Reklama

Wiadomości

Skoku rozwojowego nie było

2014-05-20 15:42

Niedziela Ogólnopolska 21/2014, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

finanse

Dominik Różański

ALICJA DOŁOWSKA: – W związku z konfliktem na Ukrainie coraz częściej podnoszą się głosy, że Polska powinna jak najszybciej wejść do strefy euro, co zwiększy jej integrację z UE i stanie się gwarantem większego bezpieczeństwa. Niektórzy politycy mówią wprost, że euro jest rodzajem obronnej tarczy rakietowej. Nawet marszałek Senatu Bogdan Borusewicz twierdzi, że „Polska musi wejść do strefy euro, bo wtedy całej Unii Europejskiej będzie zależało, żeby nas bronić”. Co Pan na to?

PROF. ANDRZEJ KAŹMIERCZAK: – Powinny zaważyć argumenty natury ekonomicznej. Na polityce się nie znam, ale to bardzo wątpliwa teza, że jeśli przystąpimy do strefy euro, to Unia będzie nas broniła, gdyż stanie się to jej interesem. W tej kwestii mam bardzo dużą wątpliwość, ponieważ interesy polityczne nie bardzo się pokrywają z interesami gospodarczymi. Poza tym nawet gdy dojdzie do skrajnej sytuacji, strefa euro się przecież nie zawali, jeżeli jakiś kraj od niej odpadnie. Uważam więc, że jest to argument raczej wątpliwy.

– Jednak do szybkiego przyjęcia euro, by zapewnić sobie większe bezpieczeństwo, szykuje się Litwa, mimo że większość obywateli tego kraju euro nie chce.

– Chcą tego kręgi polityczne, wychodząc z założenia, że im więcej integracji z Zachodem, tym Litwa może liczyć na większą pomoc i stanie się bardziej niezależna od Rosji. To uzasadnienie jest mocno eksponowane w krajach bałtyckich. Czyli bez względu na to, jakie będą tego ekonomiczne konsekwencje, interesy polityczne podpowiadają im, żeby się jak najbardziej z Unią zespolić. Zresztą nie tylko z Unią, generalnie – z Zachodem. I to pod każdym względem. Uważają, że wtedy próba ponownego wejścia w orbitę wpływów Rosji będzie utrudniona. A im o to chodzi. Właśnie kraje bałtyckie wręcz lekceważą argumenty ekonomiczne. Dla nich argumenty ekonomiczne są mniej istotne niż polityczne.

– Pan te kraje rozumie, ale uważa Pan, że my euro teraz przyjmować nie musimy?

– Ja tych argumentów, nawet politycznych, nie podzielam. Uważam bowiem, że w skrajnej sytuacji żadna integracja gospodarcza nie pomoże. Wtedy bardziej będzie decydował argument siły, resztę będzie się musiało dostosować. Natomiast jeśli chodzi o Polskę, podtrzymuję tezę wyartykułowaną 10 lat temu o opóźnianiu przystąpienia do strefy euro do roku 2020. Potem – poczekamy, zobaczymy.

– Jakie Polska ma obecnie korzyści z tego, że nie przystąpiliśmy do euro?

– Bardzo duże. Choćby możliwość regulowania ilości podaży pieniądza i to, że mamy płynny kurs walutowy. Ponieważ należymy do tzw. rynków wschodzących, w naszym przypadku płynny kurs walutowy w wyniku wahań stwarza korzystne warunki dla polskiego handlu zagranicznego. A to, że w czasie kryzysu finansowego w Europie ten kurs się umiarkowanie osłabiał, sprzyjało wzrostowi polskiego eksportu – dzięki poprawie cenowej konkurencyjności eksportu. W wyniku deprecjacji kursu złotego nasze towary były tańsze. Eksport był głównym czynnikiem podtrzymującym wzrost gospodarczy w naszym kraju. Pamiętajmy, że mimo wszystko wzrost gospodarczy w Polsce w okresie kryzysu i po kryzysie był jednak znacznie wyższy aniżeli w pogrążonej w kryzysie strefie euro. Tak jest do dzisiaj. Z kryzysu ekonomicznego w latach 2008-09 wyszliśmy obronną ręką właśnie dlatego, że nie mieliśmy euro – dysponowaliśmy własnym pieniądzem.

– Jakie są inne korzyści?

– Podstawową korzyścią z posiadania własnej waluty jest prawo do emisji i takiego dostosowania ilości podaży krajowego pieniądza do potrzeb własnej gospodarki, aby to sprzyjało wzrostowi gospodarczemu. Jeżeli się nie posiada własnej waluty, jest się takiej możliwości pozbawionym, ponieważ Europejski Bank Centralny kształtuje podaż pieniądza, nie uwzględniając sytuacji poszczególnych krajów, lecz interesy ogólne, a w istocie – interesy krajów najważniejszych w UE, do których Polska nie należy.

– A kraje postkomunistyczne, które przyjęły euro: Słowenia, Słowacja, Łotwa, Estonia? Jak one sobie radzą?

– Sytuacja jest zróżnicowana. Jeśli chodzi o Estonię i Łotwę, to zbyt wcześnie na sprecyzowane obiektywne wnioski. Natomiast w przypadku Słowenii i Słowacji – była to ewidentnie decyzja dla nich niekorzystna. Bezrobocie na Słowacji wg metodologii liczenia bezrobocia w UE wynosi 14 proc. (w Polsce – wg metodologii UE – jest na poziomie 10,2 proc., choć wg metodologii GUS – 13 proc.). Na Słowacji mają gospodarkę monokulurową, przemysł samochodowy. Wahania euro rzutują od razu na ich eksport i wzrost gospodarczy. Bardzo długo po wprowadzeniu euro mieli zerowy wzrost gospodarczy. Teraz jest trochę lepiej.

– Euro może być pułapką?

– Może. W okresie funkcjonowania euro kurs tej waluty w stosunku do dolara się umacniał. Kraje strefy euro miały z powodu wzrostu wartości euro coraz większe trudności z eksportem swoich towarów, bo były one droższe. Kłopot polegał na tym, że niekorzyść wynikająca z tego stanu rzeczy nie rozkładała się równomiernie na poszczególne państwa. W wyniku umocnienia kursu euro szczególnie ucierpiały kraje południowej Europy, w których wzrost płac był wyższy od wydajności pracy. W znacznie mniejszym stopniu to zjawisko wystąpiło w Niemczech czy Holandii, gdzie koszty pracy stały w miejscu lub rosły nieznacznie i były kompensowane wzrostem wydajności pracy. Skoro w krajach południowych rosły jednostkowe koszty pracy, to przy wzmacniającym się kursie euro te kraje stawały się niekonkurencyjne. O ile Niemcom mimo wysokiego kursu euro udało się utrzymać konkurencyjność eksportu, to w południowych krajach strefy euro eksport zaczął dramatycznie spadać. Gdyby miały własny pieniądz, można by było niekorzystne zjawisko wzrostu jednostkowych kosztów pracy skompensować obniżeniem wartości własnej waluty, co pozwoliłoby utrzymać konkurencyjność. Ludzie jeździliby na tanie wakacje do Grecji, być może masowo. I Grecy „odbiliby” sobie osłabienie wartości drachmy. Ale żeby tak zrobić, trzeba swój pieniądz mieć. Grecy wpadli w pułapkę euro. Dlaczego Niemcy korzystają na strefie euro? Bo właśnie one są konkurencyjne w tej strefie bardziej niż inne kraje.

– Chyba jednak nie tylko o tę strefę chodzi. Skoro się dowiadujemy, że na każde jedno euro z funduszy unijnych, które otrzymała Polska, 97 centów wędrowało do Niemiec, to nie trzeba być w strefie euro, żeby zrozumieć, że Niemcy, jako największy płatnik do unijnej kasy, nie są w tym współpłaceniu bezinteresowne.

– Oczywiście. Jeżeli otrzymywaliśmy pomoc, którą trzeba było jakoś wydatkować, i w realizacji polskich inwestycji czy projektów muszą też obowiązkowo uczestniczyć firmy zagraniczne, to oczywiście doświadczone firmy, z silną pozycją na rynku, były i są w stanie sprostać konkurencji i wygrywać przetargi. Niestety, mamy słabą pozycję i nasi zachodni sąsiedzi, zaprawieni w bojach rynkowych, nas ogrywają. Gdyby przyjrzeć się polityce gospodarczej Polski na przestrzeni ostatnich 5-7 lat, to przecież widać, że podejmowano decyzje korzystne dla Niemiec. Np. zamknięcie polskich stoczni, wykupienie cukrowni. Weźmy ostatnią decyzję montowania minibusów Volkswagena we Wrześni. Przecież to będzie tylko montownia, ale zobowiązaliśmy się zwrócić Niemcom ¼ zainwestowanych środków za to, że stworzą na ten cel 2 tys. miejsc pracy. Oczywiście, w krótkim okresie takie decyzje są mało widoczne. Ale gdyby spojrzeć z dłuższej perspektywy, to widać, że nasz kraj jest finansowo szczodry dla potężnych firm zagranicznych, ale skąpy dla polskich przedsiębiorstw. Można było przecież uratować Stocznię Gdynia, Stocznię Szczecińską czy wspomóc Zakłady Cegielskiego.

– Z okazji 10-lecia wstąpienia Polski do Unii Europejskiej media i rządzący politycy rozpływają się w pochwałach na temat korzyści z przystąpienia do UE. A Pan mówi tak: „Jednak trzeba bardziej wnikliwie przyjrzeć się – oprócz korzyści, które są niewątpliwe – jaką cenę gospodarczą zapłaciliśmy za to jako Polska, jaką cenę zapłacili obywatele”. Jaka to cena, Panie Profesorze?

– Patrzę na ten problem z punktu widzenia efektywności wydatkowania unijnych środków. Fakt, że otrzymaliśmy ok.100 mld euro, powinien być jakimś impulsem rozwojowym. Pytanie: Czy dobrze je wykorzystaliśmy? Wydaje mi się, że jednak niewłaściwie. Nie udało nam się dokonać rozwojowego skoku, bo przede wszystkim przy pomocy takiej puli pieniędzy można było osiągnąć znacznie szybsze tempo rozwoju gospodarczego, a przede wszystkim znacznie niższe bezrobocie. To kompromitujące, że mając do wykorzystania tak duże środki, mamy wielką armię bezrobotnych, mimo emigracji ponad 2 mln ludzi. Gdyby to zsumować, okazałoby się, że bezrobocie było zbliżone do hiszpańskiego. Politycy mogą tylko podziękować Polakom, którzy wyjechali, za to, że zmniejszyli bezrobocie.

– Politycy powinni też dziękować za to, że wyjechał „element buntu” – młoda część społeczeństwa, która nie dawała zgody na polską rzeczywistość, bo, jak przewidują socjolodzy, mogliśmy mieć w kraju rewolucję.

– Tak, ten wielki wyjazd to był dla polityków wentyl bezpieczeństwa. Przy obchodach jubileuszu wejścia do Unii rządowa propaganda trąbi o cywilizacyjnym skoku, ale ewidentnie widać, że tego skoku nie zrobiliśmy. Czy w ciągu tych 10 lat wybudowaliśmy jakiś zakład przemysłowy, którym moglibyśmy się poszczycić? Nie podnieśliśmy innowacyjności, a jeśli chodzi o eksport, to konkurujemy kosztami pracy, eksportujemy towary kapitałochłonne, energochłonne, surowcochłonne, pracochłonne, czyli jesteśmy takim eksporterem drugiej kategorii, który nie eksportuje żadnej myśli, tylko proste rzeczy: żywność, meble… To nie świadczy o skoku cywilizacyjnym, a z całą pewnością budowa autostrad i stadionów nie jest wyrazem tego skoku, w żadnej mierze.

– Podkreśla Pan, że w UE są równi i równiejsi. Podaje Pan, że musieliśmy niemal do śladowych ilości zlikwidować rybołówstwo, podczas gdy inne kraje nie miały zamiaru zakazów połowów przestrzegać. Pani Merkel też ma w nosie zakazy i dotuje niemieckie stocznie, a my się trzęsiemy, że nam pogrożą palcem. Nie ma solidarnej Europy, a myśleliśmy, że do takiej wchodzimy.

– Uważam, że słabo bronimy swoich interesów w ramach Unii. Ogrywają nas. Dyktują pewne reguły, których najsilniejsze państwa nie przestrzegają. Przecież po cichu najsilniejsze gospodarki dotują swoje firmy. Nie jest tajemnicą, że Francja dotuje firmę Airbus, produkującą samoloty, wspiera produkcję samochodów. Widać, że każdy kraj broni swoich interesów. Dlaczego? Bo broni zatrudnienia, bo od wysokości bezrobocia zależy popularność partii politycznych. Partia, która chce wygrać wybory, nie może prowadzić polityki wysokiego bezrobocia i wszelkimi dostępnymi środkami broni krajowej koniunktury produkcji, żeby utrzymać duże zatrudnienie. Mile mnie zaskoczyło, że rząd francuski wprowadził obecnie takie prawo, że firmy, które zamierzają zbankrutować, a mają szansę na uratowanie, jeżeli zarządy doprowadzą je do bankructwa, ponoszą za to finansową odpowiedzialność. To jest ewidentny przykład obrony własnych, narodowych, interesów.

– Jak Pan, człowiek Solidarności, ocenia 25 lat wolności? Mieliśmy hasło: „Nie ma wolności bez solidarności”, ale solidarności w narodzie zabrakło. Czy ta wolność nie wydaje się Panu niepełna?

– Trudno powiedzieć, że osiągnęliśmy olbrzymi sukces gospodarczy. Wydaje mi się, że przez fakt, iż utrzymuje się tak bardzo wysokie bezrobocie, tyle osób wyemigrowało, wyludniamy się, nie potrafiliśmy, jak to uczyniono w II Rzeczypospolitej, uruchomić w okresie wolności po 1989 r. jakichś wielkich budów przemysłowych – nie udało nam się dokonać pchnięcia rozwojowego w sektorze przemysłu. Firmy, które rozwijamy, mogą ewoluować tylko dzięki napływowi zagranicznych inwestycji. A że są to firmy krajowe, przejęte przez podmioty zagraniczne – jest kolejnym przykładem niepowodzenia tego okresu. Rynek, który wprowadziliśmy w gospodarce, nie doprowadził do jakiegoś wielkiego postępu technologicznego. W tym sensie, że nie udało nam się w kraju stworzyć jakichś sztandarowych dziedzin, które by konkurowały na rynkach międzynarodowych. Proszę też zauważyć, że w Polsce udział płac w dochodzie narodowym jest jednym z najniższych w Europie. I wciąż spada. W porównaniu z rokiem 2000 spadł z 50 do 40 proc.! Czyli skala zubożenia rośnie. To jest niepokojące, bo coraz więcej osób w Polsce żyje na granicy ubóstwa, na poziomie płacy minimalnej. Wydaje mi się, że dalsza polityka konkurowania niskimi płacami z innymi krajami będzie prowadziła do zapaści gospodarczej.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sejm: Magdalena Biejat odwołana z przewodniczenia komisji polityki społ. i rodziny

2020-01-16 13:10

[ TEMATY ]

polityka

Robert Sobkowicz / Nasz Dziennik

Biejat Magdalena

Posłanka Lewicy Magdalena Biejat została w czwartek odwołana z funkcji przewodniczącej sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny. Na nową przewodniczącą wybrano Urszulę Rusecką (PiS). Głosowanie poprzedziła burzliwa debata i polemiki między parlamentarzystami PiS i Lewicy.

Magdalena Biejat została wybrana na przewodniczącą sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny 14 listopada, na pierwszym posiedzeniu. Zagłosowało za nią 25 posłów, w tym członkowie Prawa i Sprawiedliwości.

Po wyborze Biejat przekonywała, że dla wszystkich członków komisji "w centrum jest człowiek, od prawa do lewa". - Możemy w różny sposób definiować najważniejsze potrzeby i sposób ich rozwiązywania, ale jestem przekonana, że będziemy potrafili ze sobą konstruktywnie współpracować, a rozwiązania, które będą wychodziły z tej komisji będą jak najlepsze dla Polek i Polaków - dodała.

Wkrótce po głosowaniu posłanka PiS Anna Siarkowska poinformowała, że tylko trzy członkinie tego ugrupowania były przeciwne wyborowi Biejat, inni albo zagłosowali "za", albo byli na posiedzeniu nieobecni. Nie przeszkodziło to PiS w złożeniu w grudniu wniosku o odwołanie lewicowej przewodniczącej.

Według Jana Kanthaka (PiS), Biejat nie może sprawować funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny, bo jest osobą, która "niszczy polskie rodziny, chce zabijać poczęte dzieci, która zagraża naszej przyszłości". Odwołania Magdaleny Biejat domagała się również Konfederacja.

Sprawozdawczyni wniosku o odwołanie, posłanka Teresa Wargocka (PiS) argumentowała, że Magdalena Biejat jest jedynym przewodniczącym spośród 29 przewodniczących sejmowych komisji bez doświadczenia parlamentarnego, jest bowiem posłanką pierwszą kadencję. Biejat wytknięto też "absolutny brak aktywności" w czterech tygodniach, które nastąpiły po jej wyborze.

Zdaniem posłów PiS, przewodniczenie tej komisji powinno natomiast przypaść bardziej doświadczonej osobie. Nie bez znaczenia miał być przy tym także fakt, że jest to jedna z najbardziej obciążonych pracami komisji w Sejmie.

Jednak powodem odwołania stały się jednak także poglądy Magdaleny Biejat, które w uzasadnieniu uznano za kontrowersyjne. - Poglądy polityczne, jakie pani poseł reprezentuje w licznych wywiadach, m.in. w sprawie modelu rodziny, nie są podzielane przez większość naszego społeczeństwa. Wypowiedzi te rezonują w opinii społecznej i wywołują niezadowolenie wielu obywateli, że głosi je przewodnicząca komisji, w której zapadają decyzje o polityce państwa wobec rodzin - mówiła Wargocka.

Poseł Wargocka złożyła następnie trzy wnioski; o odwołanie Biejat z funkcji przewodniczącej komisji, o powołanie na przewodniczącą poseł Urszuli Ruseckiej (PiS) oraz o powołanie Roberta Warwasa (PiS) na zwolnione przez Rusecką stanowisko wiceprzewodniczącego.

W obronie Magdaleny Biejat stanęli posłowie Lewicy i Koalicji Obywatelskiej.

Marzena Okła-Drewnowicz (KO) poinformowała, że wytykanie braku doświadczenia parlamentarnego jest hipokryzją, gdyż przewodniczącą komisji rodziny w poprzedniej kadencji była Bożena Borys-Szopa, także po raz pierwszy zasiadająca w parlamencie. - Wtedy to państwu nie przeszkadzało? - pytała posłów PiS.

Inni parlamentarzyści argumentowali, że partia rządząca nie ma monopolu na sprawy społeczne w parlamencie. Sprzeciwiali się też temu, aby sprawy światopoglądowe czy polityczne decydowały o tym, kto ma być przewodniczącym komisji.

Sławomir Piechota (KO), przewodniczący komisji rodziny przez dwie kadencje, ubolewał, że łamany jest parlamentarny obyczaj przyznawania parytetu przewodniczenia komisjom według liczebności klubów parlamentarnych. - To bardzo niebezpieczny precedens. Sami kiedyś możecie paść ofiarą łamania tego obyczaju - mówił.

Głos zabrał też Grzegorz Braun z Konfederacji, ale zamiast uzasadniać swoją przychylność wobec wniosku PiS, skupił się głównie na krytyce postępowania tej partii. - Jedzcie tę żabę, koleżanki i koledzy, skoro umówiliście się na taki parytet - mówił, odnosząc się do podziału stanowisk w komisji.

Debata nie zmieniła jednak decyzji PiS, które mając większość w komisji, przy wsparciu Konfederacji, odwołało Magdalenę Biejat z funkcji przewodniczącej. Głosowało za tym 19 członków komisji, 12 było przeciw, nikt się nie wstrzymał.

Za wyborem Urszuli Ruseckiej opowiedziało się 18 posłów, wstrzymał się Grzegorz Braun. Na wiceprzewodniczącego wybrano też Roberta Warwasa. Po odwołaniu Biejat kluby opozycyjne KO i Lewicy opuściły posiedzenie, nie biorąc tym samym udziału w głosowaniu.

Do sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny trafił w poprzedniej kadencji obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję", jednak prace nad nim nigdy się nie odbyły. Powołana w celu jego rozpatrzenia specjalna podkomisja nie zebrała się ani razu.

Projekt "Zatrzymaj aborcję" jest inicjatywą ustawodawczą zgłoszoną przez komitet inicjatywy ustawodawczej o tej samej nazwie. Został złożony w Sejmie 30 listopada 2017 przez działaczy pro-life z Fundacji Życie i Rodzina. Jego celem jest wykreślenie z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży tzw. przesłanki eugenicznej, pozwalającej na aborcję dzieci, u których stwierdzono podejrzenie nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pod projektem podpisało się 850 tys. Polaków.

CZYTAJ DALEJ

Medjugorie. Miejsce objawienia... Kościoła

2020-01-14 10:24

Niedziela Ogólnopolska 3/2020, str. 19

[ TEMATY ]

Medjugorie

Archiwum autora

Kościół św. Jakuba w Medjugorie

Już dziś mówi się o Medjugorie nie jako o miejscu ukazywania się Matki Bożej, ale o miejscu... objawiania się mocy sakramentów Kościoła.

Medjugorie komuś przeszkadza. Może nawet nie tyle samo objawienie, ile... jego odbiór. W końcu wiele jest objawień maryjnych, nawet oficjalnie uznanych, a jednak nie mają one tak masowego przełożenia na ludzkie losy. O niektórych z nich właściwie nic nie wiemy. Kto słyszał o Betanii (1976), Cuapie (1980), San Nicolas (1983)... Tymczasem orędzie z Medjugorie znają miliony i dostrzegają w nim zaproszenie do zmiany życia na „według Ewangelii”. Więcej – i to znowu szczególny fenomen – ludzie wracają do domów, a nawrócenie trwa...

Zasłuchanie w to orędzie jest masowe i zmienia (na stałe!) życie milionów osób (aż tylu!). Zauważmy, że po tylu już latach trwania objawień tę ziemię zdążyło opuścić więcej niż jedno pokolenie ludzi nawróconych przez Medjugorie. Ci ludzie nie trafili do piekła, do którego może szli... Czy dla Boga i dla Kościoła jest coś ważniejszego niż to?

Wincenty Łaszewski

GŁOS KOŚCIOŁA: „Medjugorie są to przede wszystkim ludzie, którzy tu przyjeżdżają, którzy się tu modlą, tutaj się przemieniają, stąd wyjeżdżają do swoich krajów i tam niosą ducha Ewangelii” – tłumaczy abp Henryk Hoser. Zdaniem papieskiego wysłannika, w sanktuarium Królowej Pokoju najważniejsi są właśnie ludzie – nie orędzie objawień. A jeśli mówimy o orędziu... słyszymy o orędziu Ewangelii! Piękne to, prawda?

GŁOS ANTY-KOŚCIOŁA: Trudno się dziwić, że komuś Medjugorie przeszkadza. Więc słyszymy, że „to jest od diabła!”, że to „manipulacja”, że „masoneria”, że „dla zysku i sławy”, że „wizjonerzy żyją w luksusach”, że „podróżują po świecie”...

Jeśli to nie wystarcza, by zasiać niepokój, przedstawia się nam inne oskarżenie: Medjugorie ma za zadanie odciągnąć ludzi od Fatimy – jedynego orędzia, które może ocalić świat. Dlatego te przesłania są takie cudowne, niezwykłe, wiarygodne... Mają przykuć ludzi do siebie, tym samym nie dopuścić do triumfu Niepokalanego Serca.

Można jeszcze próbować skompromitować same objawienia. Nie wypowiadamy się o ich prawdziwości, bo to rola kościelnych urzędów, ale abp Hoser potwierdza, że nie ma tu błędów doktrynalnych. Coraz głośniej mówi się też o tym, że do Medjugorie może zostać zastosowany precedens z Kibeho (objawienia w Afryce, uznane w 2001 r.; warto wspomnieć, że w ich zatwierdzeniu dużą rolę odegrał właśnie abp Henryk Hoser, będący wówczas misjonarzem w Rwandzie). Pojawiają się głosy, że taka decyzja może zapaść jeszcze w tym roku... Kościół ogłosiłby wiarygodnymi pierwsze objawienia, ograniczyłby liczbę wizjonerów do dwóch-trzech, bo – podobnie jak w Kibeho – potem treści się powtarzają, a inni wizjonerzy nie wnoszą do objawienia nic nowego.

Gdyby tak się stało, byłoby to kolejne potwierdzenie, że Medjugorie jako „teren objawień” spełniło swą misję.

Już dziś mówi się o Medjugorie nie jako o miejscu ukazywania się Matki Bożej, ale o miejscu... objawiania się mocy sakramentów Kościoła.

PROROCZE MIEJSCE: W tej parafii jest prawdziwy, żywy, napełniony mocą Kościół. Nieważne, czy Msze odprawia święty czy najgorszy kapłan – zawsze jest ona doświadczeniem obecności i miłości Boga, który uzdrawia, nawraca, rodzi nowe życie. Nieważne, kto spowiada: sakrament zawsze ujawnia swą moc. Ludzie mówią o odbytych tam „spowiedziach życia”...

Medjugorie – miejsce modlitwy, liturgii, sakramentów, miejsce nawrócenia. Tak widzi je papieski wysłannik. Tego typu znak – mówiący, że odnowa Kościoła jest na wyciągnięcie ręki! – jest niezwykle potrzebny w czasach obecnego kryzysu. Gdyby prorocka misja Medjugorie rzeczywiście oznaczała bycie zaczynem odnowy Kościoła, a w naszych parafiach zaczęło się ujawniać to, co tam – moc sakramentów, wówczas Medjugorie okazałoby się jednym z najważniejszych miejsc na duchowej mapie świata.

Nie będziemy chyba długo czekać na weryfikację tej tezy.

Wincenty Łaszewski, mariolog, pisarz, tłumacz

CZYTAJ DALEJ

Na ekumeniczną nutę

2020-01-26 21:15

[ TEMATY ]

Jasna Góra

ekumenizm

koncert

Marian Florek/Niedziela

„Pastores i Przyjaciele”

Podsumowując częstochowski Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan ks. Jarosław Grabowski powiedział, że czas budowania chrześcijańskiej jedności nie może być ograniczony tylko do siedmiu dni, on powinien trwać i trwa przez wszystkie kolejne dni kalendarzowego roku.

Postulat codziennego praktykowania ekumenizmu szczególniej wybrzmiał na jasnogórskim koncercie w dniu 26 stycznia br. wraz z papieskim apelem aby muzyka Ewangelii (obecna przecież w kolędach) przysposabiała nas wszystkich do bycia uczniami - misjonarzami pośród świata, w którym żyjemy. (przemówienie papieża Franciszka podczas spotkania ekumenicznego w katedrze ewangelicko-augsburskiej w Rydze w 2017 r.).

Marian Florek/Niedziela

Ks. Adam Glajcar z ks. Jarosławem Grabowskim

Ekumeniczne kolędowanie na Jasnej Górze zwieńczyło częstochowski Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Bohaterem wieczoru był zespół muzyczny „Pastores i Przyjaciele”, który przygotował, dla licznie zgromadzonych w Auli Jana Pawła II, zestaw popularnych kolęd. Teksty utworów wyświetlane na dużym ekranie i zachęta artystów sprawiły, że cała sala wzięła udział w gremialnym kolędowaniu w rzeczywiście ekumenicznym duchu. A kiedy zespół pozwolił sobie na amerykański świąteczny przebój w stylu country wszyscy powstali i w tanecznym rytmie towarzyszyli wykonawcom a następnie nagrodzili ich gromkimi brawami.

Zobacz zdjęcia: Na ekumeniczną nutę

Wszystkich zgromadzonych powitał podprzeor Jasnej Góry o. Jan Poteralski, który mówił o swoich ekumenicznych doświadczeniach. Potem obowiązki gospodarza przejął ks. Adam Glajcar, proboszcz częstochowskiej parafii ewangelicko-augsburskiej, przedstawiając pozostałych uczestników wydarzenia - ks. Jarosława Grabowskiego, redaktora naczelnego Tygodnika Katolickiego „Niedziela” i odpowiedzialnego za działania ekumeniczne na terenie archidiecezji częstochowskiej, ks. mitrata Mirosława Drabiuka, proboszcza prawosławnej parafii pw. Częstochowskiej Ikony Matki Bożej w Częstochowie oraz Ryszarda Majera, senatora RP. Szczególnie ciepło zostały powitane siostry z Zakonu Najświętszego Zbawiciela św. Brygidy, popularne „Siostry Brygidki”, których charyzmatem jest służba dziełu przywrócenia jedności wszystkich wierzących w Chrystusa. Chodzi tu o wprowadzenie w życie zasad ekumenizmu wypracowanych na Soborze Watykańskim II.

Obszerniejsze sprawozdanie z wydarzenia będzie dostępne w formie filmowej na stronach internetowych „Niedzieli” i w wydaniu papierowym naszego tygodnika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję