Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Wigilia inna niż wszystkie

2017-12-20 12:28

Mariusz Rzymek
Edycja bielsko-żywiecka 52/2017, str. IV

MR
Zofi a Lamers ze zdjęciem swego taty

Jedne w bólu po stracie bliskiej osoby, inne z dala od rodzinnego domu. We wspomnieniach albo w środku surowej rzeczywistości. Wszystkie jakoś jednak piękne. Wigilijne wieczerze. O nich opowiada marynarz, córka oficera zamordowanego w Katyniu, mieszkaniec Donbasu, kresowiak i goprowiec

„Jeśli masz wachtę wtedy, dają ci do dyspozycji jakieś 20 min, aby uczynić zadość tradycji” – Piotr Wilinger, etatowy marynarz z Bielska-Białej.

„To, czy Wigilię na statku będzie się dobrze, czy źle wspominać, zależy od umiejętności kucharza. Raz miałem sposobność płynąć z kucharzem pół-Grekiem, pół-Arabem. W jego wykonaniu zestaw obiadowy był niezbyt zróżnicowany: jednego dnia gulasz z makaronem, drugiego gulasz z ziemniakami, a trzeciego gulasz z ryżem. Do tego dochodziła zupa z rybich głów, kompletnie niejadalna. Ten gość był wyjątkowo zaskoczony, gdy pokazaliśmy mu, że mięso wieprzowe można ubić i usmażyć w panierce. O tradycyjnej wigilijnej wieczerzy przy takim kucharzu można było tylko pomarzyć. Zresztą to był grecki statek i tutaj liczyły się święta prawosławne. Jednak i one kulinarnie były wielkim niewypałem.

Wigilia na morzu nigdy nie jest przewidywalna. Jeśli masz wachtę, wtedy dają ci do dyspozycji jakieś 20 min, aby uczynić zadość tradycji. Pamiętam, że w czasach, gdy nie było telefonów satelitarnych, po wieczerzy wigilijnej cała załoga łączyła się ze swoją rodziną, korzystając z radiostacji przybrzeżnych. Będąc np. u wybrzeży Brazylii nawiązywało się kontakt, dajmy na to, z radiostacją w Szczecinie i przez nią łączono się z najbliższymi. Raz zdarzyło się, że Szczecin wybrał nie ten nr stacjonarny, co trzeba i marynarz przez 20 min rozmawiał z żoną swego kolegi. Po standardowych pytaniach – jak się czują dzieci, co słychać w kraju – na koniec chciał się dowiedzieć, jak spisuje się ich nowo nabyty pies. – O, co ci chodzi. Przecież my nigdy nie mieliśmy psa – dało się słyszeć w słuchawce.

Reklama

„Łamanie rozpoczyna najstarszy z rodu” – Oleg Bielewskij z ukraińskiego Jenakijewa w Donbasie.

„Wzbrannoj Wojewodie pobieditielnaja, jako izbawlszesia ot złych, błahodarstwiennaja wospisujem”, czyli „Tobie, walecznej Hetmance, my słudzy Twoi wybawieni od złego, zwycięskie i dziękczynne pieśni układamy”. Tak brzmią pierwsze wersy Kondakionu Bogarodzicy. W Wigilię odmawiamy wszystkie modlitwy z naszego modlitewnika, a po ich zakończeniu dzielimy się prosforą, wypieczonym kwaśnym chlebem. Według tradycji jej łamanie rozpoczyna najstarszy z rodu. Później następuje składanie życzeń i wieczerza, na której nie może zabraknąć czerwonego barszczu i kutii. 12 potraw na stole jednak nie mamy. Zgodnie z kalendarzem juliańskim, jaki mamy w cerkwi, Wigilię nie obchodzimy 24 grudnia, ale 6 stycznia.

„Za coś takiego można było iść do więzienia” – Zofia Lamers, organizatorka recytacji patriotycznych, działaczka Klubu Inteligencji Katolickiej.

„To była moja pierwsza Wigilia bez ojca. Był grudzień 1939 r. Niemcy pozwolili nam wrócić do wilii, w której mieszkaliśmy przed wojną. Do dyspozycji oddali nam jeden pokój i kuchnię. Pozostałe 4 zatrzymali dla siebie. Zrobili w nich sztab. Miałam wtedy 7, a moje siostry 13 i 16 lat. Mama stanęła „na głowie”, żeby przygotować wieczerzę. Jej skromna emerytura nie wystarczała na zakup podstawowych produktów spożywczych. Często głodowałyśmy. Ale w Wigilię, jakimś cudem, udało się jej przyrządzić takie ziemniaczane jedzenie.

Gdy moja mama i siostry zaczęły śpiewać kolędy, zaniosłam się łzami. Strasznie tęskniłam za tatą, który – jak się później dowiedziałam – stał się ofiarą czystek sowieckich dokonanych na polskich oficerach w Katyniu, Starobielsku i Ostaszkowie. Kiedy za ścianą oficerowie zaczęli śpiewać „Stille nacht” (Cicha noc), łzy zaczęły mi kapać jeszcze mocniej. To byli Austriacy, nawet życzliwie do nas nastawieni. Na święta dostałyśmy od nich choinkę. Racjami żywnościowymi się jednak nie dzielili. Pamiętam, jak na Boże Narodzenie przyszedł do nich Żyd ze swoją córeczką. Dziewczynka recytowała im po niemiecku fragment z Księgi Ezechiela o kościach, które na powrót ożyją.

Do willi, która usytuowana była na terenie szkoły, wróciłyśmy po trzech miesiącach wygnania. Wyrzucono nas z niej 9 września, bo cały teren przeznaczono na wojskowe koszary. Przez ten czas mieszkałyśmy kątem u znajomych. Gdy pozwolono nam na powrót do domu, musiałyśmy dostosować się do nowych warunków, np. trzeba się było meldować strażnikowi, który miał wartę. To wyglądało niczym areszt domowy. Pamiętam, jak kilka dni przed Wigilią wpadli do nas gestapowcy z psem, bo szukali taty. Pies węszył pod łóżkiem, aby sprawdzić, czy nie ma tam jakiejś kryjówki. Pasterka była wtedy odwołana, bo zaraz po zajęciu Rzeszowa Niemcy ogłosili godzinę policyjną. Do kościoła trzeba było nadłożyć prawie 3 km, bo część miasta, przez którą wiodła do niego najkrótsza droga, została wcielona do getta. W święta Bożego Narodzenia nikt nie śpiewał „Boże coś Polskę”. Za coś takiego można było trafić do więzienia.

„Dziadek brał łyżkę kutii i, niczym murarz-tynkarz, rzucał jej zawartość na sufit” – Józef Argasiński, repatriant z kresowego Wicynia (obecnie Ukraina).

„Tuż przed wieczerzą wigilijną do chałupy przynoszono świeżą słomę, tzw. dziaduch. Moszczono ją po całym klepisku. To sprawiało, że w jednej chwili zmieniała się cała aura. Nieprzyjemne zapachy ustępowały miejsca zapachom stodoły i pola. Na dodatek słoma stanowiła świetną izolację od zimnego klepiska. Dzieci uwielbiały w niej baraszkować, gubiąc przy tym orzechy, którymi je częstowano. Dorosłym też zdarzyło się upuścić coś w słomę, stąd też tak ważne było jej przetrząsanie, gdy po kilku dniach wyrzucano ją z izby. Wtedy oprócz orzechów znajdowano np. tak przydatne przedmioty jak drewniane łyżki. Oprócz „dziaducha” do chałupy wędrował snop żyta (chłop) i pszenicy (baby). Obydwa snopy były rznięte sierpem, a nie kosą, przez co miały równo ułożoną stopę.

Wigilijna wieczerza miała bardzo rytualny charakter, zbliżony wręcz do aktu religijnego. Poprzedzała ją bardzo długa modlitwa, którą odmawialiśmy na klęcząco. Dla młodszych sygnałem do przyjęcia postawy stojącej było podniesienia się z klęczek nestora rodu. On też dzielił opłatek między zebranymi. Wszystkie potrawy, jakie jedliśmy, pochodziły z własnej uprawy lub z tego, co udało się zebrać. Był więc barszcz czerwony, zupa grzybowa, kompot z suszonych śliwek i gruszek oraz kutia, w której królowała pszenica łuszczona, miód, mak i migdały. Ryb wcale nie podawano. Kutia była podstawową potrawą, od której rozpoczynało się wieczerzę, a nie deserem. Na dodatek to za jej sprawą wróżono, czy nadchodzący rok będzie urodzajny, czy też nie. Wyglądało to tak, że dziadek brał łyżkę kutii i, niczym murarz-tynkarz, rzucał jej zawartość na sufit. Jeśli pszenica obficie oblepiała sufit, znaczyło to, że urodzaj będzie jak trzeba. A że dziadek miał własną pasiekę, kutia była zdrowo nasączona miodem, więc nad głowami wyraźnie było widać, że błogosławieństwa nowo narodzonej Dzieciny nam nie zabraknie. Oprócz kutii z sufitu zwisała również mała choinka udekorowana piernikami, aniołkami w sukienkach z bibuły czy orzechami. Wycinano ją z lasu, którego właścicielem był dziedzic, ale nikt nie robił z tego problemu.

Po zakończonej kolacji gospodarz brał do ręki siekierkę i wychodził do sadu. Stawał przed drzewem pestkowym: wiśnią, czereśnią, śliwą, takim, które słabo rodziło, przemawiał do niego i w jego korze robił dość obszerną ranę. Drzewo dostawało ultimatum: albo będzie owocować, albo zostanie wycięte. To okorowywanie bardzo często przynosiło żądane rezultaty. Dotyczyło to szczególnie tych drzew, które miały za dobre warunki bytowe i cały swój impet wzrostu wkładały w liście.

Po sutej kolacji i kolędowaniu zmęczeni ludzie kładli się pokotem wokół skrzyni, na której wieczerzali – stołów nie było – i zasypiali. Nikt się nie przebierał, bo trzeba było jeszcze iść na Pasterkę.

W samym kościele też wiele się działo. Wykorzystując panujący wtedy tłok, kawalerowie przyszywali nićmi stojące obok siebie osoby. Proszę sobie wyobrazić, jakie zamieszanie się robiło, gdy ktoś – usiłując klęknąć – pociągał na siebie drugą osobę.

Nieodłącznym elementem świąt byli też kolędnicy. Obchodzili oni chałupy już po wieczerzy wigilijnej. Dla tych, co się nie postarali, wujna (żona wujka) piekła bułki z nadzieniem cebulowym. Ci porządni obdarowywani zostawali jajkami, orzechami czy jabłkami. Do tego dochodziła rywalizacja naszych chórów: męskiego i żeńskiego. Każdy z nich za punkt honoru stawiał sobie zebranie jak najwięcej pieniędzy na cele parafialne”.

„Gotowi musimy być zawsze” – Dawid Stec, goprowiec z Beskidzkiej Grupy GOPR.

„Pracujemy w systemie 12-godzinnym, od 8 do 20 i od 20 do 8, więc może się tak zdarzyć, że wieczerza wigilijna minie bez naszego udziału. Wszystko zależy od tego, o jakiej porze dostaniemy zgłoszenie. Do stołu zasiadamy więc wedle pewnego grafiku. Ci, co mają dzienny dyżur, jedzą wieczerzę przed 20, a ci, co nocny, po 20.

Na szczęście w ostatnich latach nie mieliśmy takich wezwań, które by to zaburzyły. Gotowi musimy być jednak zawsze. Ktoś, kto mieszka w przysiółku górskim, może rozchorować się w Wigilię i wtedy naszą rolą jest przetransportować go do miejsca, z którego odbierze go karetka”.

Tagi:
wigilia

Po "Wigilii bez granic" będzie "Wielkanoc bez granic"

2018-02-15 08:01

Dzieło "Wielkanoc bez granic" jest kontynuacją "Wigilii bez granic".

Fotolia.com

Polega na budowaniu relacji między Polakami a cudzoziemcami studiującymi lub pracującymi w Polsce. Dobre, osobiste relacje pomogą cudzoziemcom poznać naszą kulturę, tradycję i wiarę chrześcijańską. Celem tych działań jest pomoc w procesie stopniowego wrastania danej osoby w kulturę otaczającego ją społeczeństwa, czyli inkulturację. Czas Świąt jest dobrym momentem, żeby, wykorzystując przerwę w zajęciach na uczelni czy w pracy, zaprosić cudzoziemców do naszych domów na Śniadanie Wielkanocne lub Obiad Wielkanocny.

Głównym inspiratorem „Wielkanocy bez granic” jest Robert Schuman. Uznawany za ojca założyciela Wspólnoty Narodów Europy. Schuman łączył narody i instytucje oraz wspierał współpracę gospodarczą, ale zawsze podkreślał, że najważniejsze jest łączenie ludzi, budowanie relacji między nimi. Patrząc na wyzwania naszych czasów, czyli np. na wielką migrację ludzi i problemy z tym związane nie trudno zauważyć, że potrzebują oni pomocy nie tylko instytucjonalnej, ale przede wszystkim otwartego serca drugiego człowieka. W Polsce mamy już bogate doświadczenie goszczenia w domach młodych pielgrzymów z całego świata, którzy przyjechali do nas na Światowe Dni Młodzieży.

Aby dotrzeć z pomysłem "Wielkanocy bez granic" do jak największej liczby cudzoziemców studiujących lub pracujących w Polsce oraz do polskich rodzin, które mogłyby ich gościć, chcemy promować ten projekt na uczelniach, w firmach zatrudniających cudzoziemców, przez wojewódzkie urzędy d/s cudzoziemców, w parafiach, szkołach oraz oczywiście w mediach: prasa, radio, telewizja zarówno ogólnopolska jak i regionalna oraz oczywiście przy pomocy portali internetowych.

Cudzoziemcy i polskie rodziny chętne do wzięcia udziału w "Wielkanocy bez granic" będą mogły się spotkać przed Wielkanocą w celu poznania i zaproszenia się na śniadanie lub obiad wielkanocny. Szczegółowe informacje o takich spotkaniach będą umieszczone na stronie www.WielkanocBezGranic.com. Można też zgłosić chęć udziału i zaproszenia na Wielkanoc poprzez formularz na stronie www.WielkanocBezGranic.com.

Projekt budowania relacji pomiędzy Polakami a Cudzoziemcami nie ogranicza się tylko do jednej akcji -spotkania przy Wielkanocy, ale przewiduje regularne spotkania obu stron przez cały rok dla rozwijania powstałych relacji, przenoszenia ich w inne sfery życia społecznego oraz angażowania w kolejne dzieła, aby mogła zawiązywać się Wspólnota Narodów w praktyce.

Mamy już pierwsze doświadczenia spotkań po Wigilii i angażowania się wigilijnych gości w organizowanie „Wielkanocy bez granic”. Kolejnym wydarzeniem, na które będziemy zapraszać gości z obu tych projektów będzie II

Europejski Festiwal Schumana w Świątyni Opatrzności Bożej 13 maja 2018 roku.

Chcemy w każdym mieście wojewódzkim lub powiatowym, ale nie tylko, zorganizować grupy wolontariuszy, które realizowałaby powyższe zadania oraz wszelkie inne działania potrzebne dla jak najlepszego zrealizowania tego projektu. Lokalne grupy wolontariuszy będą współpracować z zespołem centralnym, który będzie służył wszelką pomocą merytoryczną i techniczną. Przygotowujemy spot telewizyjny i radiowy, które będą promowały to dzieło w mediach oraz środkach komunikacji miejskiej i międzymiastowej. Przygotowujemy także plakaty i ulotki.

Organizujemy w marcu akcję rozdawania/naklejania przez wolontariuszy naklejek-zaproszeń w formie jajka wielkanocnego promujących "Wielkanoc bez granic" na ulicach i innych miejscach polskich miast, takich jak uczelnie, parafie, instytucje, ośrodki kultury, szkoły.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Duszpasterz kierowców: św. Krzysztof powinien być wzorem wszystkich kierujących

2018-07-17 11:42

rozmawiała Natalia Nowak / Warszawa (KAI)

„Święty Krzysztof, ten który niósł Chrystusa i zawsze dbał o bezpieczne dotarcie do celu, powinien być wzorem dla wszystkich kierowców” - przypomina w rozmowie z KAI ks. Marian Midura, krajowy duszpasterz kierowców. W najbliższą niedzielę rozpocznie się XIX Ogólnopolski Tydzień św. Krzysztofa.

Arkadiusz Bednarczyk

Ks. Marian Midura: – Jak co roku pierwszą, bardzo ważną dla nas sprawą jako duszpasterstwa jest zachęcanie do modlitwy jak największą rzeszę ludzi. W tych dniach szczególnie chcemy przemówić do sumienia kierowców i przypomnieć im, że jako ludzie wierzący powinni właściwie zachowywać się na drogach. Chcemy modlić się o to, aby nasze drogi stały się bardziej bezpieczne.

KAI: Czy świadomość kierowców dotycząca bezpiecznego użytkowania dróg rzeczywiście wzrasta?
– Zdecydowanie, ta rośnie świadomość i to mocno. Świadczy o tym stale zmniejszająca się liczba wypadków, szczególnie śmiertelnych. A przecież liczba pojazdów na naszych drogach przez ostatnie lata ogromnie wzrosła. Dostaję wiele głosów od księży proboszczów z całej Polski, że kierowcy czują potrzebę wparcia ze strony św. Krzysztofa. Ktoś, kto modli się do Patrona kierowców, ma go w sercu i dba o bezpieczeństwo na drodze, jest wzorem dla innych.

- Czy w ciągu roku będą prowadzone dodatkowe akcje, które będą przypominać o bezpieczeństwie na polskich drogach?

- – Tak, stale prowadzimy takie działania. W ostatnią niedzielę kwietnia obchodzimy dzień modlitwy za kierowców, podczas którego przemawiamy do ich sumień. Co roku w drugą sobotę maja organizujemy ogólnopolską pielgrzymkę kierowców na Jasna Górę. W lipcu obchodzimy tydzień św. Krzysztofa, a w trzecią niedzielę listopada – światowy dzień pamięci o ofiarach wypadków drogowych. Przy sanktuarium Błogosławionej Karoliny Kózkówny w Zabawie koło Tarnowa jest jedyny chyba na świecie pomnik ofiar wypadków drogowych. W tej Świątyni odbywają się szczególne modlitwy, za wszystkich którzy zginęli na naszych drogach oraz tych którzy zostali ranni w wypadkach.
W dzień świętego Krzysztofa, postawimy kolejną kapliczkę z patronem kierowców. Znajdują się one w różnych miejscach w Polsce, m.in. koło Olsztyna, w Rozogach, w Olsztynku. Kolejna stanie niedaleko nowej obwodnicy Ostródy. Święty Krzysztof będzie czuwał oraz dbał o bezpieczeństwo kierowców, nie tylko tych, którzy się do niego uciekają, ale również tych, którzy tamte trasy przemierzają. Kapliczka jest miejscem które przypomina o nieustanej potrzebie modlitwy, kiedy wyrusza się w drogę, o podziękowaniu za powrót do domu oraz za każdy bezpiecznie przejechany kilometr.

- Czy te kapliczki poruszają sumienia kierowców?

- – Jeden z proboszczów na warszawskim Bemowie powiedział mi, że na terenie jego parafii było miejsce, gdzie często dochodziło do różnych wypadków, także śmiertelnych. Po wspólnej inicjatywie postawił kapliczkę ze św. Krzysztofem i od tej pory wypadki ustały, prawie ich w tym miejscu nie ma.

- Wraz ze współpracownikami z z organizacji MIVA Polska, dbającej o zakup pojazdów dla misjonarzy, stworzył Ksiądz „Dekalog Kierowcy”...

- Dekalog z obrazkiem św. Krzysztofa skłania kierowców do rachunku sumienia i refleksji nad tym, w jaki sposób poruszają się po drodze.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielka Brytania: minister wzywa Kościół do zmiany nauczania

2018-07-18 06:42

azr (The Telegraph/Catholic Herald/KAI) / Londyn

Penny Mordaunt, brytyjska sekretarz stanu ds. międzynarodowego rozwoju, spotkała się z przewodniczącym Papieskiej Akademii Życia abp Vicenzo Paglią. Przekonywała go, że Kościół katolicki powinien zmienić nauczanie dotyczące stosowania środków antykoncepcyjnych.

dalaprod/Fotolia.com

Jak informuje brytyjski dziennik The Telegraph, minister Mordaunt użyła m.in. argumentu mówiącego o tym, że każdego dnia 800 kobiet umiera z powodu powikłań ciążowych i połogowych. Argumentowała, że szerszy dostęp do środków antykoncepcyjnych "złagodziłby ten problem". Podczas spotkania w Watykanie, Mordaunt przekonywała, że przywódcy religijni powinni zmienić swoje "głębokie przekonania i postawy", aby umożliwić kobietom szerszy dostęp do "prokreacyjnej opieki medycznej".

W rozmowie z The Telegraph polityk podsumowała swoje spotkanie z abp Vicenzo Paglią i abp Paulem Gallagherem, sekretarzem ds. relacji z państwami watykańskiego Sekretariatu Stanu. Mówiła o potrzebie pomocy młodym kobietom, narażonym na utratę życia i zdrowia, m.in. w związku z niedostateczną dostępnością środków antykoncepcyjnych.

"Kościół katolicki może nam w tym pomóc, a moim apelem było, aby pomógł nam w ratowaniu życia, zwłaszcza młodych matek" - mówiła.

Jej wystąpienie zbiegło się w czasie z jubileuszem 50-lecia ogłoszenie encykliki "Humanae Vitae" papieża Pawła VI, która porządkowała nauczanie Kościoła m.in. w kwestii antykoncepcji. Jak przypomina Catholic Herald, w ubiegłym miesiącu blisko 500 księży z Wielkiej Brytanii podpisało się pod dokumentem wyrażającym wdzięczność za zawarte w encyklice nauczanie i podtrzymującym całkowity sprzeciw przeciwko sztucznej antykoncepcji.

"Jako księża, pragniemy poprzeć, w 50. rocznicę Humanae Vitae tę szlachetną wizję miłości życiodajnej, jak zawsze nauczał Kościół i jak ją rozumiał. Wierzymy, że prawdziwa "ludzka ekologia", ponowne odkrycie dróg natury i szacunku dla godności ludzkiej, są kluczowe dla przyszłości naszego narodu: zarówno katolików, jak i nie-katolików. Proponujemy ponowne odkrycie Humanae Vitae, nie tylko w wierności Słowu Bożemu, ale jako klucz do uzdrowienia i trwałego rozwoju naszego społeczeństwa" - napisali w dokumencie brytyjscy księża.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem