Reklama

"Na misjach wszystko niemal było dla mnie nowe..."

Z o. Andrzejem Danilukiem rozmawiała Maria Klimaszewska.
Edycja podlaska 1/2003

Na początku czerwca ubiegłego roku przybył na wypoczynek do rodzinnej parafii Platerów misjonarz o. Andrzej Daniluk - salezjanin. O. Andrzej od 18 lat pracuje w Afryce, w Zambii, a w czasie ubiegłorocznych wakacji obchodził 20-lecie święceń kapłańskich.
Z tej okazji poprosiłam go o parę słów dla Czytelników "Niedzieli Podlaskiej".

MARIA KLIMASZEWSKA: - Jak się zaczęła droga misyjna Księdza?

O. ANDRZEJ DANILUK: - O misjach usłyszałem po raz pierwszy w seminarium. Misjonarze salezjańscy pracowali na różnych kontynentach i często odwiedzali rodzinne seminarium. To było okazją do spotkania z nimi i wysłuchania ich relacji, w których dzielili się bogatymi doświadczeniami. Kościół katolicki obchodzi co roku w październiku Tydzień Misyjny, z tej okazji można było przeczytać artykuł o tematyce misyjnej lub wysłuchać okolicznościowego kazania. W Seminarium działało Kółko Misyjne, do którego zawsze należałem, bo jakoś czułem wewnętrznie, że ja też mógłbym zostać misjonarzem. Dlatego też napisałem podanie do swoich przełożonych, aby przychylili się do mojej prośby. Niestety, przyszła odpowiedź negatywna, tzn., że wyjazd jest możliwy, ale dopiero po święceniach kapłańskich. Tak właśnie się stało w 1983 r.

- Czy mógłby Ojciec czytelnikom "Niedzieli Podlaskiej" opowiedzieć o swojej pracy w Zambii?

- Ojciec Święty zwrócił się z prośbą do Zgromadzenia Salezjańskiego aby wysłało misjonarzy do Zambii. Pojechałem tam w drugiej ekspedycji misyjnej. Dotarłem do Zambii w 1984 r. Wcześniej spędziłem kilka miesięcy w Anglii ucząc się języka angielskiego. Swoje pierwsze kroki stawiałem w pracy duszpasterskiej w parafii, która miała wtedy 35 punktów dojazdowych w promieniu 60 km. Pierwszym dziełem, jakie przeprowadziliśmy w parafii były rekolekcje wielkopostne. Rozpoczęliśmy je w styczniu, a skończyliśmy w maju. Z grupą przygotowanych pomocników jeździliśmy od wioski do wioski. Ludzie przychodzili bardzo chętnie. Wykorzystaliśmy ten zapał i stworzyliśmy kilka innych grup, które w następnych latach przejęły od nas to zadanie. Nam dało to możliwość zajęcia się kształceniem i animowaniem liderów w każdej wiosce, także takich, którzy prowadzą modlitwy i wyjaśniają Słowo Boże w kaplicach, kiedy nie było Mszy św., bo kapłan był nieobecny. Następnie podobne dokształcanie trzeba było zrobić dla nauczycieli religii, którzy przygotowywali dzieci i młodzież do przyjęcia sakramentów świętych. Byli jeszcze liderzy małych wspólnot chrześcijańskich, a także liderzy grup kościelnych. Wszystkie wyżej wymienione dokształcania przeprowadziliśmy każdego roku. Oprócz tego trzeba było jeździć od wioski do wioski, żeby udzielać wiernym sakramentów, organizować młodzież w klubach przykościelnych i być do dyspozycji chrześcijan, którzy przychodzili do misjonarza z różnymi sprawami i kłopotami.

- Jakimi afrykańskimi językami Ksiądz włada i czy dla Europejczyka są one trudne do opanowania?

- Skuteczność pracy misjonarza w dużym stopniu zależy od znajomości lokalnego języka. Jest to sprawa bardzo ważna. Każdy misjonarz musiał przejść proces przyswajania sobie języka tubylców. Bardzo podziwiam ludzi, którzy wykazują niezwykłą cierpliwość słuchając potykającego się w słowach misjonarza. Z drugiej strony byli oni dumni, ze biały człowiek uczy się ich języka i robi to ze względu na nich. Znajomość języka zaciera granice między misjonarzem a ludźmi. Dlatego też ta sprawa zajmowała u mnie naczelne miejsce. Język angielski przydatny jest w uczestnictwie w różnego typu spotkaniach, w urzędach, a lokalne: cibemba i cinyanja - to już narzędzia pracy.

- Jak Ojciec znosi klimat Afryki równikowej?

- Zambijski klimat, generalnie biorąc, jest znośny. To, czy jest goręcej, czy chłodniej zależy od wysokości terenu. W dolinach rzek bywa nawet bardzo gorąco. W Zambii są dwie pory roku: deszczowa i sucha. W porze suchej wyodrębnia się porę zimną i gorącą. Jednak mnie samemu żadna pora roku nie sprawia tam radości. Gdy jest zimno, to czekam z utęsknieniem na porę gorącą, a gdy ona nastąpi, nie mogę się doczekać deszczu, a gdy pada deszcz i drogi są rozjeżdżone, albo nieprzejezdne, to liczę dni, żeby w końcu przestało padać - i tak w kółko.
Taki już jest człowiek, że trudno mu dogodzić.

- Jaka jest przeciętna rodzina zambijska?

- Rodzina afrykańska bardzo różni się od rodzin europejskich, w których misjonarze się urodzili i wychowali. W niektórych plemionach dzieci należą do rodziny ojca, w innych do rodziny matki. Gdy się nie zna tego rozróżnienia, nie sposób zrozumieć układów panujących w tego typu rodzinach. Dla Europejczyka tego rodzaju rozróżnienia są trudne do zrozumienia, więc nie będę się zagłębiał w ten temat. Ograniczę się do opisu zewnętrznego. Rodzina afrykańska jest bogata w dzieci. Rodzą się one regularnie co dwa lata. Im więcej dzieci, tym rodzina jest bogatsza. Starsze dziecko opiekuje się młodszym. Często widzi się małą dziewczynkę dźwigającą na plecach swoją młodszą siostrę lub braciszka. Czasem, gdy nie ma dziewcząt, to starszy braciszek przejmuje tę funkcję. Dzieci wspomagają siebie nawzajem, wychowują siebie i bardzo nawzajem się kochają. Objawia się to w tym, że dzielą się jedzeniem, co jest sprawą niełatwą w zambijskich warunkach. Wychowaniem dziewczynek zwykle zajmuje się matka. Przyucza ona swoje córki do późniejszego życia. Chłopcy natomiast pozostają w rękach ojca, szczególnie wtedy, gdy osiągają 14. rok życia. W tym wieku ojciec wprowadza syna w tajniki rodzinne, uczy go, kto jest jego kuzynem, w jakiej linii i w której wiosce ma szukać więzów rodzinnych.

- Co Ojciec mógłby powiedzieć o religijności Zambijczyków i czy jest coś w tym zakresie, czego moglibyśmy się od nich nauczyć?

- Zambijczycy są narodem religijnym. Tradycyjnie wierzyli w Jednego Boga. I tak jest do dziś. Poprzedni prezydent Chiluba ogłosił Zambię krajem chrześcijańskim. W zdecydowanej większości ludzie uznają Chrystusa jako Zbawiciela, ale różnych Kościołów i sekt jest bardzo dużo. Wciąż, jak grzyby po deszczu, powstają nowe. Kościół katolicki obejmuje ok. 20% całej populacji. Ludzie nie wstydzą się swojej religijności. Jest ona częścią ich życia, poprzez swoje zachowanie mówią: "Jest Bóg, czego ci więcej trzeba". Zambijczycy wyrażają swoją religijność poprzez taniec. To jest ich język. Ruchem ciała wyrażają na zewnątrz swoje uczucia.

- Z jakimi problemami styka się Kościół w Zambii?

- Kościół w Zambii jest bardzo młody. Sto lat - to nie jest duży wiek, jak na wiek Kościoła. Dlatego też patrzeć i oceniać ten Kościół trzeba tak, jak się patrzy na raczkujące dziecko. Stąd też problemy w tym Kościele. Pierwszy - to niewystarczająca liczba lokalnych księży i sióstr zakonnych. Poza tym wiara ludzi nie jest silna, nierzadko nie potrzeba dużego wichru, aby się zachwiała. Nadal praktyki pogańskie idą w parze z przyjętym chrztem. Ludzie wyszli z pogaństwa, ale niestety, zachowali nierzadko nieludzkie zwyczaje, z którymi jeszcze przez dłuższy czas przyjdzie się zmagać. Innym problemem są choroby: malaria, AIDS i inne, na które umiera wielu chrześcijan. Pozostają dzieci - sieroty, jest ich tak dużo, że już rodziny nie są w stanie zająć się nimi. Idą one szukać środków do życia na ulicach. Jest to duże wyzwanie dla Kościoła, a szczególnie dla Salezjanów.

- Czy mógłby Ojciec opowiedzieć o organizowanych przez siebie w swojej parafii Dniach Jedności Chrześcijan?

- W Zambii panuje ekumenizm praktyczny. Tu nikt nikogo nie prześladuje z powodu religii. W niejednej rodzinie było tak, że ojciec modlił się w innym Kościele, matka w innym, a dzieci jeszcze w innym. Raz w roku obchodzony jest w Kościele Dzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Jest to okazja, aby wspólnie zebrać się w atmosferze modlitewnej. Takie spotkania organizowaliśmy wspólnie z liderami wszystkich Kościołów, które uznają Chrystusa za Jedynego Zbawiciela. Trudno opisać tę atmosferę, ale spróbuję zawrzeć to w jednym słowie: chrześcijańska. Wierzę, że Pan Jezus, który był obecny wśród nas, był zadowolony, bo byliśmy wtedy jedno. Ale to tylko pewna część naszej współpracy. W życiu ludzi obok dobra panoszy się zło i niesprawiedliwość. Jak już mówiłem, w Zambii chrześcijaństwo jest młode, pozostały niektóre zwyczaje, które są w sprzeczności nie tylko z chrześcijaństwem, ale i z człowieczeństwem. Oto przykład: jeśli umiera mąż, wtedy rodzina ze strony męża przychodzi i zabiera wszystko z domu zmarłego. Znam nauczycielkę, która miała dom pokryty blachą. Po śmierci męża, jego krewni zabrali wszystko z domu, potem zerwali blachę z dachu i wyrwali jedno metalowe okno. W ubraniu tylko, które miała na sobie, kobieta wraz z gromadką dzieci pozostała bez dachu nad głową. Taki jest los afrykańskich wdów. Prawo zabrania takiego procederu, ale w buszu silniejszy wygrywa. Nikomu to się nie podoba, ale pojedyncze osoby nie są w stanie obronić się przed tym zwyczajem. Kościoły chrześcijańskie utworzyły komitet kobiet, który miał za cel obronę biednych wdów. W niektórych przypadkach działalność tych komitetów była skuteczna.

- Czy poza wydaną w 1994 r. książką "Wśród moich czarnych braci" możemy się spodziewać następnej, autorstwa Ojca, przybliżającej nam tamten kraj?

- W pierwszych latach mojego pobytu w Zambii nie miałem problemu z opisaniem swoich doświadczeń i przeżyć. Wszystko niemal było dla mnie nowe. Potem oczywiście to spowszedniało i różne obowiązki nie pozwalały na wygospodarowanie czasu na pisanie. Ale przez kilka ostatnich lat przybyły mi nowe doświadczenia, którymi, jak Pan Bóg pozwoli, podzielę się z sympatykami misji. Zaintrygował mnie temat czarów i przesądów w Afryce. Myślę, że jest to temat aktualny i w Polsce. Przeglądając gazety spotyka się horoskopy, w telewizji proponuje się tarota, coraz odważniej mówi się o wróżkach. Dokąd idziemy, czyżby do Afryki?

- Jak często Ojciec przyjeżdża do Polski na wypoczynek i co Ojca najbardziej cieszy w Polsce?

- Na początku przyjeżdżałem do Polski po każdych czterech latach pracy. Obecnie ekonomiczniej jest przyjechać po trzech latach na trzy miesiące urlopu.
Polska na zewnątrz zmienia się, miasta i wioski pięknieją, jest dużo ładnych domów. Na przykładzie parafii Platerów widzę, jak ludzie licznie gromadzą się na codzienną Mszę św., przystępują do sakramentów, zwłaszcza do sakramentu pokuty. Patrzę na ten fakt z zazdrością. Chciałbym doświadczyć czegoś podobnego w parafii zambijskiej.

- Dziękuje Ojcu za rozmowę i w imieniu platerowskich parafian życzę zdrowia i wszelkich Bożych łask w pełnieniu służby kapłańskiej i misyjnej oraz z góry dziękuję za adwentowe nauki rekolekcyjne, które Ksiądz dla nas wygłosił.

Wielka Brytania: lekarze chcą odłączyć 5-letnie dziecko od aparatury podtrzymującej życie

2019-07-19 12:34

rk (KAI/LifeSiteNews.com) / Londyn

O losach 5-letniej dziewczynki, którą brytyjscy medycy chcą odłączyć od urządzeń podtrzymujących życie, rozstrzygnie sąd. Choć dziecko zgodził się przyjąć włoski szpital pediatryczny w Genui, londyńska placówka medyczna sprzeciwia się temu, by rodzice zorganizowali i opłacili transport córki. Komentatorzy wskazują na podobieństwo tego przypadku do wcześniejszych spraw, w których mali pacjenci brytyjskich szpitali – Charlie Gard i Alfie Evans – zostali odłączeni decyzją sądu od aparatury utrzymującej życie, choć pomoc oferowały im placówki medyczne na całym świecie.

AR

Tafida Raqeeb, córka imigrantów z Bangladeszu, straciła przytomność kilka miesięcy temu na skutek pęknięcia naczyniaka tętniczo-żylnego mózgu. Mimo operacji, pięcioletnie dziecko nie odzyskało przytomności, a lekarze Royal London Hospital zwrócili się do sądu, by ten pozwolił na odłączenie pacjentki od aparatury, która zapewnia jej życie w stanie półprzytomności. Tafida reaguje na ból, daje niekiedy oznaki życia.

Rodzice Shalina i Mohammed poprosili o pomoc włoskich pediatrów z Instytutu im. Gianniny Gaslini w Genui – szpitala o światowej renomie. Ci, po zapoznaniu się z dokumentacją i konsultacji z brytyjskimi lekarzami, zgodzili się interweniować. Rodzice mają jedynie zorganizować i opłacić transport. O losach dziecka ma ostatecznie zdecydować brytyjski wymiar sprawiedliwości.

Włoscy komentatorzy wskazują na podobieństwo tego przypadku do wcześniejszych spraw, w których mali pacjenci brytyjskich szpitali zostali odłączeni decyzją sądu od aparatury podtrzymującej życie, choć pomoc oferowały im placówki medyczne na całym świecie.

W lipcu 2017 roku w londyńskim hospicjum dla dzieci zmarł liczący niespełna rok Charlie Gard, cierpiący od urodzenia na rzadką chorobę genetyczną. Wcześniej Trybunał Europejski polecił odłączyć wszystkie aparaty zapewniające życie małego pacjenta. Szpital dziecięcy pw. Dzieciątka Jezus w Rzymie był gotów zaopiekować się chłopcem.

W ubiegłym roku na polecenie sądu i wbrew woli jego rodziców został odłączony od aparatury Alfie Evans. Nastąpiło to na 11 dni przed drugą rocznicą urodzin dziecka, cierpiącego na niedobór transaminazy GABA. Jego rodzice bezskutecznie walczyli o przetransportowanie syna do watykańskiego szpitala pediatrycznego. Pomoc w tej sprawie oferował także prezbiteriański szpital pediatryczny w Nowym Jorku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Toruń: rozpoczął się obóz Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia

2019-07-19 20:03

uo, bk, xpb/ww / Toruń (KAI)

- Kościół potrzebuje ludzi młodych - powiedział biskup toruński Wiesław Śmigiel podczas Mszy św. inaugurującej obóz integracyjno-formacyjny dla około tysiąca uczniów szkół podstawowych, gimnazjów i szkół średnich - stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Młodzi ludzie w mieście Kopernika będą przebywać do 30 lipca.

- Kościół odmładza się nieustannie. Odmładza się przede wszystkim za sprawą Ducha Świętego, ale jesteśmy świadomi że potrzebujemy wokół siebie ludzi młodych, ludzi z młodym spojrzeniem, którzy nie tylko myślą o tym, co będzie, ale już dziś tworzą lepszy Kościół, który jest bez reszty oddany Ewangelii Jezusa Chrystusa – powiedział bp Śmigiel rozpoczynając Mszę św.

- Jesteście dla nas ważnymi gośćmi, ponieważ jesteście najpiękniejszym pomnikiem św. Jana Pawła II, a my w Toruniu mamy szczególny szacunek i cześć do tego świętego. – mówił bp Wiesław. Św. Jan Paweł II często spotykał się z młodymi i przekonywał, że młodość musi być zbudowana na wartościach. – Jeśli w młodości zbudujemy nasze życie na wartościach, to znacznie łatwiej będzie nam wejść w życie dorosłe i budować wokół siebie przestrzeń odpowiedzialności – dodał biskup diecezji toruńskiej.

Wskazał na trzy filary, które pomagają nam żyć po chrześcijańsku. – Tym, co nam pozwala żyć po chrześcijańsku, pogłębiać wiarę, budzić nadzieję i żyć każdego dnia miłością jest Słowo, Liturgia i wspólnota – podkreślił bp Śmigiel.

– Potrzeba nam zawierzenia Bogu, potrzeba nam modlitwy. Bycie blisko Jezusa to nasza modlitwa codzienna. Kiedy człowiek jest blisko Pana Boga to to musi mieć przełożenie na codzienność. Nie można być człowiekiem rozmodlonym, deklarującym się jako wierzący i ufający Panu Bogu, a jednocześnie w życiu codziennym zapominać o biednych, potrzebujących, o bracie i siostrze, którzy są obok nas – mówił bp Śmigiel.

Św. Jan Paweł II i papież Franciszek uczą nas, że w życiu potrzeba zasad. - Potrzeba nam w codzienności zwyczajnych zasad, które opierają się na szacunku i prostych słowach: proszę, dziękuję, przepraszam. Można to lekceważyć, można też mówić o wielkich sprawach, ale jeśli zabraknie tego w życiu codziennym, to w jakimś sensie stajemy obok Pana Jezusa, nie jesteśmy blisko Niego – dodał duchowny.

Po Mszy św. wszyscy przeszli na Rynek Staromiejski, gdzie wykonano pamiątkowe zdjęcie. Następnie w Centrum Dialogu Społecznego odbyła się konferencja prasowa z udziałem bpa Wiesława Śmigla, prezydenta Torunia Michała Zaleskiego, przedstawiciela Urzędu Marszałkowskiego Łukasza Walkusza, przewodniczącego zarządu Fundacji ks. Dariusza Kowalczyka i koordynatora Fundacji w diecezji toruńskiej ks. Leszka Stefańskiego.

W organizację obozu włączyły się władze województwa i miasta, diecezja toruńska i toruńskie uczelnie. Dla uczestników przygotowano bardzo bogaty program. Odwiedzą planetarium, Dom Eskenów, czyli Muzeum Historii Torunia i Młyn Wiedzy, wezmą też udział w festiwalu Song of Songs.

W niedzielę (21 lipca) stypendyści wygłoszą świadectwa we wszystkich toruńskich parafiach. Opowiedzą, skąd pochodzą, jakie są ich zainteresowania i co zmieniło się w ich życiu od momentu przystąpienia do programu stypendialnego fundacji. W programie zaplanowano także dzień na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, warsztaty medialne w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, wycieczki do Górska i na Barbarkę. Stypendyści w sobotę (27 lipca) zorganizują obozowy dzień papieski, a popołudniu na trybunach Motoareny będą kibicować zawodnikom podczas Indywidualnych Mistrzostw Europy na żużlu.

Msza św. na zakończenie obozu odbędzie się w niedzielę (28 lipca) o godz. 9.00 w kościele Wniebowzięcia NMP. Po niej zostanie wyemitowany na żywo w TVP1 z Bulwaru Filadelfijskiego program Między Ziemią a Niebem. Natomiast wieczorem uczestnicy zgromadzą się na koncercie zespołu Tylko Ty, składającego się ze stypendystów i absolwentów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”.

Pomysł obozów wakacyjnych dla stypendystów Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” zrodził się w 2001 r. Umożliwiają one poznawanie bogactwa kulturowego, duchowego oraz intelektualnego kraju. Do tej pory stypendyści odwiedzili m.in.: Kraków, Warszawę, Trójmiasto, Poznań, Gniezno, Wrocław, Aglomerację Śląską i Zagłębie, Łódź, Częstochowę. W tym roku przybyli do Torunia.

Powołana przez Konferencję Episkopatu Polski Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia” działa od 19 lat. Aktualnie pod opieką ma ponad 2 tys. stypendystów, którzy otrzymują nie tylko pomoc finansową, ale także uczestniczą w obozach wakacyjnych i spotkaniach formacyjnych w ciągu roku. Pieniądze na stypendia pochodzą z przykościelnej i publicznej zbiórki pieniędzy z okazji Dnia Papieskiego, z ofiar darczyńców i 1% podatku dochodowego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem