Reklama

Niedziela Przemyska

Stare mapy kanonika

Niedziela przemyska 6/2013, str. 8

[ TEMATY ]

historia

Arkadiusz Bednarczyk

Bp Rafał Leszczyński biskup przemyski (1520-23) wraz z kanonikami – fragment kwatery drzwi kolegiaty w Jarosławiu

Bp Rafał Leszczyński biskup przemyski (1520-23) wraz z kanonikami – fragment kwatery drzwi kolegiaty w Jarosławiu

W stallach zacnej, wiekowej kapituły przemyskiej zasiadał wybitny geograf, kartograf i historyk, kantor przemyski Bernard Wapowski. Międzynarodowa Unia Astronomiczna 22 stycznia 2009 r. na jego cześć nazwała krater na powierzchni Księżyca jego imieniem. Co więcej Bernard znał dobrze sławnego astronoma Mikołaja Kopernika, kanonika kapituły warmińskiej...

Z Wapowiec w daleki świat

Zacna rodzina Wapowskich, pieczętująca się herbem Nieczuja, posiadała dobra w ziemi ruskiej i przemyskiej: Radochońce i Wapowce. Nasz przyszły kanonik urodził się w ziemi przemyskiej, w Wapowcach około 1450 r. W krakowskiej Alma Mater wraz z Mikołajem Kopernikiem z przejęciem słuchali wykładów astronomicznych Wojciecha z Brudzewa, który jako pierwszy stwierdził iż Księżyc porusza się po elipsie. Bernard zapewne uczęszczał wcześniej do przemyskiej szkoły katedralnej, bowiem wówczas nie było jeszcze seminariów duchownych; te pojawiły się dopiero po soborze trydenckim w XVI wieku. Niewątpliwy wpływ na ukształtowanie osobowości młodego Bernarda miał jego stryj, Piotr Wapowski, znany kanonik krakowski (był także kantorem w kapitule przemyskiej), krewny biskupa krakowskiego Jana Rzeszowskiego (rodzinnie również związanego z Podkarpaciem), który przez samego króla Kazimierza Jagiellończyka wysyłany był w ważnych misjach państwowych, choćby do Rzymu m.in. w sprawie arcybiskupstwa dla Fryderyka Jagiellończyka syna polskiego monarchy.

Reklama

Bohaterowie naszej opowieści, wymieniony Piotr oraz Bernard Wapowscy byli kanonikami. A kimże jest kanonik? Kanonicy byli duchowymi, którzy przestrzegając kanonów prawa kościelnego (stąd kanonik) należeli do kapituł - zgromadzeń duchownych (którzy nie zawsze i nie wszyscy posiadali pełne święcenia kapłańskie) funkcjonujących przy biskupich katedrach, a także znaczniejszych kościołach zwanych kolegiatami. Od codziennych posiedzeń przy kościele katedralnym, poświęconych lekturze jednego rozdziału (capitulum) Pisma Świętego nazwano te środowiska kapitułami. Kanonicy gromadzili się wokół swojego biskupa i wspomagali go w sprawowaniu funkcji liturgicznych i zarządzaniu diecezją. Kapituły z czasem stały się autonomiczne, posiadały osobowość prawną, własny statut i majątek oraz prawo wyboru biskupa. W kapitułach powstały godności prałackie: dziekan lub prepozyt stali na czele kapituły, ponadto archidiakon, scholastyk, kantor, kustosz, kanclerz. Do obowiązków kanoników należało uświetnianie Służby Bożej w katedralnym kościele, służenie radą i pomocą biskupowi, prawo do stall, głosu na kapitule, stroju kanonicznego (mucetu, także przywilej noszenia rokiety, mantoletu, dystynktorium) i prebendy. W Przemyślu już w średniowieczu, w czasach bp. Eryka z Winsen funkcjonowała kapituła. Kantor katedralny (którym został nasz Bernard) odpowiedzialny był za chór działający przy katedrze biskupiej. Do jego zadań należało czuwanie nad śpiewem, ot choćby intonowanie antyfon w czasie wspólnego śpiewu podczas służby Bożej.

Poprawianie Ptolemeusza

Kantorię przemyską wuj Piotr przekazał swojemu bratankowi, Bernardowi, który w związku z tym pojawiał się w Przemyślu. Bernard już jako kantor studiował również w Bolonii, tu uwieńczył studia doktoratem. Osoba wielkiego astronoma Mikołaja Kopernika odegrała znaczącą rolę w ukierunkowaniu młodego naukowca z ziemi przemyskiej. Kopernik zapoznał Wapowskiego z niejakim Marco Beneventano, z zakonu celestynów, pracującym nad nowym wydaniem „Geografii” Ptolomeusza - starożytnego greckiego geografa. Marco potrzebował zdolnego współpracownika do pomocy przy opracowywaniu map Europy Środkowej. Wówczas to Wapowski poprawić miał błąd Ptolemeusza związany z położeniem Morza Czarnego. Obaj duchowni Kopernik i Wapowski korespondowali ze sobą listownie. Mikołaj dzielił się z Bernardem swoimi odkryciami. Zachował się w kopiach odpis tzw. „Listu o ruchu ósmej sfery” Kopernika do Wapowskiego w którym genialny astronom omawia krytycznie jedną z teorii astronoma norymberskiego Jana Wernera.

Mapa

Przez pewien czas Wapowski dostał się w wir ówczesnej „wielkiej polityki”: przebywał na dworze papieskim w Rzymie wspierając poselstwo prymasa Jana Łaskiego w sprawie zagrożenia Europy przed Turkami oraz rozwiązania kwestii Zakonu Krzyżackiego. Po powrocie do Krakowa w 1515 r. Bernard został sekretarzem samego króla Zygmunta Starego, który zwrócił uwagę na zdolnego naukowca powierzając mu szereg ważnych misji państwowych. Wkrótce mianowano Wapowskiego kanonikiem wiślickim, a jako kantor krakowski pełnił wiele odpowiedzialnych misji powierzanych mu przez kapitułę. Dodajmy, że w dalszym ciągu był kantorem przemyskim. To z czym najbardziej kojarzy nam się jego osoba to najstarsza mapa Polski. W 1526 r. wykonał ją w Krakowie w technice drzeworytu, na której wzorowało się później wielu kartografów. Mapy przemyskiego kanonika przedstawiały także inne wschodnie kraje europejskie. Niestety mapy kanonika spłonęły w XVI wieku podczas wielkiego pożaru Krakowa; zachowały się jedynie reprodukcje fragmentów z odnalezionych w 1931 r. w Archiwum Akt Dawnych. Kartograf podjął także być może z polecenia króla Zygmunta pracę nad historią Polski. Rezultatem tego była napisana pięknym językiem kronika obejmująca czasy najdawniejsze do roku 1535. Jednak najstarsza część kroniki obejmująca lata do 1380 r. zaginęła. Naszemu prałatowi nie obca była także medycyna; Mikołaj Kopernik wspominał o jego działalności leczniczej w Gdańsku. Ale Wapowski był również astronomem i astrologiem. Zmarł w 1535 r. i pochowany został w katedrze krakowskiej choć jego grobowiec zaginął.

2013-02-06 11:38

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

81. rocznica napaści ZSRR na Polskę

2020-09-17 06:48

[ TEMATY ]

historia

Rosja

Wikimedia Commons/dp. Źr.: TASS

Wkroczenie wojsk sowieckich do Polski w 1939

Wkroczenie wojsk sowieckich do Polski w 1939

81 lat temu, 17 września 1939 r., łamiąc polsko-sowiecki pakt o nieagresji, Armia Czerwona wkroczyła na teren Rzeczypospolitej Polskiej, realizując ustalenia zawarte w tajnym protokole paktu Ribbentrop-Mołotow. Konsekwencją sojuszu dwóch totalitaryzmów był rozbiór osamotnionej Polski.

  • Pakt Ribbentrop-Mołotow nazywa się często IV rozbiorem Polski
  • Od godz. 3 do godz. 6 rano jej wojska przekroczyły na całej długości wschodnią granicę z Polską
  • Siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły ok. 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tys. czołgów i ok. 1800 samolotów.

Sowiecka napaść na Polskę była realizacją układu podpisanego w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. przez ministra spraw zagranicznych III Rzeszy Joachima von Ribbentropa oraz ludowego komisarza spraw zagranicznych ZSRS Wiaczesława Mołotowa, pełniącego jednocześnie funkcję przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych (premiera).

Integralną częścią zawartego wówczas sowiecko-niemieckiego paktu o nieagresji, był tajny protokół dodatkowy. Jego drugi punkt, dotyczący bezpośrednio Polski, brzmiał następująco: "W wypadku terytorialnych i politycznych przekształceń na terenach należących do Państwa Polskiego granica stref interesów Niemiec i ZSRS przebiegać będzie w przybliżeniu po linii rzek Narwi, Wisły i Sanu. Kwestia, czy w obopólnym interesie będzie pożądane utrzymanie niezależnego Państwa Polskiego i jakie będą granice tego państwa, będzie mogła być ostatecznie wyjaśniona tylko w toku dalszych wydarzeń politycznych. W każdym razie oba rządy rozstrzygną tę kwestię na drodze przyjaznego porozumienia".

Informacja o wspomnianym tajnym protokole nie dotarła do Polski, mimo że przywódcy alianccy dysponowali wiedzą na jego temat.

Oceniając sojusz dwóch totalitarnych mocarstw prof. Andrzej Garlicki pisał: "Pakt Ribbentrop-Mołotow nazywa się często IV rozbiorem Polski. Ta nazwa dobrze oddaje jego istotę. Dwa sąsiadujące z Polską państwa zawarły porozumienie dotyczące podziału jej terytorium pomiędzy siebie. Po kilku tygodniach porozumienie to zostało zrealizowane. Pakt Ribbentrop-Mołotow przyniósł Hitlerowi pozornie mniejsze korzyści niż Stalinowi: terytorium polskie na zachód od linii Wisły oraz uznanie Litwy za niemiecką strefę wpływów. Ale Hitler otrzymywał równocześnie - i to było bezcenne - gwarancje neutralności Moskwy w jego konflikcie z Zachodem. Groźba wojny na dwa fronty, przynajmniej w najbliższym czasie, przestawała istnieć dla Niemiec. Obaj partnerzy podpisujący pakt na Kremlu traktowali go jako rozwiązanie doraźne. Obaj mieli cele o wiele bardziej ambitne niż rozbiór Polski czy podporządkowanie republik nadbałtyckich. Były to cele sprzeczne, dlatego wojna pomiędzy III Rzeszą i Związkiem Radzieckim była nieunikniona". (A. Garlicki "Historia 1815-1939. Polska i świat").

Po zaatakowaniu Polski przez wojska niemieckie 1 września 1939 r. strona sowiecka utrzymywała przez następne dni pozory neutralności. Minister Józef Beck wspominał: "Zachowanie ambasadora sowieckiego nie pozostawiało nic do życzenia, zdradzał on nawet chęć rozmów co do możliwości dowozu pewnych towarów przez ZSRS. Poleciłem ambasadorowi Grzybowskiemu sondaż u Mołotowa, jakie dostawy przez Sowiety mogłyby być brane pod uwagę, oraz oczekiwałem od niego akcji dla zapewnienia nam tranzytu od państw sprzymierzonych". (J.Beck "Ostatni raport")

Niemcy od trzeciego dnia wojny ponaglali Moskwę, ażeby zajęła obszary uznane w pakcie Ribbentrop-Mołotow za jej strefę interesów. Stalin zwlekał z podjęciem decyzji, czekając na to, jak zachowają się wobec niemieckiej agresji na Polskę Wielka Brytania i Francja. Przyglądał się również jak silny opór Niemcom stawia polskie wojsko. Jednocześnie jednak w ZSRS trwały ukryte przygotowania do wojny. 24 sierpnia 1939 r. rozpoczęto stopniową koncentrację wojsk.

3 września komisarz obrony Klimient Woroszyłow wydał rozkaz o podwyższeniu gotowości bojowej w okręgach wojskowych, które miały wziąć bezpośredni udział w ataku na Polskę, oraz rozkaz o rozpoczęciu tajnej mobilizacji. Do działań przeciwko państwu polskiemu przeznaczono dwa fronty: Białoruski - komandarma Michaiła Kowalowa i Ukraiński komandarma Siemiona Timoszenki. W sumie liczyły one co najmniej 620 000 żołnierzy, ponad 4700 czołgów i 3300 samolotów. Po stronie polskiej granicy z ZSRS, liczącej ponad 1400 km, strzegły jedynie przerzedzone oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza.

17 września 1939 r. o godz. 3 w nocy (według obowiązującego w Polsce czasu środkowoeuropejskiego była godzina pierwsza) do Komisariatu Spraw Zagranicznych w Moskwie wezwany został ambasador RP Wacław Grzybowski, któremu Władimir Potiomkin - zastępca Mołotowa - odczytał treść uzgodnionej wcześniej z Berlinem noty. Władze sowieckie oświadczały w niej m.in.: "Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni działań wojennych Polska utraciła wszystkie swoje ośrodki przemysłowe i centra kulturalne. Warszawa, jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie przejawia oznak życia. Oznacza to, że państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Tym samym utraciły ważność umowy zawarte pomiędzy ZSRS a Polską".

Uzasadniając wkroczenie Armii Czerwonej na teren Rzeczypospolitej Polskiej stwierdzano: "Rząd sowiecki nie może pozostać obojętny na fakt, że zamieszkująca terytorium Polski pobratymcza ludność ukraińska i białoruska, pozostawiona własnemu losowi, stała się bezbronna. Wobec powyższych okoliczności Rząd Sowiecki polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod swoją opiekę życie i mienie ludności Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi. Rząd sowiecki zamierza równocześnie podjąć wszelkie środki mające na celu wywikłanie narodu polskiego z nieszczęsnej wojny, w którą wepchnęli go nierozumni przywódcy i umożliwienie mu zażycia pokojowej egzystencji".

Ambasador Grzybowski zdecydowanie odmówił przyjęcia sowieckiej noty. W tym samym czasie Armia Czerwona rozpoczęła napaść na Polskę. Od godz. 3 do godz. 6 rano jej wojska przekroczyły na całej długości wschodnią granicę z Polską.

Przedstawiając plan sowieckiego ataku prof. Wojciech Materski pisał: "Rozkaz jak najszybszego uchwycenia ważnych obiektów militarnych w głębi polskiej obrony poprzez skoncentrowane uderzenia rozcinające wykonywać miały wydzielone spośród wszystkich armii tzw. grupy ruchome (uderzeniowe). Trzy grupy ruchome Frontu Białoruskiego (dzierżyńska, mińska i połocka) otrzymały zadanie opanowania Wilna (poprzez Święciany i Michaliszki), Grodna i Białegostoku (poprzez Wołkowysk). Cztery grupy ruchome Frontu Ukraińskiego (15 korpus, szepietowska, wołoczyska i kamieniecko-podolska), po uchwyceniu w ciągu pierwszych trzech dni agresji rubieży Kowel-Włodzimierz Wołyński-Sokal, miały wyjść na linię rzeki San. Za nimi postępować miały podporządkowane operacyjnie na czas kampanii dowództwu Armii Czerwonej pograniczne oddziały NKWD, likwidując według wcześniej przygotowanych list osoby uznane za elementy antysowieckie, mogące utrudnić trwałe umocnienie się na zdobytych terenach. Rozbite polskie linie obrony miały być atakowane frontalnie przez podstawowe siły obu frontów". (W.Materski "Tarcza Europy. Stosunki polsko-sowieckie 1918-1939")

Łącznie siły Armii Czerwonej skierowane w trzech rzutach przeciwko Rzeczypospolitej wynosiły ok. 1,5 miliona żołnierzy, ponad 6 tys. czołgów i ok. 1800 samolotów. Cytowany powyżej prof. Materski zwracał dodatkowo uwagę na fakt, iż: "Uderzenie dwu frontów sowieckich zostało poprzedzone czterodniowymi intensywnymi działaniami grup sabotażowo-dywersyjnych, które były organizowane na polskich Kresach Wschodnich przez wywiad sowiecki, komunistów i miejscowych nacjonalistów. Działania te okazały się rozleglejsze i skuteczniejsze niż akcja V kolumny poprzedzająca agresję niemiecką".

Reakcję na wiadomość o sowieckiej napaści na Polskę tak wspominał szef sztabu Naczelnego Wodza gen. Wacław Stachiewicz: "Nie znajduję słów, które by oddały nastrój przygnębienia, jaki zapanował. Ani Naczelny Wódz, ani nikt z nas, oficerów Sztabu, nie miał najmniejszych wątpliwości co do charakteru, w jakim Sowiety wkroczyły do Polski. Było dla nas jasne, że dostaliśmy podstępny cios w plecy, który przesądzał ostatecznie o losach kampanii i niweczył ostatnią nadzieję prowadzenia zorganizowanej walki na terenie Polski".

Wieczorem 17 września Naczelny Wódz wydał następujący rozkaz (dyrektywę): "Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami - bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii".

Władze polskie wzywając do unikania walki z Armią Czerwoną nie uznały jej wkroczenia za powód do wypowiedzenia wojny i nie zerwały stosunków dyplomatycznych z Moskwą. Zaistniała sytuacja zadecydowała o tym, iż w nocy z 17 na 18 września prezydent Ignacy Mościcki wraz z rządem polskim i korpusem dyplomatycznym przekroczył granicę rumuńską, planując przedostanie się do Francji. Razem z nimi terytorium polskie opuścił Naczelny Wódz marszałek Edward Śmigły-Rydz.

Zdaniem prof. Pawła Wieczorkiewicza, rozkaz marszałka Śmigłego-Rydza wydany 17 września "wprowadził w efekcie zamęt i utrudnił, czy wręcz uniemożliwił organizację obrony Kresów Wschodnich, tam gdzie istniały po temu jakiekolwiek szanse". (P.Wieczorkiewicz "Historia polityczna Polski 1935-1945")

Rozkaz ten nie dotarł jednak do wielu oddziałów, a przez część dowódców uznany został za prowokację. Do starć z Armią Czerwoną dochodziło w wielu miejscach. Na Polesiu i Wołyniu improwizowana grupa KOP dowodzona przez gen. Wilhelma Orlika-Rueckemanna stoczyła z Sowietami kilkanaście potyczek i dwie bitwy: pod Szackiem 28-29 września i Wytycznem w pow. włodawskim 1 października. Na Polesiu z Armią Czerwoną walczyły także: dowodzony przez ppłk Nikodema Sulika-Sarneckiego pułk KOP "Sarny", brygada KOP "Polesie" oraz jednostki KOP "Kleck" i "Baranowicze". Z kolei w Kodziowcach, niedaleko Grodna, w nocy z 21 na 22 września doszło do bitwy, w której 101 pułk ułanów przez kilka godzin zatrzymywał przeważające siły sowieckie, niszcząc m.in. 22 czołgi. Na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie z Sowietami walczyły oddziały KOP "Iwieniec", "Głębokie" i "Krasne".

Wkraczającym oddziałom Armii Czerwonej opór stawiały również miasta, wśród których najbardziej zacięty i tragiczny bój stoczyło Grodno. Walki z Wehrmachtem i Armią Czerwoną toczyła dowodzona przez gen. Franciszka Kleeberga Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie", w skład której weszli m.in. marynarze Pińskiej Flotylli Wojennej.

W sumie w starciach z Armią Czerwoną zginęło ok. 2,5 tys. polskich żołnierzy, a ok. 20 tys. było rannych i zaginionych. Do niewoli sowieckiej dostało się ok. 250 tys. żołnierzy, w tym ponad 10 tys. oficerów, którzy na mocy decyzji podjętej 5 marca 1940 r. przez Biuro Polityczne WKP(b) zostali rozstrzelani.

Straty sowieckie wynosiły ok. 3 tys. zabitych i 6-7 tys. rannych. Wkraczająca na ziemie Rzeczypospolitej Armia Czerwona zachowywała się równie bestialsko jak wojska niemieckie. Przykładów zbrodni popełnianych na polskich wojskowych, policjantach i cywilach jest wiele, m.in. w Grodnie po zajęciu miasta Sowieci wymordowali ponad 300 jego obrońców, na Polesiu 150 oficerów, a w okolicach Augustowa 30 policjantów.

28 września 1939 r. podczas kolejnej wizyty Ribbentropa w Moskwie zawarty został "Traktat Sowiecko-Niemiecki o Granicy i Przyjaźni", któremu towarzyszyły tajne protokoły dodatkowe. We wstępie do traktatu stwierdzano: "Rząd Rzeszy Niemieckiej i rząd ZSRS uznają, po upadku dotychczasowego państwa polskiego, za wyłącznie swoje zadanie przywrócenie na tym terenie pokoju i porządku oraz zapewnienie żyjącym tam narodom spokojnej egzystencji, zgodnej z ich narodowymi odrębnościami".

Zgodnie z propozycją Stalina przeprowadzona została korekta podziału terytorialnego ziem polskich. Granica pomiędzy ZSRS a III Rzeszą przebiegać miała odtąd wzdłuż linii rzek San-Bug-Narew-Pisa.

Jak pisał prof. Andrzej Paczkowski: "Stalin proponując nowelizację tajnej klauzuli układu z 23 sierpnia i +oddając+ Niemcom ziemie polskie aż do linii Bugu (zamiast Wisły) - w zamian za przesunięcie do +radzieckiej strefy wpływów+ Litwy - miał niewątpliwie na celu pozbycie się terytoriów o przygniatającej przewadze ludności polskiej, a tym samym poważnego problemu politycznego". (A.Paczkowski "Pół wieku dziejów Polski 1939-1989")

Przedstawiciele dwóch totalitarnych mocarstw ustalili również, iż "nie będą na swoich terenach tolerować żadnej polskiej agitacji, która przenikałaby na terytorium drugiej strony. Wszelkie próby takiej agitacji na ich terenach będą likwidowane, a obie strony będą się informowały wzajemnie o podejmowanych w tych celach środkach".

W wyniku dokonanego rozbioru Polski Związek Sowiecki zagarnął obszar o powierzchni ponad 190 tys. km kw. z ludnością liczącą ok. 13 mln. Okrojona Wileńszczyzna została przez władze sowieckie w październiku 1939 r. uroczyście przekazana Litwie. Nie na długo jednak, bowiem już w czerwcu 1940 r. Litwa razem z Łotwą i Estonią weszła w skład ZSRS. Liczba ofiar wśród obywateli polskich, którzy w latach 1939-1941 znaleźli się pod sowiecką okupacją, do dziś nie jest w pełni znana.

Prof. A. Paczkowski odnosząc się do tej kwestii w książce "Czarna księga komunizmu. Zbrodnie, terror, prześladowania" pisał: "Uważa się, że w ciągu niespełna dwóch lat władzy sowieckiej na ziemiach zabranych Polsce represjonowano w różnych formach - od rozstrzelania, poprzez więzienia, obozy i zsyłki, po pracę przymusową - ponad 1 milion osób (...). Nie mniej niż 30 tysięcy osób zostało rozstrzelanych, a śmiertelność wśród łagierników i deportowanych szacuje się na 8-10 proc., czyli zmarło zapewne 90-100 tysięcy osób". (PAP)

https://dzieje.pl/

mjs/ ls/ skp /

(arch.)

CZYTAJ DALEJ

Bp Kaszak: trzeba powrócić do świątyń

2020-09-28 10:43

[ TEMATY ]

bp Grzegorz Kaszak

BP KEP

Bp Grzegorz Kaszak

Bp Grzegorz Kaszak

O potrzebie pokornej modlitwy i konieczności powrotu do świątyń mówił bp Grzegorz Kaszak, sosnowiecki ordynariusz w diecezjalnym sanktuarium Najświętszego Zbawiciela w Przegini. Z okazji miejscowych uroczystości odpustowych w niedzielę 27 września, hierarcha nawoływał do szczególnej wiary i ufności w czasie trwającej pandemii.

W swoim kazaniu bp Kaszak porównał zagrożenie epidemiczne do niebezpieczeństwa, które dotknęło Polskę w 1920 r. w wyniku bolszewickiego najazdu. W tym kontekście biskup zaznaczył, że, podobnie jak wówczas, możemy ocaleć dzięki modlitewnej jedności całego narodu: - Trzeba nam paść na kolana. Trzeba powrócić do świątyń. Trzeba wspomnieć mądrość naszych przodków, ojców. I to jest zadanie dla Was kochani i dla tego sanktuarium. Ono musi tętnić życiem. Trzeba nam tu upaść na kolana i dobrego Boga prosić o pomoc, obronę i ratunek. I zobaczycie, że jeżeli to czynić będziemy – Pan Bóg nas nie opuści! Zachowa nas w zdrowiu i oddali pandemię - zapewniał bp Kaszak.

Wśród zaproszonych gości nie zabrakło przedstawicieli władz krajowych i lokalnych, na czele z ministrem infrastruktury Andrzejem Adamczykiem.

Uczestnicy uroczystości odpustowych mieli także okazję oddać cześć XVI-wiecznemu wizerunkowi Cierpiącego Chrystusa Miłosiernego, który według legendy został uratowany z płonącego kościoła na Kresach przez rycerza z dworu królewskiego w Sienicznie.

CZYTAJ DALEJ

Ameryka: polowanie na policję

2020-09-29 15:27

[ TEMATY ]

Stany Zjednoczone

justasc/Fotolia.com

O ile w przypadku feralnego zatrzymania George'a Floyda, które zakończyło się śmiercią podejrzanego, policjanci najprawdopodobniej faktycznie złamali prawo i przekroczyli swoje uprawnienia, o tyle wobec wielu innych interwencji, po których również wybuchały masowe uliczne protesty, takie zarzuty są już całkowicie nieuprawnione. Komu zależy, by na amerykańskich ulicach panował chaos i niepokoje społeczne?

Po tragicznej w skutkach akcji funkcjonariuszy z departamentu policji w Minneapolis w stanie Minnesota, w wyniku której śmierć poniósł czarnoskóry mężczyzna i były przestępca George Floyd, Ameryka stanęła w płomieniach. Na ulice największych tutejszych metropolii - od Nowego Jorku przez Chicago, aż po Los Angeles - wyszły tłumy ludzi protestujących przeciwko zjawisku rzekomego rasizmu instytucjonalnego, który ich zdaniem cały czas istnieje po drugiej stronie Atlantyku w szeregach amerykańskiej policji. Obszernie opisywałem to na łamach “Niedzieli” w dostępnym w Internecie artykule pt. “Śmierć, która podpaliła Amerykę”.

Po drugiej stronie Atlantyku istnieje pojęcie “cienkiej, niebieskiej linii” - namalowana na czarnym tle stanowi nieoficjalny symbol policji. Często przedstawiana jest na czarno-białej fladze USA i oznacza oficerów policji, którzy oddzielają społeczeństwo od przestępców, stanowiąc swoistą tarczę między dobrem a złem. Noszona jest nie tylko przez aktywnych i były funkcjonariuszy, lecz równie często przez cywilów okazujących przy jej pomocy swoją wdzięczność i szacunek dla służb mundurowych. W odpowiedzi na nieprzychylny wobec policji ruch “Black Lives Matter” powstał drugi slogan: “Blue Lives Matter” (ang. “Niebieskie życie ma znaczenie”). Hasło odnosi się do przedstawicieli policji, którzy każdego dnia narażają własne zdrowie i życie, by chronić społeczeństwo. Jako wieloletni i baczny obserwator amerykańskiej kultury i stylu życia, podziwiałem to niezwykle pozytywne nastawienie zwykłych obywateli do tamtejszej policji, niespotykane w takim stopniu nigdzie indziej w świecie. Cechował je ogromny szacunek i wdzięczność za poświęcenie oficerów. “Ktoś musi narażać swoje życie, by ktoś inny mógł spać spokojnie” - mówiło wielu Amerykanów. Mówią nadal, choć w ostatnich latach takich głosów niestety ubywa. Ogromna i masowa niechęć do policji, która coraz częściej staje się udziałem środowisk kojarzonych z amerykańską lewicą, stanowi całkowite zaprzeczenie tej prawidłowości, będącej przez lata nieodzownym elementem amerykańskiego patriotyzmu i tutejszego stylu życia.

Krytycy amerykańskiej policji zarzucają jej m.in. nadmierną brutalność oraz rzekomą skłonność do nader częstego sięgania po broń palną. Aby zrozumieć zachowanie funkcjonariuszy po drugiej stronie Atlantyku, należy zrozumieć realia w jakich muszą oni funkcjonować oraz wyzwania, z którymi codziennie mierzą się tocząc trudną walkę z przestępczością. W wielu rejonach kraju aktywność kryminalistów jest na bardzo wysokim poziomie, stąd praca amerykańskiego gliniarza jest często dużo bardziej niebezpieczna, niż jego europejskich kolegów. Amerykański bandyta także na ogół różni się od swojego europejskiego odpowiednika pod tym względem, że zdecydowanie częściej uzbrojony jest w nielegalnie posiadaną broń palną.

“Kultura gangów i masowa proliferacja broni w społeczeństwie sprawiają, że amerykańska policja jest wystawiona na ogromne ryzyko. Policjanci obawiają się o swoje bezpieczeństwo, gdyż w Ameryce mają znacznie więcej kontaktu z przemocą, niż w jakimkolwiek innym państwie na świecie.” - mówi “Niedzieli” doktor Gregory Brown, były kanadyjski policjant, obecnie wykładowca kryminalistyki na uniwersytecie Carleton w Ottawie oraz badacz amerykańskiej policji.

“Jest takie powszechne przekonanie na świecie, że kanadyjscy gliniarze i amerykańscy gliniarze są zupełnie inni. Tak naprawdę są niemal identyczni. Prowadziłem badania w amerykańskich departamentach policji, obserwowałem tamtych funkcjonariuszy i oni byli dokładnie tacy, jak moi funkcjonariusze w Kanadzie. Mieli to samo podejście, ten sam poziom wykształcenia, wyglądali tak samo, zachowywali się tak samo. Różnica jest taka, że amerykańscy policjanci mają znacznie więcej interwencji, w trakcie których zostaje użyta przemoc. To moim zdaniem tłumaczy tą diametralną przepaść w ilości osób zastrzelonych przez policję.” - dodaje

Politycy partii demokratycznej akcentując ten problem często sugerują konieczność ograniczenia prawa do posiadania broni praworządnym obywatelom, jako rzekome panaceum na niepokojące statystyki kryminalne. Takie rozwiązanie jest jednak całkowicie błędną koncepcją, ponieważ problemem nie jest legalnie pozyskana broń w rękach uczciwych i przestrzegających prawa Amerykanów, a nielegalne pistolety i karabiny, którymi dysponuje amerykański półświatek. Proponowane przez tutejszą lewicę zmiany legislacyjne w tej kwestii zakładają przeważnie rozbrojenie jedynie praworządnych obywateli, ułatwiając tym samym “pracę” wszelakiej maści przestępcom. Amerykańscy policjanci, jako ta grupa społeczna, która ma w tej kwestii najwięcej do powiedzenia, w zdecydowanej większości popierają prawo do posiadania broni przez praworządnych obywateli, podkreślając że zwiększa ono poziom bezpieczeństwa w społeczeństwie.

Amerykańska firma Lexipol zajmująca się definiowaniem zagrożeń i problemów dotyczących bezpieczeństwa, a także badaniem, szkoleniem oraz analizą potrzeb amerykańskich służb mundurowych, przeprowadziła zakrojone na szeroką skalę badanie opinii policjantów w USA w temacie posiadania broni palnej przez zwykłych obywateli. Ponad 91 proc. ankietowanych funkcjonariuszy wyraziło przekonanie, że postulowany przez liberałów zakaz karabinków samopowtarzalnych, często błędnie określanych w Ameryce tzw. “bronią szturmową” (m.in. modele AR-15 oraz cywilne wersje karabinków AK), albo nie będzie miał żadnego wpływu na przestępczość z użyciem przemocy, albo będzie on wręcz negatywny. Tyle samo policjantów odpowiedziało, że popiera prawo do ukrytego noszenia broni palnej przez niekaranych i zdrowych na umyśle obywateli. Wielu z nich stwierdziło, że uzbrojeni obywatele to ważny atut w ograniczaniu rozlewu krwii w trakcie strzelanin. W tej samej ankiecie aż 86 proc. policjantów stwierdziło, że liczba ofiar w analizowanych przez nich masowych strzelaninach byłaby albo zmniejszona, albo zredukowana do zera, gdyby na miejscu zdarzenia znajdowali się uzbrojeni w broń palną, praworządni obywatele. Wśród nich 80 proc. uważała, że pozwoliłoby to ograniczyć liczbę ofiar śmiertelnych, natomiast 60 proc. była zdania, że dzięki temu całkowicie udałoby się ich uniknąć. Ankietę przeprowadzono w kwietniu 2013 roku na próbie ponad 15 tys. amerykańskich policjantów.

Polowanie na policję

Wspierając obecną wśród części społeczeństwa silną niechęć do policji, coraz częściej przeradzającą się w jawną i otwartą nienawiść, politycy partii demokratycznej stąpają po bardzo cienkim lodzie. W ten sposób podważają ład prawny po drugiej stronie Atlantyku, zagrażając praworządności w Stanach Zjednoczonych. Na groźne skutki takiego działania, tej bezpardonowej nagonki na policję, nie trzeba było długo czekać. W Chicago, głównym ośrodku polonijnym w USA, rozpoczęło się prawdziwe polowanie na funkcjonariuszy służb mundurowych. Pod koniec sierpnia FBI ostrzegła departament policji z Chicago o niebezpiecznym sojuszu przeciwko chicagowskiej policji, jaki miał zostać zawiązany pomiędzy lokalnymi gangami. Gangsterski pakt ma zakładać strzelanie do każdego policjanta w mundurze Chicago Police Department, który zostanie przez bandytów dostrzeżony na ulicy z wyciągniętą bronią. Według informatora federalnego biura śledczego bandyci mają wyszukiwać funkcjonariuszy na służbie, nagrywać ich, gdy Ci mają dobytą swoją broń, a następnie strzelać do nich próbując zabić ich na wizji. W ten sposób gangi chcą przyciągnąć uwagę amerykańskich mediów. W raporcie FBI mowa o możliwym sojuszu pomiędzy 36 różnymi gangami. W rozmowie z konserwatywną telewizją “Fox News”, rzecznik prasowy chicagowskiej policji potwierdził, że jego departament otrzymał takie ostrzeżenia oraz dodał, że są one traktowane bardzo poważnie, a policja z Chicago dołoży wszelkich starań, by zapewnić bezpieczeństwo swoim funkcjonariuszom.

“We wszystkich strzelaninach gangów w 2020 roku najbardziej ucierpiały dzieci w wieku szkolnym. To one i niewinni ludzie płacą życiem w lokalnych wojnach gangów.” - mówi w rozmowie z “Niedzielą” polski jutuber i dokumentalista Mikołaj “Vonsky” Teperek, twórca kanału na YouTube pt. “Niepoprawny Dyplomata” oraz autor filmu dokumentalnego o pracy chicagowskiego policjanta pt. “Hello officer, how are you?”, który udostępniamy do obejrzenia na dole artykułu.

“Amerykańscy policjanci nie zasłużyli sobie na bycie celem, ponieważ to właśnie oni najczęściej stają między napastnikiem a niewinną ofiarą.” - dodaje Mikołaj Teperek.

Jak podał dziennik “Chicago Sun-Times”, w ostatni weekend sierpnia w trakcie przeprowadzania kontroli drogowej dwóch chicagowskich policjantów zostało postrzelonych na służbie, w tym jeden ciężko. Nie wiadomo, czy miało to związek z paktem pomiędzy gangami, o którym niedługo później rozpisała się amerykańska prasa. Wiadomo natomiast, że na South Side w Chicago ofiarą gangsterów padła listonoszka. Kobieta została z zimną krwią czterokrotnie postrzelona w brzuch. Dlaczego? Bandyci pomylili jej uniform U.S. Postal Service z mundurem policyjnym. To miała być egzekucja na przypadkowej policjantce.

W trakcie tego samego weekendu odnotowano także wzmożone ataki na policjantów w innych częściach kraju. Pięciu funkcjonariuszy zostało rannych w Waszyngtonie, stolicy USA oraz dwóch, w tym jeden śmiertelnie, w Saint Louis w stanie Missouri. Ponadto do postrzeleń policjantów doszło również w Dallas w Teksasie, Oakland w Kalifornii, Daytona Beach na Florydzie oraz Middletown w stanie Nowy Jork.

Cytowany przez konserwatywny dziennik “New York Post” David Brown, szef departamentu policji z Chicago, stwierdził na konferencji prasowej, że ludzie próbują atakować policjantów i “jest to coś więcej, niż sugestia”. Brown przywołał niepokojącą statystykę, według której tylko w tym roku 10 chicagowskich policjantów zostało postrzelonych, a 41 kolejnych znalazło się pod ostrzałem, choć szczęśliwie zostali ominięci przez wystrzelone w ich kierunku kule. Jak podkreślił, liczby te są kilkukrotnie większe, niż w jakimkolwiek innym roku w historii miasta Chicago, co oznacza, że wielu ludzi naprawdę obrało funkcjonariuszy na celownik i chce wyrządzić im krzywdę.

Kolejne dni przyniosły więcej ataków na przedstawicieli amerykańskich służb mundurowych. W połowie września w położonym w kalifornijskim hrabstwie Los Angeles mieście Compton, niezidentyfikowany bandyta poważnie postrzelili dwóch zastępców szeryfa z biura szeryfa hrabstwa Los Angeles - największej tego typu instytucji w Stanach Zjednoczonych. Do strzelaniny doszło w sobotni wieczór 12 września. Funkcjonariusze przebywali na służbie znajdując się w swoim radiowozie, kiedy od tyłu zaszedł ich ubrany na czarno mężczyzna. Przez szybę samochodu oddał z bliskiej odległości kilka strzałów w kierunku pracowników biura szeryfa, a następnie oddalił się z miejsca zdarzenia. Poszkodowani to 31-latka oraz 25-latek, oboje ciężko ranni trafili do szpitala Św. Franciszka w miejscowości Lynwood w hrabstwie Los Angeles, gdzie lekarze stoczyli walkę o ich życie. Bandyta odpowiedzialny za atak na funkcjonariuszy biura szeryfa jest poszukiwany przez amerykańską policję. W całej sprawie przeraża fakt, że pod szpitalem, do którego trafili ranni zastępcy szeryfa zgromadziła się grupa protestujących, którzy próbowali blokować przejazd karetek pogotowia ratunkowego.

Przemawiając na swoim wiecu wyborczym w Las Vegas w stanie Nevada, prezydent Donald Trump stwierdził wprost, że mordercy policjantów powinni być skazywani na karę śmierci.

Fałszywa teza

Teza stawiana przez protestujących zakłada, że przypadki niezgodnego z prawem i procedurami zachowania pojedynczych funkcjonariuszy, to nie uprzedzenia rasowe czy brak profesjonalizmu tych konkretnych policjantów, a większy instytucjonalny problem sugerujący rasizm obecny w całych departamentach amerykańskiej policji oraz fakt przyzwolenia na taki stan rzeczy wśród przełożonych. To całkowicie kłamliwa narracja, która nie znajduje odzwierciedlania w rzeczywistości. Owszem, do patologicznych i skrajnie karygodnych interwencji co jakiś czas w Ameryce dochodzi, trudno jednak za pojedyncze przypadki obwiniać całą społeczność policyjną, a to właśnie robią działacze BLM i im podobni protestujący. Jest rzeczą wielce niepokojąca, że na tym cynicznym kłamstwie kapitał polityczny próbują zyskiwać czołowi politycy partii demokratycznej.

Pod koniec sierpnia na ulicach miasta Kenosha w stanie Wisconsin doszło do interwencji funkcjonariuszy lokalnego departamentu policji, w wyniku której poważnie ranny został czarnoskóry mężczyzna Jacob Blake. Chociaż w tym wypadku użycie przez policjantów broni palnej wydawało się działaniem w pełni usprawiedliwionym, na mundurowych spadła fala krytyki ze strony lewicy i aktywistów “Black Lives Matter”. Interwencja stała się motorem napędowym dla kolejnej fali protestów przeciwko rzekomej brutalności i rasizmowi policji, która ponownie przetoczyła się przez Amerykę siejąc chaos, zniszczenie, liczne społeczne niepokoje, a także doprowadzając do rozlewu krwii i śmiertelnych postrzeleń.

“Ten człowiek był poszukiwany, zgwałcił swoją żonę, ukradł jej samochód, gdy policja próbowała go zatrzymać, opierał się. Funkcjonariusze użyli paralizatora, ale ten na niego nie zadziałał. Mężczyzna zaczął odchodzić od policjantów, próbował dostać się do samochodu, w którym były dzieci. Jestem pewien, że policjanci byli przekonani, że zamierza znowu ukraść samochód i zabrać dzieci ze sobą. Teraz są dowody na to, że na podłodze przy siedzeniu kierowcy znajdował się nóż. Może funkcjonariusze widzieli, że sięga po nóż, może bali się, że skrzywdzi dzieci, albo siebie, albo policjantów.” - zwraca uwagę doktor Gregory Brown.

Zaledwie po tygodniu protestów na ulicach położonego w stanie Wisconsin, niegdyś spokojnego i cichego miasteczka Kenosha, Shelly Billingsley - dyrektorka departamentu robót publicznych w miejskim ratuszu - oszacowała straty z tytułu zniszczonego mienia publicznego na kwotę ponad 2 milionów dolarów. Do tego należy jednak doliczyć jeszcze zdewastowane mienie prywatne - zniszczone sklepy, spalone samochody. Bilans strat finansowych jest zatem znacznie większy. Nie sposób przełożyć jednak na pieniądze fizycznych krzywd wyrządzonych Amerykanom brutalnie atakowanym przez bojówkarzy. Nienawiść na tle politycznym jeden ze zwolenników prezydenta Trumpa przypłacił własnym życiem - został zamordowany na ulicach miasta Portland przez jednego z członków Antify.

Biden - cyniczny sędzia

Do postrzelenia 29-cio letniego, czarnoskórego Jacoba Blake doszło w niedzielę 23 sierpnia. Już następnego dnia Joe Biden, kandydat partii demokratycznej w wyborach prezydenckich 2020, wypowiedział się w tej sprawie zajmując jasne stanowisko, w którym odpowiedzialnością za postrzelenie mężczyzny obarczył policjantów biorących udział w akcji. Polityk nie czekał na dochodzenie i wyniki śledztwa, zamiast tego z góry założył winę funkcjonariuszy. Dlaczego? Swoją narracją chciał wpisać się w trwającą na amerykańskiej lewicy nagonkę na policję i tym samym przypodobać się protestującym aktywistom z ruchu “Black Lives Matter” oraz sympatykom skrajnej lewicy. W tych grupach bowiem Biden upatruje swój potencjalny elektorat. Kandydat demokratów stwierdził, że policjantów należy pociągnąć do odpowiedzialności. Jednocześnie zupełnie przemilczał ewentualną winę podejrzanego, który w agresywny sposób stawiał opór funkcjonariuszom, nie reagował na wydawane mu polecenia, swoim zachowaniem stanowiąc realne i bezpośrednie zagrożenie życia i zdrowia - nie tylko dla policjantów, lecz także dla osób postronnych, w tym dla jego własnych dzieci, które w tym czasie siedziały w samochodzie. Czy tak zachowuje się osoba aspirująca do roli lidera Ameryki?

Przemawiając na odbywającej się w Białym Domu konwencji wyborczej partii republikańskiej, prezydent Donald Trump nazwał zbliżające się wybory najważniejszymi w historii Stanów Zjednoczonych. Nigdy wcześniej, jak stwierdził, Amerykanie nie mieli tak wyraźnego wyboru pomiędzy dwiema zupełnie różnymi wizjami filozoficzno-politycznymi. Prezydent Trump podkreślił, że nadchodzące wybory zadecydują o tym, czy uda się obronić amerykański styl życia i wartości wyrażone w koncepcji “amerykańskiego snu”, czy też pozwolimy, by socjaliści ze swoją agendą zrujnowali umiłowane przeznaczenie Ameryki. Nie zabrakło także odwołań do szkodliwej zdaniem prezydenta działalności partii demokratycznej, która wspiera i podgrzewa niepokoje społeczne, antagonizuje społeczeństwo próbując nastawić wyborców przeciwko policji.

“Na konwencji partii demokratycznej Joe Biden i jego partia stale atakowali Amerykę, jako kraj rasowej, ekonomicznej i socjalnej niesprawiedliwości. Więc dziś zapytam prostym pytaniem: jak może partia demokratów prosić, by przewodzić naszemu krajowi, kiedy spędza tak wiele czasu niszcząc go?” - pytał Trump. Słowa te publiczność przyjęła owacjami na stojąco.

Aktywiści ruchu “Black Lives Matter” sugerują, że w identycznej sytuacji wobec białego podejrzanego oficerowie zachowywaliby się inaczej - w domyśle łagodniej oraz w bardziej wyrozumiały sposób. Mieliby rzekomo nie stosować tak poważnych środków przymusu bezpośredniego np. użycia broni palnej. Problem w tym, że analizując tego typu przypadki, takiej narracji po prostu nie da się obronić.

William Barr, prokurator generalny USA w wywiadzie udzielonym liberalnej telewizji CNN stwierdził, że instytucjonalny rasizm nie występuje w amerykańskiej policji. Z kolei prezydent Trump oraz liczni republikańscy politycy i konserwatywni komentatorzy zarzucali kandydatowi demokratów Joemu Bidenowi, że ten nie potępił przemocy, do której dochodziło w trakcie protestów w USA. Ostatecznie kandydat lewicy zdobył się na takie oświadczenie, jednak zdaniem wielu zrobił to zbyt późno i w niewystarczający sposób.

Terroryści z Antify

Spontaniczne protesty oraz te organizowane przez potężny lobbingowo ruch “Black Lives Matter” i jemu podobne organizacje, szybko przeradzają się w pełne przemocy uliczne zamieszki, również dlatego, że są podsycane przez skrajnie lewicowych zadymiarzy m.in. związanych z niezwykle groźną Antifą. W maju b.r. prezydent Donald Trump zapowiedział uznać ją za organizację terrorystyczną. Za pośrednictwem swojego konta na Twitterze pisał wówczas: “Stany Zjednoczone uznają ANTIFĘ za organizację terrorystyczną”. Obecny gospodarz Białego Domu podnosił jednak ten temat już wcześniej. Latem 2019 roku na ulicach amerykańskiego miasta Portland położonego w stanie Oregon na zachodnim wybrzeżu USA, doszło do serii starć między skrajnie prawicowymi i skrajnie lewicowymi manifestacjami. Odkąd republikanin Donald Trump wygrał wybory prezydenckie w listopadzie 2016 roku aktywności ekstremistów z lewicowych bojówek działających pod auspicjami m.in. Antify znacznie przybrała na sile, podobnie jak starcia pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami urzędującego prezydenta. Do tego typu konfrontacji w skali całego kraju dochodziło jednak już wcześniej, a iskrą wywołującą zapłon bywały różne wydarzenia począwszy od postrzeleń czarnoskórych obywateli przez policję, po kontrowersje związane z obalaniem pomników Konfederacji, na wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa kończąc.

Wielu komentatorów podkreśla, że niepokoje społeczne i przemoc na ulicach amerykański miast, a także podgrzewająca je antypolicyjna narracja partii demokratycznej zwiększają szansę na reelekcję prezydenta Donalda Trumpa. Niechęć do amerykańskiej policji, liczne ataki na funkcjonariuszy i chaos na protestach “Black Lives Matter” to kolejne wyzwanie, przed którym stoi Ameryka Anno Domini 2020.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję