Reklama

Lemingi na klifie fiskalnym

2013-03-18 13:28

Z prof. Krzysztofem Rybińskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2013, str. 22-23

DOMINIK RÓŻAŃSKI

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: - Od pewnego czasu ostrzega Pan, że polska gospodarka dopływa do wodospadu, że przed nami ciężka recesja. Podobno jest Pan wyjątkowym wprost czarnowidzem, Panie Profesorze.

PROF. KRZYSZTOF RYBIŃSKI: - Próbowano przykleić mi tę etykietkę, gdy mniej więcej 2 lata temu zacząłem pokazywać, że pomimo bardzo sprzyjających okoliczności rozwojowych - bo na rynku pracy mamy 2 wyże demograficzne oraz potężne ilości środków unijnych - sprawy idą w złym kierunku, że rok 2013 może być bardzo ciężki.

- Już można mieć pewność, że „proroctwo” się sprawdzi?

- Wszystko na to wskazuje. Wystarczy popatrzeć na dane dotyczące polskiej gospodarki za ostatnie miesiące. Prognozy ekonomiczne w stosunku do Europy i Polski, sformułowane przeze mnie już jakiś czas temu - można je sprawdzić na blogu, który prowadzę od wielu lat - teraz zaczynają się spełniać... Jak przewidywałem, rok 2012 był rokiem przejściowym między okresem wzrostu, sztucznie pompowanego pieniędzmi unijnymi, a recesją w 2013 r., która może potrwać dłużej niż kilka kwartałów. Może nawet 3 lata.

- Prognozuje Pan, że w budżecie państwa w 2013 r. może zabraknąć aż 20 mld zł, w związku z czym czekają nas bardzo bolesne zmiany, głównie podatkowe.

- Już w ubiegłym roku zabrakło ponad 15 mld zł, pomimo 2 proc. wzrostu gospodarczego (który w tym roku zmaleje do zera, a nie można wykluczyć recesji)! Okazało się, że budżet jest oparty na fikcyjnych założeniach, że maleją dochody. Wyjątkowo małe okazały się np. wpływy z VAT.

- Bo polska gospodarka zaczyna już poważnie chorować?

- Tak. Gospodarka jest w coraz gorszej kondycji. A to będzie znaczyło, że skoro rząd oparł budżet na księżycowych założeniach wzrostu 2,2 proc. i podobnie uczyniły samorządy, to zabraknie bardzo dużo pieniędzy we wszystkich budżetach i funduszach celowych (np. deficyt ZUS prawdopodobnie przekroczy 70 mld zł). W samym budżecie państwa może zabraknąć nawet ponad 20 mld zł.

- Co oznacza katastrofę finansów państwa, której nie zaradzi nawet przemyślny minister Rostowski?

- Oznacza to, że deficyt i dług publiczny państwa wzrośnie na tyle znacząco, że dług nawet liczony kreatywną metodą ministra Jacka Rostowskiego - która jest absurdem na skalę światową - przekroczy 55 proc. PKB. Wtedy, zgodnie z ustawą o finansach publicznych, trzeba będzie w kolejnym roku je zrównoważyć, czyli podnieść podatki i obciąć wydatki na kwotę ponad 50 mld zł. Polska stoi więc przed klifem fiskalnym!

- Klif fiskalny w Polsce, Panie Profesorze?! Polskie media zamartwiały się tylko amerykańskim klifem fiskalnym...

- No właśnie! A dzisiaj zamiast opowiadać głupstwa o wejściu do strefy euro - co, moim zdaniem, jest tematem zastępczym - powinniśmy rozmawiać o rosnącym ryzyku, że Polska w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy spadnie z klifu fiskalnego, który jest dużo większy niż amerykański. A gdy już spadniemy w tę otchłań, to będzie stan przedagonalny... Tymczasem minister finansów odmawia jakiejkolwiek debaty na ten temat. Jest wielka cisza.

- Może właśnie w tej ciszy rząd jednak skupia sięna myśleniu o środkach zaradczych?

- Rządowy pakiet antykryzysowy i wszelkie inne działania - jeśli takie są lub będą - są podejmowane za późno i, moim zdaniem, nie zadziałają. Podobnie jak to było w 2009 r., gdy z niektórych programów rządowych skorzystało zaledwie kilka firm. Rząd nie ma naprawdę żadnego skutecznego programu, który mógłby uchronić kraj przed kryzysem. Co więcej, tak się składa, że działania rządu będą teraz wpychały Polskę w jeszcze większy kryzys.

- A to dlaczego?

- Dlatego, że nasze wydatki zostały skumulowane w czasie (w latach 2010-2012), głównie z powodu Euro 2012. Już teraz następuje więc spadek inwestycji publicznych, co skutkuje drastycznym ograniczaniem liczby miejsc pracy, przede wszystkim w sektorze budowlanym i pokrewnych (o ok. 200 tys.). Rząd poprzez zmniejszanie popytu na inwestycje publiczne będzie pogłębiał złą sytuację w polskiej gospodarce.

- Rząd już tłumaczy tę pogarszającą się sytuację kryzysem europejskim, który coraz mocniej „kopie do naszych drzwi”...

- Moim zdaniem, szkoda teraz czasu na takie tłumaczenia i usprawiedliwienia. Należałoby zająć się intensywnie obszarami własnych, skrajnych patologii, które trzeba jak najszybciej wyeliminować, bo inaczej nie będziemy się rozwijać.

- Jakie są te najbardziej skrajne „polskie patologie”?

- Jest ich kilka. Jedną z najistotniejszych są polskie przepisy prawa, które niszczą przedsiębiorczość. Polska jest jednym z najbardziej przeregulowanych krajów OECD. Trzeba więc jak najszybciej zlikwidować te regulacje, które ograniczają funkcjonowanie biznesu. Problem podjął minister Jarosław Gowin, ma pewne sukcesy, ale w stosunku do skali problemu osiągnął niestety niewielkie skutki.

- Dlaczego tak trudno „uregulować” problem nadmiernych regulacji?

- Dlatego, że to wymaga narażenia się wielkim grupom interesów. A tego nie chce żaden polityk. Dlatego masowa deregulacja w Polsce wydaje się dziś prawie niemożliwa.

- Co zatem proponuje w tej sprawie nie polityk, lecz ekspert rządu technicznego?

- Zdecydowanie proponuję „opcję nuklearną”, czyli masową deregulację za pomocą mega-ustawy, która od 1 stycznia 2015 r. likwidowałaby wszystkie przepisy reglamentujące obrót gospodarczy. W ciągu 2 lat powinny powstać nowe, nieliczne przepisy wdrażające tylko te regulacje, które są na nas wymuszone prawem międzynarodowym, oraz te, które leżą w interesie publicznym.

- Zdaniem wielu ekspertów, jedną z najważniejszych patologii rozwojowych Polski jest brak innowacyjności. Rząd nieustannie deklaruje jej wspieranie, a Pan Profesor mówi, że w ostatnich latach została ona po prostu zabita.

- Tak. Wszystkie dane pokazują, że sposób dystrybucji środków unijnych w Polsce zabija innowacyjność. Wspiera się miernych, którzy potrafią perfekcyjnie wypełnić wniosek, a nie daje możliwości rozwoju naprawdę innowacyjnym. Jeżeli dalej będziemy tak ją „wspierać”, to za parę lat będziemy wyłącznie pracownikami niemieckich fabryk ulokowanych w Polsce...

- Premier przekonuje, że zdobyte właśnie pieniądze unijne zostaną m.in. przeznaczone na pobudzanie innowacyjności...

- Już przecież mieliśmy na ten cel olbrzymie pieniądze unijne - na sam program „Innowacyjna Gospodarka”, licząc z naszym wkładem - ponad 40 mld zł! Pieniądze te w połowie już zostały wydane, a innowacyjność w Polsce dramatycznie spadła! Firm innowacyjnych w Polsce jeszcze przed perspektywą budżetową 2007-2013 było 24 proc., a po 6 latach jest już tylko 17 proc. W rankingu innowacyjności Komisji Europejskiej Polska traci dystans do przeciętnej unijnej. Innowacyjność wzrasta w Czechach, Rumunii, na Węgrzech, nawet w pogrążonej w ciężkim kryzysie Portugalii, u nas nie.

- Dlaczego?!

- Według oceny zawartej w rankingu Światowego Forum Ekonomicznego - oceniano 144 kraje, a Polska w ciągu minionych 6 lat spadła z 44. miejsca na 63. - polską innowacyjność zabijają m.in. złe zasady przetargów, promujące przede wszystkim niską cenę zamiast innowacyjności. A zatem ani ilość środków unijnych, ani kryzys, tylko nasze własne patologiczne mechanizmy decydują o spadku innowacyjności. Tak więc bardzo boję się tej nowej fali pieniędzy, bo jeśli nie zmienimy gruntownie sposobu wspierania innowacyjności, to zniszczymy ją do końca, a z pieniędzy nadal będą korzystać nie ci, którzy mają dobre pomysły.

- Czyli kto?

- Ci, którzy - według oceny niekompetentnych urzędników - nie generują ryzyka dla tychże urzędników. Bo obecny system jest przede wszystkim bezpieczny dla urzędników; pieniądze są rozdawane tak, aby urzędnik czuł się komfortowo. Prof. Jerzy Hausner twierdzi nawet, że jest to system służący umacnianiu władzy, a nie wspieraniu prawdziwej innowacyjności, która z natury rzeczy musi się wiązać z niepewnością i ryzykiem.

- Panie Profesorze, głosi Pan wiele niepopularnych, uderzających w establishment tez i opinii, jednak chyba największe cięgi zebrał Pan za swą propozycję uzdrowienia polskiej polityki demograficznej...

- Pewnie dlatego, że ta propozycja naruszyła najwięcej interesów. Wykazałem, że tzw. stypendium demograficzne można w całości sfinansować, przesuwając tylko wydatki w budżecie państwa, a zatem że komuś musi być coś ujęte...

- Czyim kosztem można dokonać tej demograficznej akcji ratunkowej?

- Przede wszystkim kosztem tych grup nacisku, które przez 20 lat usadowiły się wokół budżetu i w sposób nienależny żyją z transferów budżetowych, chodzi tu m.in. o wysokie emerytury. Już dziś rysuje się konflikt interesów - między konsumentami tychże wysokich emerytur a pokoleniem, które za 20-30 lat może w ogóle nie mieć emerytur. Dlatego proponuję wyrównanie - aby emerytura nie była większa niż średnia krajowa (obecnie 3700 zł), a to, co powyżej, by trafiało na finansowanie stypendium demograficznego, żeby rodziło się więcej dzieci. W sumie można znaleźć ok. 30 mld zł rocznie wyrywanych z budżetu przez grupy interesów, co wystarczy na sfinansowanie stypendium demograficznego przez dekadę.

- Pana oponenci upierają się, że mimo to państwa zupełnie nie stać na „luksus” stypendium od narodzin do dorosłości.

- To nie luksus, lecz konieczność. Po 2030 r. w Polsce co roku będzie ubywało ok. 200 tys. obywateli! Czyli będzie znikało miasto wielkości Rzeszowa, co rok! Musimy więc - a nawet mamy obowiązek - zawczasu stworzyć mechanizmy hamujące ten proces. Dziś wszystkie badania pokazują, że Polki nie chcą mieć dzieci głównie właśnie z powodów finansowych. Nasze państwo jest opresyjne wobec rodzin wielodzietnych; suma podatków przez nie płaconych (z powodu VAT na towary dla dzieci) jest dużo większa niż w mniej licznych rodzinach. Żadne ulgi podatkowe nie są dobrym wyjściem, ponieważ korzystają z nich przede wszystkim zamożni, bo rodziny uboższe nie mają dość podatku dochodowego, by móc odliczyć koszty na utrzymanie dziecka. Stąd ta moja „luksusowa” propozycja, czyli stypendium 1000 zł miesięcznie od narodzin dziecka w polskiej rodzinie (warunek konieczny, aby zapobiec celowej migracji z innych krajów) do 18. roku życia. W ten sposób można by wreszcie zlikwidować ten chory system finansowy, w którym tylko bogaty ma prawo mieć dzieci.

- Mówi Pan Profesor, że dopiero taki kryzys finansowy, którego w żaden sposób nie da się zamaskować, będzie początkiem zmian. Czy rząd techniczny ma receptę na uzdrowienie polskich finansów i gospodarki, zapewnienie rozwoju?

- Nie ma jednego cudownego sposobu. Trzeba działać jednocześnie na wielu obszarach, a zacząć od innowacyjności, demografii i zmiany przepisów, które dziś uniemożliwiają przedsiębiorczość. Kluczowe więc wydaje się złamanie ociężałego i leniwego sposobu myślenia obecnego rządu, który nie jest w stanie zaproponować skutecznej metody wyjścia z kryzysu.

- Dyskusje o naprawie gospodarki i pobudzaniu rozwoju toczą się głównie wokół wejścia Polski do strefy euro. Czy, zdaniem Pana Profesora, warunkiem rozwoju Polski jest przyjęcie euro?

- Naprawdę trudno dziś rozważać ewentualne korzyści. Powinniśmy się raczej zastanowić, czy należy wprowadzać się do domu, który w każdej chwili może się zawalić. Wielu krajom w strefie euro grozi bankructwo bądź wyjście ze strefy euro. A poza tym - jestem już tego pewien - Polska nigdy nie spełni przyjętych w Maastricht kryteriów wejścia do strefy euro, dlatego że nasz dług publiczny w ciągu najbliższych 2-3 lat - uczciwie liczony, czyli wg Eurostatu - przekroczy 60 proc. PKB. Dlatego tę obecną dyskusję o wejściu do strefy euro traktuję jako szkodliwą produkcję dwutlenku węgla w czasach ocieplenia globalnego, jeśli wierzyć w globalne ocieplenie...

- Skoro wizja polskich finansów jest tak czarna, to co czeka Polaków w codziennym życiu w najbliższym czasie?

- Na wszystko zacznie brakować pieniędzy. W NFZ na leczenie obywateli, dostęp do służby zdrowia się pogorszy, kolejki się wydłużą. Zacznie brakować pieniędzy w samorządach - wzrosną wszystkie możliwe opłaty: za wieczyste użytkowanie, za przejazdy miejską komunikacją, za parkowanie... W niedługim czasie będziemy więc odbierać nasze państwo jako jeszcze bardziej wrogie i nieprzyjazne. Wzrośnie bezrobocie i bieda. Już mamy pierwsze objawy zaciskania pasa - Polacy wydają mniej pieniędzy.

- Jednak raczej nie chcą zmian.

- Mamy społeczeństwo, które niczym stado lemingów podąża na klif fiskalny... Może w którymś momencie się jednak zatrzyma, rozejrzy i zawróci?

- Dokąd?

- Do wyłonienia takich elit rządzących, które będą miały dobry pomysł naprawczy.

- Na razie jednak ci, którzy chcą naprawiać, nie są traktowani poważnie.

- Sam tego doświadczyłem, podobnie jak wszyscy otwarcie krytykujący rząd Donalda Tuska. Widać, że obecne w Sejmie elity polityczne chcą za wszelką cenę trwać przy korzystnym dla nich status quo. Ale kryzys wymusi zmiany. Szkoda, że spóźnione, bo wtedy największe koszty ponoszą najbiedniejsi.

Tagi:
polityka gospodarka

Rusza Forum Ekonomiczne w Krynicy

2019-09-03 17:13

wpolityce.pl

Przy założeniu utrzymania wzrostu gospodarczego, polskie PKB na mieszkańca będzie takie jakie w krajach starej piętnastki UE za 14 lat, a Niemiec za 21 lat – wskazuje raport SGH przygotowany na XXIX Forum Ekonomiczne w Krynicy-Zdroju.

Prof. Hanna Godlewska-Majkowska mówiła we wtorek, że w latach 1990-2018 Polska była liderem wzrostu gospodarczego w Europie Środkowo-Wschodniej. Średnia stopa wzrostu wyniosła rocznie 3,2 proc. Eksperci SGH dodali, że polski wzrost gospodarczy był trzykrotnie wyższy niż w krajach tzw. starej piętnastki.

W raporcie czytamy, że Polska pod względem wysokości PKB per capita całkowicie zamknęła lukę rozwojową w stosunku do Grecji w 2015 roku, a pod koniec tego roku prawdopodobnie wyprzedzi Portugalię.

Przy założeniu utrzymania się przeciętnych tendencji wzrostowych, Polska będzie potrzebowała 14 lat do osiągnięcia średniego poziomu dochodu na mieszkańca starej piętnastki oraz 21 lat, aby doścignąć Niemcy - powiedziała Godlewska-Majkowska. Zastrzegła jednak, że problemy z podażą pracy, czyli brakiem pracowników na rynku, mogą spowodować zatrzymanie wzrostu polskiej gospodarki na poziomie ok. 75 proc. krajów starej piętnastki.

Prof. Elżbieta Adamowicz podkreśliła, że od połowy ub.r. spowolnienie gospodarcze całej UE, jak i Europy Środkowo-Wschodniej stało się faktem. Dodała, że niebezpiecznym jest to, że wzrost gospodarczy opiera się głównie na konsumpcji, spada za to produkcja przemysłowa, inwestycje; pogarszają się nastroje uczestników rynku.

O wyzwaniach związanych z rynkiem pracy mówiła natomiast prof. Agnieszka Chłoń-Domińczak. Wskazała, że zatrudnienie w krajach naszego regionu rośnie, ale słabiej niż przeciętnie w Unii Europejskiej. Co prawda poprawia się sytuacja kobiet na rynku pracy, ale wskaźniki ich zatrudnienia i płace są niższe niż w przypadku mężczyzn.

Profesor zauważyła, że zmiany technologiczne i globalizacja prowadzą do szybkich zmian poszukiwanych na rynku pracy umiejętności.

Około 50 proc. miejsc pracy jest zagrożone przez komputeryzację - zauważyła. Dodała, że problemem jest też niski poziom umiejętności matematycznych uczniów. Dlatego - jak wskazała - warto inwestować w poprawę umiejętności wykorzystania komputerów, ale także tworzenie zachęt do uczenia się przez całe życie. Należy także wspierać kompleksowe polityki rynku pracy sprzyjające aktywności zawodowej.

Prof. Dominik Gajewski zwrócił uwagę, że w krajach naszego regionu w sposób niebezpieczny rozwija się szkodliwa konkurencja podatkowa między państwami.

Przyznał, że w latach 2017-2018 w Polsce miał miejsce dynamiczny wzrost dochodów z VAT, ale – jak zauważył – częściowo wynikał on z poprawy koniunktury, a częściowo tylko był efektem ograniczenia luki VAT.

Poinformował, że w latach 2017-2018 nastąpił ewidentny wzrost dochodów z CIT, ale w odniesieniu do skali wzrostu PKB okazuje się, że „było to głównie zahamowanie niepokojących tendencji”.

Jeżeli analizujemy to przez pryzmat PKB, to osiągamy w 2018 r. poziom z 2011 r. - powiedział.

Polska w dalszym ciągu sobie nie radzi jeśli chodzi o szkodliwą konkurencję sąsiadów - ocenił.

Dodał, że w latach 2018-2017 nie odnotowano znacznego spadku szarej strefy; można więc przyjąć, że wzrost dochodów nie wynika z ograniczenia szarej strefy.

Na problemy związane z ekologią i ekoinnowacjami – zwłaszcza te, które przeciwdziałają zmianom klimatu - zwrócił uwagę dr Krzysztof Księżopolski. Zauważył, że bardzo niewiele takich technologii opatentowano w krajach naszego regionu.

Przed Europą Środkowo-Wschodnią stoją takie same wyzwania, jak przed innymi państwami - wskazał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś na Jasnej Górze „Hołd z kwiatów” na wzór rzymski

2019-12-08 11:44

it / Jasna Góra (KAI)

Dziś na Jasnej Górze „Hołd z kwiatów”. Uroczystość stanowi nawiązanie do rzymskiego zwyczaju tzw. omaggio floreale (hołdu z kwiatów), który sięga 1938 r., kiedy to papież Pius XI polecił Papieskiej Akademii Niepokalanej przygotować 8 grudnia na placu Hiszpańskim w Rzymie uroczysty akt oddania czci Maryi Niepokalanej. Odtąd każdego roku Ojciec Święty składa Maryi wieniec z kwiatów. W częstochowskim sanktuarium kwiaty składa nie tylko arcybiskup, ale i pielgrzymi.

Krzysztof Świertok

Na Jasnej Górze hołd Maryi składany jest pod figurą Niepokalanej na placu przed szczytem. Figura stoi pośrodku placu, gdzie do 1917 r. znajdował się pomnik cara Aleksandra II. W stanie wojennym pod tą figurą układany był krzyż z kwiatów i zniczy na znak jedności Polaków, pamięci o aresztowanych i prześladowanych, z prośbą o wyzwolenie z komunistycznej niewoli. Pod rzeźbą Niepokalanej przez cały rok trwa modlitwa pielgrzymów, którzy wchodzą na Jasną Górę od strony Alei NMP. W sezonie pielgrzymek pieszych pątnicy składają Maryi tysiące kwiatów.

Tegoroczne uroczystości „Hołdu z kwiatów” upływają nie tylko w łączności z papieżem Franciszkiem, ale i z kościołem Ducha Świętego w Warszawie, skąd wyrusza Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę i gdzie rozpoczęła się modlitwa w obronie życia, Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego. Świątynia od dziś stanie się Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia.

Jak powiedział przeor Jasnej Góry, o. Marian Waligóra „w hołdzie z kwiatów będziemy dziękować za Maryję, która jest Matką Życia, i która zaprasza nas do tego, byśmy byli świadkami życia”.

8 grudnia to na Jasnej Górze od 10 lat dzień łączności Wzgórza Jasnogórskiego ze Wzgórzem Watykańskim. - W jakimś sensie ten nasz hołd jest przedłużeniem tego papieskiego w Rzymie. Stamtąd zaczerpnęliśmy wzór, ale tu na Jasnej Górze nie tylko ks. Arcybiskup składa białe róże, lecz czynią to wszyscy, to jest taki jasnogórski zwyczaj, który ma szczególną wymowę - wyjaśnia o. Przeor. Podkreśla, że „w tym symbolicznym kwiecie każdy z nas składa swoje życie Niepokalanej”. - Chcemy wspierać też papieża w jego zmaganiach, w trudnych dla Kościoła czasach, naszą solidarną, wspólną modlitwą - zapewnia o. Waligóra.

Uroczystości jasnogórskie rozpocznie o godz. 16.15 Akatyst w Kaplicy Matki Bożej, po czym w procesji światła pielgrzymi i wierni arch. częstochowskiej przejdą na plac jasnogórski pod figurę Niepokalanej.

Tam ok. godz. 17.15 dokonany zostanie akt zawierzenia Kościoła, Ojczyzny i świata. Po czym na wzór rzymski, główny celebrans w koszu drabiny strażackiej zostanie wyniesiony w górę i złoży u stóp figury Maryi Niepokalanej wiązankę białych róż.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem