Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Na szlaku

Przygotowała Barbara Dziadura
Edycja zielonogórsko-gorzowska 28/2001

Wokół Kostrzyna

Szlakiem średniowiecznych rycerzy

Obok wciąż żywej tradycji pielgrzymowania w naszej diecezji do sanktuariów maryjnych warto trochę czasu poświęcić na odkrywanie chrześcijańskiej kultury ziem, na których żyjemy, a po której zazwyczaj pozostały już tylko wzmianki w starych księgach, notatki w parafialnych dokumentach, resztki murów obronnych, czy też ruiny kościołów.

Proponuję wybrać się w szczególną podróż przykładem średniowiecznych rycerzy do Ziemi Świętej. Ta pielgrzymka nie będzie nas kosztować wiele, nie wymaga ona biletu lotniczego do Jerozolimy, ani dwutygodniowego urlopu. Wystarczą dwa wolne dni, plecak z prowiantem, może kurtka przeciwdeszczowa. Proponuję też włożyć szatę pokutną, wziąć różaniec do ręki i można ruszać w drogę szlakiem średniowiecznych rycerzy.

Znak krzyża na piersi

Reklama

W XIII w., głównie za sprawą księcia śląskiego Henryka Brodatego, księcia wielkopolskiego Władysława Odonicza oraz księcia zachodniopomorskiego Barnima I, na pograniczu wielkopolsko-pomorsko-brandenburskim osiedlili się templariusze, czyli Ubodzy Rycerze Chrystusa - Bracia Strażnicy Świątyni. Intencją fundatorów (poza względami religijnymi) było zabezpieczenie pogranicza przed najazdami i rabunkami oraz akcja kolonizacyjna. O tym ostatnim aspekcie działalności templariuszy świadczy występowanie nazw terenowych "tempel". Przyjęcie powyższej nazwy dla miejscowości może oznaczać, że została ona założona przez templariuszy lub została przez nich przeniesiona na prawo niemieckie (zapewne właśnie taką historię posiada w naszej diecezji wieś Templewo).

Templariusze to zakon rycerski utworzony w 1118 r. w Ziemi Świętej do obrony pielgrzymów przed Saracenami i rabusiami oraz ochrony dróg prowadzących do miejsc świętych. Od króla jerozolimskiego Baldwina II otrzymali rezydencję w pobliżu dawnej Świątyni Salomona. Odtąd właśnie nazywani są Rycerzami Świątyni (łac. templum), czyli po prostu templariuszami. Przyjęli regułę opracowaną przez św. Bernarda z Clairvaux, wzorowaną na regule św. Benedykta z Nursji. Byli to zatem mnisi-żołnierze, którzy jako rycerze wprawieni w bojach bronili świętego miasta - Jerozolimy przed napadami innowierców. Widoczny znakiem ich misji był umieszczony na białym płaszczu łaciński, czerwony krzyż, a ich sztandar bojowy, nazywany gonfanon baucent, był dwukolorowy, biało-czarny. Warto zatem pamiętać, że idąc szlakiem templariuszy, zmierza się zawsze ku Jerozolimie, ku Świątyni Jerozolimskiej i choć teraz (zwłaszcza latem) nikogo nie namawiam do zakładania białej peleryny z czerwonym krzyżem, to niech wiedzie nas na tych drogach średniowiecznych rycerzy mały krzyżyk zawieszony na szyi.

Utrzymanie Ziemi Świętej bez zakonów rycerskich i ich warowni byłoby niemożliwe. Wymagało to jednak nieustannie olbrzymich nakładów finansowych. Miał w tym pomóc system komandorii wewnątrz Europy (również w Polsce). Takie właśnie komandorie (najmniejsze jednostki administracyjne) powstały także w Chwarszczanach na północ od Kostrzyna, Sulęcinie oraz Myśliborzu. Można je w jeden dzień objechać samochodem. Zanim się tam jednak wybierzemy, pozostańmy w okolicach Kostrzyna, wiele jest bowiem tutaj miejsc, które warto zobaczyć.

Złote wieki KOSTRZYNA

Zanim opuścimy Kostrzyn warto trochę "powłóczyć się" po tym pradawnym grodzie, a dokładnie po jego ruinach. Z osady w X w. przekształcił się w gród obronny, by w XIII w. stać się miastem, a potem nawet stolicą Nowej Marchii. To zobowiązywało. Wtedy właśnie Kostrzyn rozkwitł i zbudowano zamek i twierdzę. Jednak o dziwo wraz z rozbudową twierdzy samo miasto podupadło. Parafia w Kostrzynie powstała prawdopodobnie już w XII w., a budowę pierwszego kościoła pw. Najświętszej Maryi Panny rozpoczęto w połowie XIII w. Pierwsza o nim wiadomość pochodzi z 1396 r. Patronat nad parafią mieli od 1262 r. najpierw templariusze, potem od 1328 r. margrabiowie brandenburscy i rodzina Wedel. W latach 1402-1454 r. parafia i kościół przeszły w posiadanie krzyżaków, a później znów margrabiów. Gdy proboszcz W. Kielmann przeszedł na protestantyzm, kościół mariacki zamieniono na zbór luterański. W 1858 r. misja z Neuzelle tworzy na tym terenie ośrodek życia katolickiego. Zbudowano zatem w 1861 r. drugi kościół pw. św. Mainulfa, a parafię erygowano siedem lat później. Obydwa kościoły zostały zniszczone w 1945 r. Po działaniach wojennych życie religijne miasta skupiło się przy jedynej ocalałej od zniszczeń małej kaplicy poprotestanckiej.

Niestety, teraz z dawnej świetności pozostał tylko największy kompleks ruin w Polsce - ruiny Starego Miasta. Kilka lat II wojny światowej zniszczyło prawie wszystko, co przez wieki ludzie na tych ziemiach zdążyli wybudować. Pozostał jedynie czytelny układ urbanistyczny Starego Miasta i twierdzy, zachowały się też podziemia zamku oraz piwnice starych kamienic. Twierdza kostrzyńska jest cennym zabytkiem sztuki fortyfikacyjnej. Czytelny jest system fos, rawelinów i redanów, a także fortów z XIX w., znajdujących się w odległości od kilku do kilkunastu kilometrów od Starego Miasta. Atrakcją historyczną są zachowane fragmenty Bastionu Filipa, Bastionu Brandenburgii, Bastionu Króla, Bramy Berlińskiej, Rawelinu Wilhelma Augusta.

Kilkanaście lat temu wykonano w ruinach prace uczytelniające, oznakowując tabliczkami elementy układu przestrzennego dawnego miasta. Rozważano wówczas możliwość odbudowy Starego Miasta w jego historycznym kształcie. Prace przy odbudowie idą jednak powoli. Obecnie odbudowano kilka kamienic.

Romantyczny Dąbroszyn

Z Kostrzyna szlakiem dawnych zamków i pałaców warto udać się do DĄBROSZYNA (9 km). W XIX w. było to jedno z popularnych tzw. " miejsc romantycznych". Romantyczna historia pałacu zaczyna się już w momencie jego powstania. Wieść gminna głosi jakoby zbudowany został z łupów, które marszałek Hans Aden von Schloning zdobył na Turkach w bitwie pod Wiedniem. Przywiózł on ze sobą także dwie piękne Turczynki. Ponoć jedna z nich, Fatima, była później kochanką króla polskiego Augusta II Mocnego. Pałac otoczony jest parkiem. Osią tzw. Parku Górnego była droga do Sarbinowa biegnąca wąwozem, nad którym przerzucony był most. Na wzgórzach wznosiły się zbudowane w stylu antycznym świątynia Zofii i świątynia Cecylii (druga z nich zachowała się do dziś). Pałac i park w Dąbroszynie był też tłem romansu 19-letniego księcia Fryderyka, późniejszego Fryderyka Wielkiego, z 24-letnią żoną pana na Dąbroszynie Eleonorą von Wretsch. Dla upamiętnienia fryderycjańskich epizodów związanych z majątkiem dąbroszyńskim w 1840 r. w parku wzniesiony został pozłacany pomnik bogini zwycięstwa. Inne pomniki upamiętniały szczególnie tu popularnego księcia Henryka. Topografię parku urozmaicały sadzawki i mostki.

W Dąbroszynie warto odwiedzić nie tylko pałac, ale także neogotycki kościół pw. św. Józefa. Kryje on w sobie niejedną tajemnicę rodu von Weerech, których włości obejmowały tereny wokół Kostrzyna. Ślady po tym dumnym rodzie ocalały w krypcie kościoła w Dąbroszynie. Można tam obejrzeć prawie sto pięćdziesiąt metalowych zabytków: fragmenty antab, tablice inskrypcyjne i epitafijne oraz tarcze herbowe poświęcone przedstawicielom rodu, które pierwotnie umieszczono na ścianach i wiekach trumiennych. Gloryfikacji rodu służyły też drobne elementy stylizowanej wici roślinnej, będące przykładem kunsztu nieznanych z nazwiska twórców barokowych i dowodem bogactwa rodu. W odrestaurowanej krypcie dąbroszyńskiej można zobaczyć także odnowiony miedziany sarkofag zmarłego w 1696 r. Hansa Adena von Schloninga.

U bram Świętego Grobu

Z Dąbroszyna niedaleko już do właściwego celu podróży - CHWARSZCZAN ( 13 km). Musimy przejechać Sarbinowo i stamtąd kilka kilometrów główną drogą w kierunku na Szczecin.

Komandoria templariuszy w Chwarszczanach została założona na planie elipsy. Na dziedzińcu okazałego zamku wzniesiono kaplicę. Ta gotycka kaplica zawiera relikty romańskiej, granitowej świątyni z połowy XIII w., pod postacią dolnej części fasady z ostrołukowym portalem i materiału rozbiórkowego użytego do wzniesienia masywnej podbudowy. Wnętrze przykryte jest sklepieniem krzyżowo-żebrowym, opartym na kapitelach służek, pomiędzy którymi umieszczono ostrołukowe okna. W prezbiterium znajdują się dwie wnęki z formowanej cegły. Wnęka na ścianie południowej służyła jako siedzisko, natomiast na ścianie wschodniej jako sakraria, gdzie przechowywano Najświętszy Sakrament. Bryła świątyni opięta masywnymi przyporami zastąpionymi w narożach fasady cylindrycznymi wieżami zwieńczonymi kopułowo, w zamyśle budowniczych miała być ideową kopią Świętego Grobu lub Świątyni Salomona. W południowej elewacji, na wysokości drugiego przęsła, znajduje się zamurowany, terakotowy portal.

W połowie XIV w. dobra templariuszu zostały przekazane joannitom, którzy oddali do renowacji ołtarz pw. św. Katarzyny i św. Jana Ewangelisty, rozbudowując zarazem jego program ikonograficzny przez ufundowanie zespołu malowideł przedstawiających Apostołów i święte Dziewice. W 1540 r. joannici przenieśli się do Świdwina. W Chwarszczanach utworzono siedzibę domeny państwowej. Kaplica została zamieniona na zbór protestancki. W 1758 r., w trakcie bitwy pod Sarbinowem, zabudowania komandorii zostały zniszczone, a kaplica poważnie uszkodzona. Po II wojnie światowej część średniowiecznych malowideł została zamalowana i dopiero teraz trwają prace nad ich renowacją.

Kaplica skarbów

W tej kaplicy właściwie kończymy nasz pielgrzymkowy szlak tropem templariuszy ku Jerozolimie. Zwłaszcza, że powoli dobiega także końca świetność zakonu, utrwalona w licznych legendach i opowieściach o ukrytym skarbie. Do tej pory historia zakonu templariuszy jest tajemnicza i owiana legendami. W XIII w. zakon rycerzy noszących czerwone krzyże na płaszczach zyskał w Europie, a zwłaszcza we Francji ogromne wpływy. Templariusze pełnili bowiem funkcje królewskich administratorów i bankierów, czerpali też dochody z uprawy gruntów rolnych i hodowli zwierząt. Posiadali patronaty nad kościołami, pobierali opłaty celne, zbierali datki przeznaczone na wyprawy krzyżowe. Zajmowali się na dużą skalę handlem i operacjami finansowymi. Na komandoriach w poszczególnych krajach, także na tej w Chwarszczanach - niedaleko Kostrzyna, spoczywał obowiązek utrzymania rycerzy, którzy bronili Bożego Grobu w Jerozolimie. Templariusze zatem od samych początków nastawieni byli na prowadzenie " dochodowej" działalności. Musieli bowiem nie tylko utrzymać własną komandorię i zamieszkujących na jej terenie zakonników, ale jedną trzecią swoich dochodów przekazywać do Ziemi Świętej. Jedna z legend głosi, że z czasem zebrano tam tyle kosztowności, iż część z nich, załadowanych na dwanaście wozów, wielki mistrz Jakub de Molay przywiózł do Francji. Związane z tym przekonanie o bogactwie zakonu stało się przyczyną jego zguby. Na ich domniemany skarb pokusił się król Francji Filip Piękny. Pragnąc uwolnić się od długów, król ten w 1307 r. uwięził wszystkich francuskich templariuszy, starając się zagarnąć ich bogactwa. Pod wpływem króla Filipa papież Klemens V rozwiązał zakon w 1312 r. 18 marca 1314 r. spłonął na stosie ostatni mistrz - Jakub de Molay. Nie jest jasne, czy rzekomy olbrzymi skarb zakonników wpadł w ręce francuskiego króla, czy też zdołano go w ostatniej chwili ukryć. W jego poszukiwaniach należy jednak zachować daleko idącą ostrożność. Niech ku przestrodze posłużą dwa fakty: w miesiąc po śmierci ostatniego wielkiego mistrza templariuszy umiera papież Klemens V, a niespełna pół roku później umiera rażony apopleksją król Filip Piękny. Łatwego życie nie mieli także joannici, którzy odziedziczyli po templariuszach ich dobra. Na naszych ziemiach nie ostał się bowiem żaden przysiółek tego zakonu, choć w XIV i XV w. podległych im było wiele wiosek, dworów i hektarów ziemi.

Słońsk - Górzyca - Ośno Lub.

Pod znakiem krzyża joannitów

Po wielowiekowej przerwie na drogach północnej części naszej diecezji można dziś spotkać rycerzy w czarnych szatach z białym maltańskim krzyżem, którego cztery ramiona, każde w kształcie równoramiennego trójkąta, zakończonego na krótszym boku dwoma ostrokątami, symbolizowały osiem błogosławieństw ewangelicznych. Historia Słońska, Sulęcina, Kostrzyna, Łagowa nieodłącznie związana jest z zakonami rycerskimi.

Burzliwa historia

W XII w., w dalekiej Jerozolimie, dla obrony chrześcijańskiego Królestwa Jerozolimskiego, powstały zakony krzyżowe: joannici, templariusze i krzyżacy. Zakon Braci Szpitalnych św. Jana Chrzciciela lub też Suwerenny Zakon Rycerski św. Jana Jerozolimskiego, jak brzmią pełne nazwy joannitów, miał na celu opiekę nad rannymi, niesienie pomocy chorym, ubogim i pielgrzymom, a także zbrojną ochronę szpitala - stąd powszechnie nazwano ich szpitalnikami. Po upadku chrześcijańskiego państwa na Wschodzie w 1291 r., rycerstwo musiało przenieść się do Europy - zakon osiedlił się najpierw na Cyprze, później na wyspie Rodos, by ostatecznie osiąść w 1530 r. na Malcie (stąd przyjęło się także nazywanie joannitów Kawalerami Maltańskimi). Joanici pozyskiwali także posiadłości w innych krajach Europy. Kolonizowali tam pustki i nieużytki. W 1427 r. rycerze ci nabyli zamek w Słońsku i przynależne do niego posiadłości. Słońsk stał się centrum ich administracji - siedzibą wielkiego mistrza i baliwa joannitów w Brandenburgii. Baliwatowi słońskiemu podlegały między innymi Łagów, Chwarszczany i Rąpice. Dobra zakonu obejmowały dziesiątki wsi i sięgały aż pod granice Wielkopolski k. Międzyrzecza. Podczas reformacji w XVI w. joannici utracili większość swoich posiadłości, a ich upadek trwający do końca XVII w., spowodowany został nadmiernym wzrostem bogactwa, obniżeniem karności i gorliwości zakonników oraz zmniejszeniem zagrożenia ze strony islamu. Pod koniec XVIII w. Napoleon I Bonaparte zajmuje Maltę i zakonnicy po długiej tułaczce już na stałe przenoszą główną siedzibę zakonu (konwent) do Rzymu (od 1960 r. Pałac Malta jest eksterytorialny), gdzie znajduje się także rezydencja wielkiego mistrza. Po kasacji zakonu templariuszy w 1312 r. większość ich dóbr przejęli joannici. Tak stało się na terenach średniowiecznej diecezji lubuskiej. Pod wpływem reformacji i pod naciskiem margrabiego Jana z Kostrzyna osiedleni na tych terenach zakonnicy przyjęli protestantyzm i z tego powodu przestali podlegać wielkiemu mistrzowi zakonu. Od tego także czasu zakon joannitów, zwłaszcza z baliwatu brandenburdzkiego, w dużej mierze stał się świecką organizacją skupiającą protestancką arystokrację niemiecką, kultywującą tradycję rycerską i szpitalną.

Baliwat słoński

SŁOŃSK to dość duża wieś o miasteczkowym charakterze, położona na skraju doliny Warty, znana głównie z pobliskiego rezerwatu ptaków, na terenie którego powołano ostatnio Park Narodowy. Mniej znany jest natomiast ze swojej rycerskiej historii. Związki z ptakami podkreśla bocianie gniazdo na budynku Urzędu Gminy. Natomiast kościół parafialny i historia parafii jest ściśle związana z dziejami Rycerskiego Zakonu Szpitalnego św. Jana Jerozolimskiego, który od 1426 do 1810 r. był prawnym właścicielem Słońska i okolicznych wsi.

Osada ma unikatowy układ urbanistyczny, odzwierciedlający złożoną historię wsi. Zabudowa tworzy charakterystyczny zespół zabudowy małomiasteczkowej i wiejskiej, który jest jednym z najlepiej zachowanych w regionie. Najstarsze budynki pochodzą z początku XIX w. W zespole zabudowy zwracają uwagę pojedyncze kamienice z połowy XIX i początków XX w. o formach nawiązujących do secesji.

Budowę kościoła rozpoczął w 1474 r. mistrz zakonu Richard van der Schulenburg, a zakończył Georg von Schlaberndorf w 1522 r. Pierwotnie była to kaplica zamkowa joannitów. Kościół wielokrotnie przebudowywano: 1694-1700, 1814-1817 oraz 1978-1980. Budowla zachowała swój późnobarokowy wygląd z ołtarzem renesansowym pochodzącym z kaplicy zamkowej w Koln, a podarowanym przez księcia Johanna Georga von Brandenburg, gdy ten przeszedł na kalwinizm. Poza tym do dzisiaj zachowała się jedynie ambona wykonana w 1773 r., organy z 1845 r., barokowa chrzcielnica, figura Chrystusa, pięknie zdobione późnogotyckimi malowidłami gwiaździste sklepienie oraz witraże z joannickimi herbami. Dzięki wsparciu zakonu i Niemieckiemu Centrum Rzemiosła i Pielęgnacji Zabytków w Fuldzie zabytki te oraz dach i wieża kościoła zostały poddane renowacji. Teraz w kolejności na odnowienie czekają witraże. Tu i ówdzie można rozpoznać ośmiokątny, maltański krzyż. Do 1931 r. obowiązywał zwyczaj, który nakazywał, by nowo wstępujący do zakonu rycerz fundował własną tablicę herbową. Niestety, po wojnie większość tablic trafiła do Muzeum Narodowego w Warszawie.

Zamek natomiast stał się "pamiętnikiem" zakonu. Zbudowany w obronnym miejscu między odnogami Łęczy (Lenki) w 1341 r. dawny zamek rycerski z XIV w., po przejęciu przez zakon poddawany był licznym przebudowom w duchu baroku i neogotyku. Znajdowały się w nim portrety i herby kolejnych dostojników, odbywały się zjazdy członków zakonu z zachowaniem tradycyjnych strojów, symboli i obrzędów joannickich, a tytuł rycerza joannitów nosili niemal wszyscy lokalni arystokraci. Obok zamku powstał szpital zakonu joannitów, co było znakiem powrotu do pierwotnych tradycji. Zakon stał się prekursorem powstania Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Joannicki zamek w Słońsku przetrwał II wojnę światową. Gorsze były jego losy po wojnie. W zamku urządzono magazyn zbożowy. Zamek spłonął we wrześniu 1975 r., teraz pozostały po nim jedynie ruiny i mury kapitalne.

Będąc w Słońsku warto też pójść do rezerwatu ptactwa wodnego. Służy ono jako lęgowisko, żerowisko i zimowisko dla ponad 230 gatunków ptaków: łabędzi, kaczek, gęsi, kormoranów, orła bielika. Występuje tu również 135 gatunków roślin naczyniowych wodnych, błotnych i bagiennych. Na tym rozległym obszarze rozlewisk i podmokłych terenów u ujścia Warty w czerwcu tego roku został powołany Parku Narodowy. Jest to jedyny spośród 23 Parków Narodowych, który w całości leży na terenie naszego województwa.

Biskupstwo lubuskie

Ze Słońska proponuję wybrać się na małą przejażdżkę do GÓRZYCY. Na tych ziemiach bowiem kształtowała się pierwsza kościelna administracja ziem zachodnich. W 1124 r. Bolesław Krzywousty przy współpracy z legatem papieskim powołał nowe biskupstwo w Lubuszu dla zachodnich terenów państwa. Kościół miał wśród Słowian zamieszkujących te tereny prowadzić działalność misyjną, aby w ten sposób przywiązać ich do Polski. Ten plan Bolesława Krzywoustego się jednak nie powódł i już w sto lat później, w 1249 r., arcybiskup magdeburski, któremu podlegały te ziemie, zadecydował o przeniesieniu stolicy biskupiej do Górzycy. Do 1328 r. Górzyca była stolicą biskupów i kapituły lubuskiej. Biskupom podlegało większość okolicznych wiosek: Pamięcin, Laski Lub., Ośno Lub., Krzeszyce. Jednak to Górzyca stanowiła wówczas centrum kultu religijnego w regionie, a w niej szczególnie katedra bp. Wilhelma z 1252 r., w której ponoć znajdował się łaskami słynący obraz Matki Bożej. Niestety, kościół został zburzony. Odbudowano go z ruin dopiero w latach 1980-1982. W centrum ołtarza znajduje się XVII-wieczny obraz Matki Łaski Bożej, patronki parafii, po bokach stoją figury św. Stanisława i św. Wojciecha, a ołtarz zwieńczony jest figurami Trójcy Świętej. Margrabia Jan z Kostrzyna, który w 1538 r. wprowadził protestantyzm na terenie Nowej Marchii (tereny diec. lubuskiej) wydał nakaz zniszczenia siedziby biskupów, którzy przenieśli się znów do Lubusza, a potem do Fuarstenwaldu. W 1560 r. wyznanie katolickie zostało w Brandenburgii zakazane.

Z Górzycy kierujemy się na Rzepin. Pierwszy przystanek mamy już po 5 km - LASKI LUBUSKIE. Miejscowość ta znana jest od 1317 r. Była posiadłością biskupów lubuskich, rezydujących w Górzycy. Pierwsze informacje o budowie kościoła pochodzą z początku XVIII w. Kościół pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny zbudowano w stylu romańskim z kamienia i cegły, z barokową wieżą z 1742 r. Ołtarz główny jest współczesny, ale nawiązujący do stylu romańskiego, w centralnej jego części znajduje się obraz Matki Bożej Siewnej.

Po następnych 5 km zatrzymujemy się w RADÓWKU. Pierwsze wzmianki o kościele pochodząc z 1317 r. Obecny kościół pw. Matki Bożej Różańcowej, murowany z kamienia ciosanego, pochodzi z XV w. Wejście do wieży ujęte ostrołukowym portalem ceramicznym, w elewacji wschodniej ma trzy ostrołukowe okna, flankowane analogicznymi wnękami. Plastyczne rozwiązanie elewacji wschodniej nawiązuje do architektury XIII-wiecznych granitowych kościołów romańskich z terenu ziemi lubuskiej i Pomorza Zachodniego.

Z Radowa, w którym warto zatrzymać się choć na chwilę w filialnym w kościele jedziemy do KOWALOWA. Pierwsza wzmianka o parafii i kościele w Kowalowie pochodzi z 1360 r. Późnoromański kościół pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła, dwukrotnie w ostatnich latach odbudowywany po pożarze, jest jednonawowy o szerokiej prostokątnej nawie i prostokątnym prezbiterium.

Z Kowalowa kierujemy się na Ośno Lub. W połowie drogi, mniej więcej po sześciu kilometrach można zatrzymać się w SERBOWIE i zobaczyć tam gotycki kościół pw. Matki Bożej Królowej Polski z XIV w. Jeżeli ktoś jest pasjonatem średniowiecznych, romańskich kościółków proponuję za Serbowem zjechać do ŚWINIAR i wstąpić do kościoła pw. Matki Bożej Częstochowskiej z XIII w.

Tysiąc lat chrześcijaństwa

OŚNO LUBUSKIE jest starą słowiańską osadą. Pierwsza wzmianka pochodzi z 965 r. Rok 967 jest datą historyczną dla Ośna Lub. - wówczas to mieszkańcy przyjęli chrzest. Ośno Lub. należało w 1252 r. do biskupów lubuskich, którzy przyczynili się do powstania parafii. W 1298 r. został ufundowany kościół pw. św. Jakuba. Z 1400 r. pochodzi zapis, że do kościoła św. Jakuba w Ośnie należało 41 miejscowości z kościołami. W okresie reformacji Ośno wraz z kościołem zostało przejęte przez protestantów. W XIX w., z powodu zmniejszenia się liczby katolików, Ośno stało się stacją misyjną Nowej Soli. W 1895 r. została erygowana parafia misyjna. W 1945 r. po wyjeździe protestanckiej ludności niemieckiej, zamieszkali tu polscy katolicy, a kościół otrzymał tytuł Trójcy Świętej. W 1963 r. dokonano konsekracji ołtarza i przywrócono pierwotny tytuł kościołowi i parafii - św. Jakuba Apostoła. Kościół parafialny po pożarze w 1596 r. odbudowano w stylu gotyckim, jednak niespełna sto lat później, w 1674 r., ponownie uległ spaleniu. Obecny wygląd wieży pochodzi z końca XVI w., a sklepienie z roku 1834 W prezbiterium znajduje się pięciokondygnacyjny, późnorenesansowy ołtarz z 1627 r., (I - Ostatnia Wieczerza, II - Ukrzyżowanie, III - Zmartwychwstanie, IV - Wniebowstąpienie, V - Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, u szczytu Pelikan - symbol Eucharystii).

W Ośnie zachowały się także średniowieczne mury miejskie wzniesione w 1477 r. z głazów narzutowych i nadbudowane cegłami, w których umieszczono 12 baszt. Otaczają one miasto na długości 1350 m. W drodze powrotnej do Słońska warto zatrzymać się w RADACHOWIE i pomodlić się w kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Jest to bowiem jeden z piękniejszych kościołów o konstrukcji szachulcowej, któremu uroku dodaje drewniana wieża. Jeżeli ktoś na tę wyprawę wybrał się rowerem, proponuję pojechać mniej uczęszczaną drogą przez GRONÓW i wstąpić tam do XIII-wiecznego kościoła pw. św. Piusa X.

Tak kończy się nasza podróż po śladach zamierzchłej ponad tysiącletniej historii chrześcijaństwa ziemi lubuskiej. Wpisali się w nią biskupi lubuscy, joannici, protestanci, a także proboszczowie, którzy po wojnie przyjechali tu wraz ze swoimi parafianami zza Buga. Teraz tę historię tworzymy my, budując nowe kościoły, odnawiając stare, ale przede wszystkim modląc się w miejscach naznaczonych przez ludzkie troski i pragnienia.

Sulęcin - Trzemeszno - Łagów - Torzym

Pętla Łagowska

Wyprawę po wielkiej "Pętli Łagowskiej" najlepiej rozpocząć wczesnym rankiem na rynku w Sulęcinie. Dla odważnych i pełnych energii ta całodzienna wyprawa może przynieść niezapomniane wrażenia. Jeżeli ktoś zamierza tę kilkudziesięciokilometrową trasę pokonać na rowerze, zalecam najpierw małą rowerową zaprawę i dobrze przespaną noc.

Rycerskie początki

Początki parafii w SULĘCINIE sięgają roku 1241. Wtedy to rycerz Mrotsek uzyskał zezwolenie na prowadzenie kolonizacji na terenie dóbr sulęcińskich. Trzy lata później ów rycerz przekazał miasto zakonowi templariuszy, z prawem patriarchatu nad kościołem. W XIV w. kościół pw. św. Mikołaja przeszedł na własność rycerskiego zakonu św. Jana Chrzciciela, czyli joannitów (o zakonach templariuszy i jonanitów czytaj w dwóch poprzednich trasach). Oni jednak nie potrafili przeciwstawić się trendom reformacji. Wiele zatem okolicznych miejscowości zostało obsadzonych przez duchownych protestanckich, natomiast katolicy tworzyli małe, pojedyncze gminy katolickie. Przez następne 300 lat uczęszczali oni na wszelkie nabożeństwa do Neuzelle. Ożywienie nastąpiło dopiero w 1853 r., gdy Sulęcin został objęty posługą katolickiego proboszcza ( tzw. misyjnego) rezydującego w Drossen. Powstaje szkoła katolicka. Wskutek szybkiego wzrostu ilości katolików, mocą zalecenia wizytacyjnego z 1870 r., postanowiono przenieść siedzibę parafii z Drossen do Sulęcina. Wtedy to wybudowano nowy kościół pw. św. Henryka. Od 1945 r. parafię zamieszkują Polacy, przybyli z terenów wschodniej Polski. Kościół pw. św. Mikołaja wybudowany został w XIII w. w stylu gotyckim, rozbudowany XIV w. został zniszczony w 1945 r. Po odbudowie, niestety, zatracił swój gotycki styl.

Kościół pw. św. Henryka wybudowano w stylu neogotyckim. Został on poświęcony 23 czerwca 1862 r. W ołtarzu znajduje się obraz Matki Bożej Rokitniańskiej. Warto właśnie w tym kościele krótką modlitwą rozpocząć podróżniczą wyprawę.

Następnie żółtym szlakiem przez os. Kopernika kierujemy się w stronę Trzemeszna (14 km). Droga najpierw wiedzie Napoleońskim Brukiem, by potem na rozdrożu, gdzie łączy się z czarnym szlakiem ( wiedzie do Jeziora Lubniewskiego) przejść w Stary Nasyp. Niedaleko za Kolonią Glisno po prawej stronie miniemy głazy narzutowe "Omszałek", a stamtąd dość prostą drogą już blisko do Trzemeszna.

Łączenie Wschodu z Zachodem

Parafia katolicka w TRZEMESZNIE istniała prawdopodobnie już na przełomie XIII i XIV w. Wzmianki pochodzą z 1510 r. Pierwszy kościół, drewniany, kryty gontem był budowany w tej parafii na przełomie XIII i XIV w. Rozebrano go w 1854 r. Po II wojnie na terenie parafii zamieszkali Polacy przesiedleni ze wschodniej Małopolski, szczególnie z Buczacza, Bucniowa, Podzameczka, Horodnicy i innych miejscowości województwa tarnopolskiego. Nowy kościół pw. Matki Bożej Królowej Polski został zbudowany w 1866 r. w stylu neogotyckim. W prezbiterium świątyni znajduje się figura Matki Bożej z XIX w., przywieziona po wojnie z terenów wschodnich z parafii w Buczaczu.

Przez Trzemeszno wiedzie nas ciągle żółty szlak rowerowy i za miastem wjeżdżamy na drogę wzdłuż granic opuszczonego już poligonu wojskowego (z Trzemeszna do Łagowa jest ok. 17 km). Na skraju Łagowskiego Parku Krajobrazowego natrafiamy na kolejne rozdroże. "Nasz" żółty szlak przecina teraz szlak czerwony (wiedzie on wzdłuż jezior), od którego później odchodzi niebieski (zaprowadzi nas na wyniosłą górę Bukowiec). Natomiast żółty szlak przecina jeszcze szlak czarny. Mamy zatem różne możliwości zwiedzenia malowniczych zakątków Parku. Szlak czerwony z żółtym na powrót łączą się przy końcu Rezerwatu Leśnego " Buczyna Łagowska", chroniącego piękny 100-120-letni drzewostan.

Zanim wjedziemy do Łagowa warto zboczyć nieco w lewo i zawitać do ŁAGÓWKA. Znajdziemy tam szachulcowy kościół klasycystyczny pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Nad zachodnią częścią korpusu jest drewniana wieżyczka z latarnią.

W środku Europy

W ŁAGOWIE - centrum Europy, warto zaplanować sobie dłuższy postój. To wcale nie przesada, gdyż kilkanaście kilometrów na zachód od Łagowa przebiega 15 południk, według którego ustalony jest czas środkowo-europejski. Być może warto pomyśleć, by właśnie tutaj przerwać na jeden dzień swoją wyprawę. W Łagowie bowiem znajduje się dom rekolekcyjny i po uprzednim uzgodnieniu z księdzem proboszczem można skorzystać tam z noclegu.

Pierwszy przysiółek powstał w Łagowie w 1227 r. Pierwotnie osada ta należała do panów brandenburskich. W 1299 r. margrabiowie Otto, Konrad i Henryk sprzedali majątek jako zadośćuczynienie win rycerzowi Albertowi von Klepitz. W 1347 r. Łagów przeszedł w ręce zakonu joannitów. W Łagowie zakon umieścił, przypuszczalnie wkrótce po uzyskaniu miejscowości, siedzibę komandorii, która obejmowała rozległą okolicę z 18 wioskami i Sulęcinem. Joannici wybudowali tutaj zamek z wieżą i panowali aż do rozwiązania zakonu w 1810 r. Zatem osada Łagów Lub. pierwotnie była niewielkim podgrodziem przy warownym zamku joannitów. Mieszkańcy podgrodzia na nabożeństwach religijnych gromadzili się w kaplicy przyzamkowej wzniesionej pod koniec XVI w. Dopiero w latach 1725-26 wybudowano nową świątynię. Zamek joannitów położony jest na przesmyku dwóch jezior. Obecna bryła budowli, ukształtowana w XVII w., składa się z czterech dwukondygnacyjnych skrzydeł, które tworzą renesansowy dziedziniec. Nad zamkiem góruje wieża warowna - atrakcyjny punkt widokowy. Natomiast na podzamcze składa się przylegający do zamku piękny stary park o bogatym starodrzewie, ograniczony linią brzegową Jeziora Trześniowskiego. Na terenie parku znajduje się scena letnia i amfiteatr, gdzie m.in. odbywa się co roku Łagowskie Lato Filmowe.

Sam zamek oraz inne dobrze zachowane zabytki architektoniczne ( Brama Marchijska, Brama Polska, kościół parafialny pw. św. Jana Chrzciciela) świadczą o bogatej i ciekawej przeszłości historycznej Łagowa. Były one świadkami dziejów tej pogranicznej ziemi, w którą wsiąkło wiele słowiańskiej krwi. Wzdłuż zachodnich brzegów obu jezior biegła niegdyś granica plemienna Polan i Lubuszan, na co wskazuje wyznaczona właśnie w tym miejscu granica utworzonego w 1125 r. biskupstwa lubuskiego oraz obronny gród słowiański z XII w.

Przyroda nie poskąpiła Łagowowi i jego okolicom swych obfitych darów. Niewątpliwie jest to raj dla amatorów spędzania wolnego czasu na łonie natury. Rynna jezior łagowskich zaliczana jest do najpiękniejszych w Polsce. Wokół dorodne lasy z dużym fragmentem lasu naturalnego. Jeżeli ktoś zaplanował dłuższy pobyt w Łagowie, polecam przejście się ścieżką przyrodniczą. Długość ścieżki wynosi 4500 metrów. Prowadzi ona wzdłuż brzegu Jeziora Łagowskiego, poprzez las do rezerwatu "Pawski Ług", gdzie znajdziemy pomnik przyrody - topolę białą, aż po zarastające jeziorko przekształcające się w torfowisko.

Z Łagowa wyjeżdżamy nadal żółtym szlakiem i kierujemy się przez Kolonie Raków i Walewica na Torzym (20 km). Jeżeli ktoś ma wystarczająco sił, by popedałować trochę "ponad plan" zachęcam do zjechania z żółtego szlaku w Walewicach na GRABÓW (dawna posiadłość joannitów). Znajduje się tam XIX-wieczny kościół szachulcowy z późnogotycką dzwonnicą (z 1530 r.). Stamtąd jest już niedaleko do Torzymia.

Torfowym szlakiem

Historia TORZYMIA sięga roku 1375. Nazwa miasta (niem. Sternberg) wiąże się z osobą dawnego właściciela, arcybiskupa magdeburskiego, Konrada von Sternberga, który zbudował tutaj swój zamek. W XIV w. Torzym był już grodem, stolicą okręgu administracyjnego, zwanego ziemią torzymską. Zniszczenia ostatniej wojny (ok. 50%) spowodowały, że Torzym utracił prawa miejskie. Dopiero dekretem Rady Ministrów w 1994 r. uzyskał je ponownie i odtąd jest prężnie rozwijającym się ośrodkiem gospodarczo-turystycznym. Burzliwa historia nie pozostawiła Torzymowi wielu zabytków, za to niewątpliwą atrakcją przyrodniczą są torfowiska. Spotyka się tu wszystkie ich trzy typy: wysokie, przejściowe i niskie. I właśnie wśród torfowisk wiedzie dalej nasza trasa. W Torzymiu zostawiamy żółty szlak i najpierw kierujemy się drogą krajową nr 2 w kierunku Frankfurtu, by zaraz za miastem zjechać w prawo na czarny szlak, który doliną Ilanki zaprowadzi nas do BOBRÓWKA (8 km) . Ilanka ok. 3 km za Torzymiem tworzy rozległe naturalne torfowisko niskie, silnie podtopione z bardzo ciekawą szatą roślinną i światem ptaków. W dolinie Ilanki, 2 km na północ od Torzymia warto zobaczyć wzgórze zamkowe związane z historią rodziny von Winning.

Z Bobrówka mamy dwie możliwości dalszej trasy. Albo pojedziemy szlakiem niebieskim nad Jezioro Ostrowskie (10 km) i stamtąd do Sulęcina ( 5 km), albo dalej pokierujemy nasze dwa kółka szlakiem czarnym aż do Jeziora Lubieńskiego (ok. 8 km), gdzie wjedziemy na drogę prowadzącą do BRZEŹNA. W 1286 r. wieś była pod patronatem templariuszy, a w 1322 r. przejęli ją joannici. Możemy tam obejrzeć kościół romański pw. św. Antoniego zbudowany w latach 1773-1774. Stamtąd dość prosta droga zaprowadzi nas do Sulęcina, gdzie czekać nas będzie zasłużony odpoczynek.

Duszpasterska wizyta, duszpasterska szansa

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 3/2004

Graziako/Niedziela
Kapłan podąża z wizytą kolędową

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, w pogotowiu jest cały blok albo cała ulica. Kobiety zwalniają się z pracy, aby na czas przygotować stół przykryty obrusem, kropidło, naczynie z wodą święconą, pasyjkę i świece. Dzieciaki na gwałt uzupełniają zeszyty do religii albo gwarem wypełniają klatki schodowe, by co chwilę meldować pod „którym ksiądz jest numerem”. W blokach, w wielkich parafiach wizyta trwa krótko, najwyżej kilka minut. Jedni nie kryją irytacji: Na co komu taka kolęda? Czy coś z niej wynika? Inni bronią księży: przecież parafia liczy 15 tys. osób - musi wystarczyć krótka modlitwa i wymiana kilku zdań. Tak czy owak, nie milkną dyskusje wokół celowości kolędy.

Skąd się wzięła

O chodzących po kolędzie księżach pisał już Mikołaj Rej wkładając w usta wójta krytykę plebana: „... potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła Illuminare / a ty chłopku musisz dare...”. Skąd się jednak wziął zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić.
W starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callandae), zaczynające nowy rok. Wiadomo także, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy.
Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów w uroczystość Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyta rozłożyła się na czas poświąteczny.
Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli napisać poświęconą kredą na drzwiach domów „K+M+B” (lub „C+M+B”) i datę roczną. Litery nie tyle są, jak zazwyczaj się uważa, skrótem od tradycyjnych imion Trzech Króli, lecz od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
Dziś wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale może przede wszystkim spotkanie duszpasterza z parafianami. Przygotowanie do takiej wizyty powinno przebiegać w dwóch wymiarach: duchowym i zewnętrznym przygotowaniu domu.

... i jak przebiega?

Odwiedziny duszpasterskie mają charakter domowej liturgii. Rozpoczynają się od obrzędu błogosławieństwa rodzin (w czterech wersjach) ze wspólną modlitwą i ewentualnie rozważaniem Słowa Bożego. Niekiedy wizyta rozpoczyna się od zaintonowania kolędy, którą wraz z domownikami (i czasami ministrantami) śpiewa kapłan. Witając się słowami „pokój temu domowi” życzy, aby stale był w tym domu obecny Chrystus, który przychodząc na świat przyniósł ludziom pokój. Po tym pozdrowieniu następuje modlitwa o błogosławieństwo Boże dla całej rodziny i obrzęd błogosławieństwa mieszkania z pokropieniem wszystkich obecnych wodą święconą.
Podczas wizyty powinien być czas na rozmowę duszpasterza z wiernymi, przedstawienie księdzu rodzinnych radości i problemów; jest możność zademonstrowania osiągnięć szkolnych pociech, czy też ich udziału w parafialnych ruchach.
Dziś jednak często dominuje pesymizm. Biedniejemy, wielu traci pracę i stać ich na skromną lub żadną ofiarę. Wstydzimy się tego, bo przecież chcemy złożyć jakiś datek na potrzeby najbliższej nam wspólnoty. Zatem „ ile dać?”, staje się często przedmiotem długich dysput i przysłania zupełnie inne możliwości, jakie stwarzają odwiedziny księdza w naszym domu.
Na ogół nie wiemy też, dlaczego i po co duszpasterze zapisują coś w swoich kartotekach. Czyżby spisywali wysokości ofiar, albo liczyli „pogłowie”? Tymczasem księża tłumaczą, że informacje zebrane podczas kolędy pozwalają na rozeznanie potrzeb danej rodziny, uregulowanie jej spraw dotyczących życia sakramentalnego (np. stwierdzenie pożycia w związku niesakramentalnym).
- Dokładne przestudiowanie kartotek przed kolędą było dla mnie zawsze bardzo cenną sugestią - wyjaśnia ks. Dariusz Gącik, notariusz Kurii diecezjalnej w Kielcach. - Wynikało z nich np., że ktoś z rodziny jest poważnie chory, że jest w niej problem alkoholowy albo, że ludzie żyją bez ślubu. Znając te fakty mogłem odpowiednio przygotować się do rozmowy. I zdarza się, że wizycie duszpasterskiej towarzyszą naprawdę budujące doświadczenia - jej owocem jest np. chrzest dziecka, przystąpienie do sakramentu pokuty po długim okresie przerwy, zawarcie zawiązku małżeńskiego, albo skierowanie do rodziny konkretnej pomocy materialnej. Ogólnie - „powrót do praktyki wiary”, jak mówią księża.
Niekiedy, z myślą o swych następcach, szczególnie w miejskich parafiach, duszpasterze przekazują sobie uwagi zabawne i nietypowe, np. gdzie można liczyć na posiłek. Chociaż, co do posiłku, to w miastach brakuje zupełnie nań czasu - chyba że jest to naprawdę ostatnie mieszkanie w tym dniu.
- Dzień chodzącego z wizytą duszpasterską księdza przedstawia się zazwyczaj tak - wyjaśnia ks. D. Gącik. - Rano katecheza w szkole, powrót na obiad lub nieco później, przejrzenie kartotek i już ok. 15.00 rozpoczynamy wizytę duszpasterską. Kończymy zwykle ok. 21.00 - 21.30. Potem ewentualnie jakaś kolacja i przygotowanie się do katechezy na następny dzień. Czasem przez tydzień zdarzało mi się nie odsuwać zaciągniętych na noc zasłon…

Po co w ogóle takie odwiedziny

W Kodeksie Prawa Kanonicznego odnajdujemy kan. 529 § 1, który mówi: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeżeli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując”.
Wizyta duszpasterska jest dobrym sposobem realizacji tej „funkcji pasterza”. Ks. D. Gącik przestrzega przed nazywaniem jej kolędą. Bo kolęda dotyczy tylko okresu Bożego Narodzenia i choć jest umocniona w Polsce silną tradycją, nie należy ograniczać możliwości wyboru przez proboszcza innego czasu.
Coraz częściej dzieje się tak w wielkich miejskich parafiach, gdzie wizytę rozpoczyna się na początku Adwentu - np. w kieleckiej parafii św. Maksymiliana. - Siła tradycji jest tak wielka, że ludzie oburzają się na tę praktykę. A nie ma ku temu podstaw - wyjaśnia ks. Gącik, zalecając wyrozumiałość wobec realiów konkretnej parafii. W innych diecezjach spotkać można daleko bardziej nowatorskie praktyki, np. odwiedzanie parafian przez cały rok w dwa wybrane dni tygodnia. Wówczas są to wizyty rzeczywiście długie. Ale u nas… - My pochodzimy z Bielin, Wilkowa, Lisowa - tłumaczą parafianie ze św. Maksymiliana - w naszych wsiach nie rozbierało się choinki, dopóki ksiądz nie przyszedł po kolędzie. To i niełatwo przywyknąć...

Jak to jest w naszej diecezji

Diecezja kielecka ma w zdecydowanej większości charakter rolniczy, gdzie na dobre zakorzenił się obyczaj celebrowania kolędy. Nie ma mowy o krótkich odwiedzinach. Ksiądz musi wysłuchać tego, co ludzie mają mu do powiedzenia, czasem pokosztować ciast upieczonych na tę okazję, „omodlić” nowe domowe sprzęty, skorzystać z transportu organizowanego przez parafian. Pan Stanisław z Morawicy nie wyobraża sobie, żeby ksiądz chodził na piechotę albo jeździł własnym samochodem. - To jedyna okazja, żeby z księdzem bliżej pogadać, poznać go. No i nie wypada - kwituje krótko. - Co ksiądz, to ksiądz.
- Dla mnie kolęda jako ciągłe pogłębianie relacji z parafianami, ma duży sens - wyjaśnia ks. prob. Marian Gawinek. - W takiej parafii jak Stojewsko, ksiądz zna wszystkich i wszyscy znają księdza, więc tym bardziej jest o czym porozmawiać. Odwiedzanie rodzin i domów odbywa się na sposób tradycyjny, w ciągu godziny mniej więcej są to cztery „numery”. Księdza poprzedzają zawsze ministranci, którzy zaśpiewają gospodarzom kolędę. Pan domu czeka przed bramą, zaprasza do wysprzątanego wnętrza. Z księdzem starają się spotkać wszyscy domownicy. Ludzie chcą się wygadać; mówią, że coraz trudniej im o nadzieję, rolnictwo jest bez szans. Ale ostatnio obserwuję, że część młodych zaczyna osiedlać się w rodzinnej parafii, głównie za sprawą dobrze prosperującego zakładu drzewnego.
Jednak i na kieleckiej wsi w tradycję wkraczają realia. - Ja z kolędą chodzę od rana, więc uwijamy się dość szybko - wyjaśnia ks. Jerzy Siemiński, proboszcz z Mieronic k. Wodzisławia. - Dlaczego? To proste. Ludzie nie pracują prawie w 100%, więc można odwiedzać ich od rana. W parafii Mieronice, liczącej ok. 1300 osób, kolęda trwa ok. 15 dni. Chociaż ludzie są ubodzy, to absolutnie nie spotkałem się z mniejszą niż kiedyś serdecznością. Chcą księdza zatrzymać jak najdłużej, wygadać się. Panuje zupełnie wyjątkowa atmosfera - inna, nie naznaczona takim pośpiechem, jak np. wspominam z Kielc czy Pińczowa.
Kolęda, choć nieraz krytykowana za jej formę, jawi się jako szansa i propozycja. Otwarte drzwi domów, tradycja staropolskiej gościnności i wreszcie zaproszenie do rewizyty - bo taki sens ma przecież jakakolwiek wizyta - stwarzają wielkie możliwości. Warto z nich skorzystać.

Wydarzyło się podczas kolędy...

Państwu N. pomyliła się data wizyty księdza, więc na pukanie kapłana otworzył tylko pan domu. Ponieważ zapewniał, że żona za chwilę nadejdzie, a do wizyty są w zasadzie przygotowani - psychicznie i duchowo, ksiądz zgodził się zaczekać i nawet ofiarował swą pomoc w szybkim przygotowaniu ładnie wysprzątanego pokoju. Jakaż była konsternacja pani domu, która na to właśnie nadeszła i stwierdziła, że stół został nakryty... poszewką na kołdrę.

* * *

Gospodarze długo oczekujący swej kolejki włączyli telewizor i zapomnieli go wyłączyć, gdy ksiądz wreszcie nadszedł. Usadowili go w fotelu naprzeciw ekranu, gdzie właśnie trwały wybory Miss Nastolatek, zapewniając, że to będzie najlepsze dla księdza miejsce…

* * *

Zmęczony całodzienną kolędą ksiądz trafił wreszcie na koniec do swych dobrych znajomych i rozluźniony rozpoczął wspólną modlitwę: „A teraz pomódlmy się słowami, którymi Pan Jezus zwrócił się do swego Ojca: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019

Orszak Trzech Króli w Miłakowie

2019-01-15 20:57

W Uroczystość Objawienia Pańskiego 6 stycznia 2019 roku w całej Polsce, w miastach i na wioskach odbywały się Orszaki Trzech Króli, które gromadziły tłumy ludzi. Najstarszym Orszakiem w Archidiecezji Warmińskiej, jak i w województwie warmińsko-mazurskim jest organizowany w Miłakowie.

Tegoroczne hasło Orszaku Trzech Króli „Odnowi oblicze ziemi” wpisuje się w pierwszą pielgrzymkę i czterdziestą rocznicę pobytu Papieża Świętego Jana Pawła II w Naszej Ojczyźnie - podkreślił Zbigniew Atrachimowicz przewodniczący Rady Mieszkańców.

I tym razem parafianie licznie zgromadzili się w kościele franciszkańsko-parafialnym pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Miłakowie na Eucharystii, której przewodniczył i homilię wygłosił o. Manswet Rzepka z klasztoru w Józefowie, były wieloletni misjonarz w Libii. W koncelebrze brali udział: o. Arkadiusz Czaja – gwardian klasztoru oraz zaproszony jako gość ks. kanonik Janusz Koniec. Po Mszy Świętej wierni udali się na przemarsz, który prowadził z kościoła do domu kultury, gdzie odbyło się wspólne kolędowanie.

Całą uroczystość poprowadzili: o. Arkadiusz Czaja oraz Zbigniew Atrachimowicz. W ramach kolędowania przygotowano dużo atrakcji, wśród których były „Jasełka” w wykonaniu przedszkolaków z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego im. Świętego Jana Pawła II z Miłakowa pod kierunkiem nauczycieli Mirosławy Kaszeta i Beaty Kalisz, a także występ zespołu dziecięcego działającego przy Miłakowskim Domu Kultury, prowadzonego przez Danutę Melnyk. Swój repertuar kolęd zaprezentował także chór parafialny „Oremus” z Miłakowa, który jest znany w środowisku artystycznym dzięki profesjonalnemu prowadzeniu go przez dyrygent Honoratę Siergun.

Chór koncertował już w wielu miejscach w naszym regionie, uświetniając wydarzenia religijne i kulturalne. Na szczególną uwagę zasługuje również piękny występ zespołu folklorystycznego „Warmianki”. Zespół ten posiada długą tradycję artystyczną, a co za tym idzie bogatą kolekcję zdobytych nagród na festiwalach w kraju. Osiągnięcia te zespół zawdzięcza doświadczonemu dyrygentowi Jerzemu Mudry z Morąga. Natomiast gwiazdą spotkania kolędowego była światowej sławy piosenkarka Krystyna Giżowska, która zaprezentowała kolędy i pastorałki oraz na prośbę osób przybyłych na uroczystości, także swoje wielkie przeboje.

Pani Giżowska kilkakrotnie bisowała, a widownia nagradzała ją gromkimi oklaskami na stojąco. Uczestnicy, jak i Artystka oraz przybyli z nią muzycy byli pod wielkim wrażenie dobrej organizacji Orszaku Trzech Króli w Miłakowie. Pani Giżowska nie omieszkała wspomnieć o czasach, gdy razem na jednej scenie występowała z o. Arkadiuszem obecnym przełożonym klasztoru w Miłakowie, gdy nie był on jeszcze zakonnikiem i również jako artysta występował na scenie w Polsce, a także na scenach wielu krajów europejskich. Należy podkreślić, że profesjonalna organizacja wydarzeń religijnych jak i artystycznych oraz klimat, jaki czynią franciszkanie i parafianie z Miłakowa przyciąga również ludzi z odległych miejscowości. Wśród uczestników uroczystości były także władze samorządowe na czele z Burmistrzem Miłakowa Krzysztofem Szulborskim i Radnym Powiatu Ostródzkiego Zbigniewem Zabłockim.

Klasztor Franciszkanów w Miłakowie stał się ostatnimi czasy znaczącym w Polsce ośrodkiem wydarzeń religijnych i kulturalnych, co przyczyniło się do wzrostu frekwencji wiernych uczestniczących w liturgii nabożeństw i udzielanych sakramentów świętych w Parafii. O. Gwardian na zakończenie podziękował wszystkim za uczestnictwo, podkreślając, że: „Orszak jak i wszystkie inne wydarzenia, które miały miejsce w naszej Parafii są wspólnym dziełem parafian i franciszkanów, czynione na chwałę Bożą i dla dobra wspólnego. Jesteście ludźmi wielkiego serca, którzy zawsze przychodzą z pomocą w każdej dobrej, szlachetnej inicjatywie. Można Was opisać językiem poezji: ludzie piękni o pięknym sercu. A widok radości na twarzy osób, dla których poświęcamy czas i siły to najlepsze dla nas podziękowanie i zapewnienie, że to co czynimy jest nadal potrzebne nam wszystkim, w naszej wspólnej drodze ku świętości”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem