Reklama

Jak chłopak ze Śląska został Eskimosem

2013-03-25 12:11

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 13/2013, str. 44-45

GRAZIAKO

Na zdjęciu w środku śnieżnej, mroźnej pustki stoi człowiek okutany w ubranie ze skór dzikich zwierząt. Spod kaptura ledwie widać twarz, właściwie można dostrzec tylko promienny uśmiech. Na dole podpis: „Głosić Chrystusa Ukrzyżowanego”.

To o. Bogdan Osiecki OMI, jeden z dwóch braci misjonarzy, jak mówią o nim w rodzinie - ten mniej spokojny.

Chcemy się dowiedzieć, jak chłopak ze Śląska, który według tradycji, jak jego ojciec i dziadek, powinien być górnikiem, został misjonarzem wśród Eskimosów.

Reklama

Dom, ojczyzna, rodzina

Katowice-Załęże - stara górnicza dzielnica. Tutaj jest Śląsk z prawdziwego zdarzenia, widać go w rozmazanej, z lekka zamglonej perspektywie, w wąskich uliczkach obsadzonych gęsto familokami z poczerniałej cegły. Wokół dominują wszelkie odcienie szarości, burowatości, nawet śnieg niewiele tutaj zmienia. Stoimy na głównej ulicy Załęża - Gliwickiej. To aorta dla całej okolicy - z niektórych bocznych uliczek nie da się inaczej wyjść jak tylko na nią. Architektoniczny bezład z przybudówkami, dobudówkami i komórkami na tyłach podwórek. Obok tereny kolejowe, wielka giełda, kąpielisko Bugla, rzędy małych sklepików ze spłowiałymi szyldami, pozostałości upadłych gigantów: huty Baildon i kopalni Kleofas.

Zastanawiam się, czy człowiekowi stąd, Ślązakowi, śni się czasem ta ulica, to miasto - niezbyt piękne, ale przecież rodzinne, własne, okiełznane, swojskie i dlatego urokliwe, łapiące za serce nagłym wzruszeniem. Stąd wszędzie było blisko - na boisko, do szkoły, do kościoła. Tutaj znało się sąsiadów nie tylko z nazwiska, tutaj żyło się jakoś wspólnie i zgodnie. W krajobrazie zdominowanym przez szarości odnajdowało się wszystkie barwy świata.

Rodzina Osieckich pojawiła się na Załężu w 1919 r. Mężczyźni pracowali w kopalni Kleofas, kobiety wychowywały dzieci. Mieszkali w familoku na Szkolnej.

- Żyło się skromnie, ale uczciwie - wspomina Alfred Osiecki. W małym mieszkanku zostali teraz tylko we dwoje, z żoną Dorotą. Na ścianach makatki z motywem niedźwiedzi, śniegu i igloo oraz zdjęcia synów na tle śnieżno-mroźnego krajobrazu.

- Ten z lewej to Lucjan, w odwiedzinach u Bogdana - tego po prawej. Jedynie rodzice potrafią rozpoznać w zakapturzonych postaciach, który jest który.

- Nie szkoda, że obaj wybrali habit? - pytam.

Starsi państwo uśmiechają się z wyrozumiałością.

- To Bóg wybrał. A my jesteśmy z nich dumni...

Bracia

W latach 60. ubiegłego wieku, gdy obaj bracia przyszli na świat, ciąże z tzw. konfliktu serologicznego uważano za mocno ryzykowne. Wtedy mawiało się, że raczej nadają się do aborcji. Młodzi Osieccy chcieli mieć dzieci, więc podjęli „ryzyko”. Chłopcy pojawili się na świecie w odstępie 5 lat.

Starszy Lucjan to ten spokojny, Bogdan - to niespokojny duch. Różnili się od dziecka charakterem i temperamentem, pasjami i stylem bycia. Lucjan - rozsądny, opanowany, grzeczny, z wyjątkiem jednej rzeczy. - Gdy miał 5 lat, został ministrantem. Musiałam stale prowadzać go do kościoła, bo inaczej był ryk na cały dom - wspomina ze śmiechem mama. Kościół go wyrzeźbił, ukształtował. Nauczył kontaktu z ludźmi, obudził duży talent muzyczny, zdecydował o całym życiu. U Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, którzy na Koszutce mają kościół, Lucjan prowadził oazy, pielgrzymki, jeździł na rekolekcje, codzienne życie wspólnoty stawało się coraz mocniej także jego codziennością. Nikogo więc nie zdziwiło, gdy tuż po maturze oznajmił rodzinie i przyjaciołom, że wstępuje do zakonu. Oczywiście, do oblatów. Tylko wychowawczyni z Technikum Mechanicznego w Chorzowie, które obaj bracia skończyli, popłakała się i prosiła, by obiecał, że będzie dobrym księdzem.

Zupełnie inaczej było z młodszym z braci - Bogdanem. Choć także był ministrantem, energicznym i kreatywnym organizatorem wielu kościelnych akcji, choć założył z kolegami zupełnie nieźle brzmiącą i grającą religijne piosenki grupę „Cheruby band” - jakoś nikt nie widział go w habicie. Po maturze poszedł do wojska. Mówił, że chce je „zaliczyć”, w odróżnieniu od rówieśników, którzy robili wszystko, by się od służby wymigać. - Od dziecka miał twardy i zdecydowany charakter. Jak coś postanowił, nie było odwołania - wspomina p. Alfred. Po roku przyjechał do domu i oznajmił rodzicom, że idzie do klasztoru. - Do Lucjana idziesz? - zapytała mama. - Nie do Lucjana, tylko do oblatów - roześmiał się.

Powołanie

- Można dziecko wychowywać pod konkretny zawód. Wpajać mu od maleńkości, żeby został lekarzem, adwokatem, inżynierem. Żeby mu dobrze potem w życiu było. Ale na księdza, na zakonnika?... Tego raczej nie da się zrobić, zresztą po co? To ciężki kawałek chleba. Nie mówiliśmy im ani słowa… - wspomina ojciec. - No, może u nas było z tym inaczej, my się razem modliliśmy. Wieczorem cała rodzina klękała do pacierza. Pana Boga nikt się nie wstydził. W niedziela kościół był na pierwszym miejscu. Jak było w domu, tak się robiło między ludźmi. Nic na pokaz. W tym chłopcy rośli - dodaje.

Powołanie budziło się w tempie dostosowanym do różnych osobowości braci. Obaj przeszli ten sam tok formacji. Ale po ślubach wieczystych i święceniach kapłańskich wybrali inne drogi.

Lucjan najpierw pracował w Markowicach (woj. kujawsko-pomorskie), potem w Obrze (woj. wielkopolskie). Po 11 latach, gdy stamtąd odchodził, żegnały go tłumy. Swoim spokojem, wewnętrzną równowagą i opanowaniem zaskarbił sobie życzliwość ludzi. Teraz, znów w Markowicach, jest proboszczem i kustoszem.

Dla Bogdana Opatrzność miała inny plan. Jeszcze jako kleryk poszedł na spotkanie z kanadyjskim biskupem, który opowiadał o pracy misjonarzy w północnej Kanadzie, także w najgorszych ekstremalnych arktycznych warunkach. Biskup miał nadzieję, że jego świadectwo sprawi, iż któryś ze słuchających go młodzieńców podejmie wyzwanie. Zapewne nie miał wielkich nadziei, ale na sali siedział Bogdan, twardy chłopak ze śląskiego Załęża. Chłopak, który marzył o misjach. Zaraz po wykładzie zastukał do drzwi dostojnego gościa i powiedział, że jest gotów.

Rodzice, gdy oznajmił im swoją decyzję, na chwilę skamienieli. A potem pojechali do Zakopanego kupić u górali wyprawkę z owczej wełny: od skarpet po kołdrę.

Pani Dorota mówi, że po kres swych dni będzie pamiętać pożegnanie na dworcu w Katowicach. Jak stał w drzwiach pociągu, a ona pytała: - Synu, czy my się kiedyś obaczym?

Nie widziała go 3 lata. Na szczęście współczesność skraca dystans między ludźmi. Przede wszystkim w dosłownym wymiarze. Najpierw pisali listy. Z nich dowiadywali się, że góralska odzież nie wytrzymuje arktycznych chłodów, że ma odmrożenia, że przez 10 miesięcy utrzymuje się paraliżujące zimno - minus 40-50oC. Że spotkał na tym odludziu dobrych ludzi, że przeżyje, że się nie podda i w tej swojej nowej odzieży z futer zwierząt będzie głosił tubylcom Jezusa Ukrzyżowanego.

Teraz, po 15 latach, czują już spokój. Ich syn Bogdan nie tylko wytrwał, ale stworzył wspólnotę. W jego wsi, która zwie się Kugaaruk, mieszkają teraz sami chrześcijanie.

Mieć syna misjonarza

Na ścianie wisi zdjęcie lotnicze wioski syna, zrobione w czasie trwającego raptem 2 miesiące arktycznego lata. Malowniczy zielono-brunatny kawałek ziemi wbija się w jasnoniebieskie morze. Większe dachy to szkoła, poczta, sklepik, kościół, mniejsze to domki, których konstrukcja wytrzymuje minus 50oC. Obok kościółka blady kwadracik - to domek o. Bogdana. Zdjęcie jest tak ostre, że rodzice pokazują budy, które duchowny postawił swoim psom husky. Jest też garaż dla śnieżnego skutera, dzięki któremu misjonarz regularnie odbywa podróż do dwóch kolejnych osad przynależnych do misji. Jedna wioska leży 800 km od Kugaaruk, kolejna 500 km dalej.

O. Bogdan nauczył się trudnego języka Inuitów, a oni nauczyli go prowadzenia psich zaprzęgów, polowania i oprawiania zwierzyny, łowienia ryb w przeręblu, robienia maści na odmrożenia. Eskimosi od pokoleń mają zwyczaj wieczorami siąść razem i opowiadać dzieje przodków, historie plemienne, stare legendy. W takie noce o. Bogdan opowiadał im o Jezusie. Dziś przychodzą na Mszę św., uczestniczą w nabożeństwach, przyjmują sakramenty, a przed świętami Bożego Narodzenia stawiają przed domami sztuczne choinki, bo najbliższe drzewo rośnie jakieś 2 tys. km na południe.

Polski trop

- U nas nigdy się nie przelewało. Jak przychodził trudny czas, to się najwyżej jedną chochlę więcej wody dolewało do zupy. Ślązaków bieda czy ciężka robota nie złamie, my som przyzwyczajeni do twardego życia i tak chowamy dzieci. Chociaż teraz - p. Dorota zastanawia się chwilę - dzieci wychowuje się już inaczej. Za dużo swobody, za dużo gadania. A tu żadnej wielkiej filozofii nie ma! Jak się rodzina blisko Pana Boga trzyma, szanuje się i żyje uczciwie, to i dzieci na porządnych ludzi wyrastają.

Tagi:
ludzie

Reklama

Mistrz Adam

2019-07-03 08:37

Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 27/2019, str. 36-37

Ma na swoim koncie ponad 130 albumów fotograficznych, książek, plakatów i kalendarzy. Należy do Związku Polskich Artystów Fotografików. Jest członkiem Royal Photographic Society w Londynie. Swoimi fotografiami zdobył wiele nagród zarówno w Polsce, jak i w świecie

Józef Wieczorek
– Niewielu mamy w historii polskiej fotografii takich twórców jak Adam Bujak – stwierdził historyk sztuki prof. Andrzej Szczerski

Adam Bujak świętuje 55 lat pracy twórczej. Z tej okazji odbywają się – organizowane przez wydawnictwo Biały Kruk, z którym artysta fotografik jest związany od 1996 r. – spotkania połączone z prezentacją specjalnie na tę okazję wydanego albumu „Życie malowane światłem”.

Fotograf papieski

Jubileusz przypomina pierwsze opublikowane w 1964 r. zdjęcie krakowskiego mistrza aparatu. Fotografia upamiętnia ingres Karola Wojtyły do katedry wawelskiej. To zdjęcie zapowiadające jeden z najważniejszych wątków twórczości Adama Bujaka, nazywanego fotografem papieskim, co wynika z faktu, że przez ponad 40 lat dokumentował życie Karola Wojtyły – biskupa, arcybiskupa, kardynała, a potem papieża Jana Pawła II. Mistrz Adam niejednokrotnie podkreślał, że czuje się człowiekiem wyróżnionym, gdy chodzi o spotkania z Papieżem Polakiem. – Lata, w których mogłem dokumentować tego wspaniałego człowieka, były największym przeżyciem – powiedział w trakcie świętowania jubileuszu w Krakowie.

Artysta przywołał m.in. historię fotografii wykonanej w Wielką Sobotę na dachu Pałacu Apostolskiego. Wspominał: – Spędziłem wtedy z Janem Pawłem II półtorej godziny. Gdy z ks. Stanisławem Dziwiszem wjechałem windą na dach Pałacu Apostolskiego, rozsunęły się drzwi i błysnęło niesamowite światło wczesnego kwietniowego poranka.

Ks. Dziwisz powiedział: „Gdzieś tu jest Papież”. Zobaczyłem ubranego na czarno Ojca Świętego. Fotografowałem go w taki sposób, żeby mu nie przeszkadzać w kontemplacji, w modlitwie... Mistrz Adam wspominał też, jak powstało zdjęcie Papieża w czarnym stroju prezentowane w wydanym na jubileusz albumie: – Kiedy Ojciec Święty skończył odmawiać brewiarz, poprosiłem, aby się na chwileczkę zatrzymał. I wtedy zobaczyłem, że ma nierówno zapięte guziki. Wszystkie, łącznie z góralskim sweterkiem, który miał pod sutanną. Pomyślałem: Co ja teraz zrobię? Poprosiłem o pomoc ks. Dziwisza, który przepiął guziki sutanny, ale sweterka już nie. I tak zostało na fotografii (uśmiech).

Obrazowa narracja

Znawcy twórczości Adama Bujaka podkreślają jego niezwykły kunszt i niepowtarzalny styl fotografii, także sposobu jej powstawania. Leszek Sosnowski, prezes i właściciel Białego Kruka, opowiadał: – Wczesnym rankiem wybraliśmy się do Bazyliki Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Gdy tam wchodziliśmy, zauważyłem, że Adam w ogóle nie wziął aparatu. Pomyślałem, że zapewne zatrzymamy się na chwilę, że pewnie ma jakiś plan. Tymczasem spędziliśmy tam chyba 6 czy 7 godzin. Miałem nawet o to pretensje, ale Adam mnie uspokajał. Zdjęcia zaczął robić następnego dnia. Teraz już wiem, że to zwiedzanie było przygotowaniem do penetrowania tematu, do zbadania wszystkich miejsc, które trzeba będzie sfotografować. Bo Adam nie cyka zdjęć, tylko realizuje pewną narrację.

Prof. Andrzej Nowak zwrócił uwagę na bardzo ważny rys twórczości Adama Bujaka – upamiętnianie historii ojczyzny, jej dziedzictwa i tożsamości. Wybitny polski historyk zauważył: – Można bronić tożsamości narodowej z bronią w ręku, ale można to czynić z aparatem w ręku. Tak jak mistrz Adam. Aparatem wycelowanym nie po to, aby zaspokoić własną próżność i żeby tylko zatrzymać czas, ale po to, aby kontynuować opowieść, którą zaczął mistrz Wincenty, którą prowadzili mistrzowie naszego słowa, obrazu, naszej architektury, muzyki. Opowieść pozwalającą nam być kimś, pozwalającą nam się zakorzenić. To wielkie dzieło, w którym bierze udział z taką miłością do tematu „Polska” mistrz Adam. Jego książki, w których słowo jest niejako wyręczone przez obraz, nierzadko więcej mówiący niż tysiąc słów, stanowią ważny rozdział tej historii, którą zapisał aparat mistrza Adama Bujaka.

Ponadczasowe elementy

Z kolei prof. Andrzej Szczerski podkreślał: – Niewielu mamy w historii polskiej fotografii takich twórców jak pan Adam Bujak, którzy potrafią pokazać, dlaczego obraz fotograficzny jest tak ważny. Historyk sztuki dokonał analizy wybranych zdjęć fotografika spośród tych zamieszczonych w jubileuszowym albumie. Podkreślił rolę sacrum we wskazanych fotografiach, ale też umiejętność skupienia uwagi twórcy na pojedynczym człowieku. Prof. Szczerski przywołał prace z walczącej o wolność Nowej Huty z czasów PRL-u i udowadniał, że Adam Bujak potrafi przekroczyć reportażowy charakter zdjęć, wskazywał w nich na elementy ponadczasowe. W podsumowaniu swojego wykładu stwierdził: – Dzięki Adamowi Bujakowi fotografia staje się czymś niezwykle istotnym dla kultury polskiej. Jego twórczość pokazuje, że obraz fotograficzny może być kluczowy dla naszej tożsamości i ciągłości historycznej. Budują nas te dokumenty, świadectwa, ta wizja człowieczeństwa, wspólnoty, religijność i duchowość wyrażone w tych obrazach.

Gdy poproszono bohatera spotkania, aby odniósł się do wykładów poświęconych jego twórczości, mistrz spojrzał na zebranych i uśmiechając się, wyznał: – Powinienem teraz powiedzieć: Bujak, zamilknij! (uśmiech).

Miałam zaszczyt przeprowadzać wywiady z Adamem Bujakiem. I za każdym razem była to dla mnie okazja do poznania człowieka, który nie gwiazdorzy, nie podkreśla, jak wiele w swym życiu osiągnął, jak wiele dokonał. Gdy spotykam go w przestrzeni publicznej Krakowa, widzę otwartego, życzliwego, serdecznego twórcę, który z uwagą słucha, co inni mają do powiedzenia. Gdy trzeba, pomoże. A jeśli uzna za wskazane, potrafi się usunąć w cień. Taki jest mistrz Adam. I te cechy czynią go niezwykle wartościowym człowiekiem – artystą, którego nie zmieniły sukcesy ani kolejne otrzymywane odznaczenia. Chociaż zapewne i one mają swą wartość.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ruszyły zapisy na modlitewne wydarzenie „Polska pod Krzyżem”

2019-07-17 14:24

Magdalena Kowalewska-Wojtak

Organizatorzy Wielkiej Pokuty i Różańca do Granic 14 września zapraszają na górę Świętego Krzyża w diecezji sandomierskiej wszystkich, którzy chcą postawić krzyż w centrum swojego życia i Polski.

materiały prasowe

- Pragniemy zaprosić Polaków w kraju i za granicą do tego, aby wyznali wiarę w Jezusa Chrystusa, nawrócili się i postawili krzyż w centrum swojego życia. Zapraszamy do budowania społeczeństwa miłości w Polsce i Europie - mówi jeden z współorganizatorów modlitewnego czuwania Maciej Bodasiński z Fundacji Solo Dios Basta. Tłumaczy, że celem wydarzenia jest zatrzymanie tego wszystkiego, co nas frustruje i męczy, co staje się tematami pierwszych stron gazet. - Do odnowy w naszym społeczeństwie potrzeba Jezusa Chrystusa i Jego Krzyża. Chcemy przypomnieć, że początkiem naszej współczesnej cywilizacji i państwa polskiego jest Chrystus, który umarł za nas krzyżu - dodaje Maciej Bodasiński.

- Mimo osób żyjących głęboką wiarę, wśród większości katolików prawdziwy krzyż jest odrzucany. Na całym świecie atak na Kościół nabiera na sile, tracimy młodzież, coraz częściej rozpadają się związki małżeńskie, a na ulicach naszych miast dokonują się publicznie grzechy - mówi „Niedzieli” Lech Dokowicz z Fundacji Solo Dias Basta.  Organizatorzy wskazują, że duchowe zwycięstwo może przyjść tylko przez Chrystusowy krzyż. 

- Celem tego wydarzenia jest to, aby rany, które pojawiają się w Kościele leczyć przez modlitwę. Chcemy, aby jak najwięcej świeckich i kapłanów stanęło razem pod krzyżem. Przez modlitwę chcemy ożywiać życie sakramentalne w Polsce i przywracać szacunek do stanu kapłańskiego - podkreśla Maciej Bodasiński.

Wydarzenie odbędzie się w najstarszym polskim sanktuarium Relikwii Drzewa Krzyża Świętego w Nowej Słupi. Gospodarzami modlitewnego spotkania „Polska pod Krzyżem” będą Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Organizatorzy modlitewnego czuwania chcą, aby w sanktuarium, w którym modlił się przed wyruszeniem pod Grunwald król Władysław Jagiełło, przybyło jak najwięcej Polaków .

Ze względu na ograniczoną ilość miejsc w sanktuarium na stronie internetowej www.polskapodkrzyzem.pl rozpoczęły się zapisy. Każda z zarejestrowanych osób otrzyma bezpłatną wejściówkę i indywidualny kod QR. - Jeśli okaże się, że frekwencja dopisuje, będziemy otwierać kolejne punkty modlitewne wokół Góry Świętego Krzyża - tłumaczy Maciej Bodasiński. Zaznacza, że wydarzenie ma być zachętą dla innych, aby w różnych miejscach Polski tego dnia organizowali się na modlitwie i adoracji krzyża.

Na stronie internetowej wydarzenia znajduje się mapa, gdzie poszczególne grupy, zakony czy parafie mogą zgłaszać swoją duchową łączność.- To wydarzenie ma prowadzić nas ku pokojowi i jedności oraz otwierać na działanie łaski Bożej - dodaje Bodasiński.

Teren wokół sanktuarium należy do Świętokrzyskiego Parku Narodowego. - Chcemy z wielkim jego poszanowaniem i we współpracy z władzami parku przeprowadzić to spotkanie - mówi Maciej Bodasiński. Organizatorzy podkreślają, że wydarzenie nie zagrozi przyrodzie. Posługujący wolontariusze zobowiązali się, że posprzątają teren na Łysej Górze, najpóźniej do następnego dnia. Ponadto planowana jest kampania informacyjna na temat ekologicznego charakteru świętokrzyskiego wydarzenia.

Modlitwa rozpocznie się w południe w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, 14 września. Zaplanowano liczne konferencje i świadectwa, a także procesyjne przejście pod Krzyż. W sanktuarium będzie można wyspowiadać się. Centralnym punktem będzie Msza św., której będzie przewodniczył ordynariusz sandomierski bp Krzysztof Nitkiewicz. Spotkanie zakończy się nocnym czuwaniem modlitewnym, które potrwa do następnego dnia, kiedy to przypada  wspomnienie Matki Boskiej Bolesnej.

Wydarzenie organizuje Fundacja Solo Dias i Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Patronat medialny nad modlitewnym spotkaniem „Polska pod Krzyżem” objął Tygodnik Katolicki „Niedziela”.

W 2016 roku Wielka Pokuta na Jasnej Górze zgromadziło ok. 150 tys. wiernych. Z kolei w organizowanym w "Różańcu do Granic" w ponad 20 przygranicznych diecezjach, gdzie znajdowało się kilkaset punktów modlitwy uczestniczyło, około miliona osób.

Magdalena Kowalewska-Wojtak

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mateusz Morawiecki i Jakub Błaszczykowski w Truskolasach

2019-07-22 18:17

PAP

– Moim marzeniem jest, żeby młodzież mogła trenować, żeby odciągnąć ją od głupstw – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w Truskolasach, który w poniedziałek odwiedził Szkołę Podstawową im. Stanisława Ligonia, gdzie zainicjował budowę boiska sportowego.

Twitter.com

Morawiecki w Truskolasach spotkał się z piłkarzem, reprezentantem Polski, byłym zawodnikiem m.in. Borussi Dortmund, a obecnie Wisły Kraków, pochodzącym z Truskolasów Jakubem Błaszczykowskim.

Według premiera trzeba się zastanowić nad systemem szkolenia młodych piłkarzy i nowatorskim podejściem do piłki nożnej.

– Wielkim naszym pragnieniem, a moim marzeniem jest to, żeby dzieciaki, młodzież również z Truskolasów, z takiej ziemi jak ta, północna część woj. śląskiego, żeby mogły trenować, żeby chciało im się chcieć, żeby odciągnąć ich od tych głupstw, głupotek i większych jakiś chuligańskich wybryków, albo siedzenia z nosem w smartfonach – powiedział Morawiecki.

Premier oznajmił, że „droga do sukcesu jest usiana ciężką pracą”. – Nie wolno się załamywać. Trzeba podnosić głowę po drobnych i większych porażkach – oznajmił.

Jestem przekonany, że za 5-10 lat będziemy w stanie osiągać sukcesy w Lidze Mistrzów, w piłkarskich mistrzostwach świata i Europy – ocenił premier...

– Trzeba iść do przodu w ramach pewnej dyscypliny. Taką drogę przebył nasz piłkarz. Chciałem podziękować Kubie Błaszczykowskiemu za wspaniałą postawę, postawę patriotyczną i naukę patriotyzmu w praktyce – dodał.

Jakub Błaszczykowski stwierdził, że jest to dla niego „bardzo ważny dzień”. – Jak wspomniałem panu premierowi, od 2010 r. starałem się, żeby takie wydarzenie miało miejsce, żeby powstało boisko, akurat tu, bo tutaj wykonywałem pierwsze kroki – powiedział.

Budowa boiska w Truskolasach jest częścią finansowanego przez rząd Programu Certyfikacji Szkółek Piłkarskich PZPN.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem