Reklama

Dobry pasterz niełatwej owczarni

Niedziela szczecińsko-kamieńska 21/2009

Trudno sobie nawet wyobrazić jakość naszej wiary bez duchowego przewodnictwa mądrych kapłanów. Tych najznamienitszych zna cała Polska, inni byli aktywni w bardziej kameralnych grupach, niekiedy celowo unikając rozgłosu. Nie jest jednak łatwo sporządzić kompletną listę cech dobrego duszpasterza - zdaje się, że łatwiej już byłoby, jak w znanym wierszu ks. Twardowskiego, wymienić wady. Znaczenie fundamentalne ma niewątpliwie głęboka wiara osobista. Tyle że warunek to konieczny, lecz niewystarczający. Można by dodać wysoki poziom intelektualny. Też ważny, ale oponenci od razu skontrują przykładem św. Jana Vianney’a, który z trudem przebrnął przez seminarium, a został świętym patronem wszystkich proboszczów. Pożądane są też: świadectwo własnego życia, gotowość do służby innym, łatwość nawiązywania kontaktów, dobry głos, porywające kaznodziejstwo, cechy przywódcze i wiele innych.

Duszpasterze...

Inna sprawa, że oczekiwania zmieniają się w zależności od środowiska i sytuacji historycznych. Bezkompromisowa odwaga, tak bardzo potrzebna w czasach PRL-u, jest teraz mniej warta, a liczą się bardziej dwa „m”: modlitwa i miłość. Szczególną grupę w polskim duchowieństwie stanowili zawsze duszpasterze akademiccy, w czasach realnego socjalizmu szczególnie znienawidzeni przez władze. Doskonale zdawano sobie sprawę z tego, że studenci będą kiedyś odgrywać decydującą rolę w kształtowaniu społeczeństwa i każdy absolwent, dobrze uformowany religijnie, to potencjalne zagrożenie dla socjalizmu. Byli więc duszpasterze akademiccy „na celownikach”; śledzono ich każdy krok i nie szczędzono okazji, aby dopiec im mniejszymi lub większymi szykanami. Odnalezione w archiwach dyrektywy SB mówiły o akcjach ograniczających działania duszpasterzy akademickich. Sama nazwa Ośrodków Duszpasterstwa Akademickiego (ODA) była objęta zakazem druku.

... i akademickie „owieczki”

Reklama

Akademickie „owieczki” to też w większości, wbrew zbieżności słów, niepotulne baranki, które pokornie podążają za swoim pasterzem. Młodość ma swoje prawa i często towarzyszy jej brak respektu dla autorytetów, pewność siebie granicząca z zarozumiałością, zadziorność, niecierpliwość czy bezkompromisowość. Rozbudzone intelektualnie umysły nie zadawalały się uproszczonymi wyjaśnieniami, teoriami podanymi „na wiarę” i płytkimi ogólnikami. Duszpasterz akademicki musiał więc być przygotowany na ciągłe wyzwania i nieustannie nad sobą pracować, jeśli chciał być autorytetem dla swoich podopiecznych. W tej sytuacji duszpasterzami takimi zostawali zwykle ci najlepsi: o gruntownej wiedzy, głębokiej duchowości i pewnym uroku osobistym. Do legendy przeszli najbardziej znani: ks. Aleksander Zienkiewicz z Wrocławia, o. Tomasz Pawłowski z Krakowa czy ks. Karol Wojtyła, też w pewnym okresie duszpasterz akademicki. W tym znamienitym gronie był również ks. Grzegorz Okroy TChr (dla swoich wychowanków po prostu „Delo”) ze Szczecina.

Dzieciństwo i młodość „Delo”

Już jego dzieciństwo i młodość predestynowały go do wielu sytuacji, którym musiał stawiać czoła w przyszłym życiu. Urodzony w Wolnym Mieście Gdańsku na styku dwóch kultur, ale w rodzinie świadomie wybierającej polskość, cenę pojęcia „patriotyzm” poznał już w dzieciństwie. Jak często wspominał, za roznoszenie polskich gazetek nieraz „oberwał” od swoich niemieckich kolegów. W latach okupacji naziści pozbawili jego rodzinę domu, a ojca wcielili do wojska, tzw. wyzwolenie nie czyniło sytuacji o wiele łatwiejszej. Nowe władze traktowały autochtonów jako Niemców, nawet jeden z księży nie chciał przyjąć młodego Grzegorza jako ministranta, preferując „Polaków”. W tej sytuacji kolejni członkowie rodziny, jeden po drugim, z ciężkim sercem decydowali się na emigrację. Od lat siedemdziesiątych został więc ks. Grzegorz w Polsce sam, długo pozbawiany możliwości odwiedzenia rodziny mieszkającej w Niemczech. Władze, oczywiście, chętnie widziałyby go też za granicą, tyle że na stałe. On jednak był konsekwentny w swoim wyborze. Wychowanie „na pograniczu” dało mu szersze spojrzenie na świat, dwujęzyczność i możliwość kontaktów międzynarodowych, nic więc dziwnego, że w przyszłości kwalifikował się do bardziej ambitnych zadań.

Powołanie kapłańskie

Na miejsce realizacji swojego powołania kapłańskiego wybrał Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, gdzie został wyświęcony na księdza w 1960 r. Niezapomniany redaktor Tadeusz Żychiewicz z „Tygodnika Powszechnego” w polemice z ks. Szymankiem nazwał kiedyś Chrystusowców jednym z najsympatyczniejszych środowisk kapłańskich w Polsce - widać młodemu Grzegorzowi też zaimponowali. Sześć lat później, w wieku lat 33, ks. Grzegorz dostaje zadanie organizacji od podstaw ODA przy parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Szczecinie. Istnieje już wówczas w tym mieście jeden ośrodek akademicki przy kościele Księży Jezuitów, prowadzony przez o. dr. Władysława Siwka („Osia”). Jak się jednak okazało, wiele lat później pionierem duszpasterstwa studentów w Szczecinie był inny kapłan, a mianowicie ks. Kazimierz Żarnowiecki, który działał tam już w roku 1945. Działalność ta wygasła i przez wiele lat pozostawała zupełnie zapomniana.

ODA w parafii NSPJ w Szczecinie

Reklama

Początki ODA przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa były skromne, ale wielorakie talenty, determinacja i upór duszpasterza szybko przynosiły owoce. Kilkuosobowa grupa pionierów kilka lat później rozrosła się do kilkudziesięciu aktywnych członków i kilkuset sympatyków. Najpierw „bezdomni”, wkrótce zaadoptowali pomieszczenie w wieży kościoła dostępne tylko wąskimi i krętymi schodkami. Jedno spotkanie tygodniowo w początkach duszpasterstwa przerodziło się później w prawie codzienne.

Źródła sukcesu

Źródłem sukcesu ks. Grzegorza było chyba mistrzowskie balansowanie między wiarą i wiedzą, formacją religijną i intelektualną, życiem modlitewnym i rozrywką. Wykłady bez improwizacji, ze starannie przygotowanymi notatkami, starające się trafić w nasze oczekiwania i mające pomóc naszym aktualnym dylematom. Jeden rok akademicki poświęcony był ekumenizmowi, inny zajął intensywny kurs przedmałżeński. Dziś się nie dowiemy, czy bystre oko duszpasterza już wcześniej zauważyło, co się „święci”, czy to właśnie ten kurs natchnął kilkanaście par do decyzji o wspólnym życiu. Egzamin z tego wykładu zdajemy do dzisiaj, w większości z wynikiem, jeśli nie celującym, to przynajmniej dobrym. Z wykładami śpieszyli pomocni koledzy ks. Grzegorza z Seminarium Księży Chrystysowców w Poznaniu: ks. (dziś biskup łomżyński) Stefanek, ks. Szymanek, ks. Pyclik, ks. Nadolski i inni. Rekolekcje wielkopostne i adwentowe planowane były z kilkuletnim wyprzedzeniem, aby „zaklepać” najtęższe religijne głowy i serca Rzeczypospolitej. Nieustannie byliśmy zachęcani do samokształcenia. Książki do ośrodkowej biblioteki ks. Grzegorz załatwiał sobie tylko znanymi kanałami.
Msze św. (wieczorna piątkowa i niedzielna „dwunastka”), wykłady, kręgi dyskusyjne i biblijne to były najważniejsze strony ośrodkowej aktywności. Liturgia była zawsze starannie przygotowana: śpiew, czytania i zawsze krótkie kazanie. Szybko doświadczaliśmy zmian soborowych: Msze po polsku mieliśmy jako jedni z pierwszych, a oprawa muzyczna Mszy, pieśni „duvalowskie” (nazywane później sacrosongowymi) były magnesem dla wielu młodych.

„Konik” ks. Grzegorza

Muzyka to w ogóle był konik ks. Grzegorza: obdarzony dobrym głosem, utalentowany organista, potrafił też skorygować gitarzystów. Jednym z ważnych punktów tygodniowego rozkładu zajęć były więc próby śpiewu. Nie było pobłażania, momentami byliśmy traktowani jak regularny zespół - ks. Grzegorz miał w tym niejaką wprawę, bo w czasie studiów na KUL-u prowadził tamtejszy chór. Wiemy, że w pewnych kręgach kościelnych nowe formy muzyczne traktowało się z rezerwą, widząc w nich płyciznę treści i kiczowatość melodii, a uznając tylko uświęcony tradycją repertuar. To nowe brzmienie było jednak nadzwyczaj skuteczne w przyciągnięciu do Kościoła młodej generacji, wychowanej na rock and roll’u.
W duszpasterstwie studentów należało bardzo uważnie manewrować między głębią duchową i atrakcyjnością formy. Skoro nie samą tylko modlitwą człowiek (szczególnie młody) żyje, należało pomyśleć o godziwych rozrywkach. Były to wszelkiego rodzaju imprezy turystyczne (niedzielne spacery, tzw. dreptanka, nasze trasy w rajdach ogólnostudenckich, biwaki, zimowiska, obozy letnie). W takich sytuacjach najskuteczniej wychowuje się przez swoje osobiste świadectwo. Mieliśmy okazję być blisko z ks. Grzegorzem, który rzadko był dla nas surowym ojcem, częściej starszym bratem, a czasem wręcz równym kumplem (koni jednak nie kradliśmy). Bez sztucznego dystansu dzielił z nami niewygody i obowiązki, od czasu do czasu obejmując funkcję szefa kuchni, aby pokrzepić nas jedną ze swoich specjalności, a jego umiejętności kulinarne dorównywały jego wyrafinowanemu podniebieniu. Na zakończeniach oficjalnych studenckich rajdów, które gromadziły wtedy setki studentów, ks. Grzegorz organizował Msze św. w miejscowym kościele; ogłoszenia, które rozlepialiśmy po całej miejscowości, doprowadzały do szału zapraszanych oficjeli.

„Kuźnia” umysłów

Relacja Kościół-polityka to był bardzo drażliwy temat w okresie późnego Gomułki, więc uczestnictwo w ODA było niezawodnym sposobem, aby urobić sobie opinię nieprawomyślnego w pewnych organach. Świadomy, że nie wszyscy urodzili się bohaterami oraz biorąc pod uwagę fakt, że Kościół i państwo działają w dwóch różnych sferach i horyzontach czasowych, starał się ks. Grzegorz minimalizować te problemy. Na zewnątrz kościoła zachowywaliśmy się dyskretnie, ksiądz chodził po cywilnemu, wtedy też pojawił się jego pseudonim, którego autorem był inny zaprzyjaźniony chrystusowiec, ks. Paweł Piotrowski (pracujący w Brazylii, czyli „Brazylejro”). Oczywiście, nie udało się zupełnie uniknąć strat: były kłopoty z pracą, studiami, były przesłuchania na SB. Politycznie aktywniejsi szli do „konkurencji”, czyli ojców jezuitów, gdzie od 1974 r. duszpasterzem był znany o. Hubert Czuma. Większość z nas bywała tam również, choć sporadycznie, z okazji rekolekcji lub odczytu jakiegoś znanego gościa. Nie była to zresztą konkurencja w normalnym tego słowa znaczeniu, bo wielokrotnie organizowaliśmy wspólne spotkania i imprezy. Dzięki swojej znajomości niemieckiego był ks. Grzegorz naturalnym kandydatem do kontaktów z grupami akademickimi z NRD. To musiało stawiać na nogi nie tylko rodzimych agentów, ale też gości ze STASI.

Zmiany

W roku 1975, krótko przed jubileuszem 10-lecia Ośrodka, przełożeni zakonni przenieśli ks. Grzegorza do innych zadań, mianując jego następcą ks. Józefa Kosobuckiego („Ziuta”). Po nim dzieło podejmowali jeszcze inni - ich trud miał w końcu zaowocować ustanowieniem naszego ODA Centralnym Ośrodkiem Duszpasterstwa dla studentów w całym Szczecinie. Pierwszostronicowy reportaż o naszym ośrodku, opublikowany w połowie lat dziewięćdziesiątych w „Tygodniku Powszechnym”, opisuje Ośrodek Duszpasterstwa Akademickiego przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa jako okrzepłą studencką społeczność z wieloma nowymi formami aktywności, o których mogliśmy tylko marzyć 20 lat wcześniej.

Praca naukowa

Ks. Grzegorz został przełożonym domu zakonnego w Łomiankach. Tam skończył doktorat (w Szczecinie pewnie nigdy by do tego nie doszło) i zaczął pracę w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, wykładając misjologię. Cały czas dojeżdżał też do swojego macierzystego seminarium, gdzie miał opinię kompetentnego, choć wymagającego profesora. Nie oznaczało to jednak końca kontaktów z grupą studencką. Trudno było wymazać z pamięci, jak sam to kiedyś powiedział, najlepszy okres swojego życia. Interesował się dalej ośrodkiem i licznymi małżeństwami tam zawiązanymi. Miał już wtedy paszport, więc często odwiedzał rodzinę w Niemczech. W czasie pierwszej wizyty kupił sobie dobre buty i poszedł na dłuższą wycieczkę w góry, aby zażyć podwójnej wolności. Z następnych przywoził swoim volkswagenem całe bagażniki różnych dóbr doczesnych (a był to okres pustych półek sklepowych), które natychmiast rozdzielał najbardziej potrzebującym. Nasze dwie córki poznały w ten sposób smak „Milupy” w czasach, gdy często w desperacji biegaliśmy po całym mieście, aby kupić pudełko najzwyklejszego mleka w proszku. „O! serdelki!” zawołała trzyletnia córka znajomych na widok przywiezionych przez ks. Grzegorza bananów.
Po kilku latach w Łomiankach, gdy powoli materializowała się jego kariera naukowa (artykuły, seminaria, konferencje, pierwsze plany habilitacyjne), przyszło nieoczekiwanie nowe zadanie: funkcja prowincjała zakonu w Niemczech. Funkcja niełatwa, bo polskie ośrodki nie miały statusu odrębnych parafii, a istniała ogromna potrzeba pomocy rzeszom uchodźców i przesiedleńców. Pracował tam ks. Grzegorz ofiarnie przez wiele lat, aż początki choroby Parkinsona zmusiły go do zwolnienia tempa. Po paru latach osiadł w domu zakonnym w Puszczykowie k. Poznania.
Dziwnym zbiegiem okoliczności (a może to następny dowód, że Pan Bóg pisze prosto na krzywych liniach) ta nowa sytuacja na powrót zbliżyła go do swojej grupy studenckiej (rozrosłej w międzyczasie nie tylko o dodatkowe kilogramy, ale też o dzieci). Regularne spotkania dwa razy w roku (opłatek przed Bożym Narodzeniem i rodzinne „Spotkania Pokoleń” latem) przyciągały absolwentów z całej Polski. Tym, co nie mogli dojechać, pozostały „Listy Okrężne” redagowane i regularnie rozsyłane przez ks. Grzegorza do wszystkich absolwentów - być może byliśmy pierwszą w Polsce parafią korespondencyjną. Zresztą nazwa „List” nie oddaje w pełni całego bogactwa pomysłu. Był to obszerny wielowątkowy biuletyn, wręcz samizdatowe czasopismo, z kilkoma artykułami, refleksjami z lektur, wspomnieniami, aktualnymi informacjami itd.

Jubileusz

W roku 2000 odbył się w Pniewach bardzo uroczysty jubileusz 40-lecia kapłaństwa ks. Grzegorza, a wkrótce potem wydano pamiątkową książkę („Nie zgaśnie tej przyjaźni żar… Praca zbiorowa pod red. ks. Grzegorza Okroya TChr, wyd. Hlondianum, Poznań 2001). Postęp choroby był jednak nieubłagany. Po kolei odpadały wszystkie formy aktywności, tak bardzo potrzebne zarówno nam, jak i ks. Grzegorzowi. Trzeba było zrezygnować z kazań, śpiewu, podróży. „Listy Okrężne” pisane z coraz większym trudem też zamilkły pewnego dnia. Pozbawiony praktycznie możliwości mówienia i samodzielnego poruszania się, czekał na odwiedziny swoich dawnych wychowanków, wsłuchując się tylko w ich opowieści.

***

Ks. dr Grzegorz Okroy TChr zmarł w Puszczykowie 10 marca 2009 r. w 49. roku kapłaństwa.

2012-11-19 12:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

USA: Proboszcz parafii odwiedzonej przez pierwszą damę RP: to wyróżnienie

2021-09-24 19:09

[ TEMATY ]

parafia

wizyta

Agata Kornhauser‑Duda

Nowy Jork

PAP

Agata Kornhauser-Duda podczas wizyty w USA

Agata Kornhauser-Duda podczas wizyty w USA

Agata Kornhauser-Duda złożyła wizytę w polskiej parafii p.w. św. Stanisława Biskupa i Męczennika na nowojorskim Manhattanie. Proboszcz 150-letniej parafii o. Karol Jarząbek w rozmowie z PAP nazwał wizytę pierwszej damy "wyróżnieniem".

W czasie czwartkowej wizyty w najstarszej rzymskokatolickiej polskiej parafii w archidiecezji Nowy Jork pierwsza dama RP przekazała parafii polską flagę wraz z listem gratulacyjnym od prezydenta Andrzeja Dudy.

CZYTAJ DALEJ

Abp Jędraszewski: zwycięstwo przyjdzie, jak długo w polskich dłoniach będzie różaniec

2021-09-25 16:20

[ TEMATY ]

różaniec

abp Marek Jędraszewski

diecezja.pl

Abp Marek Jędraszewski przewodniczył Mszy św. w czasie XII Pielgrzymki Żywego Różańca do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. W homilii, nawiązując do słów kard. Augusta Hlonda: „Jeśli przyjdzie zwycięstwo, to przyjdzie przez Maryję”, metropolita krakowski stwierdził: „Przyjdzie, jak długo w polskich dłoniach będzie ciągle jeszcze święty różaniec”.

– Przez modlitwę różańcową nasze dłonie i serca łączą się z naszym Zbawicielem i Odkupicielem i Jego Matką. Łączą się także z naszymi najbliższymi – członkami naszych rodzin i wspólnot parafialnych, łączą się z naszą ojczyzną i z całym światem – tak wielkie znaczenie ma modlitwa różańcowa, która sprawia, że czujemy się cząstką Kościoła powszechnego, z wszystkimi jego problemami i nieszczęściami, a także ze wszystkimi jego nadziejami – mówił abp Jędraszewski, który w homilii zwrócił uwagę, jak różaniec łączył św. Siostrę Faustynę z Panem Jezusem, Matką Bożą, a także z Polską i wszystkimi, którzy swój los złączyli z Chrystusem ukrzyżowanym i zmartwychwstałym.

CZYTAJ DALEJ

Abp Gallagher na Szczycie ONZ: nakarmienie głodnych to za mało

2021-09-25 15:35

Adobe Stock

W trwającym Szczycie Systemów Żywnościowych ONZ uczestniczą przedstawiciele Stolicy Apostolskiej. Abp Paul Gallagher, sekretarz ds. relacji z państwami, podczas swojego wystąpienia zaznaczył, że istnieje pilna potrzeba zintensyfikowania międzynarodowych działań na rzecz przekształcania systemów żywnościowych oraz zwalczania braku bezpieczeństwa żywnościowego i niedożywienia. „Głód jest powodem do wstydu” – powiedział duchowny.

Watykański odpowiednik ministra spraw zagranicznych przypomniał słowa Papieża Franciszka, że głód w XXI wieku jest nie tylko tragedią ludzkości, ale także prawdziwym powodem do wstydu. Konieczne jest podjęcie skutecznych działań, zamiast nieustannego formułowania deklaracji i strategii. Według Ojca Świętego, należy dążyć m.in. do wzmocnienia lokalnych gospodarek i zapewnienia ogólnodostępnej zdrowej diety, przy jednoczenym ograniczeniu marnotrawienia żywności, zrównoważeniu środowiska i poszanowaniu lokalnych kultur.

CZYTAJ DALEJ
Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję