Reklama

Wdzięczność z Białorusi

2014-09-03 16:12

Mariusz Rzymek
Edycja bielsko-żywiecka 36/2014, str. 5

PS
Przedstwienie w dowód wdzięczności

Nie dziwię się, że siostra taka dobra, bo tutaj dobrzy ludzie mieszkają – mówił Sasza, 16-latek z Białorusi do serafitki, s. Euchari Hulbój, podczas pobytu w dniach 10-19 sierpnia 33-osobowej grupy młodych parafian z Sopoćkina w Hałcnowie

U nas by na obcych nie dali, nie podzieliliby się z nimi pieniędzmi – tak 24-letnia Irena skomentowała kwestę pod kościołem Nawiedzenia NMP, którą przeprowadzono, aby sfinansować pobyt Polonusów zza wschodniej granicy. Kwota 5 tys. zł, którą miejscowi dla nich zebrali, przyjezdnym nie mieściła się w głowach. – Mówię im o tym, że tu dzielimy się z innymi tym co mamy. I to do nich niezwykle przemawia – stwierdza s. Eucharia. I dopowiada: – Na Białorusi pomoc w takiej formie to rzadkość. Jaskółki zmian latają jednak w powietrzu. Po tegorocznych przygotowaniach do Komunii Świętej rodzicom zostały jakieś pieniądze i przyszli z nimi do mnie. Kiedy powiedziałam im, że ich nie potrzebuję, usłyszałam, że skoro od lat robię dla dzieci „Wakacje z Bogiem”, to mi się przydadzą – wspomina zakonnica. Postawa Białorusinów przypomina trochę bieg długodystansowca, który do mety zbliża się małymi krokami, nie robiąc przy tym nagłych zrywów. Powszechna sowietyzacja nauczyła ich, że nie wolno wychylać się poza szereg i że z sercem na dłoni nie podchodzi się do drugiego człowieka. Siostra z Polski czekała 7 lat na zdobycie ich zaufania, na powolne odtajanie lodów. Była sprawdzana. Teraz, po 9 latach pobytu, stała się godna wejścia w ich świat. Chodzi o świat tych osób, które same sobie tego życzą. – Mam dobry kontakt z tymi, których długo znam. Ich uczyłam, wyjeżdżałam z nimi i wiem czym żyją. Ci których znam mniej są dla mnie grzeczni – stwierdza s. Eucharia.

Ludzie, i to młodzi, chcą jednak jej towarzystwa. Trwające przez 2 tygodnie w parafii w Sopoćkinie „Wakacje z Bogiem” zgromadziły przeszło 50 osób. W tym czasie odbyły się wycieczki, konkursy, zabawy, gry, modlitwy, wyjazd do Nowogródka, czy 7-kilometrowa ekspedycja rowerowa zwieńczona pieczeniem kiełbasek. – W ramach podziękowania zostałam zaproszona na łowienie ryb. Nawet wędkę ponoć mi sprawili. Nigdy tego nie robiłam, więc zabawa może być przednia – śmieje się s. Eucharia. Jednak nie tylko ryby stają się pretekstem do przebywania z serafitką. W minionym Wielkim Poście 10-osobowa grupa studentów zaprosiła ją do Teatru Dramatycznego w Grodnie na przedstawienie „Narodzenie” opowiadające o czterech kobietach wahających się czy urodzić własne dzieci. Mądra sztuka o poświęceniu, oddaniu i miłości, kończy się happy-endem. – W Polsce, w państwowym teatrze boję się, że tak niemal prochrześcijańskiego przedstawienia by nie wystawili – puentuje zakonnica. Co jednak istotne – tę sztukę znaleźli dla niej i dla siebie jej wychowankowie, osoby, dla których habit, język polski i krzyż dużo znaczą.

– Na Białorusi nieczęsto spotyka się ludzi, którzy dla obrony własnych wartości będą się komukolwiek narażać. Ale to też się zmienia. Moja znajoma studentka medycyny opowiadała, jak przed egzaminem u wrogo nastawionego do religii profesora koledzy namawiali ją do ściągnięcia z szyi krzyżyka. Nie zrobiła tego, choć wiele ryzykowała. Ostatecznie egzaminowała ją pani profesor, a siedzący obok ateista ograniczył się do uwagi: „Po co adeptce medycyny ten krzyżyk” – mówi zakonnica.

Reklama

Nic zatem dziwnego, że takich ludzi, którzy są zdeterminowani bronić własnych przekonań, a nadto angażują się na co dzień w życie parafii, s. Eucharia zabiera ze sobą. W te wakacje jej podopieczni mieli do wyboru Mazury i Bielsko-Białą. Nad jeziora wyjechało 46 osób, a w góry 33. Ci najbiedniejsi często zabierani byli za „Bóg zapłać”, bądź opłacali sobie jedynie koszty przejazdu. W Bielsku-Białej pobyt Polonusów z Białorusi udało się sfinansować dzięki różnym ludziom dobrej woli i miejscowym siostrom serafitkom, które do dyspozycji przyjezdnych oddały ośrodek rekolekcyjny. Wśród atrakcji jakie przygotowano dla przyjezdnych było zwiedzanie Krakowa, Wieliczki, nawiedzenie sanktuarium w Łagiewnikach, Jasnej Góry, Kalwarii Zebrzydowskiej, Muzeum Domu Rodzinnego Karola Wojtyły w Wadowicach, wyjazd na Kasprowy Wierch, do Parku Linowego w Ochabach i na baseny. W dowód swej wdzięczności Polonusi wystawili przedstawienie „Misterium wojenne”, w którym sceny z życia okupowanej Polski przeplatały się z pantomimicznymi obrazami Męki Pańskiej oraz zadbali o oprawę liturgiczną dwóch niedzielnych Eucharystii.

– Oni widzą ile tu dostali. Czytają ceny na biletach i te w kasach, przeliczają na swoje pieniądze. Wiedzą, że ich pobyt tu, to wynik szczodrości tutejszych mieszkańców. „Proszę siostry, dobrze byłoby zaprosić tych ludzi do nas. Wzięlibyśmy ich do domów i przyjęli tak jak oni nas przyjmują” – usłyszałam. I dlatego warto tu z tą młodzieżą przyjeżdżać i uczyć ją co to znaczy dzielić się z drugim człowiekiem – wspomina swój pobyt w Bielsku-Białej wywodząca się z Hałcnowa s. Eucharia.

Tagi:
Polonia

Duszpasterz japońskiej Polonii o nadziejach związanych z wizytą Franciszka i o sobie... (wywiad)

2019-11-14 18:24

Rozmawiał Krzysztof Tomasik (KAI) / Tokio

Nadzieje związane z wizyta papieża Franciszka w Japonii należy widzieć na dwóch płaszczyznach: ogólnonarodowej oraz dotyczącej katolików - uważa o. Paweł Janociński, dominikanin od ponad 40 lat pracujący w Kraju Kwitnącej Wiśni. W rozmowie z KAI wykładowca na Uniwersytecie Białej Lilii i w Centrum Nicholasa Barré w Tokio oraz duszpasterz japońskiej Polonii mówi m.in. o "blaskach i cieniach" społeczeństwa japońskiego, religijnym synkretyzmie, relacjach chrześcijańsko-buddyjskich, przeszkodach w ewangelizacji Kraju Kwitnącej Wiśni i wyzwaniach jakie stoją obecnie przed japońskim Kościołem.

Nasz Dom Japonski
Duszpasterz Polonii japońskiej O. Paweł Janociński OP

Krzysztof Tomasik (KAI): Japończycy to w 99 proc. niechrześcijanie. Czy wiążą oni z wizytą papieża Franciszka jakieś nadzieje? Co na ten temat mówią media a także pytani przez Ciebie konkretni ludzie? O. Paweł Janociński OP: Wydaje się, że oczekiwania większości Japończyków wobec wizyty papieża jako światowego autorytetu duchowego, moralnego a także politycznego dotyczą pokojowej, powojennej tradycji tego kraju. Można tu zacytować działaczy organizacji pokojowych, którzy czekają na mocne słowa Franciszka w Nagasaki i Hiroszimie dotyczące m.in. likwidacji przez wszystkie kraje broni atomowej. Warto też zwrócić uwagę, że oczekiwania te są wypowiadane w kontekście militarystycznych zapędów obecnego rządu, podczas gdy większość Japończyków pragnie dalej pokojowego rozwoju kraju bez brania udziału w wyścigu zbrojeń.

KAI: Czy papież w Japonii zetknie się z „ponowoczesną próżnią” jak uważa kard. Jean-Claude Hollerich, który dobrze zna Japonię, bo pracował tam przez 17 lat jako jezuicki misjonarz? - Do tej intrygującej skądinąd wypowiedzi ustosunkował się ostatnio m.in. prowincjał tutejszych dominikanów o. Jean Hisao Miyamoto. Powiedział on, że papież raczej nie spotka w Japonii „próżni”. Podał przykład swojej drogi życiowej. Pochodzi on z typowej szintoistyczno-buddyjskiej rodziny z Niigata, która żyła w oparciu o tradycyjne wartości obecne w tych religiach. W jego przypadku stało się jednak tak, że zapragnął pogłębić wartości zaszczepione mu przez rodzinę, szkołę i religię. Stąd kolejnym jego krokiem życiowym był chrzest w Kościele katolickim a później odkrycie w sobie powołania kapłańskiego i zakonnego. Podobnych losów życiowych w Japonii można spotkać wiele.

- Jak papieska pielgrzymka obecna jest w mediach?

- Media stale informują o programie papieskiej pielgrzymki. Ale podają też i pewne konkretne działania związane z pielgrzymką, które w kontekście japońskiej kultury, paradoksalnie, bardzo się liczą. Na przykład dziennik "Asahi Shimbun" opisał historię uczniów pewnej szkoły, którzy chcą wybrać się na wycieczkę wieńczącą ich kilkuletnia naukę do Hiroszimy i odwiedzić tam m.in. Muzeum Pokoju. Okazało się, że termin ich przyjazdu zbiega się z pobytem Franciszka w tym miejscu. Nauczyciel szkoły napisał o tym do papieża i otrzymał od niego odpowiedź, w której Ojciec Święty zaprasza ich wszystkich 24 listopada na wspólną modlitwę o pokój. Zostało to przyjęte z wielką wdzięcznością. Z kolei Muzeum Pokoju tego dnia znacznie przedłużyło godziny otwarcia biorąc pod uwagę te nadzwyczajne okoliczności. Ten drobny papieski gest jest szeroko komentowany. Tego typu życzliwość po prostu niezwykle ujmuje Japończyków.

- Jak skomentowałbyś hasło papieskiej pielgrzymki: "Chronić każde życie"? - Hasło: "Chronić każde życie" po angielsku i po japońsku, czyli poszanowanie ludzkiego życia we wszystkich jego aspektach, widnieje na niezliczonych plakatach rozwieszonych w całym Tokio. Chodzi szczególnie o zwrócenie uwagi na poszanowanie życia nienarodzonych, co niestety dla wielu Japończyków nie jest problemem. Co ciekawe z papieską wizytą duże nadzieje wiążą nawet skazani na karę śmierci więźniowie. Jeden z nich, ochrzczony w więzieniu katolik twierdzi, że został skazany niewinnie i od lat czeka na wykonanie wyroku śmierci. O jego losie napisał niedawno, w kontekście przyjazdu papieża, w obszernym artykule dziennik "The Japan Times". Czy wizyta przyczyni się zatem także do zniesienia kary śmierci w Japonii? Zobaczymy. KAI: Jakie znaczenie wizyta ma dla "małej trzódki" japońskich katolików?

- Przeprowadziłem sondę wśród ok. 20 osób, studiujących Pismo Święte w katolickim centrum Nicholasa Barré w Tokio. Poprosiłem o krótką odpowiedź na pytanie, jakie nadzieje wiążą z papieską pielgrzymką. W odpowiedzi niektórzy napisali, że już sam fakt uczestniczenia w papieskiej Mszy św. stanowić będzie dla nich olbrzymie umocnienie wiary tutejszego Kościoła nie tylko wśród wiernych, a może jeszcze bardziej w odniesieniu do duchownych, którzy wpadają często w pułapkę traktowania parafii jako małej firmy. Niektórzy podkreślali, jak wielkie znaczenie miały tu papieskie Msze św. pod przewodnictwem św. Jana Pawła II przed 38 laty. Inna osoba napisała, że ostatnio daje się zauważyć spadek zainteresowania chrześcijaństwem w Japonii i dlatego byłoby wielką łaską, gdyby „gorące” papieskie przesłanie dotarło szczególnie do młodych Japończyków. Inna odpowiedź dotyczyła nierówności społecznych, spychania na margines słabszych, znęcania się na uczniami w szkołach itp. "Papież zapewne zgodnie ze swoim nauczaniem stanie po stronie słabych i odtrącanych. Być może po rozmowie z cesarzową Masako, która ma wykształcenie katolickie, umocnią się w niej chrześcijańskie wartości, które później zaowocują w jej wypowiedziach i działaniach. Podobnie rozmowa papieża z premierem Shinzō Abe może przekona japońskiego polityka, że istnieje inne spojrzenie na sprawowanie władzy, które polega nie tylko na przystawaniu z bogatymi i możnymi tego świata, ale obejmuje również ludzi biednych, dotkniętych kataklizmami itp." - napisano w odpowiedzi na moje pytanie. Przeglądając ostatnie numerów tygodnika katolickiego „Katorikku Shimbun” w nagłówkach dotyczących przyjazdu papieża, obok jego imienia pojawia się często słowo „Serei”, oznaczające Ducha Świętego. Być może tkwi w tym jakieś ukryte pragnienie duchowej przemiany Kościoła, który jakby dostał „zadyszki” lub „przesilenia” po dynamicznym okresie rozwoju w latach powojennych. W jednej z wypowiedzi moich respondentów ta nadzieja została wyrażona następująco: „Oby nasz Kościół w kontekście wizyty papieża otworzył się na dary Ducha Świętego, który jest Ojcem ubogich, Dawcą darów mnogich i Światłością sumień”.

- Teraz przejdźmy do osobistych spraw. Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z Japonią?

- O. Paweł Janociński: Od przyjazdu do Krakowa w 1974 r. ojca Marie Shigeto Oshidy OP, jednego z japońskich pionierów dialogu chrześcijańsko-buddyjskiego. Byłem wtedy klerykiem. Opowiadał nam wiele o swoim kraju i zachęcał do przyjazdu, aby wspomóc miejscowych dominikanów. Po święceniach kapłańskich zdecydowałem się. Wyjechałem w 1977 r. Byłem drugim, obok o. Czesława Forysia, polskim dominikaninem, który zdecydował się na wyjazd do Japonii. Wcześniej przybył o. Julian Różycki, a później m.in. o. Krzysztof Broszkowski i o. Marcin Mańkowski, który był następnie kapelanem wojskowym w bazie amerykańskiej. Miałem wyjechać zaraz po święceniach, ale nie udało się, gdyż komunistyczne władze nie dały mi paszportu za to, że dominikanie wspierali studencką opozycję. Z drugiej strony, rok w Polsce, który spędziłem po święceniach był dla mnie bardzo owocny. Związałem się wtedy z ruchem rekolekcji charyzmatycznych, na które zapraszaliśmy wtedy naszego arcybiskupa, kard. Karola Wojtyłę. Osoba św. Jana Pawła II była dla mnie i wielu niezwykle ważna w tamtym czasie, ale po latach widzę, jak jest on ważny do dzisiaj także dla Japonii.

- Znaliście się dobrze z kard. Wojtyłą?

- Głosił dla nas rekolekcje i mieliśmy okazję do wielu rozmów.

- W końcu "ubecja" dała Ci paszport...

- Na początku mówili mi, że mogę zapomnieć o paszporcie i wyjeździe do Japonii. Tak bardzo chciałem wyjechać, że kiedyś miałem sen, w którym chodzę w kimonie po centrum Tokio w dzielnicy Ginza i zmierzam do Pałacu Cesarskiego na audiencję. Gdy się przebudziłem miałem pewność, że tam w końcu trafię. Na pewno do mojej japońskiej przygody przyczyniły się modlitwy moich przyjaciół charyzmatyków. W końcu dostałem informację, że mogę zgłosić się do urzędu i otrzymałem paszport. Oczywiście pouczano mnie, abym nie prowadził żadnej działalności politycznej.

- I w 1977 r. zacząłeś przygodę z Japonią...

- W duchu dominikańskiej mądrości życiowej po przyjeździe zaraz poszedłem do szkoły języka japońskiego dla obcokrajowców. Byłe to bardzo cenna rzecz, acz bardzo kosztowna. Przez dwa i pół roku uczyłem się japońskiego i to z sukcesem, z czego jestem zadowolony, gdyż dla Europejczyka jest to bardzo trudny język.

- Co sprawiało największą trudność?

- Znaki, które trzeba wkuć na pamięć. Są to znaki chińskie, a oprócz tego mamy jeszcze dwa japońskie alfabety. Potem z Tokio zostałem skierowany do Fukushimy, którą w 2011 r. dotknęła tragedia trzęsienia ziemi i tsunami. Spędziłem tam bardzo dobry czas wśród wspaniałych ludzi. W Fukushimie pracowałem w sumie 10 lat na parafii. Teraz co miesiąc tam jeżdżę i spotykam się z moimi przyjaciółmi katolikami w tzw. grupach studyjnych.

- Nie za bardzo czułeś się w roli wikariusza i proboszcza. Dlaczego?

- Nie mam powołania do tego typu pracy. Byłem na parafii, ale po 10 latach wyjechałem do USA na studia. Ukończyłem wydział psychologii chrześcijańskiej na Uniwersytecie im. św. Ignacego Loyoli w Chicago. Były to studia bardzo praktyczne, które później bardzo mi pomogły w mojej pracy. Nie były one idealne, gdyż teraz widzę, że w ich trakcie można było bardzo łatwo wejść w ducha filozofii New Age, któremu trochę wtedy uległem. Choć wydaje się ona już przebrzmiała, to nadal ma wpływ wielu, w tym duchownych. Z drugiej strony dostrzegłem, jak bardzo potrzebna jest psychologia w Kościele, ale zdrowa, która nie stawia w miejsce Jezusa Chrystusa jakichś kulturowych chimer i je absolutyzuje. Dzięki mojemu wcześniejszemu doświadczeniu charyzmatycznemu udało mi się w końcu uniknąć tych pułapek. W USA pojawił się w moim życiu kolejny "proroczy sen", w którym grupa japońskich kobiet, z białymi welonami na głowie modli się za mnie na różańcu przed figurą Matki Bożej zwanej tutaj "Lurdo", czyli Matki Bożej z Lourdes, bardzo popularnej w Japonii. A modliły się za mnie, abym z USA powrócił do Kraju Wschodzącego Słońca.

- To Twój drugi, nowy etap, przygody z Japonią...

- Bez wątpienia. Uświadomiłem sobie, że kocham Japończyków i chcę wśród nich być i im służyć. Można powiedzieć, że otrzymałem na tę japońską drogę życia namaszczenie Ducha Świętego. W 1989 r. powróciłem do Tokio i podjąłem studia podyplomowe na jezuickim Uniwersytecie Sophia. Po ich ukończeniu zostałem wykładowcą na Uniwersytecie Białej Lilii (Shirayuri), który jest uczelnią dla kobiet, z których 90 proc. to nie są chrześcijanki. Dlatego muszę wybierać tematykę bardziej ogólną. Teraz wykładam przedmiot, który najogólniej można nazwać "Opieka nad sercem". Ponadto prowadzę zajęcia w katolickim Centrum Nicholasa Barré.
W Japonii, podobnie jak w innych krajach, wiele dzieje się przez codzienne kontakty z ludźmi. Jeśli się im spodobasz to cię zapraszają do wzięcia udziału w różnych inicjatywach. W duchu dominikańskim najczęściej spotykamy się w grupach modlitewnych i grupach studyjnych. Na przykład w Centrum Nicholasa Barré, noszącym imię francuskiego zakonnika, odbywają się zajęcia grup studyjnych z Pisma Świętego, na temat Apokalipsy św. Jana, Pierwszego Listu św. Piotra, który można uznać za jeden z fundamentów chrześcijaństwa, czy historii Kościoła, w ramach której wiele miejsca poświęciliśmy mistycyzmowi św. Jana od Krzyża, a teraz św. Edyty Stein.
Ponadto przy wielu kościołach działają takie grupy studyjne. Jedną z inicjatyw, która ciszy się dużą popularnością jest "Sto tygodni z Pismem Świętym", w ramach której są czytania, rozważania i modlitwa. Mamy grupy m. in. Jokohamie, czy w Kichijouji, u ojców werbistów, u których spotkania odbywają się w bloku mieszkalnym. Popularne są też grupy związane z pochodzącą z Grecji mistyczką Vassulą Rydén. Ponadto prowadzę grupy modlitewne, odprawiam msze św. m. in. dla chorych np. na pierwszym uniwersytecie katolickim jaki powstał w Japonii, Uniwersytecie Sacred Heart (Sacré-Cœur) w Tokio.

- Jak bardzo są obecni dominikanie w Japonii?

- Mamy dwa wikariaty: kanadyjski, do którego ja należę, i hiszpański. Były zamiary, aby się połączyły w jeden, ale jak na razie nic z tego nie wyszło ze względu na różnice kulturowe. Każdy z nich liczy po ok. 20 zakonników. W tokijskim klasztorze jest ośmiu współbraci, w większości profesorowie uniwersytetów. Najwybitniejszym przedstawicielem jest o. Miyamoto Hisao, profesor filozofii Cesarskiego Uniwersytetu Tokijskiego. Obecnie jest już na emeryturze, ale nadal wykłada i jest naszym prowincjałem. Z kolei nasz przeor skończył studia m.in. w Paryżu, jest również fizykiem i m.in. profesjonalnie gra na flecie.

- Powiedziałeś, że kochasz Japończyków. Za co? Trzeba mieć powody...

- Przede wszystkim za wysoką kulturę życia codziennego, delikatność i wrażliwość na drugiego człowieka. Są tajemniczy. W wymiarze religijnym większość z nich to buddyści, ale niektórzy stają się chrześcijanami. Buddyzm i chrześcijaństwo są w tym kraju zjawiskiem bardzo stymulującym.
Japończycy są uporządkowani i logiczni. Mają perfekcyjnie zorganizowane życie społeczne, co na pewno ma podstawy w ich poczuciu obowiązku wobec innych, grupy i całego społeczeństwa. U nas, ludzi Zachodu liczy się przede wszystkim indywiduum, jednostka, co mnie człowieka, który już tyle lat mieszka w Japonii, bardzo drażni. Widać to w codziennym zachowaniu Europejczyka czy Amerykanina, który na pierwszym miejscu zawsze będzie stawiał swoje ego i rozpychał się łokciami. Z kolei Japończyk będzie starał się zawsze o to, aby kogoś nie urazić czy nie skrzywdzić. O ich uprzejmości i grzeczności świadczy też duża liczba zwrotów grzecznościowych w języku japońskim. Na co dzień najczęściej używanym zwrotem jest "sumimasen" - "przepraszam".

- Odwołam się do estetyki Japończyków - mają oni też swoje "cienie"...

- Tym co może wzbudzać zastrzeżenia jest mocno zakodowana hierarchia społeczna, co może (ale też nie musi) hamować rozwój jednostki. W codzienności dochodzi do dyskredytowania jej przez grupę albo wręcz psychicznego nękania kogoś, czy rozładowywania swoich frustracji kosztem kogoś, kto stoi niżej w hierarchii. Widzi się to często w szkołach, gdy grupa kogoś izoluje od siebie. To prowadzi do depresji, utraty sensu życia, a nawet do samobójstw. Światową karierę zrobił syndrom hikikomori - syndrom wycofania społecznego, który określa chorobę społeczną, która od kilkudziesięciu lat ma miejsce w naszej cywilizacji, a wzięła się od zjawiska obecnego w Japonii od lat 70. XX w. pod nazwą tôkôkyohi (unikanie szkoły), gdzie młody człowiek spotyka się z wielkimi wymaganiami oraz konkurencją i tego nie wytrzymuje. Osobiście spotykam się z osobami dotkniętymi tą depresją i staram się im pomagać. W tym kontekście Japonia nie jest "rajem na ziemi". Jednak widzę w tym kraju więcej plusów niż minusów. Japończycy mają duże poczucie własnego honoru i łatwo ich urazić, co jest związane z ich kodeksem samurajów, zwłaszcza u mężczyzn. Są niezwykle ambitni, chcą się pochwalić swoimi umiejętnościami i osiągnięciami zdobytymi ciężką pracą.

- Co najbardziej utrudnia ewangelizację Japonii?

- Japończykowi trudno się zdecydować i "pójść na całość" odnośnie do religii i wiary. Wiele rzeczy podoba im się w chrześcijaństwie, ale nie na tyle, by przyjąć chrzest. Chrześcijaństwo ma wielu sympatyków, ale nie na tyle, by stali się chrześcijanami. Podoba im się kultura wyrosła na chrześcijaństwie, snobowanie się na to, co zachodnie. Powierzyć życie Chrystusowi to dla nich bardzo poważna sprawa i traktują ją bardzo serio. Z drugiej strony od 40 lat, odkąd mieszkam w Japonii, zauważyłem duże społeczne zmiany. Przede wszystkim znaczące odejście od ksenofobii dzięki temu, że Japończycy zaczęli masowo wyjeżdżać w różne części świata, szczególnie młode pokolenia, i tam spotykają chrześcijaństwo, a tym samym łatwiej im je przyjąć.

- Na ile przeszkadza w przyjęciu Chrystusa ich tożsamość szintoistyczna i buddyjska?

- Jest takie powiedzenie, że Japończyk może być na zewnątrz chrześcijaninem, ale jego dusza jest de facto buddyjska. Obecnie dotyczy to bardziej starszych pokoleń, które wychowywały się w środowisku całkowicie przenikniętym szintoizmem i buddyzmem, niż młodych. Gdy przygotowuję pary polsko-japońskie do ślubu, zazwyczaj narzeczony jest Japończykiem. Pytam jakiego jest wyznania i zazwyczaj otrzymuję odpowiedź: "żadnego". Japończycy nie są bynajmniej ateistami, ale religia jest dla większości czymś w rodzaju ideowego państwowo-społecznego rytuału i spoiwa. Gdy ktoś umrze, to w większości wypadków idzie się na pogrzeb buddyjski, gdyż w innym rycie obrządku pochówku nie ma. W jakimś wymiarze jest to ich udział w sacrum. Oczywiście, tak jak na całym świecie, kobiety są bardziej wrażliwe religijnie niż mężczyźni. Także wśród katolików dominują kobiety, które bardziej serio i z większym zaangażowaniem traktują wiarę.

- Dlaczego?

- Zawsze lepiej mi się rozmawia o wierze z kobietami niż z mężczyznami, gdyż Japończyk jest zazwyczaj specjalistą w jakiejś konkretnej dziedzinie związanej z pracą, dlatego trudniej poruszać z nim tematy związane z duchowością i religią. Kobiety są bardziej wszechstronne i wrażliwsze na sacrum i piękno.

- Japończyków wyróżnia szczególna wrażliwość na "piękno", które - jak mówił Fiodor Dostojewski - "zbawi świat"...

- Oczywiście wielu Japończyków zostało chrześcijanami m.in. dzięki pięknu obecnemu w naturze i kulturze. Maksyma Dostojewskiego, że "piękno zbawi świat" szczególnie sprawdza się w tym kraju. Dostrzegają piękno w Ewangelii, chrześcijaństwie i to ich porywa. Naszym zadaniem jest pokazywanie piękna wiary w Jezusa przez słowo i świadectwo.

- Jak wyglądają relacje chrześcijańsko-buddyjskie?

- Relacje chrześcijańsko-buddyjskie dobrze pokazuje dom modlitwy w stylu zen - Semeizan (Góra Życia). Znajduje się on niedaleko Kumamoto na wyspie Kiusiu. Jego założycielem jest włoski misjonarz-ksawerianin o. Franco Sottocornola. W ośrodku cieszącym się popularnością praktykowana jest modlitwa łącząca tradycję buddyjską, prawosławną i katolicką.

- A z szintoizmem?

- Szintoizm, pierwotna religia Japończyków to religia natury, stąd ich wielka wrażliwość na przyrodę. Przeciętny Japończyk dobrze zna się na gatunkach kwiatów, drzew i zgodnie z szintoizmem oddaje im religijną cześć. Gdy na drzewie znajduje się biała, papierowa taśma, to oznacza to, że jest to otaczane kultem drzewo święte. Dla nas może wydawać się to bałwochwalstwem, ale też możemy w tym dostrzec elementy oddania czci pięknu Bożego Stworzenia. Ich nabożny stosunek do przyrody znajduje także wyraz w sztuce układania kwiatów - ikebanie, czy tak znanych na świecie japońskich ogrodów.

- Jak wygląda japoński kodeks etyczny?

- Japoński kodeks etyczny przenika całe społeczeństwo od najniższych warstw po cały kraj i jest oparty na poświęceniu jednostki grupie, łącznie z ofiarą z życia. Co ciekawe, w Japonii nie było nigdy żadnej rewolucji, stąd tak mocno trzymają się swojej wielowiekowej tradycji. Dotyczy to prawie każdej dziedziny życia. Choć są też ciemne strony tej społecznej moralności, polegające na tym, że jeśli ktoś nie widzi, to można dopuścić się jakiegoś negatywnego czynu. Jak ktoś jednak dostrzeże twoje złe zachowanie, to może powiedzieć o tym innym i w tym momencie "tracisz twarz".

- Jakie z punktu widzenia Kościoła są największe problemy społeczne Japonii?

- Jednym z najpoważniejszych jest aborcja, której można dokonać w zasadzie bez żadnych ograniczeń. Większość Japonek nie uznaje tego za grzech. Jeszcze do niedawna kobiety katoliczki nie widziały w aborcji niczego złego. Stąd zaangażowanie Kościoła polegające m.in. na organizowaniu przez ruchy pro-life różnych akcji uświadamiających, łącznie z corocznymi "Marszami dla życia". Osobiście prowadzę grupę, w której modlimy się za dzieci nienarodzone i mamy nadzieję, że zostaną one uznane przez Kościół jako "święte niewiniątka". Od ponad pięciu lat staram się czynnie wspierać i służyć wszelkim inicjatywom obrońców życia.

- Inne problemy?

- Podobnie jak w innych krajach Azji, Chinach, Korei Południowej to przesadny kult nauki i edukacji. Od najmłodszych lat Japończyk dąży do osiągnięcia jak najlepszych wyników, poświęcając na to o wiele więcej czasu, niż możemy sobie wyobrazić. Ich system edukacji uchodzi za najbardziej wymagający na świecie. Dziecko dostaje się w jego tryby już od przedszkola, które ma go zaprowadzić na właściwą uczelnię. Uczniowie chodzą do szkoły sześć dni w tygodniu, a z kolei ich zajęcia w czasie wolnym też są precyzyjnie zaplanowane i kontrolowane przez nauczycieli.
Jeśli młody człowiek nie daje sobie rady, popada w depresję i wypada z systemu, ląduje na marginesie społeczeństwa. Jest to nieludzkie, gdyż doskonale wiemy, że każdy człowiek rodzi się z różnymi wrodzonymi zdolnościami oraz w różnych środowiskach. Nie można wytyczać celów, które przekraczają możliwości. Z kolei tolerowany jest stan tzw. "rōnina" - "samotnego samuraja". Młody człowiek może pozostawać, ale tylko rok, bez zajęcia, inaczej kończy syndromem hikikomori, o którym już mówiliśmy. Do tego dochodzi perfekcjonizm, przesadna koncentracja na detalach, wielogodzinne narady, itp. Ponadto Japończycy ciągle muszą się czymś wykazywać, ciężką pracą, wynikami i osiągnięciami.

- Jak oceniasz rodzinę japońską?

- Nie jest idealna. Kobieta to przede wszystkim "opiekunka domowego ogniska", choć jej rola też się zmienia na rzecz większej emancypacji. Coraz więcej Japonek kończy studia. W ich trakcie podróżują po świecie, poznają inne obyczaje, a potem mają ambicje zawodowe. Także zawarcie małżeństwa nie jest już przymusem, jak to było dawniej. Kobiety japońskie mogą teraz mówić to, co sądzą, a co wcześniej było nie do wyobrażenia.
Z kolei mężczyzna to głowa rodziny, osoba zapewniająca materialny byt i pracująca codziennie do późnych godzin. Niestety często rodzina staje się "ofiarą na ołtarzu jego pracy". Ale i to się zmienia, w weekendy coraz częściej można spotkać tatusiów spacerujących z dziećmi, co jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu było nie do pomyślenia.

- Problem ludzi w podeszłym wieku...

- To także duży problem społeczny, szczególnie ludzi, którzy budowali Japonię po II wojnie światowej i są ojcami jej gospodarczego cudu. Teraz na emeryturze czują się już niepotrzebni, samotni i wielu z nich ten stan prowadzi do samobójstw. Wspomniany syndrom hikikomori dotyczy także ich, nie wiedzą co z sobą na stare lata zrobić, szczególnie dotyka on mężczyzn.

- Jak scharakteryzowałbyś religijność Japończyków?

- Lubią pewien rodzaj skromności i dystansu. Nie pociągają ich wielkie manifestacje wiary. U wielu wiara jeszcze nie przekłada się na codzienne życie, są takimi "niedzielnymi" katolikami. Ale mamy też wspaniałe, niezwykle zaangażowane jednostki, które potrafią wiele dać i zmieniać rzeczywistość nie tylko naszego Kościoła. Są świętymi życia codziennego.

- Kościół w Japonii to w dużej mierze także wspólnota migrantów...

- Migranci to druga połowa Kościoła w Japonii. Msze św., nabożeństwa, duszpasterstwa są prowadzone w rożnych językach. W wielu kościołach mamy w niedzielę przynajmniej jedną Mszę św. po angielsku lub w innym języku, co też jeszcze niedawno zdarzało się bardzo rzadko. Sam prowadzę w Tokio duszpasterstwo dla Filipińczyków.

- No i prowadzisz duszpasterstwo dla japońskiej Polonii...

- Są to większości rodziny mieszane polsko-japońskie. Przybywa też z różnych powodów trochę młodych ludzi, którzy znaleźli w Japonii pracę. Pomagają mi w tym Siostry Opatrzności Bożej, szczególnie w duszpasterstwie dzieci, poprzez katechezę. Proszę sobie wyobrazić, że w tegorocznych jasełkach wzięło udział ponad trzydzieścioro dzieci, a to świadczy o wspaniałej pracy sióstr. W jednej z kaplic obok Uniwersytetu Sophia raz w miesiącu jest odprawiana Msza św. po polsku. Co roku są prowadzone z udziałem gości z Polski rekolekcje wielkopostne. Oczywiście prowadzimy dni skupienia i regularne odprawianie różańca w październiku. Ponadto jeśli tylko to możliwe, udaję się też z posługą dla Polonii w inne regiony kraju. Na przykład w maju ub.r. udzieliłem pierwszej komunii św. dzieciom w Sapporo na Hokkaido.

- Jakie największe wyzwania stoją obecnie przed Kościołem w Japonii?

- Przede wszystkim - ewangelizacja. Kościół w Japonii chce za wszelką cenę utrzymać swoiste status quo i z tego powodu kurczy się. Podobnie jak w wielu korporacjach jest nastawiony na możliwie optymalne funkcjonowanie i przetrwanie. Na dłuższą metę to do niczego nie prowadzi. Innym problemem jest brak powołań kapłańskich i zakonnych, szczególnie w zgromadzeniach żeńskich. Choć Kościół w Japonii jest od lat samodzielną, narodową wspólnotą to napływają stale do niego duchowni, ale już nie z Europy i Ameryki, ale z Wietnamu, Korei Południowej, Filipin, a nawet z Indii.
Z drugiej strony ewangelizujemy na różne sposoby. Najnowszą naszą inicjatywą jest "Różaniec nadziei". Chcemy objąć modlitwą młodych Japończyków. Pragniemy modlić się na różańcu, nie ogólnie, ale za konkretną osobę. Wierzę, że nasza modlitwa będzie skuteczna, będzie czynić cuda i zmieni Japonię. Tak jak chrześcijaństwo weszło w grecką kulturę, tak może wejdzie ono w przyszłości i w kulturę japońską.

- Czego sobie najbardziej życzysz jako kapłan w Kraju Wschodzącego Słońca?

- Ewangelizować tak, jak życzy sobie tego ode mnie Pan Bóg. To jest Jego dzieło, a ja jego niedoskonałym narzędziem.
Rozmawiał Krzysztof Tomasik (KAI)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nowe oblicze Justyny Steczkowskiej


Edycja wrocławska 27/2007

Tomasz Limberger: - 1 czerwca ukazała się Twoja najnowsza, ósma już płyta pt.: „Daj mi chwilę”. Jaki jest ten krążek?

Justyna Steczkowska: - Najlepiej jej posłuchać. Po co dużo mówić o muzyce - najlepiej posłuchać.

- Ta płyta to zdecydowana odmiana - „czarna” i „drapieżna” Justyna Steczkowska zmieniła się w bardziej łagodną kobietę. Czy tak jest w rzeczywistości?

- Myślę, że zawsze taka byłam, tylko nie wszyscy o tym wiedzieli. A płyta „Daj mi chwilę” pokazuje to bardziej niż pozostałe moje płyty.

- Czym Twój już ósmy album różni się od poprzednich?

- Każda moja płyta jest trochę inna. Każda jest zapisem mojego życia, emocji, spraw, które były dla mnie ważne. Podobnie jest z tą płytą. Wiele historii tam zaśpiewanych kiedyś mnie dotyczyło. Niektóre są zasłyszane od przyjaciółek. Co prawda większość tekstów jest napisana przez mężczyzn - trzech mężczyzn pracowało nad tekstami na tej płycie: Łukasz Rutkowski, Kuba Wandachowicz i Michał Aleks, no i jeszcze ja napisałam kilka tekstów.
Ta płyta jest spokojniejsza od moich poprzednich. Zależało mi, aby po pięciu latach pracy dla telewizji, gdzie zrobiłam dwa duże spektakle „Alkimja” i „Femme Fatale”, wrócić do radia, do moich słuchaczy, do tych fanów, którzy uwielbiali mnie za to, że śpiewałam dla nich piosenki, które oni mogli śpiewać razem ze mną. Zatęskniłam po prostu za radiem, bo dawno tam nie byłam, dawno nie rozmawiałam z dziennikarzami i dawno nie słyszałam tam swoich piosenek, więc pomyślałam, że czas tam wrócić. Cieszę się, że udało mi się to piosenką „To nie miłość (To tylko złudzenie)”, która rzeczywiście zaszła wysoko na listach przebojów, na wielu dotarła nawet do pierwszych miejsc. A płyta jest taka trochę jak moje życie, bardziej spokojna, wyciszona, dojrzała. Dużo na tej płycie jest o kobiecości i o kobietach, więc myślę, że dziewczyny w moim wieku najlepiej ją zrozumieją. To nie znaczy, że nie będą jej kochali również mężczyźni, bo ma dobre bity zrobione przez Bogdana Kondrackiego, bardzo ładne i dobrze zharmonizowane melodie... Mam nadzieję, że będzie się podobała wielu ludziom.

- Czy singiel promujący „To nie miłość (To tylko złudzenie)” jest wizytówką całej płyty?

- Nie do końca. Jest to jedna z wielu piosenek, które się znajdują na płycie. Na pewno jest dobrą piosenką, przynajmniej dla mnie, ale to Państwo muszą ocenić, czy piosenka jest dobra, czy nie. Natomiast jest kilka piosenek naprawdę świetnych, ale może mniej radiowych, choć absolutnie wartych uwagi, na przykład „Wracam do domu” - piękna ballada, bardzo wzruszającą, ze świetnym tekstem, „Tu i tu” z kolei bardzo lekki i przyjemny utwór, szczególnie w letnie dni. Ogólnie wszystkie piosenki bardzo mi przypadły do serca, poza tym gdybym nie widziała w nich czegoś pozytywnego i dobrego i przede wszystkim dobrej jakości, to bym ich po prostu nie zaśpiewała…

- Czyli po prostu czerpiesz radość z grania i ze śpiewania?

- Oczywiście. Tak było od dzieciństwa. To było coś, co lubiłam najbardziej, co głęboko czułam. Zawsze chciałam być muzykiem i cieszę się, że mi się to w życiu udało.

- Jakie znaczenie dla twojej twórczości mają osobiste doświadczenia: wiara, rodzina… Jakie jest przesłanie Twoich piosenek?

- Wiara dla mnie ma olbrzymie znaczenie, rodzina też - to jest jasne. Swoimi piosenkami nie opowiadam jednak o tym. Wiara wydaje mi się czymś tak bardzo intymnym i ważnym, że nie potrafię w sposób sensowny przenieść tego na papier i muzykę, szczególnie muzykę komercyjną. Natomiast w czasie Wielkiego Postu, razem z moją rodziną, gramy koncerty charytatywne dla różnych ludzi potrzebujących pomocy. Udało nam się zagrać kilka bardzo dobrych koncertów na rozbudowę kościoła, na leczenie chorego chłopca, dziewczynki. Były to przepiękne wielkopostne koncerty. Ja bardzo lubię okres Wielkiego Postu, jest to dla mnie piękne święto, w którym wszystko może się odrodzić na nowo. W ogóle Świętą Wielkanocne są symbolem odrodzenia, choćby nie wiem ile złego się zdarzyło, zawsze mamy szansę wrócić tam, gdzie jest dobro. A Wielki Post to czas wyciszenia, skupienia, czas pieśni wielkopostnych, które mają w sobie tyle melancholii, smutku i głębokiej mądrości. Bardzo cenię te koncerty z tego względu, że są niekomercyjne, nie jesteśmy ograniczeni czasem, ani piosenkami. Po prostu dużo improwizujemy, wprowadzamy do kościoła atmosferę spokoju, wyciszenia, by ludzie mogli się przy tej muzyce modlić. Graliśmy też kilka razy na adoracji, już nie jako koncert, ale dla własnej radości, tak by ludzie, którzy przychodzą do kościoła adorować Jezusa Chrystusa, mogli swoją modlitwę jeszcze głębiej przeżyć. Gramy więc też zupełnie inaczej - jest głos, jest fortepian, jest kontrabas… naprawdę wydaje mi się to bardzo piękne, ludzie są zawsze poruszeni taką muzyką i my sami grając ją również.

- Dziękuję bardzo za rozmowę.

- Dziękuję bardzo i pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie

Oprac. Karol Białkowski

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Boliwia: wiele rodzin nie ma co włożyć do garnka

2019-11-17 20:18

Ks. Szymon Zurek (Vaticanews) / Santa Cruz del Sierra (KAI)

W Boliwii kontekst Światowego Dnia Ubogich w tym roku jest zupełnie wyjątkowy. Trwający trzy tygodnie kryzys rządowy, spowodował zwiększenie niepokoju w społeczeństwie i masowe protesty. W kraju rośnie bieda i wiele rodzin nie ma co jeść. W pomoc potrzebującym aktywnie włączają się Caritas i inne organizacje kościelne.

Galyna Andrushko/pl.fotolia.com

Pokojowy, ale jednak protest, blokady, niemożność realizowania codziennych obowiązków, podjęcia pracy: wszystko to przyczyniło się do tego, że w peryferyjnych dzielnicach np. dwumilionowego miasta Santa Cruz de la Sierra, wiele rodzin nie ma co włożyć do garnka. Należałoby właściwie wskazać, że Dzień Ubogich trwa w tutejszych parafiach od ponad dwóch tygodni. Sąsiedzi organizują między sobą tzw. „olla común” czyli wspólne gotowanie, mając na względzie przede wszystkim te rodziny, którym nie starcza pieniędzy na zakup żywności. "Jest to piękne świadectwo solidarności między sąsiadami, bez względu na wyznanie wiary czy przekonania polityczne" – uważa pracujący tam polski kapłan ks. Szymon Zurek.

W parafiach grupy Caritas rozeznawały w tych dniach konkretne potrzeby najbardziej potrzebujących rodzin, by móc przygotować na Niedzielę Ubogich obiady i zanieść je do dzielnic. Np. w parafii św. Franciszka z Asyżu przygotowano ponad 450 porcji obiadów. W całe to dzieło byli zaangażowani członkowie wszystkich grup parafialnych: katechiści, grupa młodzieżowa, grupy muzyczne, lektorzy, animatorzy Kościelnych Wspólnot Podstawowych, Legion Maryi.

Ks. Zurek podkreślił, że w tym szczególnie trudnym czasie dla Boliwijczyków, możliwość podzielenia się z najbardziej potrzebującymi braćmi i siostrami, jest piękną okazją do praktykowania przykazania miłości, przelania wiary, którą żyją, która im dała tyle siły w trudnych dniach kryzysu, w konkretny czyn miłosierdzia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem