Reklama

Moralny nakaz

2015-02-24 12:46

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 9/2015, str. 14-15

Mateusz Wyrwich
Władysław Foksa „Rodzynek” – żołnierz AK, od 1945 r. żołnierz oddziału Henryka Flamego „Bartka” – największej grupy podziemia antykomunistycznego na Górnym Śląsku i w Beskidach, w latach 1990-96 prezes Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego

Władysław Foksa jako młody chłopak został wywieziony na roboty do Niemiec. Później przez półtora roku pracował w Auschwitz jako hydraulik. Jego drugim zajęciem była działalność na rzecz wywiadu AK. Aresztowany w 1942 r. przez gestapo, podejrzany o współpracę z AK, przesiedział w niemieckim areszcie blisko dwa lata. Nikogo nie wydał. Po wojnie został żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych

Władysław Foksa, 95-latek z Żywca, w latach 40. ubiegłego wieku komendant, kierownik placówki powiatowej NSZ w Żywcu, mówi: – Dla mnie i dla wielu moich rówieśników oczywiste było, że skończyła się jedna okupacja, a zaczęła druga. Inna, ale również dążąca do eksterminacji narodu polskiego. Wstąpiłem do NSZ, bo było oczywiste, że trzeba nadal walczyć. Kraj był zniewolony. Uważałem, że należy wejść w struktury wojskowe bądź cywilne. Nie zastanawiałem się, czy mnie aresztują, zamordują czy cokolwiek innego. Taki był moralny nakaz.

Władysław Foksa ps. Rodzynek, żołnierz VII Okręgu Śląsko-Cieszyńskiego NSZ pod dowództwem kpt. Henryka Flamego ps. Bartek, poza tym, że codziennie działał konspiracyjnie, brał również udział w przygotowaniu nielegalnej defilady 3 maja 1946 r. w Wiśle. Defilady niebywałej, jak na tamten czas – dwugodzinnej, pod bokiem komunistów, w mieście, w którym stacjonowało ponad tysiąc żołnierzy sowieckich i LWP. Zorganizował ją kpt. Henryk Flame, który ze swoimi żołnierzami zajął całe miasto. – Do moich zadań należało zabezpieczenie łączności, lecz w samej defiladzie nie uczestniczyłem – mówi z pewnym żalem Władysław Foksa. – Obstawiałem swoimi ludźmi siedziby UB, jednostki wojskowe w czterech miastach: Białej, Bielsku, Cieszynie i Żywcu. Miałem też swoich ludzi w jednostkach – żołnierzy i cywili. Informowałem dowódcę o każdym ruchu nieprzyjacielskich wojsk. Przebieg defilady poznałem tylko z relacji kolegów. I stąd wiem, że po apelu i porannej Mszy św., która została odprawiona na Baraniej Górze, w miejscu kwatery „Bartka”, wszystkie oddziały zeszły, a raczej – spłynęły z góry. Były jak spływająca lawa. Kpt. Flame organizując defiladę w dniu święta narodowego i uroczystości Matki Bożej Królowej Polski, ofiarował ją narodowi i Matce Bożej. Naszych chłopców witali mieszkańcy Wisły, a także liczni już o tej porze kuracjusze. Z załzawionymi oczami patrzyli na żołnierzy z ryngrafami na piersiach i w czapkach z orłem w koronie. Sowieccy funkcjonariusze, milicjanci i ubowcy pozamykali się na posterunkach i w urzędach. I żaden z nich nie miał odwagi wystąpić przeciwko naszym maszerującym oddziałom. Po defiladzie oddział rozmundurował się. A UB szalało. Wkrótce jednak nastąpiła straszliwa zemsta – blisko dwustu żołnierzy, którymi dowodził kpt. Henryk Flame, zostało zwabionych w zasadzkę. Pretekstem stał się rzekomy przerzut żołnierzy do amerykańskiej strefy w Niemczech. W drodze podstępnie ich wymordowano. Do dzisiejszego dnia zbrodnia ta nie została wyjaśniona, nie zostały też znalezione ciała pomordowanych. Wiadomo tylko, że kpt. Flamego, któremu udało się uniknąć zasadzki, rok później zastrzelił milicjant Rudolf Dadak. Natomiast jednym z ubowskich prowokatorów był Henryk Wendrowski, późniejszy ambasador PRL w Danii.

Aresztowanie

Władysław Foksa z początkiem grudnia 1946 r. nie miał wątpliwości, że od kilku dni chodzą za nim agenci bezpieczeństwa. Jednak ucieczka nie była już wówczas możliwa. Jak wynika z dokumentów archiwalnych Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, zgromadzonych w IPN, placówka NSZ w Żywcu była całkowicie zinfiltrowana już w listopadzie 1946 r. – zarówno przez wywiad sowiecki, jak i przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. W ciągu paru dni aresztowano 24 osoby, niemal całą strukturę NSZ w Żywcu. – Podeszło do mnie kilku tajniaków, powiedzieli, że „zatrzymują mnie tylko do wyjaśnienia”. I to wyjaśnienie trwało ponad dwa i pół roku – wspomina „Rodzynek”. – Od razu zawieziono mnie do siedziby UB w Żywcu. Kazano mi pisać życiorys i ciągle pytano, czy aby „wszystko” napisałem. Odpowiadałem, że tak. Tego mojego życiorysu było zresztą tylko kilkanaście zdań, bo cóż mogłem napisać, mając 26 lat? Nad ranem o trzeciej zaczęto mnie bić, bo mój życiorys im się nie spodobał. I tak przez dobre trzy dni. Czwartego dnia nic już nie widziałem i nie słyszałem. Do dziś mam uszkodzony słuch z powodu tego bicia. Bili mnie, katowali, żebym wydał innych. A mnie ciągle dźwięczała w uszach opowieść starego więźnia z przesłuchania na gestapo. Żeby się do niczego nie przyznawać: „Bo jak już coś powiesz, to będą cię bili, aż powiesz wszystko”. Kiedy mnie bito w areszcie śledczym w Żywcu, opatrywała mnie siostra zakonna. Już nie pamiętam, z jakiego zgromadzenia. Nie wiem też, czy była aresztantką, czy nie. Wyciągała mi skrzepy krwi z uszu i nosa. Wybito mi prawie wszystkie zęby, zostały tylko trzonowe. Mówiła mi czasem: „Władku, trzymaj się, modlimy się za ciebie. Mama wie o wszystkim”. Mój brat też został aresztowany. Aresztowano również dziewczyny z naszego oddziału, które nieludzko bito. Upodlali mnie na różne sposoby, o których nie chcę mówić, ani pamiętać... Przede wszystkim interesowała ich łączność. Z kim się kontaktowałem i przez kogo. Pytali o wszystkie nasze akcje. Po tygodniu doszło do konfrontacji z innymi. Mówiłem: nie znam ich. Ale oni mieli nas doskonale rozpracowanych. W naszej grupie musiał być kapuś. Wiedzieli, że byłem kierownikiem powiatu. Cytowali niemal dokładnie moje zdania z odpraw z podkomendnymi. Mogli je znać tylko ze spotkań naszej grupy. Ale do dziś nie znam nazwiska tego donosiciela.

Reklama

Proces trwał krótko

W styczniu 1947 r. po zakończeniu śledztwa przewieziono Foksę wraz z całą grupą do więzienia w Krakowie. Dwadzieścia cztery osoby załadowano do dwóch ciężarówek. Rozprawa odbyła się w więzieniu na Montelupich. Proces trwał krótko. Oskarżeni przez cały czas byli skuci. Prokurator odczytał zarzuty. Obrońcy byli z urzędu. Władysława Foksę skazano na pięć lat. Wyszedł po roku, podobnie jak inni – na mocy obowiązującej już amnestii. Władysław Foksa jest przekonany, że na jego niski wyrok wpłynęło wstawiennictwo doktora Bauma. – W wiosce, gdzie mieszkał mój dziadek przed 1939 r., jego sąsiadem był wykładowca religii mojżeszowej, zacny doktor Baum. Mama poszła do niego, gdy mnie aresztowano – mówi Władysław Foksa. – Jego syn po wojnie został komunistycznym prawnikiem. I bez wątpienia mi pomógł, bo w mojej sytuacji mógłbym dostać karę śmierci. Nasza siedemnastoletnia wówczas łączniczka np., sądzona w Katowicach, dostała karę śmierci. Później zamienioną wprawdzie na dożywocie, ale siedziała jeszcze po 1956 r.

Na więzieniu jednak represje wobec Władysława Foksy się nie zakończyły. Przede wszystkim nie pozwolono mu na ukończenie studiów, mimo że zdał na Politechnikę Krakowską i został przyjęty. UB zadbało o to, by skreślono go z listy. Powtórzyło się to kilkakrotnie. – No i ze studiów została mi tylko legitymacja – opowiada Władysław Foksa.

Dziś, mimo swojego wieku, „Rodzynek” znakomicie pamięta wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat. Opowiada o nich również na spotkaniach z młodzieżą. Bierze też udział we wszystkich uroczystościach upamiętniających walkę swoich kolegów o niepodległość Polski.

* * *

Władysław Foksa „Rodzynek” – żołnierz AK, od 1945 r. żołnierz oddziału Henryka Flamego „Bartka” – największej grupy podziemia antykomunistycznego na Górnym Śląsku i w Beskidach, w latach 1990-96 prezes Związku Więźniów Politycznych Okresu Stalinowskiego, założyciel i pierwszy prezes związku żołnierzy na Podbeskidziu

Tagi:
historia żołnierze wyklęci

Premiera filmu „Częstochowa lata 1939-1945 – II wojna światowa”

2019-12-06 10:43

Red.

Od wybuchu II wojny światowej minęło 80 lat. Z tej okazji autorzy filmów historycznych o Częstochowie postanowili zrealizować kolejny dokument

Kasfilm

Autorami filmu „Częstochowa 1939-1945 – II wojna światowa” są m.in.: Zbisław Janikowski – scenarzysta, Krzysztof Kasprzak – reżyser i Robert Nawrot – montażysta.

W dokumencie wykorzystano materiały archiwalne osób prywatnych, Filmoteki Narodowej oraz wszystkich instytucji w Częstochowie, które zajmują się gromadzeniem archiwaliów.

W filmie pokazana jest mało znana walka obronna z września 1939 roku i tragiczna zagłada społeczności żydowskiej. Istotnym wątkiem jest też obraz życia codziennego: terror, niepewność jutra, zagrożenie życia, ale również opór i walka o zachowanie godności i dążenie do odbudowy niepodległego państwa. „Częstochowa 1939-1945 – II wojna światowa” pozwala poznać bliżej mało znaną historię miasta i pomaga ocalić od zapomnienia ten tragiczny czas.

Premiera filmu odbędzie się we wtorek 10 grudnia o godz. 18.00 w klubie Politechnik w Częstochowie – al. Armii Krajowej 23/25. Wstęp wolny. Na miejscu można będzie zakupić płyty DVD z filmem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Godzina Łaski 8 grudnia godz. 12.00-13.00

2014-12-02 14:50

Czesław Ryszka
Niedziela Ogólnopolska 49/2014, str. 16-17

Niewielu w Polsce słyszało o objawieniach Matki Bożej w Montichiari-Fontanelle, choć przyjęło się już w licznych parafiach nabożeństwo zwane Godziną Łaski. Przypada ono w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny - 8 grudnia od godziny 12 do 13. U jego początków są właśnie objawienia Matki Bożej Róży Duchownej we włoskim Montichiari

Monika Książek
Figura Matki Bożej Niepokalanej w Krościenku

O niewielkim miasteczku w północnej Italii, u podnóża Alp, 20 km od Brescii, zrobiło się głośno tuż po II wojnie światowej. Wówczas to, w roku 1946, najpierw w Montichiari, a potem - w następnych latach - w położonej nieco na uboczu dzielnicy Fontanelle Matka Boża wielokrotnie ukazała się Pierinie Gilli, pielęgniarce z miejscowego szpitala. Dzięki tym objawieniom miasteczko zupełnie zmieniło swój charakter, m.in. w górującym nad okolicą starym zamku, zwanym obecnie Zamkiem Maryi, ulokowano ośrodek dla ludzi chorych i starych, natomiast przy źródle w Fontanelle - według życzenia Maryi - powstał ogromny ośrodek leczniczy z basenami z leczącą wodą z poświęconego przez Najświętszą Pannę źródła.

Pierina Gilli

Powiernicą Matki Bożej - jak wspomniałem - była Pierina Gilli, urodzona 3 sierpnia 1911 r. w wiosce San Giorgio pod Montichiari. Pochodziła ona z biednej, wielodzietnej rodziny. Gdy jej ojciec, Pancrazio, zmarł wskutek ran odniesionych podczas I wojny światowej, mała Pierina trafiła do sierocińca prowadzonego przez siostry zakonne. Sytuacja materialna rodziny poprawiła się, kiedy jej matka, Rosa, wyszła powtórnie za mąż, i Pierina mogła wrócić do domu. Była jednak źle traktowana przez ojczyma. W trudnych chwilach - jak wspominała - śpiewała Litanię loretańską do Matki Bożej, by powstrzymać jego agresję.

W wieku 18 lat podjęła pracę jako pielęgniarka w szpitalu w Montichiari. Przekonana od dzieciństwa o opiece Matki Bożej, pragnęła wstąpić do zakonu, jednak z powodu słabego zdrowia i braku posagu nie została przyjęta. Nie załamując się, oddała Maryi swoje życie. Postanowiła równocześnie praktykować uczynki miłosierdzia i pokuty. Pod wpływem duchowych natchnień złożyła prywatny ślub czystości i odmówiła zamążpójścia. Celem wybranej przez nią drogi było uświęcenie własne, a także ofiarowanie praktyk pokutnych oraz cierpień za przeżywających trudności kapłanów oraz osoby konsekrowane.

Ponownie starała się o przyjęcie do zakonu w 32. roku życia. Choć została przyjęta do Zgromadzenia Służebnic Miłosierdzia, nie złożyła ślubów wieczystych, głównie z powodu nękających ją ciężkich chorób. W wieku 35 lat po raz pierwszy miała widzenie Matki Bożej.

Objawienia Róży Duchownej

Pierwsze objawienie Pierina przeżyła 24 listopada 1946 r. podczas pracy w szpitalu. Ujrzała płaczącą Madonnę z zanurzonymi w piersi trzema mieczami. Szatę Maryi zdobiły trzy róże: biała, czerwona i złota. Maryja nazwała siebie Różą Duchowną. Głównym przesłaniem była prośba o szerzenie kultu Matki Bożej Róży Duchownej w intencji uświęcenia dusz konsekrowanych. Kiedy Pierina opowiedziała o tym widzeniu swojemu spowiednikowi, nie znalazła zrozumienia, co więcej - nakazał jej milczenie.

Podczas kolejnych widzeń i mistycznych ekstaz Pierina widziała Matkę Bożą w różnych miejscach: w domowym oratorium, w szpitalnej sali, w domowej kaplicy, w kościołach... Świadkami tych objawień były setki osób. W licznych orędziach Matka Boża nawiązywała do wielkich objawień: w Lourdes - nazywając się Niepokalanym Poczęciem; w Fatimie - pragnąc, aby rozwijano w zgromadzeniach zakonnych nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca i czczono Ją pod wezwaniem Róży Duchownej (Mistycznej); na rue du Bac w Paryżu - nakazując wybicie medalika podobnego do tego z 1830 r., kiedy to miały miejsce objawienia św. Katarzynie Labouré. Już bodaj z tego wynika, że przesłania Maryi w Montichiari okazały się bardzo kościelne, a tym samym uniwersalne, stąd też figury Matki Bożej Róży Duchownej zaczęto wkrótce stawiać w wielu kościołach na całym świecie.

Fenomenem tych objawień jest wspomniana Godzina Łaski: 60 minut między godz. 12.00 a 13.00 w dniu 8 grudnia, czyli w uroczystość Niepokalanego Poczęcia Maryi. Oto Jej słowa: „Życzę sobie, aby każdego roku w dniu 8 grudnia w południe obchodzono Godzinę Łaski dla całego świata. Dzięki modlitwie w tej godzinie ześlę wiele łask dla duszy i ciała. Będą masowe nawrócenia. Dusze zatwardziałe i zimne jak marmur poruszone będą łaską Bożą i znów staną się wierne i miłujące Boga. Pan, mój Boski Syn Jezus, okaże wielkie miłosierdzie, jeżeli dobrzy ludzie będą się modlić za bliźnich. Jest moim życzeniem, aby ta Godzina była rozpowszechniona. Wkrótce ludzie poznają wielkość tej Godziny Łaski. Jeśli ktoś nie może w tym czasie przyjść do kościoła, niech modli się w domu”.

Słowo Kościoła

Objawienia z Montichiari przez wiele lat nie były zatwierdzone przez Kościół, mimo że potwierdziły je cuda uzdrowień, zjawiska świetlne i słoneczne oglądane wielokrotnie w Montichiari, a nawet to, że papież Paweł VI miał na swoim biurku statuę pielgrzymującej Madonny Róży Duchownej.

Biskup Brescii Giacinto Tredici, który ostatecznie musiał wydać werdykt o prawdziwości objawień, nie będąc im przeciwny, sugerował Pierinie Gilli życie w ukryciu. Ta pokornie zastosowała się do zaleceń i przez wiele lat mieszkała w skromnym domku przy franciszkańskim klasztorze w Fontanelle, gdzie spotykała się z pielgrzymami w swojej niedużej kaplicy. Aż do śmierci prowadziła pustelnicze życie. Poświęciła się modlitwie i pokucie, jednak nigdy nie przywdziała habitu zakonnego. Zmarła w opinii świętości 12 stycznia 1991 r., nie doczekawszy się zatwierdzenia objawień. Jej grób i miejsca objawień odwiedza rocznie ponad 100 tys. pielgrzymów.

Kolejny biskup Brescii, Giulio Sanguinetti, widząc, jak statuy Maryi z trzema różami na piersiach lub też z trzema mieczami zdobywają świat, 15 sierpnia 2000 r. uznał kult Matki Bożej Róży Duchownej z objawień w Montichiari. Przesłał także list do dwóch stowarzyszeń, które spontanicznie zajmowały się miejscami kultu w Fontanelle. Poinformował je o mianowaniu „kapłana, który ma zająć się sprawą kultu, w osobie Pierino Bosellego, dyrektora diecezjalnego wydziału do spraw liturgii”. Wkrótce w Montichiari powstało nowe stowarzyszenie, utworzone z dwóch dotychczasowych, zatwierdzone przez biskupa i przez proboszcza Montichiari ks. Franco Bertoniego. Jego celem jest szerzenie pobożności do Matki Bożej w Fontanelle. To nowe stowarzyszenie nazywa się Róża Duchowna - Fontanelle.

Uznanie objawień Róży Duchownej wpłynęło na jeszcze liczniejsze fundowanie świątyń pod tym wezwaniem, powstały nowe ruchy religijne; także wiele osób, które odwiedzają i poznają Montichiari, odkrywa powołanie kapłańskie lub zakonne. Chociaż więc objawienia w Montichiari-Fontanelle nie wniosły szczególnie wiele nowego czy to do teologii, czy do pobożności maryjnej, to należałoby napisać, że Bóg zawsze wybiera sobie tylko znany i właściwy moment na swoje przesłanie do Kościoła i świata. Orędzie Matki Bożej z Montichiari jest wołaniem o zagrożoną świętość kapłanów i osób konsekrowanych, jest wezwaniem do modlitwy, do podejmowania dzieł zadośćuczynienia i pokuty szczególnie za tych kapłanów, którzy przeżywają kryzys wiary, a nierzadko odchodzą z drogi powołania lub nawet otwarcie zaczynają walczyć z Kościołem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś na Jasnej Górze „Hołd z kwiatów” na wzór rzymski

2019-12-08 11:44

it / Jasna Góra (KAI)

Dziś na Jasnej Górze „Hołd z kwiatów”. Uroczystość stanowi nawiązanie do rzymskiego zwyczaju tzw. omaggio floreale (hołdu z kwiatów), który sięga 1938 r., kiedy to papież Pius XI polecił Papieskiej Akademii Niepokalanej przygotować 8 grudnia na placu Hiszpańskim w Rzymie uroczysty akt oddania czci Maryi Niepokalanej. Odtąd każdego roku Ojciec Święty składa Maryi wieniec z kwiatów. W częstochowskim sanktuarium kwiaty składa nie tylko arcybiskup, ale i pielgrzymi.

Krzysztof Świertok

Na Jasnej Górze hołd Maryi składany jest pod figurą Niepokalanej na placu przed szczytem. Figura stoi pośrodku placu, gdzie do 1917 r. znajdował się pomnik cara Aleksandra II. W stanie wojennym pod tą figurą układany był krzyż z kwiatów i zniczy na znak jedności Polaków, pamięci o aresztowanych i prześladowanych, z prośbą o wyzwolenie z komunistycznej niewoli. Pod rzeźbą Niepokalanej przez cały rok trwa modlitwa pielgrzymów, którzy wchodzą na Jasną Górę od strony Alei NMP. W sezonie pielgrzymek pieszych pątnicy składają Maryi tysiące kwiatów.

Tegoroczne uroczystości „Hołdu z kwiatów” upływają nie tylko w łączności z papieżem Franciszkiem, ale i z kościołem Ducha Świętego w Warszawie, skąd wyrusza Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę i gdzie rozpoczęła się modlitwa w obronie życia, Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego. Świątynia od dziś stanie się Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia.

Jak powiedział przeor Jasnej Góry, o. Marian Waligóra „w hołdzie z kwiatów będziemy dziękować za Maryję, która jest Matką Życia, i która zaprasza nas do tego, byśmy byli świadkami życia”.

8 grudnia to na Jasnej Górze od 10 lat dzień łączności Wzgórza Jasnogórskiego ze Wzgórzem Watykańskim. - W jakimś sensie ten nasz hołd jest przedłużeniem tego papieskiego w Rzymie. Stamtąd zaczerpnęliśmy wzór, ale tu na Jasnej Górze nie tylko ks. Arcybiskup składa białe róże, lecz czynią to wszyscy, to jest taki jasnogórski zwyczaj, który ma szczególną wymowę - wyjaśnia o. Przeor. Podkreśla, że „w tym symbolicznym kwiecie każdy z nas składa swoje życie Niepokalanej”. - Chcemy wspierać też papieża w jego zmaganiach, w trudnych dla Kościoła czasach, naszą solidarną, wspólną modlitwą - zapewnia o. Waligóra.

Uroczystości jasnogórskie rozpocznie o godz. 16.15 Akatyst w Kaplicy Matki Bożej, po czym w procesji światła pielgrzymi i wierni arch. częstochowskiej przejdą na plac jasnogórski pod figurę Niepokalanej.

Tam ok. godz. 17.15 dokonany zostanie akt zawierzenia Kościoła, Ojczyzny i świata. Po czym na wzór rzymski, główny celebrans w koszu drabiny strażackiej zostanie wyniesiony w górę i złoży u stóp figury Maryi Niepokalanej wiązankę białych róż.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem