiedy pracuje się na chwałę Bożą, demon daje znać o sobie... Myślałam, że te poziomy relacji ze złem są zarezerwowane tylko dla świętych. Dzisiaj muszę stwierdzić obecność złego także obok nas... Nasza rodzina napotykała ogromne trudności.

– Czy Wasze życie zmieniło się w jakiś sposób po chorobie Matteo?

– Ja miałam wiarę od zawsze dzięki rodzicom, którzy mi ją przekazali, i nabożeństwu do Ojca Pio. Kiedy on umarł, miałam 8 lat i byłam na jego pogrzebie. Ale mój mąż był niewierzący albo taki, powiedzielibyśmy: letni... Mówił, że jeśli jest Bóg, to musi być daleko, gdyż na świecie jest wiele niesprawiedliwości. Pracował w szpitalu i nie wierzył w cuda, mówił, że ludzie, którzy w nie wierzą, to fanatycy... Jego życie – jako człowieka nauki – się zmieniło. To on musiał przejść wewnętrzne nawrócenie.
Oczywiście, nasze życie – jako rodziny – się zmieniło, gdyż stanęliśmy w centrum zainteresowania całego świata. 2 lata poprzedzające kanonizację były naprawdę ciężkie, byliśmy wręcz prześladowani przez dziennikarzy, niektórzy chcieli nawet dotykać Matteo. Nigdy jednak na to nie pozwoliliśmy, gdyż on nie jest przecież żadną żywą relikwią. Pragnęłam chronić syna. Bałam się, że nasza rodzina straci równowagę. Tłumy dziennikarzy oczekujących przed naszym domem, urywające się telefony. Dlatego powtarzałam Ojcu Pio: „Ty włożyłeś nas do tego domu wariatów, ty nam teraz pomożesz, abyśmy zostali normalni i pokorni”. Jeszcze dzisiaj jesteśmy zapraszani na wywiady, co czasami bywa uciążliwe, bo trzeba zostawić obowiązki, wziąć urlop, dojechać na własny koszt do jakiegoś miejsca. Ale to też jest ewangelizacja...

– Podczas choroby syna obiecała Pani Ojcu Pio, że będzie do jego dyspozycji...

– I on trzyma mnie za słowo. Więc kiedy mnie ktoś zaprasza, abym zechciała opowiedzieć o uzdrowieniu, daję świadectwo. Dlatego też zrodziły się grupa modlitewna i Stowarzyszenie/Fundacja „Cyrenejczyk” (www.ilcireneo.it) – to jest nasza odpowiedź na uzdrowienie i... podziękowanie. Czekamy na wsparcie również z Polski. Moja książka – także po polsku – jest cegiełką na wsparcie naszej działalności. Dzięki temu świadectwo idzie w świat, a my kontynuujemy dzieło. Nasza fundacja przyjmuje rodziny pacjentów onkologicznych, którzy udają się na badania do kliniki Ulga w Cierpieniu, i ich samych podczas rekonwalescencji. Wspieramy ich w cierpieniu, a radość jest naszym pierwszym lekarstwem. Wszystkich innych ogarniamy modlitwą.

Tagi:
świadectwo

W mocy spotkania

2019-04-10 10:28


Edycja częstochowska 15/2019, str. VII

Idea Światowych Dni Młodzieży to spotkanie młodych z Jezusem Chrystusem, z którym zapragną budować swoje życie. To również doświadczenie wspólnoty Kościoła, w której jest miejsce dla każdego. ŚDM odbywają się co roku w Niedzielę Palmową jako spotkania diecezjalne, a co dwa, trzy lata jako spotkania międzynarodowe

Archiwum prywatne
Światowe Dni Młodzieży – Madryt 2011. Na zdjęciu: bp Andrzej Przybylski, ks. Marek Bator, ks. Roman Dziembowski, powyżej od lewej: Daria Pietrzak i Agnieszka Górnik

Moja przygoda ze Światowymi Dniami Młodzieży rozpoczęła się w Rzymie w 2000 r. Choć podróże, poznawanie kultur i przeżywanie wiary w krajach, gdzie organizowane są ŚDM, to ważny element, dużo głębszy wymiar zawsze miały dla mnie spotkania z drugim człowiekiem i z Bogiem. Pięknym owocem ŚDM są relacje z ludźmi, których poznałam na miejscu, u których mieszkałam. Niektóre takie relacje z osobami z całego świata (Włochy, Liban, Australia) trwają do dziś. Odwiedzamy się podczas wakacji czy spotykamy się na ślubach. Podobnie jest z relacjami z uczestnikami ŚDM. Tak naprawdę dzięki temu wspólnemu pielgrzymowaniu łączy nas wiele i pozostajemy ze sobą w kontakcie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Co z postem w Wielką Sobotę?

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 15/2004

Coraz częściej spotykam się z pytaniem, co z postem w Wielką Sobotę? Obowiązuje czy też nie? O poście znajdujemy liczne wypowiedzi na kartach Pisma Świętego. Chcąc zrozumieć jego znaczenie wypada powołać się na dwie, które padają z ust Pana Jezusa i przytoczone są w Ewangeliach.

Bożena Sztajner/Niedziela

Pierwszą przytacza św. Marek (Mk 9,14-29). Po cudownym przemienieniu na Górze Tabor, Jezus zstępuje z niej wraz z Piotrem, Jakubem i Janem, i spotyka pozostałych Apostołów oraz - pośród tłumów - ojca z synem opętanym przez szatana. Apostołowie są zmartwieni, bo chcieli uwolnić chłopca od szatana, ale ten ich nie usłuchał. Gdy już zostają sami, pytają Chrystusa, dlaczego nie mogli uwolnić chłopca od szatana? Usłyszeli wówczas znamienną odpowiedź: „Ten rodzaj zwycięża się tylko przez modlitwę i post”.
Drugi tekst zawarty jest w Ewangelii św. Łukasza (5,33-35). Opisuje rozmowę Pana Jezusa z faryzeuszami oraz z uczonymi w Piśmie na uczcie u Lewiego. Owi nauczyciele dziwią się, czemu uczniowie Jezusa nie poszczą. Odpowiada im wówczas Pan Jezus „Czy możecie gości weselnych nakłonić do postu, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, wtedy, w owe dni, będą pościć”

Dwa rodzaje postu

Przyglądając się obu obrazom widzimy, iż św. Marek i św. Łukasz przekazują nam naukę Pana o poście w podwójnym aspekcie. Omawiają ten sam znak, okoliczności wydarzeń ukazują jednak zasadniczą różnicę motywów skłaniających do postu. Patrząc bowiem od strony motywów, dostrzegamy w Kościele dwa rodzaje postu.
O jednym pisze św. Marek, można by go nazwać postem ascetycznym. Obowiązuje nas w środę popielcową i wszystkie piątki. Powstrzymujemy się od pewnych pokarmów oraz innych dóbr, przyjemności, i to wzmacnia naszą wolę w walce o dobro. Tą formą prosimy Boga o moc nadprzyrodzoną w walce z szatanem.
Święty Łukasz w cytowanym urywku Ewangelii mówi o drugim rodzaju postu. Obowiązuje on w Wielki Piątek. Zalecany jest też bardzo przez Kościół w Wielką Sobotę. Można nazwać go postem ontologicznym. Jego sens można wyrazić parafrazując słowa Jezusa: „Gdy zabiorą nam młodego pana; nie chcę już ani jeść, ani pić, bo nie ma pana młodego - i dlatego jestem smutny”. Bywa przecież często tak, iż człowiek zmartwiony odmawia jedzenia. „Gdy Pan wróci, z chęcią siądę do posiłku!”

Post aż do Rezurekcji

W związku z rozumieniem postu w Wielkim Tygodniu ostatnio zostałem zapytany, czy rzeczywiście obowiązuje on i przez całą Wielką Sobotę, bowiem w przekonaniu wielu katolików przestrzegany jest tylko do momentu powrotu do domu ze święconką, co najczęściej ma miejsce w godzinach przedpołudniowych.
Otóż najpierw musimy sobie uświadomić, iż w nawiązaniu do wypowiedzi Pana Jezusa w relacji św. Łukasza, Rezurekcja jest dla Kościoła powszechnego znakiem, że Pan zmartwychwstał (czyli wrócił). Stąd logika znaku domaga się, aby post w Wielką Sobotę obowiązywał do tej Wigilii Paschalnej - Rezurekcji przez cały dzień. Można się więc pytać, dlaczego częste przekonanie o poszczeniu w Wielką Sobotę tylko do południa? Ma to po części swoją motywację historyczną, bowiem poprzedni Kodeks Prana Kanonicznego, wydany w 1917 r. przez papieża Benedykta XV ustanawiał post w Wielką Sobotę do godz. 12.00. Dlaczego? Otóż w tamtych czasach Wigilię Paschy, czyli Rezurekcję, odprawiano w sobotę rano. Wigilia zaś to znak Zmartwychwstania. Jeśli Pan już wrócił - zmartwychwstał - traci sens dalszy post. Widzimy więc, że liturgicznie jest to zrozumiałe.
Jednak dzisiaj, tak jak w pierwszych wiekach, odprawiamy Wigilię (czyli Rezurekcję), w nocy, po zachodzie słońca. Stąd logika znaku domaga się postu do czasu Wigilii. Potwierdza to Konstytucja o Świętej Liturgii Soboru Watykańskiego II. Mówi wyraźnie i poucza, że „post paschalny zachowuje się obowiązkowo w Wielki Piątek, a zachęca, zaleca w miarę możliwości w Wielką Sobotę” (n. 110).
Widzimy więc, iż post w Wielką Sobotę aż do Wigilii nie jest obowiązkiem, ale jest bardzo zalecany i zgodny z wymową liturgii Triduum Paschalnego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp A. Bałabuch: Wigilię Paschalną zaczynamy nie po zachodzie słońca, ale po zmroku

2019-04-18 16:38

Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

Trzeba zwracać uwagę nie na to, kiedy jest zachód słońca, ale kiedy zapada zmrok - tak o rozpoczęciu Wigilii Paschalnej mówi bp Adam Bałabuch. Czy podczas obrzędu mandatum można obmywać nogi kobietom, czy Groby Pańskie mogą zawierać aluzje polityczne, czy w święconce może być czekolada albo czy świecki może ją błogosławić? Czy w drugi dzień świąt powinno się odczytywać list rektora KUL? Na te i inne zagadnienia odpowiada w rozmowie z KAI przewodniczący Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski.

Agnieszka Bugała
Zewnętrzne gesty i postawy ciała przyjęte przez świeckich podczas liturgii nie są bez znaczenia – podkreśla bp Adam Bałabuch

Bp Adam Bałabuch: Myślę, że każdy powinien robić to w ramach obwiązujących przepisów. Papież pokazuje jakiś kierunek i każdy ksiądz musi rozeznać, czy to, co będzie czynił, nie będzie budziło zdziwienia wśród parafian. Chodzi też o to, żeby ludzie przeżywali liturgię w sposób pełen spokoju wewnętrznego, a nie emocjonalnie zastanawiali się potem, co ksiądz nowego wprowadza. Dla nas istotne jest też to, jakie normy obecnie nas obowiązujące są zapisane w księgach liturgicznych. Wiemy, że ten obrzęd może być, ale też można go pominąć. A jeśli otworzymy Mszał rzymski, gdzie czytamy też o mandatum, to jest tam taki zapis, że ministranci prowadzą wybranych mężczyzn do ław przygotowanych w stosownym miejscu. Nie ma tam nic o kobietach. Taki jest zapis w polskim Mszale.

KAI: Jak powinien wyglądać Grób Pański? W Polsce w wielu miejscach praktykuje się instalacje ze społecznym czy katechetycznym przekazem…

- Ozdoby Grobów Pańskich powinny nawiązywać do Tradycji, do tego, co znamy z Pisma Świętego, wyrażać prawdy i idee z Objawienia. Rzeczywiście, w Polsce mamy zwyczaj nawiązywania do bieżącej sytuacji. Pamiętamy czasy choćby Solidarności, kiedy te groby nawiązywały do wydarzeń bieżących, np. po śmierci księdza Popiełuszki przypominały o tej tragedii. Myślę, że takie elementy, które są wyrazem przywiązania do tradycji narodowej, mogą znaleźć odzwierciedlenie w wystroju, ale nie mogą one mieć znamion politycznego zaangażowania, to by było bardzo niestosowne. Ale mamy prawo wyrażać swoje przekonania, np. w kwestii ważnych dla nas prawd, jak rodzina czy ochrona życia.

- Jednocześnie mocno zaznacza się, żeby cała oprawa grobu, czy to będą nawiązania do sztuki, nauki społecznej czy motywy ewangelizacyjne, nie przesłaniały i nie odwracały uwagi od monstrancji.

- Oczywiście. Trzeba sobie uświadomić, że zasadniczą sprawą jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Tak trzeba przygotować wystrój Grobu Pańskiego, żeby wszystko wskazywało na monstrancję, na Jezusa, którego adorujemy. Należy tak ułożyć grób, żeby monstrancja była wyeksponowana - przez oświetlenie, wystrój. Żeby wszystko to prowadziło wzrok nie na te elementy poboczne wystroju ale na Eucharystię. W Mszale znajdujemy taki zapis: wszystkie elementy dekoracyjne i światła powinny kierować uwagę wiernych na Najświętszy Sakrament, który jest Pamiątką Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa, a nie na figurę Chrystusa leżącego w grobie.

- Sobota kojarzy się ze święconką. Towarzyszy jej trochę kontrowersji, np. samemu terminowi. Przed reformami liturgicznymi w połowie XX wieku święciło się pokarmy w sobotę, ale po Wigilii Paschalnej, która odbywała się rano. Potem przesunięto ją słusznie na wieczór, ale święcenia pokarmów już nie. Przez to np. trzeba specjalnie błogosławić wodę, której zapasów się pozbyliśmy ze względu na nową z Wigilii Paschalnej. Może warto dla spójności znaków wrócić do błogosławienia pokarmów po Wigilii Paschalnej lub niedzielnej porannej Mszy?

- Nie sądzę. Jeśli tak się tradycja ukształtowała, to znaczy, że to ma znaczenie i sens dla wiernych. Błogosławienie pokarmów dopiero po Wigilii Paschalnej, jeśli miałoby miejsce dopiero w godzinach nocnych czy po rezurekcji, mogłoby skutkować tym, że wielu ludzi nie miałoby praktycznej możliwości wzięcia udziału w tym obrzędzie. Byłoby to trudne zwłaszcza dla starszych czy chorych. W ciągu dnia w sobotę bardzo licznie przychodzą rodziny z dziećmi, więc pozbawilibyśmy szansy włączenia dzieci w obrzęd pobłogosławienia pokarmów, bo trudno wymagać od rodziców, żeby przychodzili z dziećmi późno w nocy albo wczesnym rankiem. Dlatego myślę, że z takich właśnie względów duszpasterskich tradycja tak się ukształtowała i warto ją utrzymać, szczególnie że jest też okazją do krótkiej katechezy dla tych dzieci i rodziców, którzy z nimi przychodzą na pobłogosławienie pokarmów.

- Kto może błogosławić pokarmy? Wiadomo, że księża mogą, ale widać też czasem kleryków.

- Tak, bo przepisy pozwalają, by akolici i lektorzy, będący alumnami seminarium duchownego, pobłogosławili pokarmy. Tak może być w razie konieczności, np. w parafiach, gdzie trudno, żeby dotarł osobiście ksiądz czy diakon. Tam, gdzie to jest możliwe, dobrze byłoby, gdyby uczynili to ci, którzy mają święcenia.

- A jeśli świecka osoba ma posługę lektoratu, to czy może pobłogosławić w razie konieczności?

- Obrzędy błogosławieństw mówią o akolitach i lektorach, będących alumnami seminarium duchownego. Natomiast w domu błogosławieństwa pokarmów może dokonać ojciec, matka lub ktoś z członków rodziny przed porannym wspólnym posiłkiem.

- Zwraca się też uwagę, żeby to błogosławienie pokarmów nie odbywało się w tej przestrzeni, gdzie jest wystawienie Najświętszego Sakramentu w Grobie Pańskim...

- To zależy od roztropności duszpasterskiej i możliwości danej świątyni. Jeśli kościół jest mały, a w wielu miejscowościach tak jest, to trudno o inną przestrzeń. Jeśli jest pogodnie, to można błogosławić pokarmy na zewnątrz przed kościołem, by nie zakłócać adoracji. Ale jeśli jest wewnątrz świątyni, to jest okazja, żeby włączyć też pobłogosławienie pokarmów we wspólną adorację, która trwa przy Bożym Grobie.

- Czy są jakieś rzeczy, których nie powinno być w koszyku ze święconką? Rytuały wymieniają konkretne pokarmy, jak chleb, mięso, jajka, sól. A na przykład baranek z czekolady?

- Moim zdaniem, nie możemy wykluczać takich rzeczy, które są dobre z natury i niczemu nie przeszkadzają, a nawiązują też do lokalnych zwyczajów czy tradycji. Może być baranek z czekolady czy z cukru, to nic niewłaściwego. Wyklucza się takie rzeczy, które byłyby tu niestosowne, np. alkohol.

- Czasem pojawia się taki praktyczny problem z utylizacją poświęconych rzeczy. Czy to jest problem, żeby wyrzucić np. skorupki po jajkach do kosza?

- Myślę, że to samo w sobie nie jest jakimś dużym problemem. Jeśli ktoś ma taką wrażliwość, żeby resztki, np. skorupki, potem zebrać i spalić, jest to piękne. I rzeczywiście utarło się, że słuszną formą takiej utylizacji jest właśnie spalenie. Ale nie można popadać w skrupuły, jeśli ktoś nie ma takiej możliwości czy z innych względów po prostu wyrzuci takie resztki. Proszę pamiętać, że modlitwa błogosławiąca pokarmy nie sprawia, że one same z siebie stają się jakoś uświęcone, np. tak jak dewocjonalia. Jest to modlitwa, w której prosimy, żeby przez te rzeczy możliwe było odniesienie do nadprzyrodzoności, do Pana Boga; żeby te pokarmy, które spożyjemy, wyrażały pewne prawdy, które świętujemy. Warto wysłuchać dokładnie treści tych modlitw z rytuału.

- A co robić z palmami po Niedzieli Palmowej?

- Najczęściej się je przechowuje. Po to się palmy święci, żeby je potem przechowywać przez cały rok. A jeśli nie, to należy je spalić. Bo to chyba jedyna rozsądna metoda, trudno takie pobłogosławione rzeczy wprost wyrzucać. Co innego pokarm, co innego skorupki z jajka. Bo pokarmu też nie wyrzucamy, tylko też utylizujemy przez spalenie, ale nie wyrzucamy.

- W liturgii Triduum Paschalnego jest duża wrażliwość na symbole. Np. bardzo się dba o to, żeby Wigilia Paschalna zaczynała się po zmierzchu, żeby paschał był rzeczywiście owocem pszczelego roju, etc. Czy do Księdza Biskupa dochodzą sygnały, że jest problem z zachowywaniem takich przepisów?

- Na pewno jest problem z rozpoczynaniem liturgii paschalnej w odpowiednim momencie, dlatego że czasami księża mają kilka kościołów i starają się jakoś liturgię w kilku miejscach w parafii celebrować. Stąd czasami niestety rozpoczynają zbyt wcześnie, co jest niezgodne z przepisami Kościoła. Trudno, kiedy słońce ledwo zajdzie, kończyć liturgię i śpiewać Alleluja. Wigilia Paschalna kończy się ogłoszeniem zmartwychwstania i to powinno być już po zmroku – zarówno rozpoczęcie jak i zakończenie liturgii. Czasami to sformułowanie „po zapadnięciu zmroku” może być źle interpretowane, bo niektórzy to rozumieją przez „po zachodzie słońca”. Ale kiedy w kalendarzu jest wpisany zachód słońca, to jeszcze przez prawie godzinę nie ma zmroku. Tu trzeba zwrócić uwagę nie na to, kiedy jest zachód słońca, ale kiedy zapada zmrok.

- Jeśli chodzi o sztuczny paschał, to może rzeczywiście kiedyś takie były, ale ostatnio raczej nie widzę, żeby paschały były sztuczne, plastikowe. Oczywiście, nie wszystkie są z czystego wosku, ale to czasami nie jest możliwe.

- W drugi dzień Świąt często jest czytany list rektora KUL-u czy innej katolickiej uczelni zamiast homilii.

- Jeśli powinien być odczytany, to na mocy zarządzenia biskupa miejsca, bo rektor uczelni nie ma takiej władzy. Jeśli biskup miejsca wydał takie zarządzenie, to trzeba być temu posłusznym. W polskiej tradycji są listy pasterskie czytane podczas Mszy. Jeśli biskup diecezjalny uważa ten list rektora za swój i każe go odczytać, to należy go odczytać. To zależy od praktyki danej diecezji. Bo biskup może też postanowić, że można przeczytać, ale nie ma zobowiązania i ksiądz może sam podjąć decyzję. Czasami są tzw. „listy do wykorzystania duszpasterskiego”, więc można fragment listu wykorzystać w swojej homilii. To zależy od charakteru listu i przede wszystkim od biskupa miejsca.

- A czy powinien być czytany taki list zamiast homilii?

- Mamy wskazania dotyczące homilii mszalnej wydane przez Konferencję Episkopatu Polski, w których czytamy, że może być czytany list zamiast homilii, jeśli jest taka decyzja biskupa miejsca. List może być odczytany w miejsce homilii dlatego, że co prawda jest wymóg, by w trakcie Mszy św. w uroczystości nakazane czy w niedziele głosić homilię, ale są okoliczności, kiedy w miejsce homilii czytany jest list pasterski. O tym mówią też Wskazania KEP dotyczące homilii mszalnej.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem