Reklama

Wiadomości

Kraina marzeń i wojny

O sytuacji na Bliskim Wschodzie, instrumentalizowaniu religii i budzeniu demonów z dr. Janem Burym rozmawia Wiesława Lewandowska

2014-09-02 14:46

Niedziela Ogólnopolska 36/2014, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

Ukraina

Rosja

Dominik Różański

Dr Jan Bury

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Bliski Wschód znów w ogniu – znów wielki niepokój i bombardowania w Iraku. Dlaczego tym razem?

DR JAN BURY: – Pierwotnym i głównym źródłem tych powtarzających się tam niepokojów jest chaos, który zapanował w krajach arabskich w wyniku niezbyt celnego interwencjonizmu zachodniego, rozpoczętego w październiku 2001 r. w ramach tzw. globalnej wojny z terroryzmem.

– To była uzasadniona odpowiedź na terrorystyczny atak na nowojorskie wieże WTC, w którym zginęło ponad 2 tys. osób.

– Stany Zjednoczone – moim zdaniem – w niezbyt przemyślany sposób uderzyły na Afganistan w 2001 r. i zaraz potem – w 2003 na Irak na podstawie nieprawdziwych przesłanek – bez wiarygodnych dowodów winy Usamy Ibn Ladina czy Saddama Husajna. Konsekwencją tej interwencji jest iracka wojna domowa między grupami religijnymi wewnątrz islamu. W następnych latach USA prowadziły pośrednie operacje, w których mimowolnymi ofiarami padali obywatele innych państw arabskich i muzułmańskich, np. przez uderzenia dronów w Pakistanie, Jemenie, Somalii oraz przez wielką operację eliminacji przywódcy Libii w 2011 r. z udziałem sił NATO.

– Jak dotąd nie udało się jeszcze pokonać reżimu Al-Asada w Syrii, w której wciąż toczy się wewnętrzna wojna.

– W tej wojnie USA bardzo mocno materialnie wspierają tzw. liberalną opozycję, która w istocie nigdy tam nie istniała. Efekt jest taki, że naprawdę to wsparcie powędrowało w ręce radykalnych, ekstremistycznych grup, z których z czasem wyłoniło się Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie (ISIS). Jest to grupa muzułmańskich bojówkarzy, która w lecie tego roku ogłosiła swój byt państwowy na terytorium Syrii i Iraku, a ma ambicje rozprzestrzenić się również na Liban.

– Islamskie Państwo okazało się na tyle groźne i agresywne, że znów zaszła konieczność amerykańskiej interwencji w sprawy Iraku?

– Zapowiadana interwencja zbrojna jest konsekwencją interwencji z 2003 r., w efekcie której w Iraku rozpoczęła się wojna domowa między grupami religijnymi wewnątrz islamu.

– Co było bezpośrednim impulsem tej rozpoczętej 10 lat temu wojny wewnątrz islamu?

– Tak naprawdę nikt tego dokładnie nie wie. W czasach Saddama Husajna Irakiem rządziła sunnicka mniejszość, która kontrolowała szyitów, nie dopuszczając ich do władzy. Gdy Husajna zabrakło, szyici odważyli się sięgnąć po władzę, a dla Amerykanów było oczywiste, że muszą się na nich oprzeć. W efekcie sunnici poczuli się zagrożeni, a szyici zbyt pewni siebie. Wybuch wojny domowej „uratował” amerykańską okupację Iraku.

– Obecność amerykańska stabilizuje więc sytuację?

– Nie do końca, bo sytuacja jest przecież coraz mniej stabilna. A ponadto, napadając w 2001 r. na Afganistan i w 2003 na Irak, Stany Zjednoczone niejako niechcący wzmocniły Iran, który teraz jest ich głównym adwersarzem w tym regionie. Amerykanie swoimi rękoma wyeliminowali dwóch rywali Iranu, dwa państwa buforowe, które miały zabezpieczać przed ekspansją polityczną i gospodarczą Iranu w regionie Bliskiego Wschodu. To właśnie dzięki amerykańskiej polityce Iran jest dziś niekwestionowanym mocarstwem regionalnym, moim zdaniem, demonizowanym przez Zachód.

– Mający nuklearne aspiracje Iran naprawdę nikomu i niczemu nie zagraża?

– Irański przywódca duchowo-polityczny Ali Chamenei stwierdził, że użycie broni nuklearnej jest sprzeczne z zasadami islamu. Tymczasem Amerykanie już w 2007 r. uruchamiają tzw. politykę Redirection. Chodzi o to, żeby blokować rosnącą potęgę Iranu. Nieuniknionym efektem ubocznym – a może w jakimś stopniu także narzędziem – tej polityki było nieustanne podsycanie waśni między sunnitami i szyitami. Wydaje się, że każdy konflikt na łonie islamu jest na rękę Amerykanom.

– Dlaczego?

– Dlatego, że pozwala na ograniczenie roli i wpływów Iranu (w którym szyizm jest religią państwową). W ramach polityki Redirection starano się ograniczyć wpływy Iranu w Syrii, gdzie również rządzą szyici; w 2011 r. ruszyła wielka kampania podsycania konfliktu w Syrii. Pojawiła się tam „importowana” opozycja (miejscowej nigdy tam nie było, gdyż siedziała w więzieniach), czyli kontrolowani przez Zachód uciekinierzy z Syrii. Rozpoczęła się bardzo brutalna walka, pojawili się terroryści plądrujący obiekty rządowe i miasta. Odpowiedź armii syryjskiej była równie bezwzględna.

– Czy pojawienie się „religijnych” terrorystów jest efektem ubocznym intencjonalnego wzbudzania niepokoju politycznego?

– Tak uważam. Tak zresztą było i w Iraku, gdzie przed 2003 r. nikt nie widział terrorystów. W prasie syryjskiej podano, że w ciągu ostatnich 3 lat złapano tam ok. 250 zachodnich najemników, co świadczy o tym, że ta wojna jest inspirowana i kontrolowana z zewnątrz. Zamiast umiarkowanej opozycji tworzą się tam ultraradykalne bojówki muzułmańskie, szkolone przez służby specjalne krajów ościennych albo bezpośrednio przez komandosów zachodnich z państw NATO (głównie w Turcji i w Jordanii). Bojówki te jednak dość kiepsko radziły sobie z armią Al-Asada, rozpoczęły więc marsz ku Irakowi.

– A po efektach sądząc, są dość liczne i potężne?

– Wprost niewyobrażalne jest to, że 10 czerwca 2014 r. zajmują Mosul, drugie co do wielkości miasto Iraku (ok. 2-milionowe)! Mosul był broniony przez 30 tys. irackich żołnierzy i policjantów, natomiast słabo uzbrojonych bojówkarzy – poruszających się pikapami Toyoty – było prawdopodobnie zaledwie ok. 800, a i tak bez problemu udało im się zająć miasto.

– Jakim cudem?

– Chyba takim, że za Islamskim Państwem szła wielka propagandowa fala, która sprawiała, że żołnierze iraccy po prostu uciekali. Jest to o tyle prawdopodobne, że demoralizacja irackiego wojska i policji jest dziś ogromna. A może – są i takie podejrzenia – żołnierze dostali (nie wiadomo od kogo) rozkaz szybkiego wycofania się. To jest jedna z większych zagadek współczesnej wojskowości.

– Co ciekawe, twórcy Państwa Islamskiego w Iraku i Lewancie nie popierają Al-Kaidy. Dlaczego?

– Trzeba tu wyjaśnić mit związany z globalną wojną z terroryzmem. Amerykanie toczyli globalną wojnę z Al-Kaidą od 2001 r. aż do 2011, kiedy to doszło do zaskakującego sojuszu: Al-Kaida pomogła Ameryce usunąć płk. Kaddafiego w Libii. Bojówkarze z Libijskiej Muzułmańskiej Grupy Zbrojnej (LIFG) przenieśli się potem do Syrii. Teraz „kalif” Państwa Islamskiego, Abu Bakr al-Baghdadi, wypowiedział posłuszeństwo Al-Kaidzie, mimo że kiedyś do niej należał…

– Pojawił się zatem nowy charyzmatyczny przywódca?

– Nikt nie wie, kim naprawdę jest. Są różne podejrzenia… Prasa izraelska doniosła np., że pan al-Baghdadi przez prawie rok był szkolony przez izraelskie służby specjalne.

– Czy można by powiedzieć, że to agent „pod przykrywką”?

– Tak. Bo, moim zdaniem, w XXI wieku prawdziwych terrorystów nie ma; są tylko agenci rządów państw albo najemnicy. Mimo to nie sądzę, aby ten kalifat był dziś do końca kontrolowany. Prawdopodobne jest także to, że nawet jeśli al-Baghdadi był przez kogoś inspirowany i wspierany, to już mógł zerwać te więzy. Poczuł się swobodnie, bezkarnie. Bojówkarze masowo spływają do Iraku i Syrii, prowadzą wielką kampanię propagandową w Internecie.

– A nawet posuwają się do takich drastycznych środków, jak pokazywanie egzekucji na „niewiernym” chrześcijaninie, dziennikarzu amerykańskim, której dokonuje osobnik mówiący z brytyjskim akcentem… Radykalni islamiści przybywają dziś z Zachodu?

– Jest to całkiem prawdopodobne, choć nie przeceniałbym tego jako zjawiska religijnego. O wiele bardziej prawdopodobne jest to, że ruchy terrorystyczne na Bliskim Wschodzie są jednak przez kogoś ciągle finansowane i będą walczyć tak długo, jak długo będą skądś otrzymywać środki finansowe. Tragedią jest jednak to, że w wyniku tej islamsko-politycznej agresji ofiarą padają wyznawcy innych religii, przede wszystkim chrześcijanie, którzy muszą uciekać z Bliskiego Wschodu. Być może Zachód wykorzysta eskalację przemocy w Iraku do kolejnej interwencji zbrojnej w regionie.

– Przy okazji każdego zaognienia się sytuacji na Bliskim Wschodzie mówi się więcej o ekspansji islamu, jakiej doświadczają niektóre kraje zachodnie. Naprawdę nie ma się czego bać?

– Wątpię w ekspansję islamu politycznego w kierunku Zachodu. Oczywiście, w świecie zachodnim jest coraz więcej islamskich neofitów, bardzo radykalnych, ale nie są to jeszcze miliony, a co najwyżej tysiące. Zjawisko jest spowodowane swoistą degrengoladą świata zachodniego, a islam jest traktowany jako sprzeciw wobec tego świata bez zasad. Jednak, moim zdaniem, muzułmanie nie są w stanie zagrozić obecnie światu zachodniemu, chyba że zaczną wystawiać swoich kandydatów w wyborach i uda im się umieścić jakąś znaczącą grupę w parlamentach krajów europejskich. Ale sądzę, że do tego jest jeszcze bardzo daleko.

– Ale tymczasem walka z muzułmańskim terroryzmem właśnie ponosi klęskę...

– To prawda. W ciągu ostatnich kilku lat globalna walka z terroryzmem przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Niemal cały świat arabski pogrąża się w coraz większym chaosie, a wiele krajów tego regionu to dziś państwa upadłe, których władza centralna nie jest w stanie kontrolować sytuacji na całym ich terytorium.

– Islamski terroryzm rozkwita, ponieważ stworzono mu znakomite warunki?

– Można powiedzieć, że obcy interwencjonizm w krajach arabskich nie tonuje, lecz podsyca, rozpala wszelkie religijne rozbieżności, wykorzystuje je w swoim celu, instrumentalizuje.

– I w końcu wszystko wymyka się spod kontroli?

– Z taką sytuacją mamy właśnie do czynienia. Pojawia się dziś pytanie i realna obawa, czy kalifat Abu Bakra al-Baghdadiego, czyli Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie, jest w stanie na długo zdestabilizować ten region, który w średniowieczu był jednym wielkim imperium muzułmańskim.

– Może kalif al-Baghdadi marzy o dawnej świetności tego regionu?

– To byłaby historia z krainy baśni „1000 i jednej nocy”. Moim zdaniem, to „państwo” będzie tak długo tolerowane przez Zachód, jak długo będzie blokować wpływy irańskie, a doraźnie Amerykanie oczywiście wspierają władze w Bagdadzie…

– W tym dziwnie wojennym roku mamy także kolejną krwawą odsłonę permanentnej wojny izraelsko-palestyńskiej. Premier Izraela mówi, że iracko-syryjscy dżihadyści to tacy sami terroryści, jak palestyński Hamas. Zgadza się Pan z tą opinią?

– Uważam tę opinię za niesprawiedliwą. Palestyńczycy czują się szykanowani przez Izrael, a Hamas jawi się jako organizacja, która staje w ich obronie. Zamieszkiwana przez Palestyńczyków Strefa Gazy została otoczona kordonem wojska izraelskiego, który odciął ją od reszty świata. W odpowiedzi Hamas lub inne palestyńskie bojówki wystrzeliwują swoje prymitywne rakiety (doraźnie budowane np. z rur wodociągowych), które spadają w Izraelu, nie czyniąc zbyt wielkich szkód.

– To dzięki rozpościerającej się nad tym państwem tzw. żelaznej kopule…

– Naukowiec izraelski dr Moti Shefer twierdzi, że system antyrakietowy „żelazna kopuła” to mit. W celu statystyczno-propagandowym zestrzeliwuje fikcyjne rakiety, ponieważ tych palestyńskich „domowej roboty” jest naprawdę niewiele. Koszty takiej obrony okazują się zbyt duże. Amerykański kongres zatwierdził ostatnio 400 mln dol. dofinansowania dla rozwoju „żelaznej kopuły”, a Izrael planuje chyba jednak bardziej zdecydowaną wojnę lądową. To świadczy o wątpliwej skuteczności tarczy antyrakietowej.

* * *

Dr Jan Bury
arabista, ekspert ds. Bliskiego Wschodu, UKSW

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Sejm: Magdalena Biejat odwołana z przewodniczenia komisji polityki społ. i rodziny

2020-01-16 13:10

[ TEMATY ]

polityka

Robert Sobkowicz / Nasz Dziennik

Biejat Magdalena

Posłanka Lewicy Magdalena Biejat została w czwartek odwołana z funkcji przewodniczącej sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny. Na nową przewodniczącą wybrano Urszulę Rusecką (PiS). Głosowanie poprzedziła burzliwa debata i polemiki między parlamentarzystami PiS i Lewicy.

Magdalena Biejat została wybrana na przewodniczącą sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny 14 listopada, na pierwszym posiedzeniu. Zagłosowało za nią 25 posłów, w tym członkowie Prawa i Sprawiedliwości.

Po wyborze Biejat przekonywała, że dla wszystkich członków komisji "w centrum jest człowiek, od prawa do lewa". - Możemy w różny sposób definiować najważniejsze potrzeby i sposób ich rozwiązywania, ale jestem przekonana, że będziemy potrafili ze sobą konstruktywnie współpracować, a rozwiązania, które będą wychodziły z tej komisji będą jak najlepsze dla Polek i Polaków - dodała.

Wkrótce po głosowaniu posłanka PiS Anna Siarkowska poinformowała, że tylko trzy członkinie tego ugrupowania były przeciwne wyborowi Biejat, inni albo zagłosowali "za", albo byli na posiedzeniu nieobecni. Nie przeszkodziło to PiS w złożeniu w grudniu wniosku o odwołanie lewicowej przewodniczącej.

Według Jana Kanthaka (PiS), Biejat nie może sprawować funkcji przewodniczącej komisji polityki społecznej i rodziny, bo jest osobą, która "niszczy polskie rodziny, chce zabijać poczęte dzieci, która zagraża naszej przyszłości". Odwołania Magdaleny Biejat domagała się również Konfederacja.

Sprawozdawczyni wniosku o odwołanie, posłanka Teresa Wargocka (PiS) argumentowała, że Magdalena Biejat jest jedynym przewodniczącym spośród 29 przewodniczących sejmowych komisji bez doświadczenia parlamentarnego, jest bowiem posłanką pierwszą kadencję. Biejat wytknięto też "absolutny brak aktywności" w czterech tygodniach, które nastąpiły po jej wyborze.

Zdaniem posłów PiS, przewodniczenie tej komisji powinno natomiast przypaść bardziej doświadczonej osobie. Nie bez znaczenia miał być przy tym także fakt, że jest to jedna z najbardziej obciążonych pracami komisji w Sejmie.

Jednak powodem odwołania stały się jednak także poglądy Magdaleny Biejat, które w uzasadnieniu uznano za kontrowersyjne. - Poglądy polityczne, jakie pani poseł reprezentuje w licznych wywiadach, m.in. w sprawie modelu rodziny, nie są podzielane przez większość naszego społeczeństwa. Wypowiedzi te rezonują w opinii społecznej i wywołują niezadowolenie wielu obywateli, że głosi je przewodnicząca komisji, w której zapadają decyzje o polityce państwa wobec rodzin - mówiła Wargocka.

Poseł Wargocka złożyła następnie trzy wnioski; o odwołanie Biejat z funkcji przewodniczącej komisji, o powołanie na przewodniczącą poseł Urszuli Ruseckiej (PiS) oraz o powołanie Roberta Warwasa (PiS) na zwolnione przez Rusecką stanowisko wiceprzewodniczącego.

W obronie Magdaleny Biejat stanęli posłowie Lewicy i Koalicji Obywatelskiej.

Marzena Okła-Drewnowicz (KO) poinformowała, że wytykanie braku doświadczenia parlamentarnego jest hipokryzją, gdyż przewodniczącą komisji rodziny w poprzedniej kadencji była Bożena Borys-Szopa, także po raz pierwszy zasiadająca w parlamencie. - Wtedy to państwu nie przeszkadzało? - pytała posłów PiS.

Inni parlamentarzyści argumentowali, że partia rządząca nie ma monopolu na sprawy społeczne w parlamencie. Sprzeciwiali się też temu, aby sprawy światopoglądowe czy polityczne decydowały o tym, kto ma być przewodniczącym komisji.

Sławomir Piechota (KO), przewodniczący komisji rodziny przez dwie kadencje, ubolewał, że łamany jest parlamentarny obyczaj przyznawania parytetu przewodniczenia komisjom według liczebności klubów parlamentarnych. - To bardzo niebezpieczny precedens. Sami kiedyś możecie paść ofiarą łamania tego obyczaju - mówił.

Głos zabrał też Grzegorz Braun z Konfederacji, ale zamiast uzasadniać swoją przychylność wobec wniosku PiS, skupił się głównie na krytyce postępowania tej partii. - Jedzcie tę żabę, koleżanki i koledzy, skoro umówiliście się na taki parytet - mówił, odnosząc się do podziału stanowisk w komisji.

Debata nie zmieniła jednak decyzji PiS, które mając większość w komisji, przy wsparciu Konfederacji, odwołało Magdalenę Biejat z funkcji przewodniczącej. Głosowało za tym 19 członków komisji, 12 było przeciw, nikt się nie wstrzymał.

Za wyborem Urszuli Ruseckiej opowiedziało się 18 posłów, wstrzymał się Grzegorz Braun. Na wiceprzewodniczącego wybrano też Roberta Warwasa. Po odwołaniu Biejat kluby opozycyjne KO i Lewicy opuściły posiedzenie, nie biorąc tym samym udziału w głosowaniu.

Do sejmowej komisji polityki społecznej i rodziny trafił w poprzedniej kadencji obywatelski projekt "Zatrzymaj aborcję", jednak prace nad nim nigdy się nie odbyły. Powołana w celu jego rozpatrzenia specjalna podkomisja nie zebrała się ani razu.

Projekt "Zatrzymaj aborcję" jest inicjatywą ustawodawczą zgłoszoną przez komitet inicjatywy ustawodawczej o tej samej nazwie. Został złożony w Sejmie 30 listopada 2017 przez działaczy pro-life z Fundacji Życie i Rodzina. Jego celem jest wykreślenie z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży tzw. przesłanki eugenicznej, pozwalającej na aborcję dzieci, u których stwierdzono podejrzenie nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Pod projektem podpisało się 850 tys. Polaków.

CZYTAJ DALEJ

Zawód podwyższonego ryzyka

2019-09-10 12:59

Niedziela Ogólnopolska 37/2019, str. 10-12

[ TEMATY ]

media

Tomasz Adamowicz/FORUM

Jakiś czas temu miałem spotkanie w zespole szkół na Podkarpaciu, gdzie uczniowie, na prośbę księdza, głośno odmówili modlitwę w mojej intencji. W Gdańsku natomiast na mój widok ktoś odkręcił szybę w aucie i wygrażał mi, krzycząc, że pracuję w szczujni… – tak o realiach swojej pracy opowiada znany dziennikarz telewizyjny Krzysztof Ziemiec

KATARZYNA WOYNAROWSKA: – Czy media to dziś realna czwarta władza, zdolna zmienić sposób myślenia ludzi, ocenę rzeczywistości?

KRZYSZTOF ZIEMIEC: – Świat tak szybko się zmienia, a szczególnie ten między Bugiem a Odrą, że dzisiaj media są rzeczywiście czwartą władzą i wielu dziennikarzy ma często nieporównywalnie większy wpływ na politykę niż sami politycy. Czasem dziwię się niektórym, że chcą iść do polityki, bo będąc obecnym w mediach np. jako ekspert, mają większy wpływ na wybory Polaków – na kształtowanie naszych umysłów – niż politycy.

– W czasie kampanii wyborczej ten wpływ na wybory polityczne Polaków widać znacznie wyraźniej...

Mariusz Książek/Niedziela

– Zawsze tak jest w kampanii. Ale mam wrażenie, że obecnie wielu dziennikarzy przekroczyło dawniej nieprzekraczalną granicę. Kiedyś nie zdarzały się sytuacje, żeby znany dziennikarz angażował się już nie tylko w popieranie jakiegoś polityka, ale w zbieranie podpisów pod jego kandydaturą! Najbardziej smutne jest dla mnie jednak to, że nie dla wszystkich to, o czym teraz mówię, jest oczywiste. Wielu dziennikarzy krytykuje takie zachowania, ale równie wielu postępuje podobnie lub nie widzi w tym nic nagannego i tłumaczy np., że dziennikarz jest też obywatelem. Dziennikarz opisujący politykę takich rzeczy nie może robić. Więc to też pokazuje, że obecnie media są jak najbardziej czwartą władzą. Mają ogromny wpływ na rzeczywistość.

– A więc są w Polsce dwa wrogo nastawione do siebie plemiona, które dysponują własnymi mediami. Naprawdę liczą się tylko politycznie zaangażowani dziennikarze?

– To jest bardzo trudne pytanie, bo zależy, jak się na to spojrzy. Zwolennicy jednej partii będą dziennikarzy, którzy próbują być obiektywni, nazywać propagandystami, bo uznają, że tylko „nasi” dziennikarze są obiektywni, zwłaszcza jeśli ujawnią afery partii, której nie lubimy. I odwrotnie. Zwolennicy tamtej drugiej partii powiedzą to samo o mediach przeciwników. Niektórzy tak mocno się okopali na tych stanowiskach, że straszliwie trudno jest się wznieść, niczym dron, ponad to i ocenić sprawę obiektywnie...
Ale powiem coś jeszcze – mam wrażenie, że nasi odbiorcy zmienili się również w szerszej perspektywie i chcą słuchać i czytać tylko „swoich”. Dla przykładu: dziś czytelnicy pani pisma nie wezmą do rąk „Newsweeka” i odwrotnie – czytelnicy „Newsweeka” uznają, że czytanie „Niedzieli” im uchybia, jest jak plama na honorze...
Dziś widzowie takiej czy innej telewizji w dużej mierze już nawet nie chcą wyważonego stylu dziennikarstwa z dzieleniem włosa na czworo. Dla nich tzw. symetryści to frajerzy, którzy nie opowiedzieli się jeszcze po jednej czy drugiej politycznej stronie. Odbiorcy, szczególnie stacji telewizyjnych czy niektórych czasopism społeczno-politycznych, które już dawno zostały nazwane tygodnikami tożsamościowymi, nie oglądają tej drugiej stacji, nie czytają tej drugiej gazety. Czasem, gdy dziennikarz usiłuje być zbyt obiektywny, traci nawet na znaczeniu – bo jest, zdaniem widza czy czytelnika jednej ze stron, zbyt miękki, wahający się...

– A zatem czego odbiorca oczekuje od dziennikarza? Że powie mu to, co chce usłyszeć?

– Coraz częściej tak. Ale przede wszystkim chce krwi, oczywiście, w cudzysłowie. Chce emocji, a nie nudnej dyskusji. Na pewno nie oczekuje programu, w którym dzieli się włos na czworo. Woli, by dziennikarz przybił do ściany tych, których nie lubi. Więc gdy dziennikarz stara się być obiektywny i wyważony, staje się dla wielu odbiorców nijaki, czyli po prostu niewiarygodny.

– To na czym polega dobre dziennikarstwo? Rozmawiałam niedawno z młodymi dziennikarzami, którzy przekonywali mnie, że dziś dziennikarz musi być przede wszystkim szybki i efektywny...

– Bo musi! Każdy dziennikarz musi opanować w pierwszej kolejności szybkość i efektywność. To nie są już czasy, że gdy coś ustalano rano na kolegium, to do wieczora to obowiązywało. Dzisiaj to, co ustali się rano, już w południe jest nieaktualne, a wieczorem ma wartość archiwalną. Dzisiaj trzymanie ręki na pulsie jest nieporównywalnie trudniejsze niż kiedyś, dlatego że wydarzenia się dzieją nieporównywalnie szybciej. Na tych 12 czy 15 platformach internetowych newsy pojawiają się co kilka sekund. Kiedyś się czekało, co napiszą w gazetach albo co powiedzą wieczorem w wiadomościach, dzisiaj ludzie mają to on-line na portalach i w mediach społecznościowych. Politycy często omijają dziennikarzy „bajpasem” i wrzucają swój komentarz na Twittera, Facebooka czy innego komunikatora, dając w ten sposób do zrozumienia, że już nie potrzebują dziennikarzy, żeby się komunikować ze światem...

– Zapytam więc ponownie o dobre dziennikarstwo...

– Dziennikarz, moim zdaniem, musi być przede wszystkim ciekawy świata, innych opinii, musi umieć słuchać – nawet, a może przede wszystkim tych, z którymi się nie zgadza. Nawet jeśli mówią rzeczy niezgodne z jego światopoglądem. To jest dzisiaj bardzo trudne, choćby ze względu na te bębny informacyjne, które nadają nieustannie, i to z wielu stron.
Podstawa to umiejętność słuchania i dyskusji bez atakowania rozmówcy. Tymczasem ktoś, kto nie atakuje, nie jest agresywny, dziś uważany jest za słabego.

– A co z dziennikarstwem refleksyjnym, pogłębionym, co z reportażem, zwłaszcza tym literackim, z wywiadem, analizą jakiegoś zjawiska?

– Gdybyśmy w tej chwili zapytali kogoś na ulicy, czym jest dziennikarstwo, odpowiedziałby zapewne, że informacją. A przecież dziennikarstwo ma wiele barw, gatunków... Z przykrością przyznaję, że te inne gatunki mają coraz mniejsze grono odbiorców. I są to raczej odbiorcy, nazwijmy ich, dojrzali i wyrobieni. Dam przykład – Telewizja Polska cały czas pokazuje Teatr Telewizji o bardzo dobrej porze, w tzw. prime time... Ale teatr i tak przegrywa z popularnym serialem, kabaretem czy koncertem muzycznym. Ludzie nie mają dziś ochoty, nie mają sił ani czasu na oglądanie programów wymagających uwagi czy jakiegoś przygotowania. Oczywiście, Teatr Telewizji nadal – dzięki Bogu – ma ogromną widownię i oglądalność może największą w tej części Europy, ale zmęczeni ludzie wolą obejrzeć koncert z gwiazdami, kabaret czy ulubiony serial, a nie Teatr Telewizji czy widowisko nawet bardzo znanego reżysera. Ludzie się zmieniają, więc trzeba iść za widzem, za czytelnikiem. Trzeba czuć jego zapotrzebowanie. Bo inaczej nasza praca nie miałaby sensu.

– Kiedyś się mówiło, że telewizja kształtuje gust odbiorcy. A kto kształtuje gust ludzi od telewizji?

– Telewizja już chyba nie kształtuje gustów... Bo dziś to wszystko odbywa się w internecie. Mam trójkę dzieci i widzę, że one wszystko mają w telefonie komórkowym albo na tablecie. I to są serwisy, blogi, wpisy ich bohaterów, o których my, ludzie w średnim wieku, nie mamy zielonego pojęcia. I to one, a nie z całym szacunkiem media tzw. tradycyjne, kształtują gust młodego pokolenia. Telewizja, prasa i radio są ważne, ale nie są jedyne w tym kształtowaniu naszych gustów czy decyzji. To się bezpowrotnie skończyło. Znów posłużę się przykładem. Dla ludzi w średnim wieku i starszych w tym sezonie wyznacznikiem zachowań, tematem rozmów i komentarzy był serial „Zniewolona”. Ale w tym samym czasie młodzi ludzie mogą nie wiedzieć nawet, o co chodzi. Coraz więcej młodych nie ma w domu telewizora, bo nie jest im do niczego potrzebny. Nie słuchają radia, bo muzyki słuchają tylko ze specjalnych platform. Gdy zobaczą urywek jakiegoś programu w internecie, podkreślam – urywek, wtedy być może będą chcieli zobaczyć więcej, ale najczęściej ten fragment im wystarczy. Nieraz spotykam się z tym w mojej pracy dziennikarskiej, że młodych interesuje tylko atrakcyjny fragment. Na szczęście TVP ma portal internetowy, który umieszcza to, o czym mówimy i dzięki temu idzie to dalej w świat. Miałem ostatnio niezwykłego gościa – Żyda polskiego pochodzenia, który ocalał z Zagłady. Był 1 września na trybunie honorowej w Warszawie obok prezydenta RP, prezydenta Niemiec i wiceprezydenta USA. W moim programie powiedział bardzo stanowczo, że Niemcy nie mają co przepraszać, tylko mają nam zapłacić odszkodowania za wojenne zbrodnie, bo przeprosiny to za mało. Gdyby nie media społecznościowe, ten mocny przekaz usłyszałoby pewnie tylko dojrzałe pokolenie. Dzięki portalowi internetowemu TVP ta wypowiedź dotarła także do młodych, zmieniając – być może – ich punkt widzenia czy światopogląd.

– Jest Pan dziennikarzem ponad dwadzieścia lat. Na ile w tym czasie zmienił się sposób uprawiania dziennikarstwa?

– Zmienili się bardzo ludzie, niestety, na niekorzyść. Bywa, że nie potrafią ze sobą rozmawiać. To smutne, bo mam wrażenie, że dzisiaj dziennikarze toczą ze sobą mocniejsze boje polityczne niż sami politycy.
Poszły też w dół standardy. Kiedyś uczono mnie, że każdą informację trzeba sprawdzić dwa razy, i to w różnych źródłach, nim się ją opublikuje. Dzisiaj nikt niczego już nie sprawdza. Nikt się w takie rzeczy nie bawi, bo każdy chce być pierwszy. Jak będzie pierwszy, to będzie cytowany i nagradzany. Zyska uznanie, co w tym zawodzie jest arcyważne.
Drugą, znacznie groźniejszą chorobą dziennikarską, są dziś tzw. fake newsy, czyli zwyczajne kłamstwa. Dawniej nie miało prawa coś takiego się zdarzyć. Obecnie fake newsów używa się powszechnie, żeby kogoś obrzucić błotem, zniszczyć, złamać mu życie. Odkręcanie tego potem jest bardzo trudne, bo nikt nie będzie czytał sprostowań, natomiast wszyscy w nieskończoność będą powtarzać raz wyprodukowane bzdury... Proszę sobie przypomnieć, że niedawno poważny portal internetowy podał kłamliwą informację, okraszając ją jeszcze bardziej kłamliwym zdjęciem, na którym Donald Trump zamiast przyjechać do Polski grał w golfa w Irlandii. Okazało się, że to było zdjęcie sprzed 6 lat. Zupełnie niedawno jeszcze takie rzeczy robili wyłącznie internauci amatorzy, a dziś poważna redakcja. To czego mamy oczekiwać od odbiorców? Dlatego coraz częściej powtarzam, że dziś każdy musi nauczyć się czytać media, bo inaczej coraz trudniej będzie nam dostrzec, gdzie jest prawda, a gdzie fałsz.

– A nie ma Pan ochoty rzucić tego wszystkiego i zacząć np. utrzymywać się z pisania książek?

– Tak... Miałem, i to niejeden raz od samego początku dziennikarskiej pracy. Ale mam rodzinę na utrzymaniu (śmiech), a z pisania książek w Polsce się nie wyżyje. Miewam takie momenty, ale potem... no właśnie. Jeżeli ktoś ma mocną duchowość, to wie, że wszystko jest po coś. Nawet najtrudniejsze wydarzenia w życiu, momenty załamania czy zawahania może są po to, żeby zdać sobie sprawę, że jestem dobry w tym, co robię, a złe głosy podpowiadają, żebym odszedł i rzucił wszystko. Wielu by pewnie tego chciało... Po mnie przyjdą inni, pozostaje pytanie: czy lepsi?
Dziennikarstwo to zawód wymagający wielkiego wysiłku intelektualnego i emocjonalnego. Każdy zawód twórczy, a dziennikarstwo jest takim zawodem, wymaga wyrzeczeń. Trzeba sprostać wyzwaniom w życiu zawodowym i prywatnym. I pewne rzeczy się gubi, czasem bezpowrotnie. Może przyjść chwila, że nie zechcą mnie już w redakcji, a w rodzinie już mnie nie rozpoznają... Wielu ten błąd popełnia, nie dbając o dom.

– Łatwiej jest dziennikarzowi wierzącemu w Boga?

– Trudniej, bo wierzący więcej od siebie wymaga, przynajmniej ja mam takie wrażenie. Na wiele spraw w pracy patrzę przez pryzmat grzechu i teraz wiele osób, które będą to czytały, powie: – Przecież ty grzeszysz codziennie... A ja sobie myślę, że grzeszę jak każdy, bo każdy z nas jest słaby. Mój zysk polega na tym, że mogę sobie zdać z tego sprawę, przyznać się do grzechu, wyspowiadać się i poprawić. Rozmawiałem kiedyś ze znanym, czyli często krytykowanym politykiem, i zapytałem, czy nie ma dość takiego życia. A on mi odpowiedział, że choć nieraz chciał rzucić politykę, zawsze przypominało mu się, że jest Ktoś ważniejszy, Kto nadaje głębszy sens jego wysiłkom, i to w znacznie dalszej perspektywie niż kilka dni czy tygodni. Mogę się pod tym podpisać. Wszystkie te trudne emocjonalne chwile traktuję jako element próby, sprawdzian, czy się zachowam przyzwoicie, czy nie, czy stanę po stronie prawdy, czy kłamstwa. Moi oponenci być może pukają się w tej chwili w głowę, ale mówię to szczerze. Tylko wiara pomogła mi wytrwać w tym zawodzie, inaczej dawno bym zwariował. Pomogła przejść przez najtrudniejsze chwile życia. Wiara i rodzina, a to się w jakimś sensie łączy, to moje fundamenty. Bez nich byłbym innym człowiekiem, innym dziennikarzem.

CZYTAJ DALEJ

Narodowy Marsz Życia 2020 już 22 marca

2020-01-24 10:48

[ TEMATY ]

marsz dla życia

narodowymarszzycia.pl

22 marca 2020 r. kolejny już raz ulicami Warszawy przejdzie Narodowy Marsz Życia.

Prezentujemy informacje Organizatorów:

Będzie to centrum obchodów Narodowego Dnia Życia, który zgodnie z uchwała Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej „powinien być manifestacją solidarności społecznej, zachętą do wszelkich działań służących wsparciu i ochronie życia oraz okazją do narodowej refleksji nad odpowiedzialnością władz państwowych, społeczeństwa i opinii publicznej za ochronę i budowanie szacunku dla życia ludzkiego, szczególnie ludzi najmniejszych, najsłabszych i zdanych na pomoc innych”.

Dlatego też nasz ogólnopolski Marsz ma być przede wszystkim radosną i pozytywną afirmacją życia człowieka od urodzenia do naturalnej śmierci. Będziemy jednak domagać się także poważnego traktowania spraw które są fundamentem życia narodowego i chrześcijańskiej cywilizacji życia.

Upomnimy się między innymi o przyjęcie przez Sejm obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, wypowiedzenie przez nasze państwo genderowej Konwencji Stambulskiej i zaproponowania Międzynarodowej Konwencji Praw Rodziny. Ubiegłoroczny Marsz, który zgromadził ponad 20 000 osób był przede wszystkim manifestacją solidarnych rodzin.

Jesteśmy przekonani, że będzie nas jeszcze więcej w tym szczególnym roku św. Jana Pawła II. Pamiętamy, że uchwała o ustanowieniu w Polsce państwowego święta – Narodowego Dnia Życia – była odpowiedzią Polskiego Parlamentu na apel i prośbę Jana Pawła II, zawartą w encyklice „Evangelium Vitae”, aby „corocznie w każdym kraju obchodzono Dzień Życia.

Jego podstawowym celem jest budzenie w sumieniach, w rodzinach, w Kościele i w społeczeństwie świeckim wrażliwości na sens i wartość ludzkiego życia w każdym momencie i w każdej kondycji: należy zwłaszcza ukazywać, jak wielkim złem jest przerywanie ciąży i eutanazja”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję