Reklama

Halina Szydełko dla KAI: moje stanowisko ws. obrony życia jest znane

2018-04-12 13:19

lk / Warszawa (KAI)

Magdalena Niebudek/Niedziela

Moje stanowisko w sprawie obrony życia jest znane, nigdy nie unikałam głosowań. Jestem zaskoczona, że osoba tak często niesprawiedliwie oceniana i atakowana, tak łatwo rzuca oskarżenia przeciwko innym. W wielu pośpiesznie procedowanych ustawach pojawiają się błędy. Nie chcemy ich popełniać, aby nasi przeciwnicy ich nie wykorzystali - powiedziała KAI Halina Szydełko (PiS). W środę Kaja Godek z inicjatywy "Zatrzymaj aborcję" napisała na Twitterze, że posłanka celowo spóźniła się na posiedzenie sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny, aby uniknąć głosowania nad projektem ws. eliminacji aborcji eugenicznej.

Za przyjęciem wniosku opowiedział się tylko jego autor, przeciwko było 29 członków komisji, a trzech się wstrzymało.

Głosowanie skomentowała na Twitterze Kaja Godek, inicjatorka projektu "Zatrzymaj aborcję". - Nie będzie prac nad #ZatrzymajAborcję. Komisja Polityki Społ. i Rodziny utrzymuje w prawie zabijanie chorych dzieci i odpowiada za śmierć 3 maluchów dziennie - napisała.

- W tym samym wpisie dodała też: "Niektórzy posłowie celowo spóźnili się na posiedzenie aby nie glosowac np. pos. Halina Szydełko z Akcji Katolickiej".

- KAI zapytała Halinę Szydełko o odniesienie się do tych słów.
"Przyznam, że jestem zaskoczona, że osoba, która tak często jest niesprawiedliwie oceniana i atakowana, tak łatwo rzuca oskarżenia przeciwko innym. Istotnie, nie było mnie na tym posiedzeniu od początku. Organizacja pracy sejmu niestety czasami uniemożliwia nam wykonywanie naszych podstawowych obowiązków. Dlatego też proponowaliśmy, aby posiedzenia komisji odbywały się w inne dni niż posiedzenia Sejmu. Niestety ta propozycja nie została przyjęta" - wyjaśniła Halina Szydełko.

- Gdybym zdążyła na posiedzenie, zagłosowałabym za pomimo, że uważam, iż na tym posiedzeniu nie było to wskazane. Procedowaliśmy ważną ustawę w sprawie osób niepełnosprawnych. Wielu z nich przyjechało z całej Polski. W tych warunkach byłoby nam trudno podjąć tak ważny temat. Liczy się to, aby sprawę załatwić skutecznie i jak najszybciej. Obawiam się, że niektórzy szukają wrogów tam, gdzie ich nie ma. Lepiej zjednoczmy siły, aby osiągnąć cel. Nie można dopuścić, aby powtórzyła się sytuacja z 2016 r. Mój głos będzie zawsze „za” - podkreśliła Halina Szydełko.

- "Ta nieobecność nie była celowa. Pragnę wyjaśnić, że był to wniosek formalny, a zatem nie było o nim mowy w porządku obrad. Pan Poseł Klawiter już wcześniej składał taki wniosek, a następnie go wycofał. Powodem wycofania tego wniosku była propozycja powołania podkomisji. Wiem, że ta podkomisja zostanie powołana. Otrzymałam takie zapewnienie od pani przewodniczącej" - dodała posłanka.
"Moje stanowisko w sprawie obrony życia jest znane. Proszę sprawdzić dotychczasowe moje głosowania. Również te z 2016 roku. Nigdy nie unikałam głosowań. Sprawa jest pilna. Mam tę świadomość. Co dzień zabijane są dzieci. Szkoda, że nie uchwaliliśmy tego w 2016 r." - odpowiedziała KAI członkini komisji polityki społecznej i rodziny.
Przewodnicząca komisji Bożena Borys-Szopa chwilę przed głosowaniem nad wnioskiem posła Klawitera wyjaśniła, że wprawdzie projekt "Zatrzymaj aborcję" nie trafił jeszcze pod obrady komisji, ale to "nie znaczy, że nie pracujemy nad nim".

- Prezydium komisji zbiera teraz różnego rodzaju opinie, nawet dzisiaj wpłynęła jedna z opinii, i po otrzymaniu wszystkich opinii oczywiście ten projekt decyzją szanownego grona komisji trafi pod obrady - dodała Bożena Borys-Szopa.

- O jakie opinie chodzi? Zdaniem Haliny Szydełko, mają to być opinie Ministerstwa Rodziny i Spraw Społecznych oraz Ministerstwa Sprawiedliwości, z których ta pierwsza ma wpłynąć do komisji w ciągu najbliższych dni. - Te opinie nie są konieczne, ale są potrzebne. Proszę zauważyć, że w wielu ustawach procedowanych w pośpiechu pojawiają się błędy. Nie chcemy ich popełniać, aby nasi przeciwnicy ich nie wykorzystali - argumentuje Szydełko.
Na pytanie, czy komisja zamierza rozpocząć prace nad projektem zanim w sprawie aborcji eugenicznej wypowie się Trybunał Konstytucyjny, posłanka stwierdziła: "Wyrok Trybunału Konstytucyjnego bardzo by nam pomógł, ale jeśli szybko nie zapadnie, trzeba będzie procedować bez niego. Nie można czekać w nieskończoność, bo nam się skończy kadencja, a sprawa ochrony życia jest ogromnie ważna".

Tagi:
obrońcy życia

Brońmy życia!

2019-03-22 16:40

Łukasz Krzysztofka

Nie damy się zastraszyć. Od tego nieprawomocnego wyroku sądu będziemy się odwoływać. Nie powstrzyma nas to od mówienia i pokazywania prawdy o aborcji – mówił w czasie konferencji prasowej pod Sejmem Mariusz Dzierżawski, prezes Fundacji Pro-Prawo do Życia.

Łukasz Krysztofka/Niedziela

Przedwczoraj Sąd Rejonowy we Wrocławiu ukarał Mariusza Dzierżawskiego grzywną w wysokości 5 tys. zł za powieszenie billboardu pokazującego szczątki zabitego w skutek aborcji dziecka. Prezes został skazany za umieszczanie nieprzyzwoitych rysunków w miejscu publicznym oraz za wywoływanie zgorszenia. Grzywna w tej wysokości to maksymalny wymiar kary za takie wykroczenia. Sąd nakazał też Dzierżawskiemu publikację wyroku na stronie fundacji. Wobec prezesa Fundacji Pro-Prawo do Życia również za pokazywanie prawdy o aborcji prywatny akr oskarżenia wytoczył niewielki warszawski Szpital Bielański, w którym rocznie zabija się tyle nienarodzonych dzieci, ile we wszystkich szpitalach województwa śląskiego.

Wyrok Sądu Rejonowego we Wrocławiu jest odosobniony z punktu widzenia analizy orzecznictwa sądów powszechnych – zauważa mec. Bartosz Lewandowski, dyrektor Centrum Interwencji Procesowej „Ordo Iuris”, który broni działaczy pro-life w toku postępowań, wszczętych wskutek prezentowana prawdy o aborcji. – Z tej analizy wynika wprost, że absolutnie wszystkie postępowania zakończyły się umorzeniem, albo w ogóle odmową wszczęcia, bądź uniewinnieniem działaczy pro-life – mówi mec. Lewandowski, przytaczając przykłady trzech postępowań zakończonych uznaniem winy, które to wyroki zostały następnie zmienione wyrokami sądów okręgowych w postępowaniu odwoławczym i działacze pro-life zostali uniewinnieni. Sprawy toczyły się w Sądzie Rejonowym w Bartoszycach, w Sądzie Rejonowym w Kielcach i w Sądzie Rejonowym w Opolu. - Sądy wyższej instancji absolutnie nie miały żadnych wątpliwości co do tego, że działanie Fundacji Pro-Prawo do Życia i działaczy pro-life mieści się w ramach wolności wyrażania poglądów, jest chronione zarówno Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, jak i Europejską Konwencją Praw Człowieka – podkreśla mec. Lewandowski.

Odnosząc się do wczorajszej konferencji lewicowej partii Razem we Wrocławiu, na której jej działacze bardzo cieszyli się z wyroku na Dzierżawskiego, prezes Fundacji Pro-Prawo do Życia zaznaczył, że nie wspomnieli oni ani jednym słowem, że pięćdziesiąt innych wyroków w podobnych sprawach zakończyło się uniewinnieniami lub umorzeniami. - Wczorajsza konferencja we Wrocławiu pokazuje, że ta nagonka policyjno-sądowa, którą organizuje partia Razem ma charakter polityczny. Sędzia, który prowadził tę sprawę, uniemożliwił zadanie pytań o motywację oskarżycieli posiłkowych, wskutek czego na rozprawie nie mogliśmy dowiedzieć się, że to są działacze partii proaborcyjnej. Dowiedzieliśmy się tego z konferencji prasowej. Ten wyrok jest też niepokojący z powodu tego, że pokazuje, iż niektórzy sędziowie – na szczęście rzadko – mają skłonność do tego, żeby opowiadać się po lewicowej i aborcyjnej stronie debaty politycznej – podkreślał Dzierżawski, zapowiadając, że na stronie stopaborcji.pl będą codziennie publikowane wyroki uniewinniające lub umarzające sprawy przeciwko wolontariuszom pro-life z podaniem uzasadnienia.

- Ufam, że Sąd Okręgowy we Wrocławiu, który już wielokrotnie podzielał nasze zapatrywanie dotyczące braku odpowiedzialności karnej za prezentowanie prawdy o aborcji, utrzyma tę linię orzeczniczą i zmieni wyrok, uniewinniając pana Mariusza Dzierżawskiego – powiedział mec. Lewandowski.

Już niedługo – w Narodowy Dzień Życia 24 marca każdy z nas będzie mógł wyrazić swoje poparcie dla ochrony życia poczętego oraz sprzeciwić się agresywnej kampanii LGBT w szkołach. O godz. 13.30 na pl. Zamkowym w Warszawie rozpocznie się Narodowy Marsz Życia, który przejdzie na pl. Trzech Krzyży. Zaproszeni do udziału są młodsi i starsi, rodziny z dziećmi i wszyscy, którzy gotowi są bronić chrześcijańskich wartości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ojciec dziecka z Zespołem Downa: życie z takim dzieckiem może być piękniejsze

2018-03-21 18:23

Rozmawiał Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

Dziecko z zespołem Downa to nie tragedia i koniec świata, a przeciwnie, daje ogrom radości i miłości, a życie z takim dzieckiem może być piękniejsze – mówi w rozmowie z KAI Krzysztof Bilinski, ojciec 2,5-rocznego Stasia. Dziś przypada Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa.

Joni Hofmann/pl.fotolia.com

Publikujemy treść rozmowy:

Dawid Gospodarek (KAI): Jak przyjął Pan wiadomość o tym, że Pańskie dziecko ma zespół Downa?

Krzysztof Biliński: Dowiedzieliśmy się z żoną o tym, że dziecko będzie niepełnosprawne dopiero tuż po porodzie. W pierwszym momencie był na pewno szok i pewnego rodzaju strach, ponieważ do tej pory w ogóle nie wiedziałem, co to znaczy dziecko z zespołem Downa, jak może wyglądać wychowanie i przyszłość takiego dziecka.

– Otrzymaliście jakąś pomoc?

– Mogę powiedzieć, że na szczęście w szpitalu otrzymaliśmy dobrą pomoc od personelu medycznego, duże wsparcie od lekarzy i szereg konkretnych informacji, jak dalej postępować. Jednak był to zdecydowanie ciężki czas. W szpitalu ze względu na różne problemy dziecka spędziliśmy znacznie więcej czasu niż planowaliśmy. Pojawiła się wada serca i problemy z odpornością, z układem immunologicznym. Ten czas przedłużającego się pobytu w szpitalu był trudny. Szczególnie dla mojej żony, która była cały czas w szpitalu na tym oddziale. Dla niej atmosfera na porodówce, gdzie ciągle rodzą się zdrowe dzieci, a ona swojego dziecka nawet nie mogła za bardzo widzieć, bo cały czas było na oddziale neonatologii w inkubatorze, była raczej depresyjna. Wiadomo, jak to też wygląda w naszych szpitalach. Można się naprawdę nabawić depresji.

– A po tych dwóch tygodniach w szpitalu?

– Było już dużo łatwiej. Jak już byliśmy nakierowani, wiedzieliśmy, co nas czeka, zaczęliśmy z pełnym zapałem i energią szukać pomocy u wielu różnych specjalistów, których musieliśmy odwiedzić, oraz szukać dla dziecka rehabilitacji. Tu znów pojawił się problem, taka ściana niemal nie do przejścia. Dostać się do specjalisty – okazuje się to niemożliwe. Dostać się na rehabilitację – za dwa lata. Jedynym wyjściem jest załatwiać wszystko prywatnie.

– Czy jeśli prywatnie się załatwia takie rzeczy, są możliwości jakichś dofinansowań?

– Niestety nie, jedyną możliwością jest to założenie subkonta 1% i poszukiwanie osób, które zechciałyby nas wesprzeć tym swoim procentem od podatku. Jednak powiem szczerze, że mimo iż odzew mieliśmy ogromny, to pieniądze z 1% wystarczają na jakieś 3 miesiące w roku rehabilitacji naszego dziecka.

– Państwo nie pomaga?

– Ja nie oczekiwałbym żadnej pomocy od państwa, oczekiwałbym tylko tego, żeby państwo nie przeszkadzało. Wspomniałem, że problemem jest dostać się do lekarzy specjalistów, i to jest naprawdę mordęga. Trzeba prywatnie. Kardiolog to wydatek rzędu 300 zł, a my co miesiąc musimy być u kardiologa. Rehabilitacja – godzina to od 80 do 100 zł. Rehabilitacja w ramach NFZ to jedne zajęcia tygodniowo, a tych zajęć musi być codziennie kilka, żeby były dla dziecka rozwojowe, owocujące samodzielnym funkcjonowaniem. A do tego właśnie przecież dążymy, żeby dziecko mogło samodzielnie funkcjonować. I takie problemy są, że na rehabilitację się czeka 2 lata, a jak się już ją dostanie, to tylko raz w tygodniu.

– Z jakimi kosztami się to wiąże?

– W naszym przypadku jest to ok. 2-3 tys. zł miesięcznie na rehabilitację. My z żoną na szczęście mamy ten komfort, że oboje pracujemy i możemy sobie na to pozwolić. Ale z drugiej strony czujemy się źle, kiedy wiemy, że można dostać dofinansowanie np. z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, a okazuje się, że ponieważ oboje pracujemy, dofinansowanie nam się nie należy. To jest frustrujące, że nie promuje się w naszym kraju pracowitości, tego, że ludzie chcą normalnie funkcjonować... Pomocy od państwa nigdy nie otrzymaliśmy, ani grosza. Ale powtórzę – nie oczekuję grosza, oczekuję tego, że będę mógł pójść np. do lekarza w ramach NFZ, za płacone na to podatki. Tymczasem nie mam takiej możliwości, poza podstawową opieką pediatryczną.

– Czy poza kwestiami medycznymi spotkali się Państwo z jakimiś problemami, np. w reakcjach społeczeństwa?

– Nie, odbiór społeczny, jeśli chodzi o moje środowisko, był bardzo pozytywny. Ludzie, wiadomo, czasem nie wiedzą, jak się zachować na wiadomość o tym, że dziecko urodziło się z zespołem Downa. Taką przykrą sytuację mieliśmy już na początku, w szpitalu, kiedy w czasie obchodu przyszedł znajomy kapłan. Mówiąc szczerze, byliśmy bardzo rozczarowani jego postawą, bo kompletnie nie wiedział, jak się zachować i w zasadzie uciekł z oddziału, nie udzielając żadnej pomocy, żadnego wsparcia. A był to dla nas okres bardzo depresyjny, kiedy tego wsparcia potrzebowaliśmy. Natomiast co do reakcji innych ludzi, mam pozytywne odczucia. Raczej chcą wesprzeć, dopytują jak mogą pomóc. Jednak wiem od rodziców starszych dzieci, że problem zaczyna się w szkole. Środowisko dzieci jest bardzo różne, czasem ma miejsce po prostu prześladowanie, dzieci są gnębione. Nad tym wszyscy musimy pracować, żeby dzieci lepiej odbierały inność.

– Czy szkoły integracyjne spełniają dobrze swoją rolę?

– Uważam, że szkoły integracyjne są bardzo dobrym pomysłem. Nasz Staś chodzi do przedszkola integracyjnego. To wszystko oczywiście pod warunkiem, że kadra pedagogiczna potrafi odpowiednio dzieci przygotować. Wiem, że zdarzają się w różnych miejscach w Polsce – nieliczne oczywiście – przykłady, że nauczyciele o takich dzieciach potrafią wypowiadać się z pogardą, więc tym bardziej inni uczniowie. Doświadczamy tego, że kontakt ze zdrowymi dziećmi jest bardzo istotny dla dzieci z zespołem Downa. One dzięki temu mogą się znacznie szybciej rozwijać niż będąc tylko we własnym, zamkniętym środowisku. My widzimy u naszego dziecka, że kiedy trafił do przedszkola i miał kontakt ze zdrowymi dziećmi, wykonał dostrzegalny skok rozwojowy.

– A jak dzieci w przedszkolu? One są przygotowane do kontaktu z rówieśnikami z zespołem Downa?

– Nasze przedszkole, do którego chodzi Staś, jest przedszkolem prywatnym. Są tam różne dzieci, też z różnymi schorzeniami, z autyzmem, zespołem Downa, dzieci zdrowe. Tam dzieci nie są po prostu w żaden sposób rozróżniane, wzajemnie się pozytywnie odbierają.

– Wspomniał Pan o przykrym doświadczeniu z kapelanem szpitalnym. Czy widzi Pan jakieś większe możliwości zaangażowania Kościoła w pomoc rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi?

– Wydaje mi się, że najbardziej potrzebna jest pomoc duchowa. Mam wielu przyjaciół kapłanów i wiem, że często się skarżą na braki w formacji. Brakuje przekazu, jak rozmawiać z takimi ludźmi. Kapłan jest osobą zaufania i często poszukuje się u niego wsparcia. Ja sam u księży takiego wsparcia szukałem i niestety wielu z nich nie wie, co powiedzieć, jak wesprzeć. Wydaje mi się, że zdecydowanie brakuje przygotowania księży.

– A przekaz Kościoła w kazaniach, oddziaływanie na społeczeństwo?

– Wydaje mi się, że pozytywny przekaz jest obecny, zauważam mocny głos i to mi się podoba.

– Jak ocenia Pan aktualne dyskusje wokół problemu aborcji?

– To co mi się nie podoba i co bardzo chciałbym zaznaczyć, a wiem, że wielu kapłanów, nawet hierarchów pod tym się podpisuje, to mianowicie to, że w Polsce w tej dyskusji o aborcji są wykorzystywane przez obydwie strony sporu głównie dzieci z zespołem Downa. Ja oczywiście jestem gorącym przeciwnikiem aborcji i jak najbardziej jednoznacznie opowiadam się za życiem, jednak to, co radykalnie mi się nie podoba, wręcz napawa mnie ohydą, to kiedy niektóre z organizacji pro life wykorzystują zdjęcia martwych płodów. To jest dla mnie paskudne i jak pan słyszy, jestem roztrzęsiony jak o tym mówię. To jest dla mnie skandaliczne i Kościół powinien się całkowicie odciąć od tego typu działań, bardzo bym tego oczekiwał. Naprawdę, te kampanie są dla mnie przykre. Przypomnę katolicką zasadę, że cel nie uświęca środków. Mnie jako rodzica dziecka z zespołem Downa, kiedy widzę martwe dziecko z zespołem Downa, bardzo to boli i jest okropne.

– Jak już po tych ponad dwóch latach ze Stasiem widzi Pan siebie? Czy bycie ojcem dziecka z zespołem Downa zmienia?

– Z pewnością rodzi się inna skala problemów. Człowiek przestaje się martwić pewnymi drobnostkami, które mu zaprzątały głowę do tej pory. Stałem się przed wszystkim człowiekiem bardziej empatycznym, lepiej rozumiem różne ludzkie problemy. Wydaje mi się, że do tej pory byłem bardziej obojętny, ale kiedy sam doświadczyłem w życiu tego, że musiałem się zaopiekować dzieckiem niepełnosprawnym, wzrósł we mnie poziom empatii, zmalał egoizmu. To otwiera na innych ludzi i ludzkie problemy.

– Co by powiedział Pan rodzicom, którzy dowiedzieli się, że spodziewają się dziecka z zespołem Downa, mają dużo lęku...

– Przede wszystkim bym zachęcał, żeby się mimo wszystko nie bali. Paradoksalnie trochę się cieszę, że mieliśmy taki komfort, iż nie wiedzieliśmy, że Stasiu będzie dzieckiem z zespołem Downa. Mam wrażenie, że rodzicom w ciąży się nie pomaga. Jedyny przekaz, z jakim się spotykają, to aborcja. On płynie zewsząd. Rozmawialiśmy o roli Kościoła – można dodać, że poradnie rodzinne przy parafiach mogłyby prowadzić też dla takich osób punkty z pomocą np. psychologa. Bo strach towarzyszący takiemu problemowi rodzi często nie do końca racjonalne decyzje. Takim rodzicom radziłbym poszukania pomocy, porozmawiania z kimś, kto ma dziecko z zespołem Downa, spotkania się z taką rodziną. To pozwoli się przekonać, że to nie tragedia i koniec świata, a przeciwnie – że takie dziecko daje ogrom radości i miłości, a życie z takim dzieckiem może być piękniejsze.

***

Krzysztof Biliński, ojciec 2.5 rocznego Stasia z Zespołem Downa. Tych, którzy chcą lepiej poznać życie dziecka z ZD zapraszamy na facebookowy profil Stasiowy Świat.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hiszpania: jutro beatyfikacja kolejnego męczennika wojny domowej – Mariana Mullerata

2019-03-22 19:09

kg (KAI) / Tarragona

W sobotę 23 marca w katedrze w Tarragonie prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Angelo Becciu ogłosi błogosławionym świeckiego Katalończyka, lekarza i polityka Mariana Mullerata i Soldevilę. Będzie to druga w tym roku beatyfikacja, tym razem pojedynczej osoby, nawiązująca do prześladowań religijnych w Hiszpanii w latach 1934-39. 9 bm. w Oviedo odbył się podobny obrzęd, podczas którego do chwały ołtarzy wyniesiono 9 miejscowych kleryków zamordowanych w latach 1934-37.

wikipedia.org

Poniżej podajemy krótki życiorys nowego błogosławionego.

Marian (Marià) Mullerat i Soldevila urodził się 24 marca 1897 w miasteczku Santa Coloma de Queralt koło Tarragony (w północno-wschodniej Hiszpanii) w wielodzietnej rodzinie zamożnego właściciela ziemskiego. Gdy miał 3 lata, stracił matkę, ale nie przeszkodziło mu to w ukończeniu z bardzo dobrymi wynikami szkoły katolickiej w sąsiednim Reus. W 1914 został członkiem Straży Honorowej Świętego Serca Jezusowego i pozostał jej wierny do końca życia. Codziennie uczestniczył we Mszy św., często przystępował do sakramentów. W wieku 18 lat związał się z kółkiem młodzieżowym w swym miasteczku rodzinnym o charakterze konserwatywnym. Wtedy też zaczął zamieszczać swe pierwsze artykuły polityczne w miejscowej prasie.

W 1914 rozpoczął studia medyczne na uniwersytecie w Barcelonie. Dał się wówczas poznać nie tylko jako świetny student, ale także jako gorliwy obrońca wiary katolickiej, np. broniąc publicznie dziewictwa Maryi w dyskusji z profesorem, który to podważał. W 1918 rozpoczął praktykę lekarską, a dyplom ukończenia medycyny i chirurgii z odznaczeniem uzyskał w październiku 1921. Wcześniej założył wraz z kolegą pismo poświęcone anatomii patologicznej.

14 stycznia 1922 w mieście Arbeca na północy Hiszpanii ożenił się z Marią Dolores Sans Bové, którą poznał 4 lata wcześniej w czasie wakacji w stronach rodzinnych. Z tego małżeństwa urodziło się pięć dziewczynek, z których pierwsza wkrótce zmarła. W domu, w którym – poza nim – były same kobiety (dwie babki, prababka i służąca), panowała bardzo religijna atmosfera: wieczorami codziennie odmawiano różaniec, były krótkie chwile refleksji i milczenia. Jednocześnie był to dom otwarty na potrzebujących, których nie brakowało.

Marian był lekarzem rodzinnym, znanym i cenionym, posługującym zarówno w Arbece, jak i w jej okolicach. Pacjentów przyjmował codziennie w swym gabinecie i – częściej – w ich domach. Tym, którzy dziękowali mu za wyleczenie z ciężkich dolegliwości, odpowiadał niezmiennie: „To nie mnie dziękujcie, ale Bogu, bo to On leczy”. Swym pacjentom i biedakom pomagał też materialnie, pozostawiając im dyskretnie pieniądze na niezbędne potrzeby.

Przez całe swe dorosłe życie należał do Stowarzyszenia Rekolekcji Parafialnych, które propagowało wśród wiernych praktykę ćwiczeń duchowych według św. Ignacego Loyoli. W latach 1923-26 redagował założone przez siebie pismo „L’Escut”, w którym w języku katalońskim szerzył katolicką naukę społeczną. Ukazywały się w nim artykuły z dziedziny rolnictwa, religii, dziejów tych stron. Marian był entuzjastą postępu cywilizacyjnego wśród swych mieszkańców i okazywał to w tekstach, w których łączył tematykę społeczną z wiarą.

To jego wielostronne zaangażowanie sprawiło, że 29 marca 1924 został wybrany na burmistrza Arbeki i sprawował ten urząd 6 lat. Angażował się bardzo na rzecz miejscowej społeczności, poprawy warunków jej życia zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. Nie zapominał przy tym o szerzeniu i wspieraniu wiary i kultury chrześcijańskiej, które już wówczas były bardzo zagrożone.

Od 1930 stopniowo wycofywał się z działalności politycznej, widząc, jak po ustanowieniu wtedy drugiej republiki zaostrza się sytuacja wewnętrzna w kraju, a Kościół jest coraz bardziej atakowany i prześladowany. Miał też świadomość narastającego zagrożenia osobistego i za radą przyjaciół zamierzał schronić się wraz z rodziną w Saragossie, ale gdy przybył do pobliskiej Lleídy, postanowił wrócić, nie chciał bowiem pozostawiać swych chorych bez opieki. Pomagał też, na ile mógł, miejscowym siostrom zakonnym, a nawet niektórym milicjantom z oddziałów republikańskich.

W końcu jednak o świcie 13 sierpnia 1936 został schwytany na drodze z Arbeki do Lleídy, załadowano go wraz z 5 innymi osobami na ciężarówkę i po kilku godzinach ich rozstrzelano. Przed śmiercią Mullerat przebaczył swym prześladowcom, zapisał też na kartce imiona swych pacjentów i poprosił innego lekarza, aby o nich pamiętał. Zwłoki straconych oprawcy oblali benzyną i podpalili.

Tożsamość Mariana Mullerata rozpoznano później na podstawie kilku narzędzi lekarskich i kluczy do domu, które przy nim znaleziono.

Proces beatyfikacyjny na szczeblu diecezjalnym w Tarragonie toczył się w latach 2003-07 a dekret uznający męczeństwo lekarza i polityka z Arbeki podpisał Franciszek 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem