Reklama

Autorska wiwisekcja

2012-11-19 12:01

Mariusz Rzymek
Edycja bielsko-żywiecka 43/2009

Jerzy Stuhr 8 października promował w Książnicy Beskidzkiej w Bielsku-Białej swą nową książkę „Stuhrowie. Historie rodzinne”. Oprócz wyjaśniania powodów napisania rodzinnej sagi, autor publikacji mówił o swych związkach z Bielskiem-Białą

Jest kilka motywów, dla których chwyciłem za pióro, by przelać na papier historię mojej rodziny. Jednym z nich jest niemożność porozumienia się ze współczesną młodzieżą w kwestii wpływu więzi rodzinnych na wychowanie i kształt życia następujących po sobie pokoleń. Innym jest patriotyzm, którego idee kompletnie się obecnie rozmyły. Coraz więcej ludzi emigruje za granicę i nie wie, jak się ma zachować, względem kogo mają być lojalni. I tu, żeby tę rzecz odpowiednio naświetlić, przychodzi mi z pomocą historia mojej rodziny, której korzenie sięgają austriackiego pogranicza.

Asymilacja

Moi pradziadowie zdecydowali się na migrację w granicach Austro-Węgier i ostatecznie w drugiej połowie XIX wieku osiedli w galicyjskim Krakowie. Właśnie z tym miastem związali swoją przyszłość i w nim zdecydowali się zamieszkać na stałe. Pradziadowie zdecydowali się wychować trzech synów w duchu kultury polskiej i polskiego języka, a także zadbali o to, by w nowym miejscu uzyskać te same prawa, co autochtoni. Stąd też akt „swojszczyzny”, który po wielu staraniach uzyskał mój pradziadek, a który był niczym innym jak potwierdzeniem jego aspiracji do pełnej asymilacji ze społeczeństwem, z którym zdecydował się związać swój los. Moi dziadkowie w pełni potwierdzili trafność drogi wytyczonej przez pradziadka. Stryjeczny dziadek Oskar, z którym miałem najlepszy kontakt, był adwokatem, a zarazem mistrzem słowa polskiego. Mimo tego nie wyzbył się tradycji, z której został przeszczepiony. Pamiętam jak naszedłem go, gdy modlił się w języku niemieckim. To był jego powrót do korzeni.

Matecznik

Kiedyś uczestniczyłem w programie telewizyjnym, w którym zawodowi specjaliści ustalali drzewo genealogiczne zaproszonych gości. Wtedy okazało się, że moje korzenie pochodzą z Dolnej Austrii, z miejscowości położnej nieopodal czeskiego Mikulowa. Dla mnie ta informacja była zjawiskowa. Okazało się bowiem, że wielokrotnie tę trasę pokonuję, mimo iż obok jest alternatywny wariant, może nawet krótszy, wiodący przez Znojmo. Po tym programie zwiedziłem dokładnie rodzinne ustronie, z którego wywodzi się moja rodzina. Do dziś jest tam zresztą dom, pełen pamiątek po przodkach. Niestety, żaden Stuhr już tam nie mieszka. Do programu, o którym wspomniałem, został zaproszony jeden z moich austriackich krewnych. Jego nazwisko brzmiało jednak zupełnie inaczej niż moje, w odróżnieniu od nazwiska panieńskiego jego rodzicielki.

Reklama

Gotowy materiał

Zarówno dziadek, jak i ojciec mieli we krwi dbałość o staranne przetrzymywanie pamiątek rodzinnych. Po nich to właśnie odziedziczyłem niezwykłe archiwum, w którym znalazł się m.in. pamiętnik dziadka Oskara pisany w obozie koncentracyjnym. Ta niezwykła lektura jest kilkakrotnie przeze mnie cytowana na kartach książki. Proszę sobie wyobrazić, że ten człowiek był w stanie długo po wojnie wymienić z nazwiska wszystkich, chyba 60 więźniów swego bloku. Z drugiej strony mam świadomość, że ja jako jedynak posiadam informacje, anegdoty, które, gdy je nie przekażę, to zabiorę ze sobą do grobu. Potrzeba pisania książki o rodzinie jest więc wynikiem Bożego impulsu. Jestem ostatnim z tych, który pamięta czasy bez telewizji, za to wypełnione książkami i familijnymi opowieściami. Niestety, moja praca zawodowa nie pozwalała mi na częste kontakty z dziećmi i wiele tych historii po prostu nie zdążyłem im przekazać. Książka, jaka się właśnie ukazała, nadrabia te zaległości.

Wyjątkowe małżeństwo

Wiele osób pyta mnie o patent na aktorskie małżeństwo z długoletnim stażem. Kiedyś z żoną zrobiliśmy taki rozrachunek mej bytności w domu i okazało się, że połowę z czasu, który jest wliczony w nasze pożycie małżeńskie, żona spędziła sama, bo ja byłem akurat zaangażowany w różne filmowe czy teatralne projekty. W naszej sytuacji receptą na zgodną koegzystencję okazała się tęsknota. Ja po prostu nie miałem możliwości się nudzić. Gdy kończyły się zdjęcia, jechałem do rodziny i na jej łonie odpoczywałem. Taki powrót zawsze był pełen euforii. Trwało to tak ze trzy tygodnie, po czym przeglądałem oferty, na których ilość nigdy nie mogłem narzekać i decydowałem się na nową pracę. Wybierałem więc, jak mi się zdawało, ciekawą propozycję, związaną z intrygującym miejscem i oznajmiałem żonie, że muszę jechać. Trzy tygodnie w domu to było takie maksimum, które bezczynnie mogłem wytrzymać. Po tym czasie potrzebowałem nowych wyzwań i rzucałem się w wir pracy.

Bielskie wątki

Mój ojciec nie mógł w Krakowie piastować posady prawniczej, bo zachodził konflikt interesów. Wcześniej czynił to bowiem dziadek. Ojciec musiał więc zmienić miejsce zamieszkania. Wybór padł na Bielsko-Białą. W tym czasie, a był to rok 1946, zdecydował się zmienić specjalizację prawniczą i został prokuratorem. W czasie Mikołajczyka i uśpionego Stalina wydawał się to być dobry wybór. Wkrótce okazało się, że nie do końca. Od prokuratorów partia wymagała członkostwa w swych szeregach i ślepego posłuszeństwa. Mój ojciec, praktykujący katolik, nigdy na to nie przystał i nie mógł co liczyć na eksponowane stanowiska. Mimo to osiągnął wszystko, co mógł w takiej sytuacji osiągnąć. Ostatecznie został zastępcą prokuratora rejonowego w Bielsku-Białej. A ja… cóż. Ja w Bielsku-Białej odkrywałem uroki kina i teatru. Mieszkając przy obecnej ulicy Ratuszowej, miałem zaledwie kilkadziesiąt metrów do nieistniejącego już kina Wanda. Było ono usytuowane tuż obok magistratu. To właśnie w tym kinie wyświetlano film „Ewa chce spać” z grającą główną rolę Barbarą Kwiatkowską. Po jego obejrzeniu byłem pod takim urokiem pani Barbary, że się w niej zakochałem. Często odwiedzałem też inne bielskie kina Apollo i Rialto. Dla młokosa, który nie miał jeszcze 14 lat, nie lada wyzwaniem było pokonanie zapory w postaci mężczyzny w czapce z nazwą kina, sprawdzającego bilety. Tak czy owak właśnie w tych miejscach oglądałem wszelkiej maści westerny i nieśmiertelnych Krzyżaków, na których kilkakrotnie wychodziliśmy na szkolne seanse z LO im. S. Żeromskiego. Z czasem stałem się nie tylko widzem, ale i uczestnikiem sceny. Recytowałem wiersze na deskach Domu Kultury „Włókniarz”, byłem statystą w Teatrze Polskim i coraz mocniej mnie to wciągało.
Z tamtych czasów bardzo mocno zapadły mi jeszcze w pamięć godziny spędzone na wyczekiwaniu powrotu rodziców, miłości do starszych licealistek z liceum pedagogicznego - młodsze dziewczyny zupełnie nie wchodziły w grę - i ministrantura w kościele Opatrzności Bożej w Białej. W tej świątyni spędzałem zresztą mnóstwo czasu. Szło się do niej wzdłuż potoku Niwka, który wtedy nie był zakryty i przychodziło się do zakrystii. Najczęściej służyłem do Mszy św. ks. Jerzemu Bryle. Żeby było ciekawiej, został on później duszpasterzem środowisk twórczych w Krakowie, z czego miałem niemałą satysfakcję.

Jedziemy!

2019-09-16 22:34

Agnieszka Bugała

Krzysztof Wowk/Wowk Digital

Wielu osobom, nawet zaangażowanym w życie Kościoła, katolickie tygodniki wciąż kojarzą się z nudnym i trudnym przepowiadaniem, nawracaniem na siłę, wytykaniem życiowych błędów i szczegółowym relacjonowaniem długich, kościelnych uroczystości. W dodatku bez polotu i inwencji, w starym, nie zawsze dobrym graficznie, stylu.

Czy tak jest? Tak, tak niestety też bywa. Czy tak jest u nas? Staramy się, by było inaczej.

W tym roku Niedziela kończy 93 lata. Słuszny to wiek, zasługuje na pochwałę – że przetrwała niejedno i widziała niejedno i wiele mogłaby opowiedzieć młodszym, gładszym na licu koleżankom z prasowej półki. I choć – z racji wieku – kojarzona raczej z powłóczystą suknią mocno wciętą w talii i z kapeluszem ocieniającym pomarszczone czoło z innej epoki (i kapelusz i czoło) to jednak, Drogi Czytelniku, pomyliłbyś się bardzo, gdybyś uległ tej powierzchownej refleksji! Niedziela ma swój wiek, to prawda, ale silnik nowoczesnego motoru, w cztery sekundy rozpędza się do setki i jedzie  tam, gdzie czeka na nią wydarzenie, opowieść, ale przede wszystkim człowiek!

W niedzielę Środków Masowego Przekazu wrocławska redakcja Niedzieli kłania się nisko wszystkim Czytelnikom. Dziękujemy za ogromną życzliwość, serdeczność i gościnność w czasie spotkań w parafiach. Kapłanom, Księżom Proboszczom dziękujemy za pomoc w docieraniu do Czytelników. Jesteście wszyscy częścią ogromnej rodziny Niedzieli - zacnej pani lat 93 z sercem i duszą młodej dziewczyny pędzącej nowoczesnym motorem. Dokąd? Tam, gdzie człowiek, tam, gdzie Bóg.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trwa Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu

2019-09-17 22:58

Maciej Orman

"Chodź z nami!" – pod takim hasłem przebiega Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu. Z tej okazji we wtorek 17 września częstochowscy uczniowie uczestniczyli w ratuszu w otwartych prelekcjach.

Maciej Orman

Na pytanie: jak żyć bez samochodu? odpowiadała Małgorzata Rozmus z Fundacji Rething. Dzieliła się ze słuchaczami doświadczeniem transportowania na rowerze stelażu do łóżka i sugerowała korzystanie z roweru czy pociągu, który w przeliczeniu na pasażera powoduje najmniejszą emisję szkodliwych substancji.

– Nie dajmy sobie wmówić, że smog pochodzi z transportu – apelował z kolei Hubert Pietrzak, prezes Częstochowskiego Alarmu Smogowego. Powołując się na dane Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami, prelegent podkreślił, że transport jest źródłem pyłu PM 10 (zlepku sadz wielkości 1/5 ludzkiego włosa) zaledwie w 8 procentach. W największym stopniu (46 procent) do powstania smogu przyczynia się niska emisja, czyli palenie w piecach – tzw. „kopciuchach” – niskiej jakości węglem, a często nawet śmieciami. Hubert Pietrzak skrytykował również władze samorządowe i państwowe za „kulejący system dotacyjny” wymiany źródeł ciepła na bardziej ekologiczne. – Smog wzrasta, dotacje maleją – powiedział.

Prezes CzAS-u nie miał również litości dla władz Częstochowy i Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. W 2016 r. w ramach konkursu „Gazela” MPK otrzymało 66 mln zł na zakup 40 autobusów z napędem gazowo-elektrycznym od polskiego Solbusa. 28 kwietnia 2017 r. podczas kursu jeden z autobusów doszczętnie spłonął z powodu wadliwej instalacji elektrycznej napędu hybrydowego. Na szczęście w zdarzeniu nikt nie ucierpiał. Efekt pożaru jest taki, że autobusy stoją od ponad dwóch lat w zajezdni i nie ma z nich żadnego pożytku.

Bartosz Tyźlik z wypożyczalni hulajnóg elektrycznych apelował o rozsądne korzystanie z tych bardzo modnych ostatnio pojazdów. Podkreślił, że w świetle przepisów kierujący nimi są traktowani jako piesi, a to od typowych użytkowników chodników wymaga sporej uwagi.

W rozmowie z „Niedzielą” Marcin Stefaniuk z tej samej wypożyczalni dokładnie opisał pojazd. –Hulajnoga ma 2 biegi. Prędkość maksymalna to 25 km/h. Przy optymalnych warunkach bateria wystarcza na przejechanie 18 km. Co ważne, jeżeli jedziemy na wolnym biegu i nie zahamujemy, tylko wytracimy prędkość, hulajnoga odzyskuje zużytą energię – podkreślił Marcin Stefaniuk.

W ramach Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu w Częstochowie odbędą się jeszcze m.in.: warsztaty rolkowe, rowerowa gra miejska, zabawy i warsztaty eko dla przedszkolaków. Będzie też okazja darmowego zwiedzenia Muzeum Historii Kolei. Tydzień zakończy się w niedzielę 22 września Dniem bez Samochodu. Tego dnia właściciele pojazdów, po okazaniu ważnego dowodu rejestracyjnego, pojadą komunikacją miejską za darmo.

Szczegółowy program tygodnia jest dostępny pod adresem www.czestochowa.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem