Reklama

Wiara

Jan Tyranowski – mistrz przyszłego Papieża

Każdy, kto choć trochę interesował się biografią Karola Wojtyły – późniejszego papieża Jana Pawła II, zetknął się z nazwiskiem Jana Tyranowskiego. Jawi się on jako postać, która miała znaczący wpływ na życie duchowe przyszłego Ojca Świętego. Niewiele jednak o nim wiadomo

Większość świadków życia sługi Bożego Jana Tyranowskiego już nie żyje, nie zachowało się zbyt wiele wspomnień. Ale pamięć o skromnym krawcu jest do tego stopnia trwała, że w 1997 r., 50 lat po jego śmierci, ówczesny metropolita krakowski kard. Franciszek Macharski otworzył jego proces beatyfikacyjny.

Kiedy kilka lat temu zaczęliśmy szukać wiadomości o Janie Tyranowskim, próbowaliśmy spotkać się z żyjącym wówczas jeszcze ks. Michałem Szafarskim SDB, który był wychowankiem Sługi Bożego. Odesłał nas on wówczas do swojej książki pt. „Perła ewangeliczna. Sługa Boży Jan Leopold Tyranowski (1901-1947): Apostoł Żywego Różańca” (Kraków 2000), w której zawarł wspomnienia własne oraz osób, które zetknęły się ze Sługą Bożym osobiście. Ta niewielka książeczka zawiera świadectwo życia Jana Tyranowskiego, które po dziś dzień porusza do głębi i pociąga do jeszcze radykalniejszego pójścia za Chrystusem.

Kim był ów krawiec?

Sługa Boży Jan Leopold Tyranowski urodził się 9 lutego 1901 r. w rodzinie Apolonii i Jana Tyranowskich. Od wczesnego dzieciństwa Jana jego rodzina mieszkała na krakowskich Dębnikach. Z wykształcenia był urzędnikiem, jednak świadomie wybrał zawód mistrza krawieckiego, dzięki czemu mógł godzić pracę zarobkową (utrzymywał rodziców i brata) z pogłębianiem życia duchowego oraz działalnością katechetyczno-formacyjną przy parafii. Był członkiem chóru parafialnego, zaangażowanym także w działalność Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej (KSMM). Został jednak zapamiętany przede wszystkim jako założyciel róż różańcowych przy parafii św. Stanisława Kostki i kierownik duchowy młodzieży.

Reklama

Świadek i apostoł

Osoby wspominające Jana Tyranowskiego podkreślają, że był on człowiekiem o bardzo łagodnym i radosnym usposobieniu, nieśmiałym, a jednocześnie gorejącym wielkim zapałem apostolskim. Pokonywał swoją nieśmiałość, by osobiście zachęcać młodych do większego zaangażowania się w działalność przy parafii. Wiesław Duduś (późniejszy salezjanin) tak napisze o nim we wspomnieniu: „...pewnego dnia wychodziłem z kościoła naszego i na schodach spotkałem pana Tyranowskiego. Wydawało mi się, że na mnie czekał. I wtedy powiedział do mnie: Panie Wieśku, może by się pan zapisał do Różańca? Mogę się dzisiaj śmiało przyznać, że nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale sposób, w jaki pan Tyranowski to powiedział, był taki, że nie potrafiłem mu odmówić. Miał coś takiego w swojej powierzchowności ogromnie ujmującego (...) nieśmiałego, pokornego, że tym brał sobie ludzi. Czuło się na odległość, że ma się do czynienia z niezwykłym człowiekiem, o ogromnej głębi duchowej, człowiekiem, który jeszcze chodzi nogami tutaj po ziemi, ale dusza, serce i cała reszta jest gdzie indziej”. Podobne opinie pojawiają się w wielu listach i wspomnieniach osób związanych z Żywym Różańcem przy dębnickiej parafii. Jan Tyranowski swoją postawą życiową i osobistym świadectwem przekonywał do głoszonych przez siebie poglądów, choć zewnętrznie odbierane były jako katechizmowe, poprawne, a nieraz „trącące myszką”. Ta nieatrakcyjność słów przemijała w zderzeniu z jego osobą. Przekonywał, bo nie tylko mówił, ale wpierw żył ascezą, pogłębionym przeżywaniem codzienności. Za radą swoich spowiedników czytał pisma św. Jana od Krzyża czy św. Teresy Wielkiej. Jan Tyranowski złożył ślub czystości i nigdy nie założył rodziny. Bardzo wcześnie posiwiał, przez co sprawiał wrażenie dużo starszego od otaczającej go młodzieży.

Wychowawca i kierownik duchowy

W archiwum salezjańskim zachowały się jego notatki, z których wynika, że robił dokładny plan dnia, ofiarowywał każdą czynność Bogu, niemal codziennie uczestniczył w Eucharystii i przyjmował Komunię św. Uparcie i ze szczerością zachęcał młodych do pogłębionej pracy nad sobą – nad doskonaleniem cnót i poskramianiem niedoskonałości charakteru. Z członkami róż Żywego Różańca spotykał się raz w tygodniu. Z każdym z osobna – na spacerze, w domu. Dużo rozmawiali, polecał chłopcom lektury, które mogły pomóc w ich rozwoju. Był znakomitym i bardzo wymagającym kierownikiem duchowym. Działo się to w czasie okupacji niemieckiej, kiedy praca księży i katechizacja młodzieży była bardzo utrudniona. Księża, znając jego doskonałą znajomość teologii (choć nie skończył nawet szkoły średniej), prosili go o pomoc. Jego spowiednik – ks. Aleksander Drozd tak o nim pisał: „Podziwiałem bogactwo tej duszy. Lękałem się o jej skarby duchowe, usiłowałem je ukryć i zabezpieczyć przez pogłębienie w niej cnoty pokory. Miałem niemały szkopuł z prowadzeniem takiego «alpinisty» duchowego, bo on się wspinał na takie ścieżki i szczyty, których moja noga nie tknęła”.

Na spotkaniach róż różańcowych (również żeńskich) głosił wykłady m.in. z ascezy, dogmatyki liturgii, zgłębiając temat lepiej niż niejeden teolog. Sam nauczył się łaciny tak dobrze, że mógł w oryginale czytać pisma świętych Kościoła. Udzielał także korepetycji z tego języka. Z kręgu róż Żywego Różańca, ze „szkoły” Jana Tyranowskiego wyszło 13 kapłanów diecezjalnych i zakonnych, wśród nich przyszły papież Karol Wojtyła, który był jednym z jego najgorliwszych uczniów. Ks. Szafarski pisze: „Wydaje mi się, że Pan Bóg postawił Jana na drodze Karola [Wojtyły – przyp. red.], aby go przygotować do przyszłej misji. Mam odwagę twierdzić, że nie byłby Karol Wojtyła tym, kim jest, mężem Bożym, gdyby podstaw pracy wewnętrznej nie otrzymał w szkole Tyranowskiego”.

Reklama

Cierpienie, o które nie prosił

Ostatni okres życia Jana Tyranowskiego to czas cierpienia, o które – jak mówią wspomnienia – nie prosił, ale które przyjął z pokorą i radością, że w ten sposób może się jeszcze bardziej uświęcić. Był za nie wdzięczny Panu Bogu. Jego niedoleczoną rękę zaatakowała gangrena, potem gruźlica, która opanowała całe ciało. Ostatni etap życia spędził w szpitalu przy ul. Kopernika w Krakowie. Rękę amputowano. Niedługo po tym, jak Jan trafił do szpitala, zmarła jego matka, którą się opiekował. Fakt, że nie mógł być nawet na jej pogrzebie, przyjął z pokorą, choć bardzo cierpiał z tego powodu. (Ks. Szafarski pisze, że wcześniej swoją modlitwą i cierpieniem zdobył dla Boga dusze swojego ojca i brata, którzy zmarli niedługo przed nim – brat w 1943, a ojciec 1944 r.).

Duchowe owoce

Wyjątkowym momentem choroby Jana Tyranowskiego był dzień 1 listopada 1946 r., kiedy to jego ukochany wychowanek i przyjaciel Karol Wojtyła przyjął święcenia kapłańskie i w krypcie św. Leonarda na Wawelu odprawił Mszę św. prymicyjną. Jan Tyranowski bardzo pragnął służyć przy ołtarzu podczas tej Eucharystii, jego stan jednak nie pozwalał już na wyjście ze szpitala. Ks. Szafarski wspomina, że w tym czasie Jan Tyranowski cierpiał szczególnie. Miał też się komuś zwierzyć, że poprzez te cierpienia pragnie wyprosić swojemu duchowemu synowi świętość życia i czystość serca. Historia pokazała, jak były owocne. Zmarł 15 marca 1947 r., z miłością całując krzyżyk podawany mu do ust. Umierał tak, jak żył – w jedności z Chrystusem. Został pochowany na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Po rozpoczęciu procesu beatyfikacyjnego jego doczesne szczątki zostały przeniesione do kościoła św. Stanisława Kostki na Dębnikach. Spowiednik Jana Tyranowskiego – ks. Aleksander Drozd 10 lat po jego śmierci w liście do bp. Karola Wojtyły napisał słowa, które po dziś dzień nie straciły aktualności: „Należałoby na grobowcu Tyranowskich na cmentarzu Rakowickim umieścić napis tej treści: Módlcie się o łaski za przyczyną śp. Jana Tyranowskiego, którego ciało tu spoczywa, a z pewnością Bóg zechce Was wysłuchać”.

* * *

Z zapisków sługi Bożego Jana Tyranowskiego

Ofiarowanie się

Ojcze najukochańszy, ofiaruję Ci siebie samego, gdyż Cię miłuję. Ofiaruję Ci duszę moją z jej władzami, serce moje z jego uczuciami, wszystkie myśli, słowa, uczynki i prace, boleści, kłopoty i cierpienia, moje pragnienia i wszystko, co posiadam, łącząc to wszystko z zasługami Pana naszego Jezusa Chrystusa. Boże serca mego i części moja, Boże na wieki, kocham Cię i uwielbiam, Jezu Chryste, Panie mój i Mistrzu. Bóg mój i wszystko...

Grób sługi Bożego Jana Tyranowskiego w kościele św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie

2014-02-05 12:12

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Specjalista od Kominka

2020-03-10 10:35

Niedziela wrocławska 11/2020, str. VI

[ TEMATY ]

wspomnienia

Wrocław

kard. Bolesław Kominek

Agnieszka Bugała

Dr Marek Mutor, dyrektor Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”, specjalista od życiorysu kard. Bolesława Kominka

Zachwyt i pasja Marka Mutora podążyły śladem kardynała, a owocem jest świeżutki doktorat.

We wspomnieniach o nim mówi się krótko: kardynał Kominek. Ale był nim zaledwie rok. 5 marca 1973 r. papież Paweł VI kreował go kardynałem, a rok później, 10 marca 1974 r., zmarł we Wrocławiu. Urodzony w 1903 r. miał imponujący życiorys i odcisnął mocny ślad w Kościele. „Gdyby nie było kard. Kominka we Wrocławiu – mówił kiedyś ks. Andrzej Dziełak – to nie byłoby Jana Pawła II w Rzymie”.

– Jest podwójny owoc tego dzieła: Jan Paweł II i młodziutki w porównaniu z Kominkiem ks. Ratzinger, a później Benedykt XVI – mówi Marek Mutor.

W pierwszych dniach wojny Kominek uciekł z Katowic z rzeszą uciekinierów. Zatrzymał się w Lublinie, a potem wrócił, podobno rowerem. Wielu zadaje sobie pytanie: Dlaczego uciekł?

Na stronie Instytutu Historii Uniwersytetu Wrocławskiego podana jest informacja, że przewód doktorski mgr. Marka Mutora pt. Kardynał Bolesław Kominek (1903-1974) – biografia został otwarty w 2013 r. – To nie jest doktorat dla doktoratu, to jest pasja, która ma to szczęście, że może owocować w życiu zawodowym – mówi historyk. A dlaczego doktorat o Kominku? – Pracowałem nad nim prawie 9 lat. Selekcja i przeglądanie dokumentów zajęło dużo czasu. Ostatecznie napisałem biografię pt. Droga do Wrocławia, moja rekonstrukcja kończy się na roku 1956, czyli wtedy, gdy abp Kominek przybył do Wrocławia i odbył się ingres do katedry wrocławskiej. Chciałem zrozumieć dlaczego ten człowiek był taki, jaki był. Jego osiągnięcia z okresu wrocławskiego są znane i dokładnie opracowane, ale wcześniejszy okres życia, może poza epizodem opolskim, są już słabo zbadane. I to mnie pociągało – dodaje Marek Mutor.

Kim był ten człowiek?

Wymyślił Orędzie Biskupów Polskich do Biskupów Niemieckich, sprawnie poruszał się w kręgach kościelnych i na arenie międzynarodowej, umiał grać z władzą komunistyczną, przyczynił się do uregulowania statusu Kościoła na Ziemiach Zachodnich. – Wiedziałem o tym wszystkim i postawiłem sobie pytania: Kim był ten człowiek, że tego wszystkiego dokonał i jakie czynniki, czyj wpływ, ukształtowały go na taką osobowość? – mówi Mutor. Szef Ośrodka jest w tym szczęśliwym położeniu, że praca o Kominku mogła powstać z zainteresowań prywatnych i zawodowych. – Gdy powołaliśmy do życia Ośrodek „Pamięć i Przyszłość” szukaliśmy ważnych, emblematycznych postaci i wydarzeń z powojennej historii Wrocławia, które są ważne nie tylko dla nas, ale też dla Polski i Europy. Bez Kominka tej historii nie da się opowiedzieć. Podjęliśmy w Ośrodku projekt badawczy skupiony wokół Orędzia i wtedy zaczęło się moje zainteresowanie postacią kardynała – opowiada Mutor.

Gdy w ubiegłym roku dr Wojciech Kucharski odnalazł rękopis Orędzia w Polskim Papieskim Instytucie Kościelnym w Rzymie, doktorat był już gotowy. Pan Marek nie ustaje jednak w promocji zasług kardynała i uchyla rąbka tajemnicy. – Być może da się szerzej mówić o Orędziu, a nawet umieścić to dzieło na liście światowego dziedzictwa UNESCO „Pamięć świata”.

Skąd się wziął taki Kominek?

– Zaważyła formacja, którą w naturalny sposób zdobył w wielokulturowym środowisku śląskim. Urodził się w Radlinie – dziś to cześć Wodzisławia Śląskiego, wychowywał się między Polakami, Niemcami i ludnością, która na początku XX wieku nie czuła identyfikacji narodowościowej. Jego rodzice byli świadomymi, zadeklarowanymi Polakami. Chodził do szkoły pruskiej, gdzie karano biciem za mówienie po polsku, w domu dostawał w ucho za mówienie po niemiecku. Ojciec widział w Bolku talent i mimo że chłopak rwał się do udziału w zrywach narodowych, utwierdził go w przekonaniu, że to nauka jest zadaniem i powołaniem – dla Polski i dla Kościoła. Po gimnazjum w Rybniku Kominek wstąpił do śląskiego seminarium, które swój pierwszy rocznik miało w Krakowie. To ważne, bo studenci uczą się na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kominek odnalazł się tu świetnie – ujawnił talent do języków obcych. Oglądałem jego świadectwa i wszystkie oceny są bardzo dobre. Miał tylko kłopot ze śpiewem – mówi Mutor.

Nowa, tworząca się diecezja śląska potrzebowała wykształconych kapłanów, a to, że na studiach szło mu dobrze sprawia, że został wysłany na studia dalsze, do Instytutu Katolickiego w Paryżu. Zaczyna pracę nad doktoratem. Pisze z filozofii, ale interesuje go także katolicka nauka społeczna, poznaje luminarzy Kościoła, m.in. Jacquesa Maritain’a, który później odegra ważną rolę w czasie Soboru Watykańskiego. Tam też spotyka się po raz pierwszy z kard. Wyszyńskim, poznaje ks. Jean-Marie Villot, który w latach 1969-79 będzie sekretarzem stanu Stolicy Apostolskiej.

– To tłumaczy, w jaki sposób Kominek tak dobrze odnajdywał się w Watykanie w latach 60., dlaczego jeździł jako wysłannik Pawła VI do Jugosławii, jak to się stało, że był jednym z organizatorów rady Konferencji Episkopatów Europy. Studia paryskie trwają 3 lata, wraca i przez rok pracuje w parafii. Wtedy do diecezji katowickiej przychodzi bp Adamski i powierza Kominkowi zadanie zbudowania Akcji Katolickiej. Od tej chwili aż do końca wojny Kominek będzie pracował w kurii. Ujawni niezwykły talent organizacyjny. Bp Adamski staje się jego mentorem. Nie można zrozumieć Kominka bez szkoły Adamskiego – mówi historyk.

Po powrocie z Rzymu w 1973 r. kardynał przyniósł kapelusz do katedry i powiedział do s. Sylwiny, zakrystianki: „Siostro, proszę go schować, przecież nie będę go nosił”.

Złoto w ogniu

– W pierwszych dniach wojny uciekł z Katowic z rzeszą uciekinierów. Zatrzymał się w Lublinie, a potem wrócił, podobno rowerem. Wielu zadaje sobie pytanie: Dlaczego uciekł? – snuje opowieść Mutor i odpowiada, że pewna konwencja hagiograficzna kazała mówić, że Kominek chciał towarzyszyć uciekinierom. – Być może tak. Mnie udało się ustalić, że jego nazwisko znalazło się na tzw. liście gończej, którą sporządzali Niemcy przed wejściem na tereny okupowane. On, jako zadeklarowany polski ksiądz, musiał znaleźć się na tej liście – wyjaśnia. Po wojnie prymas Hlond nominuje Kominka na administratora apostolskiego w Opolu i od tej chwili życiorys biegnie już w kierunku… biskupstwa. – Już w Opolu możemy dostrzec źródła Orędzia. Kominek ściera się z kwestią narodowościową – na mocy decyzji poczdamskiej i działań władz komunistycznych Niemcy byli wysiedlani. Polacy przyjeżdżali, ale pozostawali ci, którzy byli zadeklarowanymi Polakami. Starły się dwie koncepcje: Kominek chciał ich wygrać dla Polski, komuniści działali odwrotnie, np. w celu przejęcia gospodarstwa dla prominentnego komunisty kwalifikowali właściciela jako Niemca, żeby go wysiedlić. To były ludzkie dramaty. Myślę, że Kominek chciał polonizować te tereny, ale z szacunkiem dla Niemców. Widząc nieludzkie traktowanie tych ludzi musiał to bardzo przeżyć. Owszem, to byli przedstawiciele narodu, który wywołał wojnę, ale sami z siebie często niczemu nie byli winni. Kominek oddzielał te rzeczywistości. Zresztą, Orędzie też je oddziela – mówi i dodaje, że w Orędziu jest zdanie, którego wielu nie rozumie: „Udzielamy przebaczenia i prosimy o przebaczenie”. Ludzie pytają: A za co mamy przepraszać? On rozumiał cierpienie Niemców, być może to zrozumienie zrodziło się właśnie już na Opolszczyźnie, i potrafił rozumienie zamienić nie tylko w sukces dyplomatyczny, między dwoma narodami i krajami, ale przede wszystkim w sukces ewangeliczny – tłumaczy specjalista od Kominka.

CZYTAJ DALEJ

Papież przestrzega przed „wirusowym ludobójstwem”

2020-03-30 17:19

[ TEMATY ]

Franciszek

źródło: vaticannews.va

Przewodniczący Panamerykańskiego Komitetu Sędziów ds. Praw Społecznych, Roberto Andrés Gallardo przekazał do publicznej wiadomości papieski list, w którym Franciszek przestrzega przed „wirusowym ludobójstwem”. Ojciec Święty podaje w nim ważne wskazania dotyczące teraźniejszości i przyszłości w kontekście obecnej pandemii koronawirusa.

Franciszek ostrzega przed rządami, które nie podejmują działań w obronie ludności; zastanawia się nad społecznymi konsekwencjami, jakie z tego wynikną. Daje jednocześnie wyraz swojemu zbudowaniu postawą władz wielu krajów, dla których ochrona obywateli stała się pierwszoplanowym priorytetem, bez względu na koszty finansowe. Czasami środki bezpieczeństwa są uciążliwe dla ludzi i mogą irytować, ale są podejmowane dla wspólnego dobra. Większość to rozumie i akceptuje. Papież podkreśla, że obrona ludzi nie może być rozumiana w kategoriach “ekonomicznej katastrofy”.

Franciszek wyraził również swoje zaniepokojenie “geometrycznie postępującym wzrostem” pandemii oraz uznanie dla wielu ludzi za ich humanitarną postawę. Chodzi o lekarzy, pielęgniarki, pielęgniarzy, wolontariuszy, siostry zakonne, księży i zakonników, którzy ryzykują życie, aby wyleczyć chorych i bronić zdrowych przed zarażeniem.

Ojciec Święty zwraca także uwagę na przygotowanie się do przyszłości, bo już teraz widać niektóre konsekwencje pandemii, z którym trzeba będzie się zmierzyć: głód, zwłaszcza w przypadku osób bez stałego zatrudnienia, przemoc oraz pojawienie się lichwiarzy, którzy będą wielkimi szkodnikami społecznej przyszłości.

CZYTAJ DALEJ

Trudna sytuacja sióstr benedyktynek w Staniątkach

2020-03-31 18:12

benedyktynki.eu

Z powodu pandemii mniszki benedyktynki z 800-letniego opactwa pod Krakowem straciły możliwość pracy na własne utrzymanie. – Jesteśmy z ludźmi w ich problemach i modlimy się za cały świat – mówi matka Stefania Polkowska, przełożona wspólnoty.

W staniąteckim klasztorze mieszka 12 mniszek. Większość z nich to osoby w podeszłym wieku. To bardzo trudny czas dla sióstr w Staniątkach. – Nie mamy jak zapracować na własne utrzymanie – przyznaje matka Stefania Polkowska. Na utrzymanie klasztoru przeznaczone były tace w pobliskich parafiach. Zamknięty został sklepik sióstr u benedyktynów w Tyńcu, gdzie sprzedawane były produkty z klasztornej kuchni.

– W Staniątkach na furcie nadal sprzedajemy. Jest miód, niedługo będziemy miały baranki cukrowe, ciasta świąteczne, ciasteczka w kształcie zajączków i baranków – wylicza mniszka. Zapewnia, że furtianka przestrzega wszystkich obostrzeń i zawsze ma pod ręką płyn dezynfekujący.

– Jestem wzruszona ludzką dobrocią i zainteresowaniem. Czasem ktoś zadzwoni i zapyta, jak sobie radzimy, czasem coś przywiezie. Niedawno siostry albertynki ofiarowały nam owoce, jest pan, który robi dla nas zakupy. W tych trudnych okolicznościach w ludziach uruchamiają się wielkie zasoby dobroci – mówi matka Polkowska.

Siostry modlą się za wstawiennictwem Prymasa Tysiąclecia, który jest patronem matki Stefanii. –Przeprowadził Polskę przez komunizm, sprawił, że wiara w naszym narodzie ocalała i wierzę, że za jego przyczyną uprosimy ocalenie – mówi mniszka.

Mniszki codziennie odmawiają suplikacje i modlą się do Matki Bożej Staniąteckiej. – Jesteśmy z ludźmi w ich problemach, dzielimy ich los. Nasza trudna sytuacja jest współcierpieniem z tymi, którzy cierpią z powodu pandemii – zapewnia matka Stefania.

– W krótkim czasie rozpędzony świat został zamknięty w domach. Nam jest łatwiej, bo wciąż możemy przyjmować Komunię św., uczestniczyć w Mszy. To w tych czasach wielka łaska. Myślę o wszystkich, którzy nie mogą iść do kościoła i tęsknią. Wiem, że dla nich to trudne – dodaje.

Szczegółowe informacje o tym, jak pomóc benedyktynkom w Staniątkach, można uzyskać na furcie i pod numerem telefonu: (12) 281 80 58. Kontakt do sióstr i numer konta znajdują się na ich stronie internetowej www.benedyktynki.eu.

Klasztor mniszek w Staniątkach powstał prawdopodobnie w 1216 roku. Ufundował go Klemens Jaksa Gryfita dla swojej córki Wizenny. Do najcenniejszych skarbów klasztoru należą dwie XIV-wieczne rzeźby tronujących Madonn oraz późnogotycka rzeźba Chrystusa Frasobliwego. Ołtarz główny kościoła to wybitne dzieło późnego baroku, udział w jego tworzeniu brał prawdopodobnie architekt włoski Francesco Placidi.

W Staniątkach od stuleci czczony jest cudowny obraz Matki Bożej Bolesnej. Opactwo staniąteckie, dzięki swojej nieprzerwanej historii, zachowało bogaty zbiór zabytków: dokumentów, rękopisów, starodruków, muzykaliów oraz przedmiotów i szat liturgicznych. Obecnie klasztor posiada kilkanaście tysięcy woluminów, w większości nieskatalogowanych i nieprzebadanych – do dziś zachowały się w nim bezcenne zapisy kolęd i pieśni związanych z Bożym Narodzeniem, kancjonały, pieśni w dużej mierze pisane po polsku z notacjami muzycznymi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję