Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Wigilia inna niż wszystkie

2017-12-20 12:28

Mariusz Rzymek
Edycja bielsko-żywiecka 52/2017, str. IV

MR
Zofi a Lamers ze zdjęciem swego taty

Jedne w bólu po stracie bliskiej osoby, inne z dala od rodzinnego domu. We wspomnieniach albo w środku surowej rzeczywistości. Wszystkie jakoś jednak piękne. Wigilijne wieczerze. O nich opowiada marynarz, córka oficera zamordowanego w Katyniu, mieszkaniec Donbasu, kresowiak i goprowiec

„Jeśli masz wachtę wtedy, dają ci do dyspozycji jakieś 20 min, aby uczynić zadość tradycji” – Piotr Wilinger, etatowy marynarz z Bielska-Białej.

„To, czy Wigilię na statku będzie się dobrze, czy źle wspominać, zależy od umiejętności kucharza. Raz miałem sposobność płynąć z kucharzem pół-Grekiem, pół-Arabem. W jego wykonaniu zestaw obiadowy był niezbyt zróżnicowany: jednego dnia gulasz z makaronem, drugiego gulasz z ziemniakami, a trzeciego gulasz z ryżem. Do tego dochodziła zupa z rybich głów, kompletnie niejadalna. Ten gość był wyjątkowo zaskoczony, gdy pokazaliśmy mu, że mięso wieprzowe można ubić i usmażyć w panierce. O tradycyjnej wigilijnej wieczerzy przy takim kucharzu można było tylko pomarzyć. Zresztą to był grecki statek i tutaj liczyły się święta prawosławne. Jednak i one kulinarnie były wielkim niewypałem.

Wigilia na morzu nigdy nie jest przewidywalna. Jeśli masz wachtę, wtedy dają ci do dyspozycji jakieś 20 min, aby uczynić zadość tradycji. Pamiętam, że w czasach, gdy nie było telefonów satelitarnych, po wieczerzy wigilijnej cała załoga łączyła się ze swoją rodziną, korzystając z radiostacji przybrzeżnych. Będąc np. u wybrzeży Brazylii nawiązywało się kontakt, dajmy na to, z radiostacją w Szczecinie i przez nią łączono się z najbliższymi. Raz zdarzyło się, że Szczecin wybrał nie ten nr stacjonarny, co trzeba i marynarz przez 20 min rozmawiał z żoną swego kolegi. Po standardowych pytaniach – jak się czują dzieci, co słychać w kraju – na koniec chciał się dowiedzieć, jak spisuje się ich nowo nabyty pies. – O, co ci chodzi. Przecież my nigdy nie mieliśmy psa – dało się słyszeć w słuchawce.

Reklama

„Łamanie rozpoczyna najstarszy z rodu” – Oleg Bielewskij z ukraińskiego Jenakijewa w Donbasie.

„Wzbrannoj Wojewodie pobieditielnaja, jako izbawlszesia ot złych, błahodarstwiennaja wospisujem”, czyli „Tobie, walecznej Hetmance, my słudzy Twoi wybawieni od złego, zwycięskie i dziękczynne pieśni układamy”. Tak brzmią pierwsze wersy Kondakionu Bogarodzicy. W Wigilię odmawiamy wszystkie modlitwy z naszego modlitewnika, a po ich zakończeniu dzielimy się prosforą, wypieczonym kwaśnym chlebem. Według tradycji jej łamanie rozpoczyna najstarszy z rodu. Później następuje składanie życzeń i wieczerza, na której nie może zabraknąć czerwonego barszczu i kutii. 12 potraw na stole jednak nie mamy. Zgodnie z kalendarzem juliańskim, jaki mamy w cerkwi, Wigilię nie obchodzimy 24 grudnia, ale 6 stycznia.

„Za coś takiego można było iść do więzienia” – Zofia Lamers, organizatorka recytacji patriotycznych, działaczka Klubu Inteligencji Katolickiej.

„To była moja pierwsza Wigilia bez ojca. Był grudzień 1939 r. Niemcy pozwolili nam wrócić do wilii, w której mieszkaliśmy przed wojną. Do dyspozycji oddali nam jeden pokój i kuchnię. Pozostałe 4 zatrzymali dla siebie. Zrobili w nich sztab. Miałam wtedy 7, a moje siostry 13 i 16 lat. Mama stanęła „na głowie”, żeby przygotować wieczerzę. Jej skromna emerytura nie wystarczała na zakup podstawowych produktów spożywczych. Często głodowałyśmy. Ale w Wigilię, jakimś cudem, udało się jej przyrządzić takie ziemniaczane jedzenie.

Gdy moja mama i siostry zaczęły śpiewać kolędy, zaniosłam się łzami. Strasznie tęskniłam za tatą, który – jak się później dowiedziałam – stał się ofiarą czystek sowieckich dokonanych na polskich oficerach w Katyniu, Starobielsku i Ostaszkowie. Kiedy za ścianą oficerowie zaczęli śpiewać „Stille nacht” (Cicha noc), łzy zaczęły mi kapać jeszcze mocniej. To byli Austriacy, nawet życzliwie do nas nastawieni. Na święta dostałyśmy od nich choinkę. Racjami żywnościowymi się jednak nie dzielili. Pamiętam, jak na Boże Narodzenie przyszedł do nich Żyd ze swoją córeczką. Dziewczynka recytowała im po niemiecku fragment z Księgi Ezechiela o kościach, które na powrót ożyją.

Do willi, która usytuowana była na terenie szkoły, wróciłyśmy po trzech miesiącach wygnania. Wyrzucono nas z niej 9 września, bo cały teren przeznaczono na wojskowe koszary. Przez ten czas mieszkałyśmy kątem u znajomych. Gdy pozwolono nam na powrót do domu, musiałyśmy dostosować się do nowych warunków, np. trzeba się było meldować strażnikowi, który miał wartę. To wyglądało niczym areszt domowy. Pamiętam, jak kilka dni przed Wigilią wpadli do nas gestapowcy z psem, bo szukali taty. Pies węszył pod łóżkiem, aby sprawdzić, czy nie ma tam jakiejś kryjówki. Pasterka była wtedy odwołana, bo zaraz po zajęciu Rzeszowa Niemcy ogłosili godzinę policyjną. Do kościoła trzeba było nadłożyć prawie 3 km, bo część miasta, przez którą wiodła do niego najkrótsza droga, została wcielona do getta. W święta Bożego Narodzenia nikt nie śpiewał „Boże coś Polskę”. Za coś takiego można było trafić do więzienia.

„Dziadek brał łyżkę kutii i, niczym murarz-tynkarz, rzucał jej zawartość na sufit” – Józef Argasiński, repatriant z kresowego Wicynia (obecnie Ukraina).

„Tuż przed wieczerzą wigilijną do chałupy przynoszono świeżą słomę, tzw. dziaduch. Moszczono ją po całym klepisku. To sprawiało, że w jednej chwili zmieniała się cała aura. Nieprzyjemne zapachy ustępowały miejsca zapachom stodoły i pola. Na dodatek słoma stanowiła świetną izolację od zimnego klepiska. Dzieci uwielbiały w niej baraszkować, gubiąc przy tym orzechy, którymi je częstowano. Dorosłym też zdarzyło się upuścić coś w słomę, stąd też tak ważne było jej przetrząsanie, gdy po kilku dniach wyrzucano ją z izby. Wtedy oprócz orzechów znajdowano np. tak przydatne przedmioty jak drewniane łyżki. Oprócz „dziaducha” do chałupy wędrował snop żyta (chłop) i pszenicy (baby). Obydwa snopy były rznięte sierpem, a nie kosą, przez co miały równo ułożoną stopę.

Wigilijna wieczerza miała bardzo rytualny charakter, zbliżony wręcz do aktu religijnego. Poprzedzała ją bardzo długa modlitwa, którą odmawialiśmy na klęcząco. Dla młodszych sygnałem do przyjęcia postawy stojącej było podniesienia się z klęczek nestora rodu. On też dzielił opłatek między zebranymi. Wszystkie potrawy, jakie jedliśmy, pochodziły z własnej uprawy lub z tego, co udało się zebrać. Był więc barszcz czerwony, zupa grzybowa, kompot z suszonych śliwek i gruszek oraz kutia, w której królowała pszenica łuszczona, miód, mak i migdały. Ryb wcale nie podawano. Kutia była podstawową potrawą, od której rozpoczynało się wieczerzę, a nie deserem. Na dodatek to za jej sprawą wróżono, czy nadchodzący rok będzie urodzajny, czy też nie. Wyglądało to tak, że dziadek brał łyżkę kutii i, niczym murarz-tynkarz, rzucał jej zawartość na sufit. Jeśli pszenica obficie oblepiała sufit, znaczyło to, że urodzaj będzie jak trzeba. A że dziadek miał własną pasiekę, kutia była zdrowo nasączona miodem, więc nad głowami wyraźnie było widać, że błogosławieństwa nowo narodzonej Dzieciny nam nie zabraknie. Oprócz kutii z sufitu zwisała również mała choinka udekorowana piernikami, aniołkami w sukienkach z bibuły czy orzechami. Wycinano ją z lasu, którego właścicielem był dziedzic, ale nikt nie robił z tego problemu.

Po zakończonej kolacji gospodarz brał do ręki siekierkę i wychodził do sadu. Stawał przed drzewem pestkowym: wiśnią, czereśnią, śliwą, takim, które słabo rodziło, przemawiał do niego i w jego korze robił dość obszerną ranę. Drzewo dostawało ultimatum: albo będzie owocować, albo zostanie wycięte. To okorowywanie bardzo często przynosiło żądane rezultaty. Dotyczyło to szczególnie tych drzew, które miały za dobre warunki bytowe i cały swój impet wzrostu wkładały w liście.

Po sutej kolacji i kolędowaniu zmęczeni ludzie kładli się pokotem wokół skrzyni, na której wieczerzali – stołów nie było – i zasypiali. Nikt się nie przebierał, bo trzeba było jeszcze iść na Pasterkę.

W samym kościele też wiele się działo. Wykorzystując panujący wtedy tłok, kawalerowie przyszywali nićmi stojące obok siebie osoby. Proszę sobie wyobrazić, jakie zamieszanie się robiło, gdy ktoś – usiłując klęknąć – pociągał na siebie drugą osobę.

Nieodłącznym elementem świąt byli też kolędnicy. Obchodzili oni chałupy już po wieczerzy wigilijnej. Dla tych, co się nie postarali, wujna (żona wujka) piekła bułki z nadzieniem cebulowym. Ci porządni obdarowywani zostawali jajkami, orzechami czy jabłkami. Do tego dochodziła rywalizacja naszych chórów: męskiego i żeńskiego. Każdy z nich za punkt honoru stawiał sobie zebranie jak najwięcej pieniędzy na cele parafialne”.

„Gotowi musimy być zawsze” – Dawid Stec, goprowiec z Beskidzkiej Grupy GOPR.

„Pracujemy w systemie 12-godzinnym, od 8 do 20 i od 20 do 8, więc może się tak zdarzyć, że wieczerza wigilijna minie bez naszego udziału. Wszystko zależy od tego, o jakiej porze dostaniemy zgłoszenie. Do stołu zasiadamy więc wedle pewnego grafiku. Ci, co mają dzienny dyżur, jedzą wieczerzę przed 20, a ci, co nocny, po 20.

Na szczęście w ostatnich latach nie mieliśmy takich wezwań, które by to zaburzyły. Gotowi musimy być jednak zawsze. Ktoś, kto mieszka w przysiółku górskim, może rozchorować się w Wigilię i wtedy naszą rolą jest przetransportować go do miejsca, z którego odbierze go karetka”.

Tagi:
wigilia

Po "Wigilii bez granic" będzie "Wielkanoc bez granic"

2018-02-15 08:01

Dzieło "Wielkanoc bez granic" jest kontynuacją "Wigilii bez granic".

Fotolia.com

Polega na budowaniu relacji między Polakami a cudzoziemcami studiującymi lub pracującymi w Polsce. Dobre, osobiste relacje pomogą cudzoziemcom poznać naszą kulturę, tradycję i wiarę chrześcijańską. Celem tych działań jest pomoc w procesie stopniowego wrastania danej osoby w kulturę otaczającego ją społeczeństwa, czyli inkulturację. Czas Świąt jest dobrym momentem, żeby, wykorzystując przerwę w zajęciach na uczelni czy w pracy, zaprosić cudzoziemców do naszych domów na Śniadanie Wielkanocne lub Obiad Wielkanocny.

Głównym inspiratorem „Wielkanocy bez granic” jest Robert Schuman. Uznawany za ojca założyciela Wspólnoty Narodów Europy. Schuman łączył narody i instytucje oraz wspierał współpracę gospodarczą, ale zawsze podkreślał, że najważniejsze jest łączenie ludzi, budowanie relacji między nimi. Patrząc na wyzwania naszych czasów, czyli np. na wielką migrację ludzi i problemy z tym związane nie trudno zauważyć, że potrzebują oni pomocy nie tylko instytucjonalnej, ale przede wszystkim otwartego serca drugiego człowieka. W Polsce mamy już bogate doświadczenie goszczenia w domach młodych pielgrzymów z całego świata, którzy przyjechali do nas na Światowe Dni Młodzieży.

Aby dotrzeć z pomysłem "Wielkanocy bez granic" do jak największej liczby cudzoziemców studiujących lub pracujących w Polsce oraz do polskich rodzin, które mogłyby ich gościć, chcemy promować ten projekt na uczelniach, w firmach zatrudniających cudzoziemców, przez wojewódzkie urzędy d/s cudzoziemców, w parafiach, szkołach oraz oczywiście w mediach: prasa, radio, telewizja zarówno ogólnopolska jak i regionalna oraz oczywiście przy pomocy portali internetowych.

Cudzoziemcy i polskie rodziny chętne do wzięcia udziału w "Wielkanocy bez granic" będą mogły się spotkać przed Wielkanocą w celu poznania i zaproszenia się na śniadanie lub obiad wielkanocny. Szczegółowe informacje o takich spotkaniach będą umieszczone na stronie www.WielkanocBezGranic.com. Można też zgłosić chęć udziału i zaproszenia na Wielkanoc poprzez formularz na stronie www.WielkanocBezGranic.com.

Projekt budowania relacji pomiędzy Polakami a Cudzoziemcami nie ogranicza się tylko do jednej akcji -spotkania przy Wielkanocy, ale przewiduje regularne spotkania obu stron przez cały rok dla rozwijania powstałych relacji, przenoszenia ich w inne sfery życia społecznego oraz angażowania w kolejne dzieła, aby mogła zawiązywać się Wspólnota Narodów w praktyce.

Mamy już pierwsze doświadczenia spotkań po Wigilii i angażowania się wigilijnych gości w organizowanie „Wielkanocy bez granic”. Kolejnym wydarzeniem, na które będziemy zapraszać gości z obu tych projektów będzie II

Europejski Festiwal Schumana w Świątyni Opatrzności Bożej 13 maja 2018 roku.

Chcemy w każdym mieście wojewódzkim lub powiatowym, ale nie tylko, zorganizować grupy wolontariuszy, które realizowałaby powyższe zadania oraz wszelkie inne działania potrzebne dla jak najlepszego zrealizowania tego projektu. Lokalne grupy wolontariuszy będą współpracować z zespołem centralnym, który będzie służył wszelką pomocą merytoryczną i techniczną. Przygotowujemy spot telewizyjny i radiowy, które będą promowały to dzieło w mediach oraz środkach komunikacji miejskiej i międzymiastowej. Przygotowujemy także plakaty i ulotki.

Organizujemy w marcu akcję rozdawania/naklejania przez wolontariuszy naklejek-zaproszeń w formie jajka wielkanocnego promujących "Wielkanoc bez granic" na ulicach i innych miejscach polskich miast, takich jak uczelnie, parafie, instytucje, ośrodki kultury, szkoły.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Kaja Godek: Wolę iść do więzienia niż przepraszać za prawdę

2018-10-13 18:09

Artur Stelmasiak

Środowiska LGBT zaatakowały Kaję Godek. Straszą żądaniem kosztownych przeprosin, które mogłyby uniemożliwić jej dalszą działalność pro-life. - Nie zamierzam ulegać temu terrorowi. Wolę iść do więzienia niż przepraszać za mówienie prawdy - mówi "Niedzieli" Kaja Godek.

Artur Stelmasiak

Od kilku dni lewicowe media rozpisują się na temat pozwu sądowego mniejszości seksualnych przeciwko Kai Godek, przedstawicielce obywatelskiego komitetu zmiany ustawy #ZatrzymajAborcję. Według doniesień prasowych, środowiska LGBT żądają przeprosin za słowa, które wypowiedziała w maju, komentując aborcyjne referendum w Irlandii oraz otwartą homoseksualną postawę premiera tego kraju. - Jeżeli tam premierem jest zadeklarowany „gej”, który obnosi się ze swoją dziwną orientacją, jeżeli premier Irlandii deklaruje w mediach, że ma partnera seksualnego, to jest dla mnie straszne, że taki kraj określa się mianem katolickiego - mówiła Kaja Godek na antenie Polsat News.

Po kilku miesiącach o tej wypowiedzi przypomnieli sobie działacze LGBT w Polsce i straszą sądem działaczkę pro-life. - Sprawę znam tylko z mediów, bo żadnego pozwu nie otrzymałam. Trudno więc mi się odnieść do tego, co szeroko komentowane jest przez dziennikarzy - mówi Kaja Godek.

Sprawa wygląda jednak na poważną, bo środowiska homoseksualne otwarcie mówią, że kilka dni temu złożyły pozew w warszawskim sądzie okręgowym. Zdaniem Godek, aktywistom LGBT chodzi przede wszystkim o jej aktywność na rzecz obrony życia. Nie od dziś wiadomo, że homoseksualiści oraz środowiska proaborcyjne na całym świecie stanowią jednolity front, który ma zmienić mentalność, obyczaje i stanowione prawo. Tak było w Irlandii i np. w Argentynie, gdzie aborcjoniści kolejny raz przegrali. - Osoby, które będą wskazywać na mechanizmy w Irlandii i przestrzegać przed powtórzeniem tamtych schematów w naszym kraju, będą brutalnie atakowane i niszczone. Powinniśmy patrzeć na to, co stało się na Zielonej Wyspie i działać dokładnie przeciwnie do tego, co dyktują nam środowiska lewicowe wspierane przez międzynarodowe organizacje. Dlatego całą akcję traktuję jako zemstę środowiska LGBT za mówienie prawdy i moje skuteczne działanie - podkreśla Kaja Godek.

Podobno pozew zawiera żądanie emisji przeprosin na antenie Polsatu News w formie 30-sekundowego spotu emitowanego 50 razy. Koszt takich emisji może wynosić nawet kilkaset tysięcy złotych. - To sposób na wykończenie finansowo mnie osobiście i całej Fundacji Życie i Rodzina - mówi Godek. - Już dziś oświadczam, że nie będę przepraszać za mówienie prawdy i dalej będą stawać w obronie ludzkiego życia i rodziny. Wolę iść do więzienia, niż zrobić to, czego chcą ode mnie homoaktywisci.

Jeżeli dojdzie do rozprawy w sądzie, to już dziś można powiedzieć, że proces ma charakter propagandowo-ideologiczny. Przecież pozew najpierw trafił do proaborcyjnych mediów, a dopiero później do sądu. Inicjatorom chodzi więc o sterroryzowanie środowisk pro-life.

Prawnicy na razie uspakajają. W świetle polskiego prawa nie może się ktoś poczuć obrażony słowami opisującym sytuację w Irlandii. - To tylko trroling prawniczy środowisk LGBT. Kaja Godek może spać spokojnie. Akcja skazana na porażkę, bo dobra osobiste narusza się tylko indywidualnie - napisał na twitterze mec. Jerzy Kwaśniewski, prezes Instytutu na Rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. Gdyby tego typu działania mogły przynieść jakiś efekt w polskim orzecznictwie, to również katolicy mogliby się zbiorowo bronić przed szykanami. - Ordo Iuris już dawno pozwałoby w imieniu 38 mln katolików za film "Kler" - dodaje Kwaśniewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Polskiej nauce życzę nowego oddechu

2018-10-16 09:38

Antoni Szymański Senator RP

pixabay.com

Dobiega końca okres inauguracji roku akademickiego 2018/19 na uczelniach wyższych. W wielu z nich wziąłem udział osobiście. Sądzę, że światu akademickiemu należy się dziś sporo ciepłych słów.

Przede wszystkim cieszy mnie, że rusza pieczołowicie przygotowywana reforma szkolnictwa wyższego. Po długiej i niełatwej debacie wchodzi w życie regulacja prawna, która ma szansę przyczynić się do fundamentalnych zmian w życiu akademickim. Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, w artykule 2 stanowi: „Misją systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest prowadzenie najwyższej jakości kształcenia oraz działalności naukowej, kształtowanie postaw obywatelskich, a także uczestnictwo w rozwoju społecznym oraz tworzeniu gospodarki opartej na innowacjach”. To stwierdzenie wyznacza zasadnicze obszary odpowiedzialności świata nauki.

Pierwszy z owych obszarów to realizowanie kształcenia nacechowanego najwyższą jakością. Jest to niezwykle pilne wyzwanie w dobie globalnego społeczeństwa, kiedy to młodzi ludzie mogą w coraz swobodniejszy sposób wybierać miejsce zdobywania wiedzy naukowej. Nie są już ograniczeni językiem ani odległością od miejsca zamieszkania. W sposób niemalże dowolny decydują się nie tylko na konkretną alma mater, ale także kraj czy kontynent na którym chcą studiować. Tych ludzi trzeba przekonać, że w Polsce warto studiować i trzeba to uczynić radykalnie podnosząc jakość kształcenia. Tylko w ten sposób zabezpieczymy kraj przed odpływem talentów za granicę i drenażem mózgów.

Drugim wymiarem misji szkolnictwa wyższego, nakreślonym w ustawie, jest prowadzenie wysokiej jakości działalności naukowej. Oznacza to nie tylko szacunek dla reżymu metodologicznego, ale również eksplorowanie nowych, często „dziewiczych” obszarów badawczych oraz dbałość o potencjał wdrożeniowy podejmowanych badań. Pora odejść od nieraz bezmyślnej pogoni za zdobywaniem punktów, a skupić się na dokonywaniu realnego postępu w naukowych dociekaniach, który ma szansę przełożyć się na rozwój kraju. Kluczową wartością jest tu innowacyjność, która biorąc swój początek z oryginalnych i inteligentnych odkryć naukowych, znajdzie przełożenie na gospodarkę, a także jakość życia społecznego.

I wreszcie element misji szkolnictwa wyższego z którego cieszę się szczególnie jako osoba zajmująca się polityką społeczną. Chodzi mianowicie o wyraźnie zaznaczone w cytowanym tekście kształtowanie postaw obywatelskich. Dobrze, że ustawa nie pomija wychowawczej roli uczelni wyższych. Nie sposób bowiem wiedzy przedmiotowej odrywać od podłoża etycznego. Nie jest prawdą, że osiągnięcie pełnoletniości (co ma miejsce w przypadku studentów) równa się dojrzałości obywatelskiej. Odwrotnie – jest to okres w którym młody człowiek szczególnie silnie szuka inspiracji i łaknie autorytetu. Potrzebuje mistrza, który pomoże mu odkryć jego własny żywioł i misję w społeczności. Uczelnie kształtują postawy obywatelskie poprzez przykład płynący od profesorów, a także czynią to wspierając samorządność studencką i zdolność młodych ludzi do odpowiedzialnego samoorganizowania.

Realizacja wymiarów odpowiedzialności świata nauki i szkolnictwa wyższego jest trudnym ale i pasjonującym zadaniem. Jest to proces żmudny i domagający się myślenia strategicznego, a także polityki ponad podziałami. Mam nadzieję, że rozpoczynający się rok akademicki będzie „nowym oddechem” dla szkolnictwa wyższego i pozwoli zapoczątkować długo oczekiwany przełom. Tego właśnie z całego serca wszystkim członkom świata nauki, studentom oraz wspierającym ich pracownikom administracji życzę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem