Reklama

Lednica jest pełnoletnia!

2014-02-05 12:12

O. Jan Góra OP
Niedziela Ogólnopolska 6/2014, str. 22-23

Graziako

W bieżącym roku 7 czerwca na Polach Lednickich odbędzie się XVIII Spotkanie Młodych Lednica 2000. Lednica ma już 18 lat. Jest zatem pełnoletnia!

Spotkania młodych nad jeziorem Lednica zainaugurował Jan Paweł II nalotem w helikopterze 2 czerwca 1997 r. i symbolicznie w ten sposób przeprowadził młodych w nowe tysiąclecie.

Istotą spotkań lednickich od początku jest metafizyczny akt wyboru Chrystusa w nawiązaniu do wyboru Chrystusa przez Mieszka I w 966 r. podczas przyjęcia chrztu.

Reklama

Czym jest Lednica

Przez te osiemnaście lat niemałym wysiłkiem Lednica zdobyła swoją tożsamość. Stworzyła dorobek kulturowy w postaci urządzenia terenu, wybudowania ośrodka, ale przede wszystkim w postaci katechezy, śpiewów i tańców, które rozeszły się po świecie i dotarły aż do Chicago. Lednica wyrasta z żywego nurtu w Kościele i jest w Kościele razem z jego pasterzami i kapłanami.

Lednica proponuje zawsze spowiedź i Eucharystię, adorację i wybór Chrystusa oraz przejście przez Bramę Rybę. Spotkania lednickie stworzyły odrębne miejsce na mapie o nazwie Pola Lednickie, bo tak je nazwał Jan Paweł II w pierwszym przemówieniu. To miejsce promieniuje entuzjazmem, radością wiary i twórczością. Kieruje ku rozwojowi. Tutaj zrodziły się liczne powołania i zawiązało się wiele małżeństw. Pod Bramą miały miejsce niejedne oświadczyny czy zaręczyny. Lednica jest tyglem wiary, a wytworzona temperatura utrzymywana jest przez cały rok.

Lednica bowiem to nie tylko jednorazowe doroczne wydarzenie, ale stała formacja dojrzałego i integralnego człowieka i chrześcijanina. Lednica nie poucza, ale proponuje i zaprasza. W każdy weekend jesteśmy w Ośrodku nad Lednicą sami lub z gośćmi, którzy do nas przyjeżdżają, aby wspólnie zbliżać się do Jezusa. Zdarza się, że korzystamy z zaproszenia i jedziemy do innych.

Lednica ma swój skarb: osiem przemówień Jana Pawła II, skierowanych do młodych w latach 1997 – 2004. Te przesłania układają się w zwarty program wzrostu i rozwoju. W sytuacji, kiedy język przekazu wiary stał się w wielu przypadkach niekomunikatywny i niezrozumiały (o czym wyraźnie pisze Benedykt XVI w książce wywiadzie „Światłość świata”, s. 75), Lednica wypracowuje swój język nośny i zrozumiały, starając się uwyraźnić przesłanie wiary i ułatwić danie pozytywnej odpowiedzi Miłości, która się nam objawia i wychodzi nam na spotkanie.

Aby nie być gołosłownym, dzięki Janowi Pawłowi II potrafimy wyróżnić treści i przestrzenie naszego życia, które absolutnie domagają się obecności Chrystusa i Jego wskazań, a bez których nasze człowieczeństwo jest absolutnie ogołocone i pozbawione godności.

Program duszpasterski Lednicy

Przypatrzmy się z bliska proponowanym etapom wzrostu świadomości i postaw. Pierwszy etap stanowią trzy stopnie. Pierwszym jest więź z Chrystusem i z braćmi. Człowiek jest istotą zbudowaną niejako z więzi. Dzięki więzi się rozwija, bo więzi go tworzą. Więź z Chrystusem jest podstawowa. Zarówno spotkania lednickie, jak i formacja lednicka zwracają na to baczną uwagę. A zatem budowanie więzi, wspólnoty. Integracja. Nie jestem sam. Jest nas wielu.

Drugim stopniem lednickiej propozycji jest odpowiedzialność. Nauczyć młodych odpowiedzialności za siebie i innych. Za wiarę, za Boga w sercach, za rozwój osobisty, za sumienie, za język i za ten kawałek ziemi, który mamy do dyspozycji. Odpowiedzialność za miłość.

Trzecim stopniem wynikającym z przemówień Jana Pawła II jest wspólnota. Nie można samemu wzrastać, rozwijać się, nie można samemu ustrzec wiary. Wspólnota jest tyglem wypalania się szlachetnych i dojrzałych osobowości. We wspólnocie doznajemy przebaczenia i doświadczamy wzrostu. We wspólnocie doznajemy radości i pokonujemy samotność.

I to jest pierwszy etap wzrostu proponowany przez program lednicki. Więź, odpowiedzialność i wspólnota. Oczywiście, że obecny jest tam Chrystus i drugi człowiek. Ale dalsze etapy jeszcze przed nami.

Drugim etapem są kolejne trzy stopnie wzrostu, wynikające z przemówień Jana Pawła II. A zatem: Kolejny, czwarty już stopień to odkrycie i spotkanie z Jezusem. Dostrzeżenie Jezusa jako źródła i centrum swojego życia, Jezusa jako inicjatywy miłości Boga, który wysyła swojego Syna do nas z orędziem miłości. On jest pierwszy, On jest większy.

Piąty stopień to zawierzenie Słowu. Słowo Boże warte jest kredytu zaufania. Wierzymy temu Słowu i staramy się tak żyć, aby nie umrzeć na wieki. Słowo Boże jest dla wierzących argumentem pierwszym i ostatnim. Żyjemy tak, a nie inaczej, bo On tak powiedział, i to wystarcza.

Szósty stopień to uczestnictwo, zaangażowanie. Nauczyć i przekonać do uczestnictwa. Bez wstąpienia do wody, bez zanurzenia stóp w wodzie, stojąc tylko na brzegu, nie można doświadczyć życiodajnego działania nurtu. Bez uczestnictwa w życiu Kościoła i bez uczestnictwa w życiu społecznym nie można mówić o dojrzałości.

Na tym kończy się drugi etap propozycji lednickiej – rozwoju osobowości integralnej. Jezus Chrystus jako fundament, następnie Słowo Boże i uczestnictwo.

Pozostałe dwa przemówienia zwracają uwagę na dojrzałość społeczną, tzn. udział w życiu społecznym i udział w życiu Kościoła. Dojrzałość społeczna to zaangażowanie, ale nie wtedy, kiedy będę miał czas i będzie mi się chciało, lecz wtedy, kiedy jest potrzeba.

Wreszcie ostatni stopień edukacji lednickiej to egzamin z miłości. Bo tym, na czym opiera się świat i nasza nadzieja życia wiecznego, jest miłość. Stąd Jan Paweł II pyta: Czy kochasz? Czy kochasz mnie? Czy kochasz mnie bardziej? I czeka na naszą odpowiedź.

Wielka inscenizacja spraw Bożych

Lednica ma zatem konkret, a nie ideologię. Ma konkretną propozycję treściową, która karmi, umacnia i pokazuje drogę. Jest programem wzrostu i rozwoju. Dlatego czujemy się prowadzeni.

Przypominam sobie, jak jeden z braci pisał do mnie po pierwszej Lednicy: bracie, głębi i jeszcze raz głębi. Jakiż to populizm to podskakiwanie. Czym ojciec karmi tych młodych, którzy ci zaufali... Z latami treści i głębi przybywało. Powstał zwarty program rozwoju integralnej osobowości. Ojciec Święty nakazał mi, abym Gutenberga przekładał na obraz, wizję. Lednica to wielka inscenizacja spraw Bożych. A jako propozycja wychowawcza oraz strategia rozwoju i pójścia za Chrystusem jest solidna, twórcza i atrakcyjna. Nic bowiem tak nie pociąga, jak rozwój, który kosztuje sporo wysiłku.

Pragnąłem napisać o lednickim programie, zapraszając na XVIII Spotkanie Młodych nad Lednicą. Ale zapraszam nie tylko młodych, lecz wszystkich, którzy w spotkaniach brali już wcześniej udział. Uczestnicy spotkania otrzymają bowiem lednicki dowód osobisty, dowód pełnoletności i dojrzałości w wierze. Ten dowód pozwoli nam się odnajdywać. Czekam na Was 7 czerwca 2014 r. na Polach Lednickich. Zobaczcie też naszą stronę: www.lednica2000.pl.

Tagi:
Lednica

XI Lednica Motocyklisty za nami

2019-09-23 18:29

W sobotę, 21 września 2019 roku na Polach Lednickich odbyła się XI Lednica Motocyklisty. Podczas Spotkania uczestnicy dziękowali Bogu za wszystkie przejechane kilometry i prosili o kolejny dobry sezon.

fb.com/lednica2000

Podczas Lednicy Motocyklisty odbyła się także Droga Krzyżowa dla motocyklistów, którą ofiarowano za wszystkie drogi, które przebywają motocykliści, zaich rodziny, za wszystkich przyjaciół i za kluby motocyklowe. W szczególny sposób modlono się w intencji wszystkich zmarłych motocyklistów.

Lednicę Motocyklisty zakończono przejazdem przez Bramę III Tysiąclecia i poświęceniem motocykli. Każdy uczestnik tegorocznej Lednicy Motocyklisty otrzymał specjalną pieczęć z napisem "Wiesz, że Cię kocham".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pytania o stan wiary

2019-10-16 12:28

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 42/2019, str. 10-11

Sceptycy twierdzą, że stajemy się krajem, w którym jego mieszkańcom trzeba mówić o Jezusie Chrystusie tak, jak czyni się to w dalekiej Amazonii. A niektórzy dodają nawet, że w Polsce misjonarzom byłoby znacznie trudniej niż wśród dzikich plemion. Że spora część Polaków, mimo trwającej niemal trzecią dekadę katechizacji w szkole, wierzy naskórkowo, a praktykuje okazjonalnie. Ktoś trafnie napisał, że to religijność bez wiary i pobożność bez modlitwy.

Bożena Sztajner/Niedziela

To u nas opowiadana jest anegdota, jak to ksiądz przy załatwianiu formalności przedślubnych zapytał narzeczonego, czy przystąpił do sakramentu bierzmowania. Gdy ten nie wiedział zupełnie, o czym mowa, zdenerwowana narzeczona syknęła: – To było wtedy, jak ci ksiądz w Wielki Piątek sypał popiół na język!

A zupełnie poważnie – czy Polska powinna znów zostać krajem misyjnym? Może warto właśnie to pytanie zadać w Światowym Dniu Misyjnym, 20 października. A jeśli tak jest, to jakie są objawy tego zjawiska i jego przyczyny? I czy Kościół ma jakąś receptę, by ten proces zatrzymać...

Zadaliśmy to niełatwe pytanie trzem kapłanom z trzech regionów Polski. Dodajmy – z trzech nie tylko terytorialnie oddalonych od siebie regionów. Coraz częściej mówi się bowiem, że polska religijność nie jest już jednorodna. Do tradycji bardziej przywiązana jest ponoć wschodnia niż zachodnia część kraju. Inaczej wierzą ludzie w wielkich miastach, a inaczej na wsi. Najwyraźniejszą granicę stanowi jednak wiek – młodzi inaczej niż starsi traktują Kościół, inne miejsce w ich wartościowaniu zajmuje wyznawana wiara.

Ks. Piotr Bączek, południe Polski:

– Jestem księdzem diecezji bielsko-żywieckiej. Nasz diecezjalny Kościół w statystykach dotyczących liczby kapłanów, powołań czy też religijności wiernych prezentuje się nieźle. W porównaniu z miejscami prawdziwie misyjnymi jest wręcz bardzo dobrze. Kiedy odwiedziłem Boliwię – a to stricte misyjny kraj – tamtejszy biskup zaproponował mi „na dzień dobry” parafię liczącą 50 tys. wiernych, w której nie ma duszpasterza. A takich placówek jest tam znacznie, znacznie więcej. W mojej parafii – to największa w diecezji – na dwadzieścia kilka tysięcy wiernych przypada sześciu duchownych. Czy to misyjne wskaźniki? Nie sądzę.

Zdaję sobie sprawę z tendencji, które odczuwamy w całym polskim Kościele. One dotykają także naszą diecezjalną wspólnotę. Niepokoją nas spadek liczby powołań – u nas może nie drastyczny, ale od dłuższego czasu ciągły, słabnąca religijność młodego pokolenia etc., etc. Tego nie da się przemilczeć.

Daleki jednak jestem od kreślenia czarnych scenariuszy. Dlaczego? Bo wierzę w Boga, wierzę w Kościół i wierzę w ludzi. Z braku miejsca podam jeden przykład. W związku z Rokiem Świętym Miłosierdzia wprowadzono w dziesięciu miejscach naszej diecezji tzw. „stały konfesjonał”. Prawie każdy kapłan w ramach tej duszpasterskiej inicjatywy pełni swój dyżur spowiednika. Chętni do spowiedzi są zawsze; nie wspomnę już, że często są to bardzo dojrzałe i głębokie wyznania. Moje doświadczenie posługi w konfesjonale wcale nie wskazuje na kryzys wiary wśród ludzi.

Zmierzając do odpowiedzi na postawione pytanie – nie ma jakiegoś idealnego Kościoła w ziemskim wydaniu, do którego musimy strukturalnie, instytucjonalnie, statystycznie aspirować. I czuć się zadowoleni/niezadowoleni, gdy przejrzymy wspomniane statystyki. Te bowiem mówią wiele, ale nie mówią wszystkiego. Dwunastu Apostołów statystycznie wypadało bardzo słabo wobec całych narodów pogańskich.

Odpowiedź nie jest więc przesądzona. Nasz Kościół przyszłości będzie taki, jakie będą nasze wiara, odwaga, radość z tego, że jesteśmy uczniami Chrystusa. Polska nie stanie się pogańska sama z siebie, nie będzie też bardziej chrześcijańska. Będzie taka, jaką ją uczynimy. Naszej wiary nie uratuje ktoś z zewnątrz, tylko my sami.

Na koniec – czy Kościół ma na kryzys receptę? Oczywiście, że ma. Miał ją zawsze. Receptą jest głoszenie Chrystusa. Niezależnie od statystyk, w każdym czasie, w każdej sytuacji.

Ks. Adrian Put, ziemie zachodnie:

– Powiem trochę przekornie, że nie możemy sobie pozwolić na to, by krajem misyjnym nie być. Kościół jest przecież posłany, tzn. misyjny ze swej natury. Jeśliby nie był misyjny, to nie byłby Kościołem.

Jest jednak w tym pytaniu także drugi znak zapytania, odnoszący nas do postępującej laicyzacji i desakralizacji naszej ojczyzny. Gdy obserwujemy nasze współczesne życie społeczne, polityczne czy kulturalne, szczególnie po śmierci Jana Pawła II, nie sposób nie dostrzec postępującego poganienia Polski. Przez stulecia spotykaliśmy się w kraju z ukrytym lub jawnym antyklerykalizmem, odrzucaniem skrycie lub powszechnie pewnych norm wiary, a także ze zmienianiem się postaw religijnych Polaków. Dziś jednak ten proces jakby przyspieszył. Medialnie stał się bardziej nośny. Czy zatem możemy nadal mówić, że jesteśmy krajem katolickim, czy może jednak zjawisko zeświecczenia tak postąpiło, że powinniśmy się sytuować raczej w gronie krajów misyjnych? Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Na pewno zabrakło nam myślenia o nas w kategoriach misji.

Posługuję jako proboszcz w niewielkiej parafii obejmującej część śródmieścia i budujące się osiedle w Zielonej Górze. Systematycznie, co niedzielę, w Mszach św. uczestniczy 15 proc. mieszkańców. Niewiele jest tutaj tradycyjnych rodzin, w których wiara przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Zresztą na tzw. ziemiach zachodnich tradycja wiary to raptem trzy lub cztery pokolenia. Pierwsi powojenni mieszkańcy Pomorza Zachodniego, ziemi lubuskiej czy Dolnego Śląska, wyrwani przed 75 laty z własnych domów i przewiezieni do obcych miejscowości, musieli organizować życie od początku. Często to właśnie wiara pozwalała im się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, ale równie często ta nowa rzeczywistość stawała się okazją do odejścia od wiary. Brak zakorzenienia, porozrywane więzi społeczne oraz niepewność jutra powodowały, że Kościół miał tutaj trudniej. A dzisiaj bliskość granicy, przejmowanie wzorców życia z Zachodu, a także znacznie większa ciekawość nowinek obyczajowych powodują, że związki z wiarą stają się tutaj coraz słabsze. Co zatem zrobić w tej sytuacji? Na nowo podjąć misję. Kościół nigdy nie może sobie pozwolić na okres bez misji. Nawet gdy ochrzczone są całe pokolenia, to misja musi być podstawowym zadaniem Kościoła, szczególnie na zachodzie Polski.

Ks. Marcin Gołębiewski, Podlasie:

– Polska nie powinna nigdy przestać być krajem misyjnym. Niezależnie od tego, czy ktoś jest osobą, która z jakichś względów nie słyszała u nas o Chrystusie, czy na skutek różnych doświadczeń o Nim zapomniała. A nawet jeśli żywo doświadcza relacji do Boga, to potrzebuje ciągle orędzia Ewangelii. Nakaz jej głoszenia, pozostawiony przez Jezusa, jest przecież nakazem misyjnym.

Niestety, obserwujemy wiele zjawisk, które wskazują na to, że poganiejemy, że wiara staje się tylko zwyczajem, piękną tradycją. Zdarza się nader często, że chrześcijaństwo, katolicyzm zostają zredukowane do zwyczajów wyniesionych z domu rodzinnego: Wigilii, opłatka, choinki, kolorowej palmy czy wielkanocnej święconki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie liczne przypadki zaniedbywania życia sakramentalnego czy rozluźnienie obyczajów oraz życia moralnego. Ochrzcić dziecko wypada, Pierwsza Komunia św. to małe wesele, bierzmowanie przyda się do ślubu, sakrament małżeństwa to wzruszający moment dla całej rodziny, spowiedź to moja prywatna sprawa, a do kościoła na Mszę św. wystarczy pójść w okresie wielkanocnym. Tak się będzie działo, jeśli nasze chrześcijaństwo zostanie pozbawione nieustannego głoszenia Ewangelii.

Odkrycie misyjnej tożsamości Kościoła, również w Polsce, jest bezpiecznikiem, który chroni przed swoistą pychą: że oto my, katolicy z tradycjami, będziemy ewangelizować resztę świata. Zakorzeniony w polskiej tradycji katolicyzm jest wielką wartością i potencjałem, których mogą nam pozazdrościć inne kraje Europy, i bez wątpienia jest to powód do dumy. Musi on być jednak ożywiany duchem misyjnym, ewangelizacyjnym. Trzeba na nasze wspólnoty patrzeć okiem misjonarza, bo one potrzebują misyjnego odnowienia. W dobie pluralizmu kulturowego i religijnego, rozluźnienia obyczajów również wśród katolików potrzeba budowania i umacniania tożsamości chrześcijańskiej, promowania wartości ewangelicznych w przestrzeni publicznej. Realizacja nakazu misyjnego Chrystusa: „Idźcie i głoście”, ma jednak przede wszystkim przynosić owoce w życiu konkretnej osoby i umacniać w niej wiarę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Od Ducha Świętego do ludu lubelskiego

2019-10-21 05:14

Ks. Mieczysław Puzewicz

Archiwum KUL

Gdy opuszczałem Lublin, zostawiłem w pałacu biskupim wszystko, nawet moje sutanny fioletowe i dary osobiste. Nie chciałem „robić majątku” na pasterzowaniu. Drugi raz uczyniłem to samo we wrześniu pamiętnego roku. Wszystko, co posiadam w tej chwili, nie pochodzi z moich starań. Jest zwykłym owocem współczucia ludzkiego. Wszystko dałeś, wszystko jest Twoje - tak Prymas Tysiąclecia pisał pod datą 20 czerwca 1956 r.

Wobec bolszewickiej zarazy

W autobiograficznych „Zapiskach więziennych”, obejmujących lata aresztowania i internowania kard. Stefana Wyszyńskiego, Lublin nie pojawia się często. Oprócz powyższej refleksji, odnoszącej się do wyjazdu z Lublina w dn. 12 listopada 1948 r. bardzo zabawnie brzmi opis snu. Wyszyński wspomina, że przyśnił mu się spacer z ówczesnym prezydentem Polski, pochodzącym z Lublina Bolesławem Bierutem. Szli razem alejami Racławickimi i Krakowskim Przedmieściem, Bierut łamiąc zasady przeszedł pod skosem ulicę, co kardynał skomentował: „Jemu wszystko wolno, nawet gwałcić przepisy o ruchu ulicznym”. Tego samego dnia wieczorem Wyszyński dowiedział się o tajemniczej śmierci Bieruta w Moskwie. W „Zapiskach” kardynał pisał też o swojej nominacji na biskupa lubelskiego: - „Duch Święty wymagał wtedy, bym poszedł do kleru i ludu lubelskiego”. Duchowieństwu i wiernym naszej diecezji służył dwa i pół roku, od maja 1946 do listopada 1948 r. Za biskupią dewizę przyjął słowa „Soli Deo”, czyli „Samemu Bogu”.

W opowieściach lubelskich księży seniorów zachowała się historia wizytacji w jednej z parafii pod Szczebrzeszynem. Na przywitanie pasterza ustawiono na placu przed kościołem kołchoźniki, czyli uliczne głośniki odkupione przez kogoś z parafian od żołnierzy radzieckich. Wyszyńskiego przez kilka kilometrów eskortowała banderia z dwunastoma końmi, a kiedy rozległy się słowa: „Jego Ekscelencjo! Z radością gościmy Cię …”, spłoszone rykiem megafonów wierzchowce stanęły dęba. Bp Wyszyński chcąc rozładować sytuację zażartował do proboszcza: - „Patrz, nawet konie poznały się na bolszewickiej zarazie!”.

Pół wieku z KUL

Rok po przyjęciu święceń kapłańskich we włocławskiej katedrze ks. Stefan Wyszyński trafia w 1925 r. do Lublina, aby podjąć studia na KUL. Tak zaczęła się jego ponad 50-letnia miłość do uniwersytetu. Studia na wydziale prawa i nauk społecznych wieńczy doktoratem pt. „Prawa rodziny, Kościoła i państwa do szkoły”. Jednocześnie prowadzi spotkania dla młodzieży w Stowarzyszeniu Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie” i w „Bratniaku”. Obydwie organizacje zorientowane na zaangażowanie świeckich katolików wywarły duży wpływ na społeczną wrażliwość późniejszego Prymasa Tysiąclecia.

Uniwersytet zawdzięcza swoje przetrwanie w czasach komunizmu nieugiętej postawie Prymasa Wyszyńskiego, świadomego roli katolickiej uczelni w kształtowaniu elit inteligenckich. Zapis o nienaruszalności KUL znalazł się w porozumieniu Państwo - Kościół z 1950 r. Fenomenem KUL na skalę światową było jego utrzymanie materialne realizowane przez tace zbierane dwa razy do roku we wszystkich kościołach, co szczególnie gorąco wspierał Prymas Wyszyński. Do 1978 r. gościł także często na inauguracji roku akademickiego; legendarne były jego przemówienia pocieszające peerelowskich dygnitarzy delegowanych na te uroczystości i niemiłosiernie wygwizdywanych przez studentów. Kazimierz Kąkol, słynny kierownik Urzędu ds. Wyznań usłyszał, żeby się nie martwił, bo „kąkol” ma swoje niezbywalne miejsce w Ewangelii (chodzi o przypowieść z 13 rozdziału Ewangelii św. Mateusza).

W czasie studiów na KUL ks. Wyszyński zaprzyjaźnił się także z ks. Władysławem Korniłowiczem, twórcą dzieła pomocy osobom niewidomym w Laskach. W okresie okupacji, ukrywający się wówczas przed hitlerowcami ks. Wyszyński, na prośbę ks. Korniłowicza opiekuje się wychowankami Lasek najpierw w Kozłówce (parafia Kamionka), a potem w Żułowie (parafia Kraśniczyn).

Moc słowa

Cytowane na wstępie „Zapiski więzienne” długo krążyły jako maszynopis powielany przez osoby bliskie Prymasowi Wyszyńskiemu. Władze komunistyczne bały się mocy jego słowa. Po raz pierwszy książka opublikowana została w Paryżu w 1982 r. już po śmierci hierarchy. Lęk przed słowami prawdy płynącymi z jego ust datował się od słynnego „Non possumus” („Nie możemy”), ostrego sprzeciwu wobec działań komunistów w 1953 r., co doprowadziło do uwięzienia Prymasa. Fundamenty prymasowskiej niezłomności kształtowały się już wcześniej, najpierw podczas studiów na KUL, a potem w trakcie jego posługi biskupiej w Lublinie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem