Reklama

Bronię niewinnych

Z mecenasem Piotrem Dewińskim rozmawia Magdalena Kowalewska
Niedziela Ogólnopolska 16/2012, str. 16-19

MAGDALENA KOWALEWSKA: - Czy jako adwokat czuje się Pan dzisiaj dumny z tego, że płk Kukliński był Pana klientem?

MEC. PIOTR DEWIŃSKI: - Tak. Broniłem przecież prawdziwego bohatera, skazanego na karę śmierci za przekazywanie zdobytych w Moskwie tajemnic - nie polskich, tylko sowieckich. Tajemnic nie Państwa Polskiego, tylko obcego, wrogiego Polsce mocarstwa. Niezależnie od tego, jak będziemy patrzeć na niego przez pryzmat prawa, nie ulega wątpliwości, że był to człowiek, który poświęcił swoje życie, aby działać dla dobra Polski. Z całą pewnością mój klient nie przyjmował żadnych korzyści materialnych. Pułkownik powiedział kiedyś, że to nie Amerykanie go zwerbowali, ale to on zwerbował Amerykanów, aby działali na rzecz wolności i niepodległości Polski.

- Czy przyszło Panu kiedykolwiek do głowy, że na początku swojej drogi adwokackiej będzie Pan bronił wielkiego bohatera Polski z okresu zimnej wojny, który ochronił Polskę i świat przed wybuchem trzeciej wojny światowej?

- Oczywiście, że nie. Tak samo jak nigdy nie przypuszczałem, że będę adwokatem ówczesnego redaktora Józefa Szaniawskiego, któremu w 1985 r. przedstawiono najcięższe oskarżenia - jako rzekomemu agentowi wywiadu amerykańskiego groziła mu nawet kara śmierci z art. 124 Kodeksu karnego. Należy podkreślić, że były to zarzuty całkowicie bezzasadne. Zbieranie informacji przez dziennikarza pracującego w Polskiej Agencji Prasowej należało przecież do jego obowiązków. Co prawda, kilka tajnych biuletynów PAP-u zostało przeznaczonych do użytku wewnętrznego, ale nie oznaczało to, że nie można było z nich korzystać. Red. Szaniawski wykazał się dużym sprytem i inteligencją, przekazując wiadomości Radiu Wolna Europa przez 11 lat. A potem został za to skazany! Miałem wrażenie, że zarzut szpiegostwa na rzecz Radia Wolna Europa pochodzi z lat stalinowskich!

- Nie obawiał się Pan stanąć po stronie Szaniawskiego jako „szczególnie niebezpiecznego agenta CIA”?

- Podjąłem się tej sprawy z wielkim przekonaniem. Adwokat powinien wykazywać się odpowiednimi predyspozycjami do wykonywania tego zawodu oraz czuć powołanie.

- Czy ma Pan poczucie misji podczas rozpraw sądowych, gdy trzeba bronić niesłusznie oskarżonych?

- Nie ukrywam, że tak. Wprawdzie red. Szaniawskiego nie udało się uniewinnić w 1985 r., ale dzięki złożonej przeze mnie apelacji, nazywanej wówczas rewizją, jego karę udało się złagodzić z 10 do 8 lat pozbawienia wolności, pomimo że prokurator początkowo żądał aż 15 lat więzienia! Jednak Szaniawski zwolniony został z najcięższego wówczas polskiego więzienia - Zakładu Karnego w Barczewie - dopiero po ponad pół roku od pierwszych wolnych wyborów, tj. 22 grudnia 1989 r. A więc po blisko pięcioletnim pobycie w więzieniu!

- W 1981 r., tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego, płk Kukliński zmuszony był opuścić Polskę. Uciekł do Ameryki. Wnioskuję z tego, że bronił Pan pułkownika, nie spotykając się z nim bezpośrednio. Kontaktowaliście się w jakiś sposób?

- Nie mogę zdradzić tajemnicy adwokackiej. Jednak pierwszym krokiem, jaki postanowił podjąć płk Kukliński, zanim rozpoczął się proces, było udzielenie mi pełnomocnictwa. Nasze spotkania miały miejsce dopiero w późniejszym czasie. Nie miałem żadnych wątpliwości co do tego, że płk Kukliński jest patriotą i bohaterem. A niestety - dla niektórych wysokich przedstawicieli władz płk Kukliński był po prostu postacią politycznie niewygodną.

- Nie rozumiem. Oficer Wojska Polskiego dla dobra Ojczyzny naraża życie nie tylko swoje, ale i całej rodziny, a Państwo Polskie nie potrafi go docenić. Podobno gdyby nie interwencja amerykańskiego prezydenta Billa Clintona, podjęta w rozmowie z ówczesnym prezydentem Polski Aleksandrem Kwaśniewskim, nie wiadomo, czy płk Kukliński w ogóle zostałby zrehabilitowany…

- Nie wykluczam, że taka rozmowa miała miejsce. Choć oficjalnych informacji na ten temat nie było. Ale zdaje się, że jesteśmy blisko prawdy.

- Płk Kukliński został oficjalnie zrehabilitowany dopiero pod koniec 1997 r. Zastanawiam się, dlaczego czekano z uchyleniem wyroku kary śmierci aż do 1995 r....

- Ma Pani rację - w wyniku rewizji nadzwyczajnej, wniesionej przez Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, a podpisanej przez sędziego Stanisława Rudnickiego, Prezesa Izby Cywilnej Sądu Najwyższego, wyrok uchylono i sprawę zwrócono prokuraturze. Dlaczego tak się stało? Trudno mi dokładnie określić te powody. Miejmy nadzieję, że w przyszłości na skutek ujawnienia pewnych dokumentów poznamy przyczyny tego, dlaczego wyrok śmierci wydany na płk. Kuklińskiego - mimo upadku PRL-u - został uchylony tak późno.

- Czy zaskoczony był Pan wyrokiem śmierci wydanym na płk. Kuklińskiego? Dopuszczał Pan w ogóle taką ewentualność?

- Byłem zaskoczony. To przerażające, że taki, oczywiście, bezpodstawny wyrok został w ogóle wydany. Nie ulega również żadnej wątpliwości, że płk Kukliński nie dopuścił się zdrady Ojczyzny.

- Dlaczego zatem przez niektórych Polaków ciągle nazywany jest „zdrajcą”?

- Ludzie po prostu nie doceniają jego roli. Trzeba jeszcze raz głośno przypomnieć wszystkim, którzy uważają go za zdrajcę: płk Kukliński nie popełnił żadnego przestępstwa!
Pamiętam pewne spotkanie, podczas którego zapytano, dlaczego płk Kukliński nie ostrzegł „Solidarności” o zamiarze wprowadzenia stanu wojennego. On wyraźnie dał do zrozumienia, że nawet w najwyższych władzach „Solidarności” byli komunistyczni agenci bezpieki, i dlatego nie mógł tego zrobić. Mam wrażenie, że dzięki płk. Kuklińskiemu duża presja wywierana przez Watykan i Zachód na rząd stanu wojennego przyczyniła się w znaczny sposób do złagodzenia tego tragicznego czasu, pomimo że stan wojenny zabrał wolność, zdrowie, a nawet życie wielu osobom. Obawiam się, że ofiar mogło być jeszcze więcej, gdyby nie płk Kukliński, który sam stał się ofiarą. W Ameryce bowiem skrytobójczo zostali zamordowani jego obydwaj synowie…

- Na pewno zdawał Pan sobie sprawę z tego, że na płk. Kuklińskiego czyha niebezpieczeństwo. Nie bał się Pan o siebie i swoją rodzinę, decydując się na pozostanie obrońcą tego niezłomnego bohatera?

- Zawsze w szczególnego rodzaju sprawach w pracy adwokata występuje jakieś ryzyko. Jednak nie bałem się. To jest moje powołanie i praca, której się poświęciłem. A szczególną satysfakcję sprawia mi obrona niewinnie oskarżonych, zwłaszcza gdy ich proces kończy się wyrokiem uniewinniającym.

- Te słowa świadczą o dużym zaufaniu, które budzi Pan Mecenas wśród swoich klientów. Zapewne wielkiej odwagi wymagała również decyzja o bronieniu jednego z polskich żołnierzy oskarżonych o dokonanie zbrodni wojennej na ludności cywilnej w afgańskiej wiosce Nangar Khel w 2007 r.

- Zacznijmy od tego, że gdyby postępowanie wyjaśniające zostało przeprowadzone przez Naczelną Prokuraturę Wojskową w sposób należyty, nie doszłoby w ogóle do wniesienia aktu oskarżenia. Oczywiście, takie tragedie jak ta, która wydarzyła się w Nangar Khel, zawsze wymagają postępowania wyjaśniającego, nie oznaczają jednak od razu postawienia żołnierzy w stan oskarżenia.

- Dlaczego w takim razie Naczelna Prokuratura Wojskowa postawiła siedmiu polskich żołnierzy w stan oskarżenia?

- Prokuratura wyszła z założenia, że jeśli są ofiary, to znaczy, że popełniono przestępstwo. Ale pamiętajmy, że nasi żołnierze są na wojnie i, niestety, nieszczęśliwe wypadki zawsze mogą mieć miejsce. A ta tragedia była przecież nieszczęśliwym wypadkiem! Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie przyznał, że zamiarem żołnierzy nie było ostrzelanie zabudowań i celowanie z moździerza i granatnika w miejsce, w którym znajdowała się ludność cywilna. Uważam, że nie było podstaw, aby oskarżać żołnierzy. Zwłaszcza że prokuratura popełniła wiele kardynalnych błędów prawnych. Już teraz mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że polscy żołnierze nie strzelali umyślnie do ludności cywilnej. Formułowana przez niektóre osoby teza o tym, że strzelali oni w afgańskiej wiosce z premedytacją po to, żeby zabić cywili, jest absurdalna! Jest to sprzeczne z prawdą!

- Mówi Pan o kardynalnych błędach prokuratury. Do jakiego naruszenia prawa doszło podczas tak poważnego procesu?

- Naczelna Prokuratura Wojskowa (NPW) przeprowadziła tylko część dowodów. Pozostałych nie przedstawiła, uznając, że nie mają one znaczenia dla wyjaśnienia sprawy. Prokuratorzy nie sięgnęli również do dokumentów, które są opatrzone klauzulą tajności. Tych materiałów nie dołączono do akt sprawy. Domniemam, że gdyby je załączono - zaniechano by wniesienia aktu oskarżenia w tej sprawie. Inne rażące błędy NPW to: nieprzeprowadzenie wizji lokalnej, pomimo złożonych wniosków obrony, czy banalny, ale istotny brak zmierzenia wysokości budynków w miejscach, w których padł ostrzał. Oględziny miejsca zdarzenia nie są dokładne. Jeśli nie możemy w stu procentach określić, w którym miejscu stał moździerz, to jak możemy domagać się skazania żołnierzy?! W każdej sprawie, a szczególnie w tej, w której giną ludzie, najważniejsze są czynności zabezpieczające podjęte bezpośrednio po zdarzeniu.
Co więcej - ponad 100 stron protokołów przesłuchań świadków zostało przesłanych dopiero pod koniec procesu toczącego się w Wojskowym Sądzie Okręgowym w Warszawie. Trzeba też podkreślić, że obrona została zapoznana z aktami śledztwa dopiero miesiąc przed jego zakończeniem. Natomiast dziennikarze kilka miesięcy wcześniej wiedzieli już, kiedy prokuratorzy zakończą swoją pracę. Nawet gdyby obrońcy złożyli wnioski dowodowe, to nie mogłyby być one uwzględnione ze względu na brak czasu.

- Czy takie działanie prokuratury nie świadczy o jej niewłaściwym funkcjonowaniu?

- W prokuraturze dzieją się w ogóle bardzo dziwne rzeczy. Dostrzegam tutaj pewien efekt domina. Naczelna Prokuratura Wojskowa z góry założyła, że skoro zdecydowała się na aresztowanie żołnierzy, to muszą być winni i muszą zostać skazani. A tak przecież nie powinno być! Toczące się śledztwo, mimo wszelkich braków, mankamentów i usterek, prokuratorzy usiłowali zakończyć w terminie podanym wcześniej dziennikarzom.

- Czy ostatni konflikt między Prokuratorem Generalnym a Naczelnym Prokuratorem Wojskowym, który musiał ustąpić ze swojego stanowiska, może w jakiś sposób rzutować na proces żołnierzy oskarżonych o ludobójstwo?

- Mam nadzieję, że w żaden sposób nie będzie wpływał na dalszy przebieg procesu. Jednak jako prawnik muszę stwierdzić, że dobro państwa bardzo cierpi. Wzajemne animozje i konflikty między wysokimi urzędnikami - Prokuratorem Generalnym i Naczelnym Prokuratorem Wojskowym - które, niestety, ujrzały światło dzienne i o których usłyszała opinia publiczna, nie służą dobru Rzeczypospolitej. Bez względu na to, który z tych panów ma rację, ich konflikt w żaden sposób nie powinien zostać upubliczniony.

- Dwa lata procesu, aż 57 rozpraw oraz wiele upokorzeń spotkało naszych żołnierzy po powrocie z Afganistanu. Mimo uniewinnienia trzech żołnierzy czterech z nich czeka ponowny proces - tak postanowił Sąd Najwyższy, odpowiadając na apelację prokuratorów. Po wyjściu z sali jeden z uniewinnionych powiedział, że po ogłoszonym wyroku poczuł wielką ulgę…

- Wyrok Sądu Najwyższego przyjmuję z pokorą. Mam nadzieję, że po ponownym rozpoznaniu sprawy sędziowie Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie wydadzą wyrok uniewinniający dla pozostałych czterech żołnierzy. Zgadza się - przeżywali oni stres nie tylko w czasie procesu, ale także po powrocie z Afganistanu. Najpierw zostali wyróżnieni, awansowani i uhonorowani, a potem potraktowano ich jak najgorszych zbrodniarzy. W spektakularny sposób - przy użyciu sił antyterrorystycznych zatrzymano ich. Cel tego zatrzymania pozostaje zagadką do dnia dzisiejszego. To jest bardzo niezrozumiałe dla mnie nie tylko jako prawnika, ale także obywatela.

- Zdaniem, służb jednak, takie brutalne potraktowanie jest normalną procedurą...

- Nie możemy tutaj mówić o zwyczajnych procedurach zatrzymania, są to bowiem żołnierze w służbie czynnej i wystarczyło, aby zostali wezwani do prokuratury za pośrednictwem swoich przełożonych. Obowiązkiem żołnierza jest stawienie się u dowódcy. Gdyby były podstawy do ich zatrzymania, można było dokonać tego w miejscu pełnienia przez nich służby. Poza tym wydaje mi się, że żołnierze są na tyle odpowiedzialni i honorowi, iż gdyby dostali wezwanie do prokuratury czy Żandarmerii Wojskowej, stawiliby się tam niezwłocznie. Uważam, że nie było takiej potrzeby, aby używać sił antyterrorystycznych do zatrzymania żołnierzy Wojska Polskiego.

- Czy ewentualne wniesienie przez prokuraturę wojskową kasacji od wyroku uniewinniającego trzech żołnierzy wpłynie w jakiś sposób na przebieg powtórnego procesu?

- Mam nadzieję, że prokuratorzy NPW tego nie uczynią. A jeśli tak się stanie - do czego mają prawo - proces prawdopodobnie znacznie się przedłuży. Trzeba przyznać, że tego typu sprawy toczą się latami, ponieważ prokuratura skupia się tylko na przedstawianiu części dowodów. Jestem też obrońcą w głośnej sprawie wydarzeń w Magdalence, w której Sąd Apelacyjny w Warszawie po raz drugi uchylił wyrok uniewinniający. Po raz trzeci w Sądzie Okręgowym w Warszawie będzie od nowa toczył się proces, mimo że od tamtych zdarzeń minęło już 8 lat. Niedoskonała praca prokuratury zarówno wojskowej, jak i powszechnej przyczynia się do tego, że procesy trwają latami.

- Żołnierze wracający z misji są zgodni co do tego, że w Afganistanie prowadzony jest najgorszy rodzaj wojny, która przypomina walki partyzanckie. Ci sami mieszkańcy są jednego dnia po stronie wojsk NATO, a kolejnego współpracują z rebeliantami.
Czy Pana wiedza na temat tej misji i samego miejsca, w którym przebywają nasi żołnierze, pogłębiła się od momentu, kiedy postanowił Pan jako adwokat walczyć o honor i godność polskich żołnierzy?

- Należy powiedzieć wprost, że tam, w Afganistanie, toczy się totalna wojna. Patrol wchodząc do wioski, nigdy nie ma pewności, czy nie zostanie zaatakowany np. przez nastoletnich chłopców. W sytuacji, gdy dziesięciolatkowie strzelają do żołnierzy i nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem, nie możemy nazywać tej misji „stabilizacyjną”. Poruszanie się wojska NATO w Afganistanie jest bardzo utrudnione. Tamtejsza ludność zna każdą drogę, każdy zaułek czy kamień, pod którym może być umieszczony ładunek wybuchowy. Sytuacja w Afganistanie jest o tyle bardziej skomplikowana, że talibowie - fanatycy islamscy - nie są regularnym wojskiem, tylko działają po partyzancku, z zaskoczenia. Nieprzyjaciel jest tak naprawdę nieuchwytny i tak jak Pani wspomniała - korzysta z pomocy miejscowej ludności.
Uświadomiłem sobie przez ten czas, w jak wielkim stresie żyją żołnierze. Nie zapominajmy, że wszyscy przebywający w Afganistanie wojskowi przez całą dobę są pod wpływem stresu wojennego. Przez 24 godziny polski żołnierz jest narażony na utratę życia. Przez 6 miesięcy musi zmagać się nie tylko z talibami, ale również z niesprzyjającymi warunkami geograficznymi i klimatycznymi. Jest to regularna, totalna wojna, mimo że nazywana jest misją stabilizacyjną czy pokojową. Mam wrażenie, że polskie społeczeństwo zaczęło patrzeć na tę misję pod tym kątem, dopiero gdy siedmiu polskich żołnierzy zostało postawionych w stan oskarżenia. Z konfliktu w Afganistanie nikt jeszcze nie wyszedł obronną ręką. Pamiętajmy, że Afganistan to nie Irak. O ile w Iraku udało się wprowadzić jakąkolwiek stabilizację, to w Afganistanie talibowie czekają cały czas na wycofanie się wojsk NATO.

- Ale nasz pobyt w Afganistanie wynika przecież m.in. z tego, że należymy do Paktu Północnoatlantyckiego.

- Oczywiście, musimy spełniać zobowiązania sojusznicze. Warto dodać, że niektórzy porównują tę misję do wysłania polskiego wojska przez Napoleona na Santo Domingo, a przecież ta ekspedycja zakończyła się całkowitą klęską. Polacy w dużej mierze są przeciwni obecności polskich wojsk w Afganistanie, a i sami żołnierze nie są do końca przekonani o celowości tej misji.

- Ostatnio nawet doradca prezydenta Komorowskiego - prof. Roman Kuźniar sam przyznał, że „ta misja uległa degeneracji”, a „długotrwała wojna deprawuje”. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

- Tak. Zwłaszcza że mimo planowanego wycofania wojsk NATO w 2014 r., końca wojny nie widać, a cel nie został osiągnięty. Poza tym sami żołnierze przyznają, że zadania powierzone Polskiemu Kontyngentowi Wojskowemu nie zawsze mogą być wykonane właśnie z powodu zagrażającego im niejednokrotnie niebezpieczeństwa. Wątpliwości żołnierzy związane z sensem pobytu w Afganistanie pogłębiają się, a społeczeństwo nie jest przychylne misji. Internet aż huczy od przeróżnych komentarzy.

- Stres bojowy odciska niezatarte piętno na żołnierzach, w efekcie czego dochodzi czasami do takich tragicznych wydarzeń, jak zabójstwo dokonane przez amerykańskiego żołnierza na bardzo dużej grupie afgańskich cywili…

- Afganistan to wielka szkoła życia. Słabsi ludzie po prostu tracą kontrolę nad sobą. Wykluczam sytuację, w której nasi żołnierze umyślnie chcieliby pozbawić życia osoby cywilne. Strzelanie amerykańskiego żołnierza z premedytacją i zimną krwią do tak wielu Afgańczyków jest trudne do wytłumaczenia, ale jest zupełnie innym wydarzeniem i ma całkowicie inny kontekst niż to z 2007 r. Nie możemy ich do siebie porównywać. Jeszcze raz powtarzam - w Nangar Khel miał miejsce NIESZCZĘŚLIWY WYPADEK!

Ks. Dolindo w Częstochowie

2018-02-21 22:11

Marian Florek

W dniu 21 lutego 2018 r. w częstochowskim Duszpasterstwie „Emaus” odbyło się spotkanie z Joanną Bątkiewicz-Brożek, autorką książki o niezwykłym włoskim księdzu Dolindo Ruotolo.


Świadkowie życia kapłana – jak mówiła autorka – byli pod wielkim wrażeniem jego świętości i pokory. A i sama pani Joanna, mówiąc o swoich osobistych przeżyciach związanych z dziennikarską pracą nad książką poświęconą ks. Dolindo, nie potrafiła ukryć ogromnych emocji. Udzielały się one i słuchaczom. Wszyscy mieli wrażenie jakby ks. Dolindo był wśród zgromadzonych.

Ks. Dolindo Ruotolo urodził się 6 października 1882 w Neapolu, a zmarł 19 listopada 1970. Doświadczany: z powodu oskarżeń nieprzychylnych mu osób, oskarżany o herezję, z wieloletnim zakazem odprawiania Mszy Świętej i głoszenia homilii. Błogosławiący spadający z nieba deszcz, aby nawrócił neapolitańczyków. Mówił: „Życie wieczne to nie żart”, mówił : „Jezu ty się tym zajmij!”.

Duszpasterstwu Akademickiemu „Emaus” gratulujemy spotkania z autorką ksiązki o Bożym Kapłanie.

Zobacz także: Spotkanie z Joanną Bątkiewicz-Brożek nt. książki o ks. Dolindo
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rachunek sumienia ze wspólnotowości

2018-02-23 19:12

Antoni Szymański

Mija drugi tydzień Wielkiego Postu w którym rozpoczęliśmy refleksję nad własną skłonnością do grzechu. Zło osłabia nie tylko nas samych ale każdą wspólnotę, którą tworzymy.

domagoj8888 / fotolia.com

Otwieram Ewangelię św. Marka i czytam: Niektórzy uczeni w Piśmie, spośród faryzeuszów, widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: «Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?» Jezus usłyszał to i rzekł do nich: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników». (Mk 2, 16-17)

Zarzuty religijnych przywódców Izraela podszyte były niczym niezmąconym samozadowoleniem. Przekonani byli, że przestrzeganie odpowiednich przepisów, zachowań i rytuałów, a także skupienie się na osobistej doskonałości, zapewnia im sprawiedliwość w oczach Boga. Tymczasem obok „elity” żyła masa zwyczajnych ludzi, którzy lgnęli do Jezusa, czuli się bezpiecznie i coraz śmielej otwierali na wzajemne zaufanie i więzi.

Aby nie popaść w faryzeizm dano nam właśnie okres Wielkiego Postu. To doskonała okazja do zburzenia samozadowolenia – zarówno w wymiarze osobistym jak i wspólnotowym. Stając w prawdzie zdajemy sobie sprawę, że różnorakie społeczności, które tworzymy dalekie są od doskonałości.

Najdokładniej widzimy to w relacjach rodzinnych. Język, którym się do siebie zwracamy, zdolność do przebaczania, ilość i jakość wspólnie spędzanego czasu – mimo podejmowanych wysiłków często nie odpowiada oczekiwaniom. Nadal nie spada wskaźnik rozwodów i trwają cierpienia dzieci, które wychowują się bez obojga rodziców. Podobnie jest ze społecznościami zawodowymi (w korporacjach, urzędach, fabrykach) – wiemy to i czujemy, że nie jesteśmy nawzajem stuprocentowo lojalni, szczerzy i nie zawsze potrafimy działać zespołowo. Wciąż mamy kłopot z relacjami pracownik – pracodawca, z efektywnym zarządzaniem ludźmi, szacunkiem dla cudzego i własnego czasu.

Jakie są nasze rodziny i zakłady pracy, takie społeczności lokalne. Czy w wystarczającym stopniu odczuwamy odpowiedzialność za przestrzeń naszej ulicy, dzielnicy, miejscowości, czy regionu? Czy często zdarza się nam przedkładanie prywaty nad dobro wspólne oraz podkopywanie dobrego imienia osób i środowisk. Podobnie dzieje się przy budowaniu wspólnot edukacyjnych. Oświatę nierzadko uznajemy za domenę urzędników i dość łatwo dyspensujemy się od odwiedzania szkoły, w której uczą się nasze dzieci i wnuki. Dezerterujemy mimo, że młode pokolenie potrzebuje wspólnego wysiłku rodziców, nauczycieli, administracji i innych dorosłych, aby nauczyć się żyć w świecie wiedzy i wartości.

A jak angażujemy się w funkcjonowanie społeczeństwa obywatelskiego? Możliwość wolnego zrzeszania się obywateli i działania w kierunku osiągania zróżnicowanych pozytywnych celów, to sukces przemian społecznych w naszym kraju. Czy potrafimy go docenić i wykorzystać biorąc udział w działaniach różnorakich stowarzyszeń, fundacji, grup nieformalnych czy wolontariatów? Codzienne doświadczenie i badania wskazują, że aktywność obywatelska pozostaje u nas nadal na słabym poziomie. Spoglądamy wreszcie na nasz stosunek do polityki uprawianej w parlamencie i upowszechnianej w mediach – jaki obraz się wyłania? Czy stać nas na wysiłek samodzielnego myślenia i rozróżniania ziarna od plew? Czy potrafimy zachować dobry język, czy nie pozwalamy się podzielić przez poglądy i ideologie?

Te i podobne rozważania – jeśli prowadzimy je uczciwie, z pewnością nakierują nas prędzej czy później na przekonanie, że nie posiadamy wystarczających przesłanek do poczucia wyższości i mówienia o sobie „idealny obywatel”. I to będzie ważny sukces Wielkiego Postu! Być może dopadnie nas przy tym troska i pewnego rodzaju zasmucenie. To też dobry objaw pod warunkiem, że nie prowadzi do pesymizmu. Jeśli zdajemy sprawę jak bardzo jesteśmy niesolidni, niezorganizowani, nieopanowani, leniwi, nietolerancyjni, nieobiektywni, itd. – to znaczy, że do nas właśnie przychodzi Lekarz. Będąc w sytuacji podobnej do celników i grzeszników, uzbrojeni w pokorę, możemy zacząć czynić kroki, by zmieniać siebie i otaczający świat. Takiej właśnie refleksji – przeżycia Wielkiego Postu z pokorną nadzieją na przemianę, życzę w tym czasie nam wszystkim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem