Reklama

Szkoła życia

2014-05-14 15:40

Rozmawia Aleksandra Bąk
Edycja zielonogórsko-gorzowska 20/2014, str. 6

Piotr Marcińczak

O doświadczeniu życia we wspólnocie Cenacolo z Miłoszem Paszkiewiczem, studentem teologii w Instytucie Filozoficzno-Teologicznym w Zielonej Górze, rozmawia Aleksandra Bąk

ALEKSANDRA BĄK: – Jak trafiłeś do wspólnoty Cenacolo?

MIŁOSZ PASZKIEWICZ: – Mój pobyt tam był w czasie urlopu dziekańskiego, jaki odbywałem w połowie drugiego roku teologii. Miałem 9 miesięcy na doświadczenie życia we wspólnocie opartej na modlitwie i pracy.

– Cieszyłeś się, że jedziesz?

– Mój pogląd na wspólnotę był bardzo negatywny i napawał mnie lękiem, gdy dochodziła świadomość, że tam spędzę swój urlop dziekański. Wcześniej poznałem tylko niewiele informacji na temat Cenacolo. Tymczasem zobaczyłem we wspólnocie ludzi mocno zmieniających swoje życie, poznałem w pewien sposób jej charyzmat i mogłem być jej częścią, dlatego jest dla mnie tak ważna. Jednym z ważniejszych momentów było spotkanie w Polsce z założycielką wspólnoty – s. Elvirą Petrozzi. Jej dotyk dłoni pamiętam do dzisiaj. Jej pokój serca właśnie dzisiaj pomaga mi w moim zmaganiu się z codziennością.

– Jak wyglądał Twój dzień we wspólnocie?

– Zaczynaliśmy o 5.15 na kolanach przed Najświętszym Sakramentem na adoracji, która trwała do 6. Potem poranna toaleta i o 6.15 spotykaliśmy sie znowu przed Jezusem na Różaniec części radosnych. Po nim szliśmy po ciuchy robocze, przebieraliśmy się i było śniadanie. Po posiłku wyczytywano prace na dany dzień i kto gdzie pracuje. Zazwyczaj we wspólnocie pracuje się we dwóch. O 10 była „La merenda”, czyli drugie śniadanie. Na miejsce prac przychodził kucharz i wydawał herbatę i dwie kanapki. Po zjedzeniu, dalej pracowaliśmy. Dzień polegał na pracy do 18-20 z przerwami na posiłki i modlitwę: Różaniec odmawialiśmy w trakcie pracy i po niej, na spacerze. Po nim szliśmy się myć i spotykaliśmy się w kaplicy na dzieleniu się Słowem Bożym i swoim życiem. Każdy miał obowiązek raz na 10 dni przed wszystkimi w kaplicy podzielić się tym, co przeżywa, jakie ma problemy, trudności, ale także i jakie radości. Za trudności i odstąpienia od reguły panującej we wspólnocie przepraszał wszystkich domowników. Potem były kolacja i chwila wolnego na rozmowy z inną osobą aniżeli na obiad. Modlitwy wieczorne przed Najświętszym Sakramentem i koniec dnia, gdy wszyscy kładli się spać. Co sobotę o 2 w nocy każdy ze wspólnoty – wszystkie domy na świecie, a jest ich ponad 60 – wstaje i modli się na godzinnej adoracji za tych, którzy są na świecie i są uzależnieni.

– Podobno nie mogłeś sobie robić samemu odpoczynków, słyszałam też, że nie można nawet usiąść na chwilę w trakcie pracy, to prawda?

– Tak, tam są twarde reguły. Nie można się nawet podpierać w trakcie pracy.

– Nie chciałeś uciec?

– Czasem nie radziłem sobie z podpieraniem i dlatego w trakcie dzielenia w kaplicy, kiedy mówiłem, jak mi się żyje, to musiałem, ale i chciałem przeprosić, że naruszyłem regułę wspólnotową, która mówi, żeby się nie podpierać w trakcie pracy. Nawet nie można mówić słowa „zmęczony”, za to też trzeba przepraszać wspólnotę. To uczy życia w prawdzie i nieukrywania czegoś tylko dlatego, że ktoś nie widział.

– Taki brak robienia sobie przerw czy pozwolenia sobie na chociaż chwilę nudy pomaga Ci w czymś teraz, zaowocowało?

– Odpoczynek był w trakcie spania, po obiedzie i po kolacji. Reszta to czas na pracę i modlitwę. To mi dało siły do wytrwałości i pokazało, że człowiek wiele może, a zmęczenia nie było wiele. Można się przestawić i organizm wtedy naprawdę dobrze funkcjonuje, wtedy to jest właśnie naturalne dla niego.

– Pamiętam, że po oazie i po pielgrzymce zawsze lepiej funkcjonowałam, miałam więcej czasu na wszystko, bo dzień jakiś taki poukładany był, ten rytm na trochę zostawał. Miałeś podobnie?

– Dokładnie tak.

– Czego Cię nauczył ten pobyt?

– Na pewno nauczył mnie walczyć ze swoimi słabościami. Jest we wspólnocie wiele niewygody, którą można zwalczyć i przełamać. To pokazało mi także, że dzięki modlitwie jestem w stanie zrobić coś więcej, zrobić coś dobrego nie tylko dla siebie, ale i dla tego, który jest blisko mnie. Nauczyło mnie też to wytrwałości w modlitwie mimo zniechęcenia. Kiedy widzi się tych ludzi, jak się zmieniają, walczą ze sobą, walczą o prawdę w swoim życiu i Boga – to pomagało mi wielokrotnie iść do przodu. Nie chciałem się czuć tam lepszy, bo nie byłem narkomanem, tylko chciałem po prostu być także domownikiem, tak jak oni, i dzięki temu żyć prawdziwie we wspólnocie, widząc w nich ludzi, a nie narkomanów. Nauczyło mnie to więc także patrzenia na drugiego człowieka, nie oceniając go od razu. Wiem też, że warto jest walczyć o Boga w życiu i żyć w prawdzie. Właśnie na tym opiera się bycie we wspólnocie: na chęci zmiany swojego życia, byciu w prawdzie przed sobą i innymi i chęć budowania dobra gdziekolwiek się jest. „Wyjście z ciemności do światła” – to zawołanie wspólnoty. Ona mi pokazała radość z bycia chrześcijaninem i moc bycia blisko Jezusa dzięki sakramentom. To właśnie Ci ludzie nauczyli mnie szanować siebie jako wierzącego i cieszenia się tym faktem. To prawdziwa szkoła życia, szkoła prawdy i szkoła prawdziwych wartości, której fundamentem jest Bóg. Moja wiara wzrosła bardzo dzięki temu doświadczeniu bycia tam.

– Każdy może skorzystać z pobytu we wspólnocie?

– Tak. Wspólnota pomaga przede wszystkim narkomanom wyjść z nałogu, ale może tam być każdy. Można skorzystać z tzw. doświadczenia, które trwa minimum 30 dni. Narkomani, którzy chcą tam się zmieniać, mieszkają tam 3 lata. Brak jest tam Internetu, telewizora, telefonu, ale jest drugi człowiek, którego wartość można tam odkryć. Wielką wartością jest towarzyszenie drugiemu, wspólnotowa modlitwa i praca, w czasie której człowiek często się otwiera i leczy swoje rany powstałe w trakcie życia.

Kontakt do wspólnoty: www.nie-narkotykom.sos.pl
Kontakt do Miłosza: dostępny w redakcji „Aspektów”

Tagi:
wspólnota

Bóg nie zostawia człowieka w ciemności

2019-07-03 08:37

Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 27/2019, str. 20-21

Dość często – i lekko – mówimy o naśladowaniu Jezusa. A naśladować Go to wejść w Wielką Sobotę, szukać ludzi w ich piekle

Archiwum Nuovi Orizzonti

To właśnie od lat robi Chiara Amirante. Przywiązana do Mistrza „podwójną liną” rzuca się w mętny wir diabelskiego ścieku i wyciąga stamtąd oszukanych ludzi. I żyje, pod jednym dachem, z kryminalistami, narkomanami, bezdomnymi z dworców – z ludźmi nocy. Po co? Żeby światło dnia, ogień miłości i rzeka modlitwy pomogły im zmartwychwstać.

Miłość wygrywa od 25 lat

Niedawno, bo 9 czerwca br., w jednym z włoskich Cittadella Cielo (Miasto Niebo), we Frosinone, 3 tys. osób świętowało 25-lecie istnienia wspólnoty Nowe Horyzonty. Założyła ją w 1991 r. Chiara Amirante. Dziś wspólnota działa w różnych krajach, należy do niej 6 mln osób. Na świecie prowadzi 17 435 ośrodków mieszkalnych, które zajmują się przyjmowaniem i reintegracją osób w trudnych sytuacjach, 46 ośrodków formacyjnych dla międzynarodowego wolontariatu, 25 ośrodków kontaktowych i telefonów zaufania, dzięki którym rocznie udzielana jest pomoc ponad 100 tys. osób.

Jedną z piosenek śpiewanych na spotkaniach Nowych Horyzontów jest znana wszystkim „Widzieliśmy miłość wygraną”.

– Gdybyśmy podsumowali te 25 lat w dwóch słowach, moglibyśmy zrobić to za pomocą tego, co właśnie śpiewaliśmy – powiedziała 9 czerwca Chiara. – Widzieliśmy, jak miłość zwycięża śmierć, widzieliśmy miłość wygrywającą z ciemnością, widzieliśmy, jak miłość uzdrawia, leczy złamane serca, widzieliśmy, jak miłość łamie łańcuchy, przynosi więźniom wolność, daje wzrok niewidomym, widzieliśmy miłość dokonującą cudów...

A jak to wszystko się zaczęło?

Cała Jego

Urodzona 20 lipca 1966 r. w Rzymie Chiara, dzięki rodzicom związana z Ruchem Focolari, od najmłodszych lat żyje Dekalogiem i nasłuchuje, co Bóg dla niej zaplanował. Gdy w wieku 17 lat zakochuje się w przystojnym chórzyście, po raz pierwszy świadomie wybiera Boga.

„Roberto bardzo mi się podobał i byłam w nim zakochana, ale moje wątpliwości wiązały się z tym, że moje serce było za bardzo oddane Bogu, bym mogła wyobrazić sobie życie w związku z inną osobą. Było dla mnie jasne, że chcę w całości należeć do Boga, tak jak zdecydowałam podczas mojego pierwszego ślubowania w wieku 11 lat” – notuje. Świadomie ćwiczy się usilnie w przeżywaniu na modlitwie wszystkiego, co robi. – Mój dzień wyznaczały poszczególne pory, zasadniczo charakteryzujące się postawą słuchania, podczas których wchodziłam do świętego tabernakulum duszy – jak lubię to nazywać – nocą lub w kaplicy kościoła pw. Aniołów Stróżów, lub też na łonie natury. Rano medytowałam, potem szłam na codzienną Mszę św., później odmawiałam Różaniec, a potem następowały chwile adoracji i cichej modlitwy, podczas której rozmawiałam z Panem i Jemu się powierzałam – opowiada.

Samotność rodzi rozpacz

Chiara kończy szkołę średnią i chce zostać dziennikarką, dużo się uczy. W tym czasie dokonuje też pewnego odkrycia: „Tak bardzo się przejmuję, tak wiele energii poświęcam, przygotowując się do egzaminu maturalnego, dla stopnia wystawianego przez ludzi. A przecież jest jeszcze jeden egzamin końcowy, do którego będę musiała nieuchronnie podejść, a od którego zależy cała moja wieczność. Jezus Chrystus już mi wyjawił pytania i byłoby naprawdę absurdalne, gdybym – tak samo jak chcę możliwie najlepiej wypaść na egzaminie maturalnym – nie przejmowała się tym końcowym egzaminem jeszcze bardziej, tak by stawić się na nim przygotowana”. Od tego momentu wszystko odnosi do fragmentu Ewangelii: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

W 1984 r. Chiara zaczęła studiowanie nauk politycznych na Uniwersytecie Rzymskim „La Sapienza”. Tam po raz pierwszy odkryła samotność pojedynczych ludzi w tłumie. „Pierwsze zderzenie z tym nowym środowiskiem zupełnie mnie zdezorientowało – pisze. – Widziałam zatłoczone sale z setkami studentów, którzy zamykali się we własnym świecie, tak jakby każdy był samotną wyspą. Z ich oczu przezierała bezkresna samotność”. Pierwszą inicjatywą, którą podjęła z grupą znajomych, było stworzenie salki do nauki w krypcie uniwersyteckiej kaplicy. Zapraszała tam tych, którzy podczas przerw między zajęciami snuli się bez celu. W ciągu zaledwie dwóch miesięcy powstała trzystuosobowa grupa młodych ludzi, którzy regularnie przychodzili do kaplicy. To był pierwszy sukces Chiary.

Punkt zwrotny i skok w ciemność

Od 1987 r. Chiara niespodziewanie traci wzrok. Sytuacja jest poważna, grozi jej całkowita ślepota. – Po przyjeździe do szpitala lekarz specjalista, gdy tylko spojrzał na moje oczy, podskoczył na krześle i wybuchnął: Ależ ty powinnaś krzyczeć z bólu z tym, co masz! Wyjaśnił mi, że doszło do poważnego zakażenia, które objęło oboje oczu – opowiada. Zdiagnozowano przewlekłe i nieuleczalne zapalenie błony naczyniowej. W tym samym czasie, mimo że ogarnia ją fizyczna ciemność, w sercu pojawia się pragnienie szukania ludzi, którzy przeżywają piekło, i dosłownego wyjścia nocą na ulicę, by spotkać tych najbardziej nieszczęśliwych. Chiara czuje niepokój duszy, ponieważ ma do czynienia z natchnieniem wyjątkowo silnym i trudnym do opanowania.

„Za każdym razem, gdy zanurzałam się głęboko w modlitwie, a czyniłam to niemal bez przerwy, to natchnienie stawało się coraz większe. «Muszę odszukać najbardziej nieszczęśliwych braci, muszę wyjść na ulice nocą, by odszukać dealerów narkotyków, narkomanów, alkoholików, prostytutki, chorych na AIDS» – powtarzałam sobie. Jednak prawda była taka, że nie mogłam ustać na nogach i niewiele widziałam! Sama sobie odpowiadałam: «Dokąd pójdę, co zrobię? Moja choroba mi na to nie pozwala...»” – pisze. W tym stanie odrętwienia spowodowanym sprzecznymi myślami zwraca się do Pana, mówiąc Mu po prostu: „Nie wiem, czy wołanie, które tak wyraźnie słyszę w sercu – by wyjść nocą w poszukiwaniu narkomanów, prostytutek, alkoholików, przestępców, desperatów – Ty mi wlewasz do serca. Zdaję sobie sprawę, że dla młodej dziewczyny takiej jak ja to wszystko jest zbyt niebezpieczne, to szaleństwo... Ale Ty wiesz, że zawarłam z Tobą bezwarunkowe zobowiązanie, pragnę tylko tego, czego Ty pragniesz. Jeśli z jakiegoś powodu, jak się wydaje, to gorące pragnienie Ty wlewasz mi do serca, Ty, który wszystko możesz, stwórz mi jakieś minimalne warunki do tego, bym mogła je zrealizować, daj mi tę odrobinę zdrowia potrzebnego, by wyjść samotnie nocą na ulice”.

To wydaje się nieprawdopodobne, ale choroba ustępuje. Lekarze rozkładają ręce, bo nie wiedzą, jak to możliwe. Chiara jest zdrowa.

Ludzie mieszkają w piekle

Boi się, ale powtarza sobie, że Bóg tego chce, słyszy wołanie i wezwanie, więc wychodzi do ludzi, których nikt nie chce – pijaków, przestępców, narkomanów, prostytutek. Ma 25 lat, jest piękną kobietą, ale przełamuje opór i schodzi do podziemi rzymskiego dworca Termini.

„Pierwszej nocy, kiedy poszłam na dworzec, miałam wrażenie zejścia do piekieł. Wyższy poziom i przestrzeń wokół dworca były opanowane przez ludzi bez stałego miejsca zamieszkania i problematyczną młodzież, ale był to tylko «czyściec». W podziemiach był zupełnie inny świat, strefa, o której «wtajemniczeni» dobrze wiedzieli, że lepiej tam nie zaglądać. Rzuciłam okiem i przekonałam się, że ludzie, którzy schodzili tam na dół, to byli ci najbardziej wyniszczeni.

Dlatego pomyślałam: «Piekło jest tam niżej, muszę tam pójść»” – pisze o tamtym okresie. Od tej pory przychodziła na Termini systematycznie, już wiedziała, że Bóg ją tam posyła i jej strzeże. Poprosiła o spotkanie z biskupem, przedstawiła swoje plany – o dziwo odczytał w nich plan Boga i udzielił błogosławieństwa.

Pierwszy dom Nowych Horyzontów powstał w Rzymie w marcu 1994 r. – to miejsce, gdzie setki młodych ludzi mających za sobą ekstremalne doświadczenia nałogowe i przestępcze zaczynają odbudowywać siebie dzięki opracowanemu przez Chiarę odwykowemu programowi terapeutycznemu opartemu na Ewangelii.

Trzy lata później powstał kolejny dom, w prowincji Frosinone – to oficjalna siedziba wspólnoty – a potem kolejne. – Od 25 lat widzę, jak miłość wygrywa z ciemnością – mówi Chiara. – Bóg nikogo nie chce zostawić w piekle, ale po ludzi nocy ktoś musi pójść...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mateusz Morawiecki i Jakub Błaszczykowski w Truskolasach

2019-07-22 18:17

PAP

– Moim marzeniem jest, żeby młodzież mogła trenować, żeby odciągnąć ją od głupstw – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w Truskolasach, który w poniedziałek odwiedził Szkołę Podstawową im. Stanisława Ligonia, gdzie zainicjował budowę boiska sportowego.

Twitter.com

Morawiecki w Truskolasach spotkał się z piłkarzem, reprezentantem Polski, byłym zawodnikiem m.in. Borussi Dortmund, a obecnie Wisły Kraków, pochodzącym z Truskolasów Jakubem Błaszczykowskim.

Według premiera trzeba się zastanowić nad systemem szkolenia młodych piłkarzy i nowatorskim podejściem do piłki nożnej.

– Wielkim naszym pragnieniem, a moim marzeniem jest to, żeby dzieciaki, młodzież również z Truskolasów, z takiej ziemi jak ta, północna część woj. śląskiego, żeby mogły trenować, żeby chciało im się chcieć, żeby odciągnąć ich od tych głupstw, głupotek i większych jakiś chuligańskich wybryków, albo siedzenia z nosem w smartfonach – powiedział Morawiecki.

Premier oznajmił, że „droga do sukcesu jest usiana ciężką pracą”. – Nie wolno się załamywać. Trzeba podnosić głowę po drobnych i większych porażkach – oznajmił.

Jestem przekonany, że za 5-10 lat będziemy w stanie osiągać sukcesy w Lidze Mistrzów, w piłkarskich mistrzostwach świata i Europy – ocenił premier...

– Trzeba iść do przodu w ramach pewnej dyscypliny. Taką drogę przebył nasz piłkarz. Chciałem podziękować Kubie Błaszczykowskiemu za wspaniałą postawę, postawę patriotyczną i naukę patriotyzmu w praktyce – dodał.

Jakub Błaszczykowski stwierdził, że jest to dla niego „bardzo ważny dzień”. – Jak wspomniałem panu premierowi, od 2010 r. starałem się, żeby takie wydarzenie miało miejsce, żeby powstało boisko, akurat tu, bo tutaj wykonywałem pierwsze kroki – powiedział.

Budowa boiska w Truskolasach jest częścią finansowanego przez rząd Programu Certyfikacji Szkółek Piłkarskich PZPN.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem