Reklama

Geniusz z katedralnego chóru

Żył muzyką i dla muzyki. W świecie zapisanym nutami czuł się najlepiej i najswobodniej. Ci, którzy kochali i cenili prof. Jerzego Rosińskiego, kochali także muzykę. Św. Cecylia, patronka śpiewu kościelnego, musiała być także dla niego wyjątkową Świętą, bowiem muzyką kościelną przyszły organista katedralny karmił się od kołyski do ostatniej godziny życia. Zmarł po powrocie z próby z ukochanym Chórem Katedralnym im św. Cecylii, którym kierował przez 54 lata

Janina Rosińska, od roku wdowa po zmarłym 21 grudnia 2008 r. Jerzym Rosińskim, wciąż jakby ze zdumieniem rozgląda się po opustoszałym, pełnym pamiątek i jesiennego słońca mieszkaniu.

„Nuty były wszędzie”

- Gdy Jurek żył, nuty były po prostu wszędzie, porozkładane na każdym sprzęcie. Tu coś zapisał, tam czegoś nie dokończył. Jej - żonie, nie wolno było niczego ruszyć. - Nieraz mu mówiłam: u nas nigdy nie będzie porządku. No więc dzisiaj mam porządek. I pustkę…
Gdy przysięgali sobie przed ołtarzem, Jerzy był wdowcem - Janina była jego drugą żoną. 21-letnia różnica wieku zdawała się bardziej dopełniać, łączyć niż dzielić. Nie mogło być inaczej, bo połączyła ich oczywiście i przede wszystkim - muzyka. Janina jako zaledwie 17-latka trafiła do katedralnego chóru i jest w nim nieprzerwanie od 47 lat. - Jurek zauroczył mnie swoją muzyką, bo, mój Boże, jak on grał - Janina, absolwentka szkoły muzycznej i z muzykującej rodziny, wiedziała od początku: to jest mistrz. Takich wykonań romantyków czy największych dzieł muzyki organowej nie słyszy się ot tak, po prostu.
A prywatnie? Nigdy nie denerwował się, nie unosił i to była bardzo cenna cecha charakteru. Próby chóru odbywały się bez pośpiechu, w luźnej atmosferze, z przestojami zarezerwowanymi na ploteczki chórzystek, bez irytacji i popędzania ze strony maestro. Wystarczyło, że poprosił o koncentrację, bo „w niedzielę mamy występ”. Na co dzień w ogóle nie przywiązywał wagi do spraw doczesnych i praktycznej strony życia. Niespecjalnie obchodziło go, jak mieszka, nie interesowały go zakupy, rachunki, garderoba ani obiad stygnący na stole, na który zapominał wrócić z katedralnego chóru do domu. Zupełnie nie umiał sobie pochorować - nawet z zapaleniem oskrzeli poleżał w domu jeden dzień... Wypełnianie pitów uważał za absurd i koszmar, potrafił machnąć ręką na odebrane mu na granicy honorarium za koncert w Winnicy (wówczas w ZSRR), na które nie miał „urzędowego pokwitowania”. Za to, gdy usłyszał dobre wykonanie Czajkowskiego płakał jak dziecko.
Do drobnych przyjemności profesora należało rozwiązywanie krzyżówek, spacer po ul. Sienkiewicza z lampką wina w „Wiedeńskiej”, wyjazd w góry.
W domu Rosińskich muzykalny musiał być nawet … pies. Profesor dość długo opierał się przed posiadaniem czworonoga, ale gdy żona dostała w prezencie puszystą białą kulkę, nie zaprotestował. - Tylko go sprawdzę - powiedział i usiadł do pianina. Szczeniak wykazał się wystarczającym słuchem i muzykalnością, za co otrzymał wdzięczne imię Bemol, bo „w tej tonacji dobrze się śpiewa”.

Droga

Jerzy Rosiński był w pewnym sensie skazany na zostanie zawodowym muzykiem - inna droga życia nie wchodziła w rachubę.
Był synem wieloletniego organisty katedry kieleckiej - muzyka, wykształconego pod okiem kompozytora prof. Mieczysława Surzyńskiego. Już jako mały chłopiec dźwigał w tece nuty, drepcząc za tatą do katedry. Rodzina pochodziła z Kresów, z Janowa k. Winnicy. Matka była śpiewaczką, czworo rodzeństwa - wszyscy uzdolnieni muzycznie. Jerzy urodził się i dorastał już w Kielcach. Do muzykującego domu Rosińskich z ochotą schodzili się i wykształceni muzycy, i amatorzy, i księża, którym było mało śpiewu, przypisanego do codziennych obowiązków liturgicznych czy seminaryjnych. Spontanicznie tworzyły się muzykujące grupy, rodziły ciekawe pomysły, a on, jeszcze dziecko, nie miał innego wyjścia, jak słuchać i uczestniczyć, a potem po prostu usiąść do fortepianu i grać. Tę pasję i miłość do muzyki przekazał swoim synom z pierwszego małżeństwa. Jeden z nich, Piotr (historyk sztuki) opowiadał kiedyś, że dominujące wspomnienie z jego dzieciństwa to tajemnicze schody na katedralny chór... Drugi syn, Paweł, został organistą.
Jerzy Rosiński wspominał, że punktem przełomowym na jego życiowej drodze było wydarzenie muzyczne z czasów studenckich w warszawskim konserwatorium. Był to udział w częstochowskim Kongresie Muzyki Gregoriańskiej. Relacjonujący wydarzenie „Tygodnik Powszechny” umieścił nazwisko nikomu nieznanego studenta, wśród samych profesorów - w gronie tych najlepszych.

Reklama

Katedra przede wszystkim

To było jego miejsce na ziemi, ów katedralny chór. Zmieniali się proboszczowie, biskupi, prymasi i namiestnicy św. Piotra, nie mówiąc już o chórzystach - Jerzy Rosiński trwał na swoim miejscu. Gdy ludzie wychodzili po Mszy św., lubił zagrać Bacha lub może jakiś chorał, bo wiedział, że wielu na to czeka. Donikąd się nie spieszył, bo praca nie była tylko pracą - była misją. Organistą katedry czuł się przede wszystkim.
Jego chórzyści twierdzą, że miał pewien rodzaj charyzmy i bardzo wyważony sposób prowadzenia swoich podopiecznych, przy pełnym profesjonalizmie. Pracowało się dobrze… Wspomina Anna Śleźnik: - Zawdzięczam mu uświadomienie historyczności wykonywanych utworów i wyczulenie na piękno śpiewu kościelnego oraz swoistą edukację muzyczną - nas, swoich chórzystów wychowywał w kierunku pielęgnowania kultury muzycznej i to będzie procentowało zawsze. Ogromnie zależało mu na czystości interpretacji i pięknie śpiewu. Był taktowny, ciepły i wyrozumiały dla naszych słabości, warsztatowych niedoskonałości.
Dodaje, iż była pełna podziwu dla determinacji, z jaką starał się dopinać na ostatni guzik doroczny festiwal organowy, w tym szukać sponsorów, czego nie lubił. - No i grał przepięknie. Zawsze wzruszał mnie marsz weselny czy jego „Ave Maryja”. To był mistrz, skromny i prosty - ale zawsze mistrz.

Zdążyć ze wszystkim

Mówił o sobie, że grał bodaj we wszystkich filharmoniach w Polsce; podkreślał, iż dla muzyka wszelkie występy i prezentacje są ważne, ale największy prestiż towarzyszył Wiośnie Muzycznej w Wiedniu, w której uczestniczył szczyt muzycznego świata. Trzykrotnie brał udział w tym przedsięwzięciu.
Janina Rosińska wspomina kilka występów z chórem katedralnym, które mąż cenił sobie szczególnie: podczas wizyty Jana Pawła II w Kielcach, gdy w katedrze wykonano Oratorium z „Judy Machabeusza” Haendla, i w Masłowie, gdy Papież koronował obraz Matki Bożej Łaskawej Kieleckiej i odśpiewano hymn ku Jej czci napisany przez Rosińskiego. Od tamtego czasu hymn „W prastarej kieleckiej świątyni” zrósł się z miastem, z kieleckim sanktuarium. Wreszcie podczas wizyty Jana Pawła II w Gdańsku, gdy 4-tysięczny chór wykonał kompozycję Profesora „Ja ciebie chrzczę” (napisaną na tysiąclecie chrztu Polski).
Miał na swoim koncie prowadzenie przez ponad 20 lat Chóru Środowisk Twórczych, co zaproponował i w czym go nieustannie wspierał ówczesny duszpasterz akademicki ks. prof. Julisław Łukomski (obdarzony, jak podkreślają chórzyści, niespotykaną skalą głosu). Prof. Rosiński był wyczulony na wychowawczy aspekt pracy z tamtym chórem w epoce gierkowskiej. - Chcieliśmy wraz z ks. Łukomskim wskazać tej młodzieży wybór właściwej drogi - opowiadał kiedyś. - Wyjeżdżaliśmy na sacrosongi, na koncerty zagraniczne (np. w Rzymie zdobyliśmy pierwszą nagrodę), a w Łodzi spotkaliśmy się z Ojcem Świętym, stając wtedy w szranki z najlepszymi. „A wy, kielczanie, skąd tutaj?” - zapytał Jan Paweł II.
Także i ten chór przetrwał w kilkakrotnie zmienianym składzie rozsianym teraz po różnych zakątkach Polski, ale potrafiącym zmobilizować swe siły na ważne, wybrane uroczystości.
Jerzy Rosiński wpisał się na stałe w muzyczną historię Kielc poprzez organizację Międzynarodowych Festiwali Muzyki Organowej i Kameralnej w Kielcach od 1989 roku, czyli tak szybko, jak w zmienionym ustroju było to możliwe. Od 20 lat festiwale na kilka jesiennych tygodni przeobrażają Kielce w stolicę muzyki organowej, goszczącej wirtuozów o międzynarodowej renomie. W tym roku po raz pierwszy zabrakło gospodarza i organizatora. XX edycję festiwalu „Anima Mundi” dedykowano Jerzemu Rosińskiego, który zapewne stanie się patronem kieleckich festiwali w kolejnych latach.

Dla nich był najlepszy

Od początku istnienia Diecezjalnego Studium Organistowskiego był jego wykładowcą, czyli przez ponad 20 lat. Uczniem Rosińskiego właśnie ze Studium (a potem także wykładowcą szkoły) był Mariusz Bednarz, który po swoim profesorze i mistrzu przejął funkcję organisty katedralnego. - Usłyszałem kiedyś, jak grał w katedrze i zakochałem się w grze na organach. Jego gra była pewnym pułapem i niedościgłym wzorcem zawodowym; nigdy nie przypuszczałem, że kiedyś zajmę jego miejsce, tam na chórze, przy jego organach - mówi Mariusz Bednarz. Wspomina trudne lekcje harmonii, szacunek wobec uczniów, umiejętność dzielenia się swą wiedzą i niekoniecznie powszechne w środowisku - odsłanianie tajników warsztatu, wreszcie takie samo traktowanie tych wielkich i tych małych tego świata. - Genialnie sprawdzał prace domowe uczniów, rzut oka na nuty i wiedział, jak to brzmi - mówi. - Dla mnie ten fenomenalnie grający starszy pan był najlepszym organistą liturgicznym w dziejach tego miasta - dodaje.
Rosiński był także wieloletnim współpracownikiem Polskiego Radia Kielce i dzięki państwowej rozgłośni mógł popularyzować piękno muzyki organowej (co oczywiście nie mogło się podobać ówczesnym władzom).
Ważny nurt w życiu artysty - to kompozycje, inspirowane i zrośnięte z jego duchowością, religijnością, maryjnością.
Pokłosiem talentu i wiary stały się liczne pieśni maryjne i nagrane płyty, m.in. „Matka Boża Łaskawa Kielecka”, Tryptyk Maryjny”, „Ave Maryja” czy „Ku Maryi z wiatrem leć”. Było sporo kolęd, m.in. „Kolęda świętokrzyska”, „Kolędiana”, „Gwiazdka świętokrzyska”. W 2004 wydano śpiewnik „Zaśpiewaj z radością”.
Zapytałam kiedyś Profesora: czy kompozytora i wykonawcę monumentalnej muzyki organowej interesują inne gatunki muzyczne? - Uważnie wsłuchuję się w każdy rodzaj muzyki (nawet hip-hop, przyp. red.), ale nie każdy jednakowo cenię… Janina Skotnicka, uzupełniając dzisiaj tę wypowiedź męża powie, że bardzo poważał Kilara, Pendereckiego, Lutosławskiego, podziwiał solistów (np. niewidomego tenora Andreę Bocellego), ale już krytyczny bywał wobec choćby Rubika mówiąc, że w „jego muzyce nic się nie dzieje”. Niezmiennie, stałą miłością kochał i wykonywał Bacha.
Bliscy profesora - jego uczniowie, chórzyści, współpracownicy postarali się o pamiątkową tablicę, którą - w uznaniu zasług Rosińskiego dla miasta - ufundował Wojciech Lubawski. 21 grudnia w przeddzień rocznicy śmierci Jerzego Rosińskiego poświęci ją bp Kazimierz Ryczan. Znajdzie się ona w miejscu, gdzie dotąd zdają się słyszeć niespieszne kroki organisty - w przedsionku na katedralny chór.

2012-11-19 12:01

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Abp Gądecki: duszpasterstwo to także słuchanie młodych

2020-09-20 16:44

[ TEMATY ]

duszpasterstwo

abp Stanisław Gądecki

episkopat.pl

Duszpasterstwo powinno charakteryzować się słuchaniem, wzajemnością, współodpowiedzialnością i uznaniem pierwszoplanowej roli młodych. Młode pokolenia znajdują się pod silnym wpływem mediów społecznościowych, co daje możliwości, jakich nie miały poprzednie pokolenia – uważa abp Stanisław Gądecki. Metropolita poznański uczestniczył w uroczystościach z okazji 50. rocznicy koronacji obrazu Matki Bożej Pocieszenia w Szamotułach k. Poznania. W homilii mówił o wierze Maryi, koronacji wizerunku i o wyzwaniach, które powinien podjąć Kościół w Polsce.

„Przeniknięci naukową mentalnością dzisiejsi ludzie zastanawiają się, w jaki sposób wiedza naukowa może łączyć się ze zjawiskiem wiary. Nasza wiara – jako osobiste przyjęcie daru Bożego – nie jest ani nieracjonalna ani ślepa. Skoro bowiem tak światło wiary, jak i światło rozumu pochodzą od tego samego Boga, to nie mogą one sobie wzajemnie przeczyć” – zauważył abp Gądecki.

Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski przekonywał, że istnieje ścisła więź między katechezą a ewangelizacją. „Dobra katecheza przygotowuje słuchaczy do misji, uświadamiając im, że są uczniami-misjonarzami, powołanymi do czynnego uczestnictwa w głoszeniu Ewangelii i do uobecniania w świecie królestwa Bożego” – mówił abp Gądecki.

Metropolita poznański przypomniał, że naturalnym miejscem, w którym wiara może być przeżywana prosto i w sposób spontaniczny, jest rodzina. „Trzeba mieć na uwadze to, w jaki sposób doświadczanie relacji zapośredniczonych technologicznie wpływa na pojmowanie świata, rzeczywistości i relacji międzyludzkich” – zauważył.

Przewodniczący episkopatu zachęcał też wiernych, by odnowili w sobie pragnienie uczestnictwa w Eucharystii. „Pandemia doprowadziła do poważnych zaburzeń nie tylko w sferze społecznej czy gospodarczej, ale również w życiu religijnym. Po okresie «postu eucharystycznego» winniśmy wszyscy – z czystym sercem – powrócić do Eucharystii” – mówił abp Gądecki.

Cudowny obraz Matki Bożej Pocieszenia „Szamotuł Pani” to ruska ikona Matki Bożej Kazańskiej namalowana na drewnie. Obraz pojawił się w Szamotułach w XVII w. i zasłynął licznymi cudami. Po latach kultu Matki Bożej, w 1970 r., odbyła się koronacja obrazu, której dokonał kard. Stefan Wyszyński.

CZYTAJ DALEJ

Misyjny charakter procesji

2020-09-20 21:45

Fot. Grzegorz Kryszczuk

Ulicami Wrocławia przeszła procesja z relikwiami św. Doroty i św. Stanisława. Dziękowano za ocalenie od powodzi tysiąclecia i modlono się o oddalenie pandemii.

Uroczystość rozpoczęła się w Bazylice św. Elżbiety specjalnym nabożeństwem, następnie w asyście wojskowej i policyjnej procesja przeszła do kościoła św. Stanisława, św. Doroty i św. Wacława. Uczestniczyło w niej kilkuset mieszkańców miasta.

Bp Andrzej Siemieniewski w homilii wyraźnie wskazał, że ta procesja i modlitwa o duchowe błogosławieństwo za Wrocław, ma także wymiar misyjny. Wyraził pragnienie, aby Wrocław, który jest niezwykłym miastem, piękniał również duchowo.

Hierarcha podkreślił, że ważniejsza jest Eucharystia i jej moc niż strach, który może pojawić się w sercu człowieka. - Tu jest Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. My o tym wiemy, ale jest wielu, którzy nie wiedzą, albo o tym zapomnieli. Czasem lęk, obawy, albo wygodnictwo sprawiają, że ich nie pociąga liturgia. Może wydaje im się to jakimś obowiązkiem, a może popadli w koleiny prawno-dyscyplinarne, dyskutując o dyspensach. My jako świadkowie obecności Pana Jezusa mówmy raczej o Bożych obietnicach, wygłoszonych przez Chrystusa i zapisanych w Ewangelii – mówił bp Siemieniewski.

Zachęcił aby dzielić się tymi obietnicami z innymi, w swoich rodzinach i miejscach pracy. Szczególnie z tymi, którzy traktują niedzielną Eucharystię jako obowiązek. - Mówmy innym: spotkałem Pana! Tak, jak to jest zapisane na kartach Nowego Testamentu. Spotkałem Pana w Ewangelii, której słuchałem, a później wprowadziłem w życie. Kto pije Krew Pańską i spożywa Ciało Pańskie ma życie w sobie na wieki – mówił bp Siemieniewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję