Reklama

Wiadomości

Kraina marzeń i wojny

O sytuacji na Bliskim Wschodzie, instrumentalizowaniu religii i budzeniu demonów z dr. Janem Burym rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 36/2014, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

Ukraina

Rosja

Dominik Różański

Dr Jan Bury

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Bliski Wschód znów w ogniu – znów wielki niepokój i bombardowania w Iraku. Dlaczego tym razem?

DR JAN BURY: – Pierwotnym i głównym źródłem tych powtarzających się tam niepokojów jest chaos, który zapanował w krajach arabskich w wyniku niezbyt celnego interwencjonizmu zachodniego, rozpoczętego w październiku 2001 r. w ramach tzw. globalnej wojny z terroryzmem.

– To była uzasadniona odpowiedź na terrorystyczny atak na nowojorskie wieże WTC, w którym zginęło ponad 2 tys. osób.

– Stany Zjednoczone – moim zdaniem – w niezbyt przemyślany sposób uderzyły na Afganistan w 2001 r. i zaraz potem – w 2003 na Irak na podstawie nieprawdziwych przesłanek – bez wiarygodnych dowodów winy Usamy Ibn Ladina czy Saddama Husajna. Konsekwencją tej interwencji jest iracka wojna domowa między grupami religijnymi wewnątrz islamu. W następnych latach USA prowadziły pośrednie operacje, w których mimowolnymi ofiarami padali obywatele innych państw arabskich i muzułmańskich, np. przez uderzenia dronów w Pakistanie, Jemenie, Somalii oraz przez wielką operację eliminacji przywódcy Libii w 2011 r. z udziałem sił NATO.

– Jak dotąd nie udało się jeszcze pokonać reżimu Al-Asada w Syrii, w której wciąż toczy się wewnętrzna wojna.

– W tej wojnie USA bardzo mocno materialnie wspierają tzw. liberalną opozycję, która w istocie nigdy tam nie istniała. Efekt jest taki, że naprawdę to wsparcie powędrowało w ręce radykalnych, ekstremistycznych grup, z których z czasem wyłoniło się Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie (ISIS). Jest to grupa muzułmańskich bojówkarzy, która w lecie tego roku ogłosiła swój byt państwowy na terytorium Syrii i Iraku, a ma ambicje rozprzestrzenić się również na Liban.

– Islamskie Państwo okazało się na tyle groźne i agresywne, że znów zaszła konieczność amerykańskiej interwencji w sprawy Iraku?

– Zapowiadana interwencja zbrojna jest konsekwencją interwencji z 2003 r., w efekcie której w Iraku rozpoczęła się wojna domowa między grupami religijnymi wewnątrz islamu.

– Co było bezpośrednim impulsem tej rozpoczętej 10 lat temu wojny wewnątrz islamu?

– Tak naprawdę nikt tego dokładnie nie wie. W czasach Saddama Husajna Irakiem rządziła sunnicka mniejszość, która kontrolowała szyitów, nie dopuszczając ich do władzy. Gdy Husajna zabrakło, szyici odważyli się sięgnąć po władzę, a dla Amerykanów było oczywiste, że muszą się na nich oprzeć. W efekcie sunnici poczuli się zagrożeni, a szyici zbyt pewni siebie. Wybuch wojny domowej „uratował” amerykańską okupację Iraku.

– Obecność amerykańska stabilizuje więc sytuację?

– Nie do końca, bo sytuacja jest przecież coraz mniej stabilna. A ponadto, napadając w 2001 r. na Afganistan i w 2003 na Irak, Stany Zjednoczone niejako niechcący wzmocniły Iran, który teraz jest ich głównym adwersarzem w tym regionie. Amerykanie swoimi rękoma wyeliminowali dwóch rywali Iranu, dwa państwa buforowe, które miały zabezpieczać przed ekspansją polityczną i gospodarczą Iranu w regionie Bliskiego Wschodu. To właśnie dzięki amerykańskiej polityce Iran jest dziś niekwestionowanym mocarstwem regionalnym, moim zdaniem, demonizowanym przez Zachód.

– Mający nuklearne aspiracje Iran naprawdę nikomu i niczemu nie zagraża?

– Irański przywódca duchowo-polityczny Ali Chamenei stwierdził, że użycie broni nuklearnej jest sprzeczne z zasadami islamu. Tymczasem Amerykanie już w 2007 r. uruchamiają tzw. politykę Redirection. Chodzi o to, żeby blokować rosnącą potęgę Iranu. Nieuniknionym efektem ubocznym – a może w jakimś stopniu także narzędziem – tej polityki było nieustanne podsycanie waśni między sunnitami i szyitami. Wydaje się, że każdy konflikt na łonie islamu jest na rękę Amerykanom.

– Dlaczego?

– Dlatego, że pozwala na ograniczenie roli i wpływów Iranu (w którym szyizm jest religią państwową). W ramach polityki Redirection starano się ograniczyć wpływy Iranu w Syrii, gdzie również rządzą szyici; w 2011 r. ruszyła wielka kampania podsycania konfliktu w Syrii. Pojawiła się tam „importowana” opozycja (miejscowej nigdy tam nie było, gdyż siedziała w więzieniach), czyli kontrolowani przez Zachód uciekinierzy z Syrii. Rozpoczęła się bardzo brutalna walka, pojawili się terroryści plądrujący obiekty rządowe i miasta. Odpowiedź armii syryjskiej była równie bezwzględna.

– Czy pojawienie się „religijnych” terrorystów jest efektem ubocznym intencjonalnego wzbudzania niepokoju politycznego?

– Tak uważam. Tak zresztą było i w Iraku, gdzie przed 2003 r. nikt nie widział terrorystów. W prasie syryjskiej podano, że w ciągu ostatnich 3 lat złapano tam ok. 250 zachodnich najemników, co świadczy o tym, że ta wojna jest inspirowana i kontrolowana z zewnątrz. Zamiast umiarkowanej opozycji tworzą się tam ultraradykalne bojówki muzułmańskie, szkolone przez służby specjalne krajów ościennych albo bezpośrednio przez komandosów zachodnich z państw NATO (głównie w Turcji i w Jordanii). Bojówki te jednak dość kiepsko radziły sobie z armią Al-Asada, rozpoczęły więc marsz ku Irakowi.

– A po efektach sądząc, są dość liczne i potężne?

– Wprost niewyobrażalne jest to, że 10 czerwca 2014 r. zajmują Mosul, drugie co do wielkości miasto Iraku (ok. 2-milionowe)! Mosul był broniony przez 30 tys. irackich żołnierzy i policjantów, natomiast słabo uzbrojonych bojówkarzy – poruszających się pikapami Toyoty – było prawdopodobnie zaledwie ok. 800, a i tak bez problemu udało im się zająć miasto.

– Jakim cudem?

– Chyba takim, że za Islamskim Państwem szła wielka propagandowa fala, która sprawiała, że żołnierze iraccy po prostu uciekali. Jest to o tyle prawdopodobne, że demoralizacja irackiego wojska i policji jest dziś ogromna. A może – są i takie podejrzenia – żołnierze dostali (nie wiadomo od kogo) rozkaz szybkiego wycofania się. To jest jedna z większych zagadek współczesnej wojskowości.

– Co ciekawe, twórcy Państwa Islamskiego w Iraku i Lewancie nie popierają Al-Kaidy. Dlaczego?

– Trzeba tu wyjaśnić mit związany z globalną wojną z terroryzmem. Amerykanie toczyli globalną wojnę z Al-Kaidą od 2001 r. aż do 2011, kiedy to doszło do zaskakującego sojuszu: Al-Kaida pomogła Ameryce usunąć płk. Kaddafiego w Libii. Bojówkarze z Libijskiej Muzułmańskiej Grupy Zbrojnej (LIFG) przenieśli się potem do Syrii. Teraz „kalif” Państwa Islamskiego, Abu Bakr al-Baghdadi, wypowiedział posłuszeństwo Al-Kaidzie, mimo że kiedyś do niej należał…

– Pojawił się zatem nowy charyzmatyczny przywódca?

– Nikt nie wie, kim naprawdę jest. Są różne podejrzenia… Prasa izraelska doniosła np., że pan al-Baghdadi przez prawie rok był szkolony przez izraelskie służby specjalne.

– Czy można by powiedzieć, że to agent „pod przykrywką”?

– Tak. Bo, moim zdaniem, w XXI wieku prawdziwych terrorystów nie ma; są tylko agenci rządów państw albo najemnicy. Mimo to nie sądzę, aby ten kalifat był dziś do końca kontrolowany. Prawdopodobne jest także to, że nawet jeśli al-Baghdadi był przez kogoś inspirowany i wspierany, to już mógł zerwać te więzy. Poczuł się swobodnie, bezkarnie. Bojówkarze masowo spływają do Iraku i Syrii, prowadzą wielką kampanię propagandową w Internecie.

– A nawet posuwają się do takich drastycznych środków, jak pokazywanie egzekucji na „niewiernym” chrześcijaninie, dziennikarzu amerykańskim, której dokonuje osobnik mówiący z brytyjskim akcentem… Radykalni islamiści przybywają dziś z Zachodu?

– Jest to całkiem prawdopodobne, choć nie przeceniałbym tego jako zjawiska religijnego. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że ruchy terrorystyczne na Bliskim Wschodzie są jednak przez kogoś ciągle finansowane i będą walczyć tak długo, jak długo będą skądś otrzymywać środki finansowe. Tragedią jest jednak to, że w wyniku tej islamsko-politycznej agresji ofiarą padają wyznawcy innych religii, przede wszystkim chrześcijanie, którzy muszą uciekać z Bliskiego Wschodu. Być może Zachód wykorzysta eskalację przemocy w Iraku do kolejnej interwencji zbrojnej w regionie.

– Przy okazji każdego zaognienia się sytuacji na Bliskim Wschodzie mówi się więcej o ekspansji islamu, jakiej doświadczają niektóre kraje zachodnie. Naprawdę nie ma się czego bać?

– Wątpię w ekspansję islamu politycznego w kierunku Zachodu. Oczywiście, w świecie zachodnim jest coraz więcej islamskich neofitów, bardzo radykalnych, ale nie są to jeszcze miliony, a co najwyżej tysiące. Zjawisko jest spowodowane swoistą degrengoladą świata zachodniego, a islam jest traktowany jako sprzeciw wobec tego świata bez zasad. Jednak, moim zdaniem, muzułmanie nie są w stanie zagrozić obecnie światu zachodniemu, chyba że zaczną wystawiać swoich kandydatów w wyborach i uda im się umieścić jakąś znaczącą grupę w parlamentach krajów europejskich. Ale sądzę, że do tego jest jeszcze bardzo daleko.

– Ale tymczasem walka z muzułmańskim terroryzmem właśnie ponosi klęskę...

– To prawda. W ciągu ostatnich kilku lat globalna walka z terroryzmem przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Niemal cały świat arabski pogrąża się w coraz większym chaosie, a wiele krajów tego regionu to dziś państwa upadłe, których władza centralna nie jest w stanie kontrolować sytuacji na całym ich terytorium.

– Islamski terroryzm rozkwita, ponieważ stworzono mu znakomite warunki?

– Można powiedzieć, że obcy interwencjonizm w krajach arabskich nie tonuje, lecz podsyca, rozpala wszelkie religijne rozbieżności, wykorzystuje je w swoim celu, instrumentalizuje.

– I w końcu wszystko wymyka się spod kontroli?

– Z taką sytuacją mamy właśnie do czynienia. Pojawia się dziś pytanie i realna obawa, czy kalifat Abu Bakra al-Baghdadiego, czyli Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie, jest w stanie na długo zdestabilizować ten region, który w średniowieczu był jednym wielkim imperium muzułmańskim.

– Może kalif al-Baghdadi marzy o dawnej świetności tego regionu?

– To byłaby historia z krainy baśni „1000 i jednej nocy”. Moim zdaniem, to „państwo” będzie tak długo tolerowane przez Zachód, jak długo będzie blokować wpływy irańskie, a doraźnie Amerykanie oczywiście wspierają władze w Bagdadzie…

– W tym dziwnie wojennym roku mamy także kolejną krwawą odsłonę permanentnej wojny izraelsko-palestyńskiej. Premier Izraela mówi, że iracko-syryjscy dżihadyści to tacy sami terroryści, jak palestyński Hamas. Zgadza się Pan z tą opinią?

– Uważam tę opinię za niesprawiedliwą. Palestyńczycy czują się szykanowani przez Izrael, a Hamas jawi się jako organizacja, która staje w ich obronie. Zamieszkiwana przez Palestyńczyków Strefa Gazy została otoczona kordonem wojska izraelskiego, który odciął ją od reszty świata. W odpowiedzi Hamas lub inne palestyńskie bojówki wystrzeliwują swoje prymitywne rakiety (doraźnie budowane np. z rur wodociągowych), które spadają w Izraelu, nie czyniąc zbyt wielkich szkód.

– To dzięki rozpościerającej się nad tym państwem tzw. żelaznej kopule…

– Naukowiec izraelski dr Moti Shefer twierdzi, że system antyrakietowy „żelazna kopuła” to mit. W celu statystyczno-propagandowym zestrzeliwuje fikcyjne rakiety, ponieważ tych palestyńskich „domowej roboty” jest naprawdę niewiele. Koszty takiej obrony okazują się zbyt duże. Amerykański kongres zatwierdził ostatnio 400 mln dol. dofinansowania dla rozwoju „żelaznej kopuły”, a Izrael planuje chyba jednak bardziej zdecydowaną wojnę lądową. To świadczy o wątpliwej skuteczności tarczy antyrakietowej.

* * *

Dr Jan Bury
arabista, ekspert ds. Bliskiego Wschodu, UKSW

2014-09-02 14:46

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ministerstwo Sprawiedliwości złożyło wniosek o wypowiedzenie konwencji stambulskiej

2020-07-27 17:32

[ TEMATY ]

polityka

Archiwum Ministerstwa Sprawiedliwości

Ministerstwo Sprawiedliwości skierowało w poniedziałek do resortu rodziny wniosek o podjęcie prac nad wypowiedzeniem konwencji stambulskiej - poinformował szef tego resortu Zbigniew Ziobro.

Wniosek w tej sprawie został przekazany do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które posiada kompetencje do przygotowania wniosku o wypowiedzenie spornej umowy. Złożenie wniosku wypowiedzenie konwencji antyprzemocowej nazywanej stambulską Ziobro zapowiedział w sobotę.

"Dzisiaj złożyłem formalny wniosek do minister rodziny, pracy i polityki społecznej - której to resort jest kompetentny do zainicjowania formalnego procesu związanego z wypowiedzeniem tej konwencji - o podjęcie działań w tym względzie" - poinformował minister sprawiedliwości podczas poniedziałkowej konferencji. Jak podkreślił, jest to pismo oficjalne, formalne złożone przez niego jako ministra sprawiedliwości.

Ziobro uzasadniając tę decyzję, argumentował, że w konwencji znajdują się zapisy "o charakterze ideologicznym", z którymi jego resort się nie zgadza. Zdaniem ministra sprawiedliwości w dokumencie nie ma żadnych rozwiązań w zakresie ochrony kobiet przed przemocą, których Polska by nie spełniała, a w niektórych obszarach polskie standardy są wyższe niż te przewidziane przez konwencję.

Konwencja Rady Europy z 2011 r. o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej (tzw. konwencja stambulska) ma chronić kobiety przed wszelkimi formami przemocy oraz dyskryminacji; oparta jest na idei, że istnieje związek przemocy z nierównym traktowaniem, a walka ze stereotypami i dyskryminacją sprawiają, że przeciwdziałanie przemocy jest skuteczniejsze. Polska podpisała konwencję w grudniu 2012 r., a ratyfikowała - w 2015 r.

Nie wszystkie kraje UE ratyfikowały konwencję. Nie zrobiły tego: Bułgaria, Czechy, Węgry, Łotwa, Litwa i Słowacja oraz nienależąca już do wspólnoty Wielka Brytania, a także Ukraina, Mołdawia i Armenia. (PAP)

autor: Mateusz Mikowski, Natalia Kamińska, Marcin Jabłoński

mm/ nmk/ mja/ lena/

CZYTAJ DALEJ

Małżeńska pielgrzymka na Jasną Górę

2020-08-04 12:04

[ TEMATY ]

pielgrzymka

Pielgrzymka 2020

facebook.com

Czy ten rok musi być pielgrzymkowo rokiem straconym? Czy marzenia o kolejnej pielgrzymce musimy odłożyć na co najmniej przyszłe lato? Zapytaliśmy o to Łukasza i Monikę Feniszów – małżeństwo, które w tym roku wyruszyło we wspólną, małżeńską pielgrzymkę ze Śląska na Jasną Górę.

Damian Krawczykowski: Czy potrafilibyście przeżyć wakacje bez pielgrzymki?

Monika i Łukasz Fenisz: Właśnie dlatego, że trudno było nam przyjąć do wiadomości, iż tegoroczna pielgrzymka się nie odbędzie, postanowiliśmy wyruszyć w nieco inną – małżeńską drogę. Od kilkunastu lat co roku pielgrzymujemy do Matki Boskiej Częstochowskiej. Tylko raz nasze wyjście stało pod znakiem zapytania – siedem lat temu w trakcie trwania naszej parafialnej pielgrzymki braliśmy ślub – ale wspólnie zdecydowaliśmy, by wybrać się wtedy z inną parafią. Odpowiadając więc na pytanie: pewnie potrafilibyśmy przeżyć wakacje bez pielgrzymowania, ale po co? (uśmiech)

Kiedy okazało się, że pielgrzymka nie wyruszy, postanowiliśmy iść sami. Ten rok miał być dla nas wyjątkowy, bo oprócz drogi na Jasną Górę czekała nas również droga do Santiago de Compostela. To właśnie Santiago jest naszym ulubionym miejscem po Jasnej Górze. W tym roku ponownie postanowiliśmy pójść najpierw do grobu św. Jakuba, a potem do naszej częstochowskiej Matki. Jako że i te plany musieliśmy zmienić, udało nam się połączyć te dwie drogi w jedną – szlakiem Jakubowym (Camino Jasnogórskie) poszliśmy do Maryi.

Jakie uczucia towarzyszyły Wam podczas pielgrzymowania? Na pewno była to inna pielgrzymka niż ta z tłumem kompanów, ale czy gorsza?

Brakowało nam wspólnego śpiewu, rozmów z całą rzeszą znajomych, z którymi co roku pielgrzymujemy, obecności księdza w drodze, a także transportu, który wiózłby nasze bagaże. Te wszystkie braki nie wpłynęły jednak na to, że pielgrzymka była gorsza. Była po prostu inna. Sami śpiewaliśmy, modliliśmy się, rozmowy, które prowadziliśmy, były… takie nasze, małżeńskie. Bagaż na plecach z kolei jeszcze bardziej dodawał klimatu, który odczuwalibyśmy, będąc w Hiszpanii.

Czy macie jakieś przesłanie dla wiernych, którzy nie mogą uczestniczyć w zorganizowanych pielgrzymkach? Warto podejmować indywidualne inicjatywy? Czy zbliżają one do Boga?

Wielu żałuje, że pielgrzymki w tym roku się nie odbędą. Ale to naprawdę nie musi być stracony czas. Zachęcamy, by zabrać swoich bliskich i wyruszyć w drogę. Wyjście można zaplanować na wiele sposobów (jedna wskazówka: jeśli pójdziecie z cięższym plecakiem, nie planujcie 50 km jednego dnia – to było dość szalone). Mamy w Polsce wiele sanktuariów maryjnych – nie musimy pójść do Częstochowy, bo dla wielu osób może to być niewykonalne. Warto jednak poszukać takiego miejsca w swojej okolicy.

Nie bójcie się wyjść z domu i pielgrzymować. „Tam, u kresu dróg, czeka nas Matka, czeka nas Bóg”. Czekali na nas, czekają i na was.

____________________________________

Tak Łukasz i Monika relacjonują swoją tegoroczną pielgrzymkę na swoich kontakch w mediach społecznościowych:

Miało nie być w tym roku pielgrzymek. Mimo planów, by latem wrócić na portugalsko-hiszpański szlak, a potem – tradycyjnie – pójść halembskim, i my początkowo z nich zrezygnowaliśmy. Zupełnie niepotrzebnie. Chęć zostawienia choć na chwilę codzienności zwyciężyła i po kilku dniach znaleźliśmy się na szlaku.

Małżeńska droga. Piękna. Niezwykle trudna. Jak codzienne wspólne życie :)

Ważne jest dążenie do tego, by ten trud był piękny. Piękny, bo przeżywany razem. Ponad 50 kilometrów pierwszego dnia z kilkukilogramowymi plecakami przeszliśmy z ogromną radością. Mimo fizycznego trudu każdy odcinek wywoływał szerokie uśmiechy na naszych twarzach. Nawet pomimo ponad trzynastogodzinnego marszu.

Drugi dzień obnażył wszystkie nasze słabości. Poniedziałkowy wysiłek uwydatnił największy ból, jakiego doświadczyłam w ciągu kilkunastu pielgrzymek. Dla obojga przejście już o wiele krótszej trasy, bo prawie 35-kilometrowej, było ogromnym wysiłkiem. Nieocenione jest wsparcie drugiego człowieka. Dokładnie tak jak w życiu. Z nim łatwiej. Łatwiej iść, dostrzegać piękno wokół, przechodzić ponad tym, co trudne. Łatwiej się uśmiechać.

Pielgrzymi! (Szczególnie ci halembscy). Wielu żałuje, że nasza pielgrzymka w tym roku się nie odbędzie. Ale to naprawdę nie musi być stracony czas. Zabierzcie swoich bliskich i wyruszcie w drogę. Może nie jesteś gotowy na wędrówkę z całym bagażem, ale przecież można zaplanować to wyjście na wiele sposobów (jedna wskazówka: jeśli pójdziecie z cięższym plecakiem, nie planujcie 50 km jednego dnia – to było dość szalone).

Nie bójcie się jednak wyjść z domu i pielgrzymować. „Tam, u kresu dróg, czeka nas Matka, czeka nas Bóg”. Czekała na nas, którzy – po wędrówce szlakiem Jakubowym – dotarliśmy wykończeni jak nigdy. I wierzcie mi – to Jej spojrzenie miało jeszcze większą wartość niż dotychczas.

CZYTAJ DALEJ

Biskupi z Japonii i USA wezwali do modlitwy z okazji 75. rocznicy ataków atomowych

2020-08-05 20:51

[ TEMATY ]

Nagasaki

Hiroszima

Adobe Stock

Biskupi w Japonii i Stanów Zjednoczonych wezwali do wspólnej modlitwy w związku z 75. rocznicą zrzucenia przez lotnictwo amerykańskie bomb atomowych na japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki.

We wspólnym apelu arcybiskup Joseph Mitsuaki Takami z Nagasaki i biskup David Malloy z Rockfordu w amerykańskim stanie Illinois ostrzegli przed nowym wyścigiem zbrojeń.

„Dopóty, dopóki będzie obowiązywał pogląd, że broń może budować pokój, trudno będzie zmniejszyć zasoby broni jądrowej, nie mówiąc już o jej likwidacji” – stwierdził 4 sierpnia w wideoprzesłaniu przewodniczący Konferencji Biskupów Japonii, abp Takami, który sam urodził się w marcu 1946 w Nagasaki. Zrzucenie bomby atomowej na swe rodzinne miasto przeżył w łonie matki. W jego rodzinie było wiele ofiar śmiertelnych.

A biskup Malloy w tym samym orędziu dodał, że wszystkie narody muszą znaleźć środki do całkowitego rozbrojenia. Podkreślił, że potrzebne jest tu wspólne zaangażowanie i zaufanie. Obaj hierarchowie wyrazili zaniepokojenie, że dotychczas niedostateczną uwagę zwraca się na niszczycielską moc broni jądrowej.

Już wcześniej o swojej solidarności z narodem japońskim zapewniła Konferencja Biskupów Katolickich USA. Wspólnie bolejemy nad losem niewinnych ludzi, którzy stracili życie na skutek zrzucenia bomb i później wskutek promieniowania, stwierdził przewodniczący episkopatu arcybiskup Los Angeles José Horacio Gómez. Jednocześnie zaapelował do przywódców państw o likwidację wszelkiego rodzaju broni masowego rażenia.

W lipcu br. episkopat Japonii ogłosił dokument w sprawie zniesienia energii nuklearnej. Obok obu miast wspomniano w nim też o skutkach stopienia reaktora w elektrowni jądrowej w Fukushimie w marcu 2011.

W dniach 6 i 9 sierpnia 1945 dwa amerykańskie samoloty wojskowe zrzuciły dwie bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Zginęło wówczas ponad 250 tys. osób, z których część zmarła później w wyniku poparzeń i promieniowania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję