Reklama

Wiadomości

Kłopoty z prokuraturą

O mechanizmach niemocy wymiaru sprawiedliwości ze Stanisławem Piotrowiczem rozmawia Wiesława Lewandowska

Niedziela Ogólnopolska 28/2015, str. 36-37

[ TEMATY ]

polityka

społeczeństwo

Grzegorz Boguszewski

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Czy Polska jest dziś pełnowartościowym państwem prawa, Panie Pośle? Polacy mają co do tego wiele wątpliwości...

STANISŁAW PIOTROWICZ: – Pięknie brzmi zapis konstytucyjny, na który wszyscy mogą się powoływać przy każdej okazji, tu, w parlamencie, również: art. 2 konstytucji stanowi, że Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.

– A, Pana zdaniem, to tylko pusty slogan?

– Nie tylko moim zdaniem. Choćby tu, w Sejmie, każdy z posłów musi sobie zdawać sprawę z tego, że obecnie mamy poważny problem z demokracją. Nawet nie stwarza się pozorów dyskusji nad obywatelskimi inicjatywami ustawodawczymi, pod którymi podpisują się miliony osób, lecz po prostu mechanicznie odrzuca się je już w pierwszym czytaniu.

– Obywatele są też coraz bardziej zaniepokojeni tym, w jaki sposób „urzeczywistnia się zasady sprawiedliwości społecznej”. Na każdym kroku mają wielkie poczucie niesprawiedliwości.

– Myślę, że z tym właśnie wiąże się dziś największe niezadowolenie obywateli, gdyż nic tak ludzi nie boli, jak niesprawiedliwość, zarówno ta w bliskich relacjach, w małych społecznościach, jak i ta w państwie, wynikająca z kontaktu z jego instytucjami.

– Niesprawiedliwość wymiaru sprawiedliwości na przykład?

– Niestety, tak.

– Jako długoletni prokurator miał Pan okazję z bliska przyglądać się działaniu wymiaru sprawiedliwości. Kiedy, Pana zdaniem, zaczęło się źle dziać?

– Po 1989 r. nadzieje były duże, ludzie oczekiwali reformy wymiaru sprawiedliwości. Początkowo czekali cierpliwie, ufając, że wraz z nadejściem wolności wszystkie sprawy zostaną właściwie uregulowane. Wymiar sprawiedliwości to dobre prawo i ludzie, którzy je stosują. A w tym zakresie z niezrozumiałych powodów niewiele się w III RP zmieniło.

– Szczególną niechęcią jest obdarzany urząd prokuratora.

– Praca prokuratora polega na ujawnianiu i ściganiu sprawców przestępstw. A zatem z jednej strony są podejrzani, a z drugiej – pokrzywdzeni. Ci pierwsi z natury rzeczy nie darzą prokuratora sympatią. Ci drudzy też miewają czasami pretensje, że prokurator niezbyt skutecznie – ich zdaniem – ściga tych, którzy wyrządzili krzywdę. Nadto w prokuraturze są różni ludzie: ideowi, zaangażowani profesjonaliści, wrażliwi na ludzką krzywdę, i tacy, którzy są zaprzeczeniem tych wartości. Gdy w 1990 r. zostałem szefem Prokuratury Rejonowej w Krośnie, postanowiłem, że drzwi do mojego gabinetu będą zawsze otwarte, także dla ludzi z ulicy. I przychodzili, by pytać o różne sprawy, poradzić się, ale często tylko po to, by po prostu wylać swoje żale.

– Jaka zmiana zaszła w pełnieniu tego urzędu po 1989 r.? Przedtem także był Pan prokuratorem, co zresztą wytknięto Panu w związku z zaangażowaniem politycznym w PiS.

– W moim przypadku zaszła bardzo istotna zmiana, gdyż wyraźnie zmniejszyła się moja urzędowa bezradność. Nigdy nie był to łatwy zawód, a szczególnie w latach 80. ubiegłego wieku. Stan wojenny zastał mnie w prokuraturze wojewódzkiej, prowadziłem śledztwa przeciwko nadużywającym władzy milicjantom. Gdy odmówiłem prowadzenia śledztw politycznych w trybie doraźnym, zostałem zdegradowany, zaczęła się zawodowa poniewierka.

– I w końcu dostał Pan sprawę kolportera ulotek...

– Nie ja oskarżałem w tej sprawie, lecz prokuratorzy wojskowi. Ale to mnie, po karkołomnych wybiegach, udało się doprowadzić tę sprawę do umorzenia. W tamtym czasie ryzykował zarówno ten, kto roznosił ulotki, jak i ten, kto zrobił wszystko, by ten roznoszący ulotki nie poniósł konsekwencji.

– Doświadczył Pan bardzo mocno „polityczności” wymiaru sprawiedliwości w PRL. Czy może Pan zaświadczyć, że w 1989 r. jej mechanizmy znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki?

– Powiedziałbym raczej, że zdecydowanie złagodniały, przekształciły się, ale nie znikły. Gdy byłem szefem prokuratury w Krośnie, lewicowi radni wystosowali skargę do Prokuratora Generalnego, że jestem związany z prawicą, i wnioskowali o odwołanie mnie ze stanowiska szefa prokuratury.

– Czy prokurator nie powinien być apolityczny?

– Na pewno nie powinien ulegać jakimkolwiek politycznym naciskom, co nie znaczy, że nie może mieć własnych przekonań. Polityka to w końcu roztropne działanie na rzecz dobra wspólnego, a tymczasem rozumie się ją prawie wyłącznie jako interesowne partyjniactwo.

– Dlaczego w III RP nie udało się stworzyć dobrego, sprawiedliwego wymiaru sprawiedliwości? Komu zabrakło odpowiedniej woli politycznej?

– Faktem jest, że od 25 lat nie przeprowadzono jakichś bardziej istotnych zmian, co najwyżej kosmetyczne, których zresztą też unikano. Gruntowna reforma wymiaru sprawiedliwości jest obecnie ograniczona względami konstytucyjnymi; przede wszystkim zapisem o nieusuwalności sędziów – bez zgody sądu dyscyplinarnego nie można sędziego postawić w stan podejrzenia czy też oskarżenia. A zatem samo środowisko sędziowskie decyduje o tym, wobec kogo można wyciągnąć konsekwencje. Znacznie łatwiej było wprowadzić zmiany w prokuraturze...

–...która od pewnego czasu jest bardzo krytykowana. Jakie są jej największe winy?

– Prokuratura w systemie wymiaru sprawiedliwości demokratycznego państwa odgrywa bardzo istotną rolę, dlatego już dawno powinno się ją zreformować stosownie do potrzeb demokratycznego państwa prawnego, czyli przede wszystkim zapewnić jej sprawne i przejrzyste działanie. Prof. Lech Kaczyński, mimo że ministrem sprawiedliwości był bardzo krótko, jako jedyny podjął w tej mierze znaczące decyzje; po raz pierwszy po 1989 r. jako Prokurator Generalny skorzystał z prawa do stosowania wytycznych. Sprecyzował na piśmie, jakie są jego oczekiwania względem podległych mu prokuratorów i jednocześnie zasygnalizował odpowiedzialność z tytułu realizacji tych wytycznych.

– A to wywołało wielką burzę w środowisku prawniczym.

– Zupełnie niesłusznie. Na początku sędziowie byli oburzeni, że ktoś próbuje na nich wywierać presję, ale z czasem przekonali się, że takie rozwiązania są sensowne. Wytyczne m.in. określały, jakich kar mają się domagać prokuratorzy i w jakich sytuacjach mają zaskarżać niesłuszne wyroki sądowe. W szczególności chodziło o najbardziej brutalne przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, dla których sprawców nie powinno być pobłażania. Prokurator miał realizować wytyczne, ale gdyby uznał, że w konkretnej sprawie są istotne powody, by od nich odstąpić, to winien to uzasadnić na piśmie.

– Jak w praktyce wpływało to na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości?

– Przez właściwe wnioskowanie kar, przez właściwe zaskarżanie nazbyt liberalnych wyroków kształtowano nowe orzecznictwo sądowe. Polityka karna uległa zmianie na lepsze po zastosowaniu tych prostych instrumentów prawnych. I nie było tu żadnego pociągania za sznurki pod stołem, lecz jawny dokument Prokuratora Generalnego, który nie ograniczał w niczym niezawisłości sędziowskiej, a prokuratorzy mogli mieć konkretny wpływ na kształt wyroków.

– W 2010 r., w imię apolityczności i niezależności prokuratury, rozdzielono urząd Prokuratora Generalnego i Ministra Sprawiedliwości. Prokuratorzy rzeczywiście czuli się politycznie zniewoleni?

– To jest zawsze sprawa osobista. Mimo że prokuratura jest zbudowana na zasadzie hierarchicznego podporządkowania i jednoosobowego kierownictwa, to zawsze przecież byli w niej ludzie o różnych poglądach i różnej wrażliwości. O ile w okresie PRL prokurator dostawał polecenia od przełożonych i miał obowiązek je bezwarunkowo wykonywać, to po 1989 r. mógł żądać wydania polecenia na piśmie. To dawało poczucie niezależnego działania.

– Jak można dziś podsumować skutki decyzji politycznej o uniezależnieniu prokuratury od wpływów rządu?

– Bilans jest niekorzystny. Doprowadzono do wyjątkowo dziwnej sytuacji – oto powstała Prokuratura Generalna jako nikomu niepodlegający, niezakotwiczony w konstytucji ważny urząd państwowy. Wszystkie inne ważne urzędy – np. Krajowa Rada Sądownictwa, IPN, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, Rzecznik Praw Obywatelskich, Rzecznik Praw Dziecka – co roku zdają parlamentowi relacje ze swej działalności. Natomiast Prokurator Generalny takiej relacji parlamentowi nie składa.

– Składa jednak sprawozdanie przed Premierem, który może je przyjąć lub odrzucić. Premier Kopacz już właśnie zapowiedziała, że nie przyjmie sprawozdania prokuratora Seremeta. O co tu chodzi?

– Pani Premier stwierdziła to, nie czekając na opinię Ministra Sprawiedliwości, od której dotychczas premier uzależniał swoje stanowisko, najprawdopodobniej sama też nie zapoznała się z tym sprawozdaniem. Co roku premier zwlekał z zapoznaniem się ze sprawozdaniem do jesieni, by trzymać Prokuratora Generalnego w niepewności. Wydaje się, że było to instrumentem nacisku na prokuratora. Trzeba więc postawić pytanie, czy rzeczywiście mamy do czynienia z niezależną prokuraturą. Moim zdaniem, zabiegu uniezależnienia prokuratury dokonano po to, żeby nie ponosić odpowiedzialności za jej funkcjonowanie. Ilekroć pojawiało się niezadowolenie społeczne z działania wymiaru sprawiedliwości, rządzący zawsze mogli tłumaczyć: wszystkiemu winna prokuratura, która jest przecież niezależna, a my umywamy ręce. Tak było choćby w sprawie badania przyczyn katastrofy smoleńskiej oraz w sprawach wszystkich wielkich afer.

– A w istocie niezależność prokuratury jest iluzją?

– Tak. Mamy tu nawet do czynienia ze znacznie groźniejszą odmianą uzależnienia od rządzących, bo niejawną, pokątną... Dowiadujemy się przy rozmaitych okazjach o nieformalnych naciskach na prokuraturę. Jeżeli nie ma dowodów wprost, to wynikają one z kontekstu. Prokurator Generalny był wielokrotnie wzywany do premiera. Można sobie wyobrazić, jak wyglądały rozmowy prokuratora Seremeta z premierem Tuskiem w sprawie kompromitujących jego rząd tajnych nagrań, opublikowanych przez tygodnik „Wprost”, skoro po tych rozmowach mieliśmy do czynienia z niespotykaną nigdy wcześniej aktywnością prokuratury. Zazwyczaj prokuratorzy nie biorą udziału w przeszukaniach, tymczasem aby wykonać tę właśnie czynność w redakcji „Wprost”, pojawiło się aż czterech przedstawicieli prokuratury! Widać Prokurator Generalny bardzo wziął sobie do serca rozmowę z Premierem!

– I w imię praworządności zademonstrował siłę wymiaru sprawiedliwości?

– Możemy sobie tak żartować, ale sytuacja jest poważna. Wymiar sprawiedliwości jest nieobecny tam, gdzie powinien być obecny. Zastanówmy się tylko, ile instytucji nie podjęło w porę działań przy okazji afery Amber Gold; prokuratura nie wszczęła śledztwa nawet mimo interwencji Komisji Nadzoru Finansowego. Żadnych działań nie podjęły też ani odpowiedzialne za bezpieczeństwo służby specjalne, ani urzędy skarbowe itd., itp. To nie jest normalna sytuacja, żeby ważne instytucje państwa same z siebie nie podejmowały obowiązkowych działań rutynowych! Może ktoś bardzo zabiegał o to, aby to śledztwo nie było prowadzone.

– Przez cały czas zapewniano, że w Polsce nie ma korupcji, nie ma przestępczości zorganizowanej. I chyba naprawdę nikt się tym nie przejmował...

– Osobiście pamiętam dwie takie sprawy korupcyjne z lat 90. – próbę przekupstwa policjanta drogowego oraz próbę przekupstwa strażnika granicznego... A przecież wszyscy wtedy domyślaliśmy się, jak wielkie nadużycia prywatyzacyjne dzieją się pod hasłem transformacji ustrojowej. PiS, idąc do władzy w 2005 r., miał świadomość istnienia szalejącej w państwie korupcji i – chyba jako jedyne środowisko polityczne – nie lekceważył tego zjawiska; uznał, że jest to rak toczący gospodarkę, choroba uniemożliwiająca rozwój kraju. Walka z korupcją to nie był tylko wymysł PiS, ale także wymagania Unii Europejskiej. Uznaliśmy, że skuteczna walka z korupcją to nie tylko pociąganie przestępców do odpowiedzialności, ale też – przede wszystkim – prewencja. Dlatego w latach 2005-07 państwo pokazało wielką determinację w likwidowaniu tego zjawiska i dzięki temu zostało ono w znacznym stopniu okiełznane.

– Zapanował paniczny strach przed PiS-owskimi służbami!

– Nie widzę w tym nic zdrożnego, że zaczęto się bać przyjmowania i wręczania łapówek.

– Skąd bierze się dzisiejsza bezkarność wielkich afer i aferzystów?

– Śmiem twierdzić, że z odgórnego przyzwolenia na takie, a nie inne funkcjonowanie mechanizmów wymiaru sprawiedliwości. A w praktyce – stąd, że prokuratura wciąż napotyka potężne rafy, z powodu których nie jest w stanie dokończyć poszczególnych śledztw w odpowiednim terminie, w związku z czym wiele wątków ulega przedawnieniu.

* * *

Stanisław Piotrowicz
Polityk, były prokurator, senator VI i VII kadencji, poseł na Sejm VII kadencji, w 2007 r. sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, członek Rady Społecznej Archidiecezji Przemyskiej

2015-07-07 11:52

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Alfred Bujara: To nie koniec walki o niedzielę

2020-02-04 08:53

[ TEMATY ]

społeczeństwo

handel

TeroVesalainen/pixabay.com

O zakazie handlu w niedzielę, sytuacji mniejszych sklepów i nowych „urzędach pocztowych” w Radiu eM mówił Alfred Bujara, przewodniczącym Krajowej Sekcji Pracowników Handlu NSZZ Solidarność w rozmowie z Sylwestrem Strzałkowskim.

Sylwester Strzałkowski: Na ten rok czekali szczególnie handlowcy. Wreszcie w pełni obowiązuje ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę (w tym roku będzie ich tylko siedem). Ale mówicie „to nie koniec walki”. Dlaczego?

Alfred Bujara: Rzeczywiście pracownicy handlu cieszą się, że większość niedziel i świąt będą mogli teraz spędzić z rodziną, na odpoczynku. Co więcej, społeczeństwo zaakceptowało wolne niedziele. W badaniu opinii publicznej, przeprowadzonym na zlecenie Santander Consumer Banku, opublikowanym ostatnio przez portal Money.pl, 69,1% Polaków odpowiedziało, że ograniczenie handlu w niedziele „nie utrudniło im życia”, a ponad 63%, że „przyzwyczaiło się” do tego rozwiązania. A przecież tyle razy mówiono, że większość społeczeństwa tego nie akceptuje. Mało kto zauważył, że wiele artykułów z taką argumentacją, to były opłacone teksty sponsorowane. Zagraniczni właściciele wielkich sieci handlowych jednak nie złożyli broni i dalej walczą o zlikwidowanie tej ustawy. W Sejmie jest projekt ustawy, zgłoszony przez Platformę Obywatelską, który zakłada, że pracownik będzie miał wolne dwie niedziele w miesiącu, a ponadto będzie mógł pracować w wszystkie piątki soboty i niedziele do 12 godzin. Za weekendowe niewolnictwo dziękujemy.

Waszym zdaniem to efekt wpływu wielkich, zagranicznych sieci?

Tak, ten lobbing przenika do polityki. Myślę jednak, że wspomniany projekt nie zagraża naszej ustawie, bo do tej pory wolne niedziele same się obroniły…

Muszą ich też jednak bronić politycy. Prawo i Sprawiedliwość było nieco ostrożne we wprowadzaniu tych regulacji. Inicjatywa wyszła od NSZZ Solidarność, były też apele Kościoła. Ale krytyka ze strony przeciwników ustawy spada na rządzącą partię. Czy rząd będzie nadal bronić wolnych niedziel?

Trudno mi mówić za rządzących. Ustawa jednak została wprowadzona i Armagedonu jak zakładano z tego powodu nie było. Jak przewidywaliśmy pracownicy nie stracili miejsc pracy. W ubiegłym roku handel odnotował wzrost przychodów rzędu 7%. Okazało się, że w zeszłym roku po raz pierwszy od ponad 20 lat tendencja znikania z rynku małych sklepów zaczęła hamować. Natomiast problemem dla nich stał się monopol wielkich hurtowni, zwłaszcza na rynku produktów spożywczych. Sklepikarze skarżą się, że dziś mogą zaopatrywać się właściwie tylko w hurtowniach zagranicznych, które sprzedają im towar w cenie wyższej niż same oferują klientom powiązanych z nimi sieci handlu detalicznego. W efekcie handlowcy nocą jadą na giełdę warzywną, a w dzień jeżdżą po innych sklepach, żeby kupić towar na promocjach, a potem sprzedać go z niską marżą. Mówią tak się nie da handlować. Dlatego to właśnie Rząd powinien wesprzeć polskich kupców. Chodzi nie tylko o sklepikarzy, ale przede wszystkim o wsparcie dla rolników, producentów polskiej żywności.

Ostrzegacie, że ustawa o ograniczeniu handlu w niedziele może stać się martwa, bo kolejne sklepy chcą mieć status placówek pocztowych…

W tej chwili Żabki udają placówki pocztowe. Nam zresztą nie chodzi o to, żeby zamknąć te sklepy. One nadal mogą być otwarte, o ile za ladą stanie właściciel, tak jak to ma miejsce przypadku małych polskich sklepów…warunki będą takie same dla wszystkich.

Ale ta sieć twierdzi, że faktycznie można u nich odebrać przesyłkę kurierską.

Prawdą jest, że w niektórych z tych sklepów można odebrać paczkę. Ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że głównym przedmiotem działalności Żabek jest handel, a nie usługi pocztowe. Tymczasem mam informacje, że kolejna z dużych sieci dyskontowych przygotowuje 70 takich placówek. Niestety, na jednym z ostatnich posiedzeń komisji sejmowej taka możliwość została wpisana do naszej ustawy. Najlepiej byłoby więc skreślić w ustawie placówki pocztowe z listy wyjątków, gdyż jest to działalność usługowa. Albo przyjąć za kryterium przesądzające zakres działalności danej placówki – nie można w sklepie spożywczo – monopolowym udawać placówki pocztowej. Taka nowelizacja była przygotowana w poprzedniej kadencji Sejmu, ale nie weszła w życie.

Skoro, jak Pan mówi, to nie koniec walki, to czego należy spodziewać się w tym roku?

Kolejnych ataków ze strony sieci handlowych, za którymi stoi potężny kapitał. Przez lata nie płaciły w Polsce podatków, za to wykorzystywały pracowników jako tanią siłę roboczą. Marże mamy podobne, ceny również, szczególnie artykułów spożywczych, tymczasem w Polsce pracownik, mając dwu-, trzykrotnie więcej obowiązków, jest często 4-krotnie gorzej wynagradzany niż pracownik tej samej sieci w Europie Zachodniej. Walcząc o wolne niedziele, „Solidarność” chciała więc przywrócić ludziom godność. I to się udało. Dlatego jesteśmy Polakom bardzo wdzięczni, że zaakceptowali niedziele bez handlu. Bo w tym przypadku walczymy również o trzecie przykazanie Boże.

CZYTAJ DALEJ

O. Bartoszewski o szczegółach procesu beatyfikacyjnego kard. Stefana Wyszyńskiego

2020-02-18 14:38

[ TEMATY ]

kard. Stefan Wyszyński

kard. Wyszyński

Archiwum Instytutu Prymasa Wyszyńskiego

„Miłość jest niejako dowodem osobistym naszego pochodzenia z Boga-Miłości, jest znakiem rozpoznawczym naszego synostwa Bożego” – kard. Stefan Wyszyński

Dokładną historię oraz kulisy procesu beatyfikacyjnego Prymasa Tysiąclecia, który będzie wyniesiony na ołtarze w Warszawie 7 czerwca - prezentuje w wywiadzie dla KAI o. Gabriel Bartoszewski OFMCap, promotor sprawiedliwości a następnie wicepostulator w procesie beatyfikacyjnym kard. Stefana Wyszyńskiego.

Tomasz Królak, Marcin Przeciszewski (KAI): Co to jest i jak przebiega proces beatyfikacyjny? Proszę nam wyjaśnić bliższe szczegóły rozpoczęcia procesu dotyczącego Prymasa Tysiąclecia?

O. Gabriel Bartoszewski: Proces beatyfikacyjny jest to dochodzenie prawno-kanoniczne nad życiem chrześcijanina, który przeżywał pełne cnót życie nacechowane heroizmem, co utrwaliło się w pamięci otoczenia. Chodzi tu o chrześcijańskie cnoty: wiary, nadziei, miłości, męstwa, itd. Dochodzenie to musi przebiegać w oparciu o wszystkie przepisy prawa kanonizacyjnego. Zatem jeśli w środowisku zjawi się taki świątobliwy chrześcijanin, i trwa o nim opinia, że zmarł w opinii świętości a wierni mają o tym głębokie przekonanie, to po jego śmierci, zgodnie z przepisami prawa kanonizacyjnego, mogą się zwrócić do biskupa z prośbą o rozpoczęcie procesu.
Jesienią 1988 roku prymas Józef Glemp jako arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski podjął działania administracyjne w sprawie rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego swego poprzednika. 12 października 1988 r. postulatorem procesu Stefana Wyszyńskiego minował ks. Jerzego Mrówczyńskiego CR, postulatora generalnego spraw polskich w Rzymie. Jego zastępcą, czyli wicepostulatorem 15 października 1988 r. mianował ks. Bronisława Piaseckiego, b. kapelana zmarłego Prymasa. Ks. Jerzy Mrówczyński wkrótce opuścił Rzym i przestał funkcjonować jako postulator. Jego funkcję w tym procesie przejął wice postulator ks. Bronisław Piasecki, były kapelan zmarłego Prymasa.
Wcześniej kard. Glemp uzyskał pozytywną opinię w tej sprawie ze strony Konferencji Episkopatu Polski. Konferencja obradująca na Jasnej Górze dnia 2-3 maja 1988 r. w odpowiedzi na prośbę Prymasa Polski, wyraziła pozytywną opinię o stosowności rozpoczęcia procesu kard. Wyszyńskiego.
Po otrzymaniu opinii pozytywnej Episkopatu, kard. Glemp jako arcybiskup metropolita gnieźnieński i warszawski w marcu 1988 r. zwrócił się do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych z prośbą o otrzymanie „nulla osta” na rozpoczęcie procesu na szczeblu diecezjalnym. Chodzi tu o potwierdzenie Stolicy Apostolskiej, że nic nie stoi na przeszkodzie do rozpoczęcia procesu. W praktyce, Kongregacja po otrzymaniu takiego pisma przeprowadza dochodzenie w Kurii Rzymskiej związane z pozyskaniem informacji o zmarłym. Jeśli był biskupem to pytania są kierowane do Kongregacji ds. Biskupów, jeśli kapłanem, do Kongregacji ds. Duchowieństwa, a w każdym przypadku do Kongregacji Nauki Wiary. Taki pozytywny dekret „nulla osta” podpisany przez kard. Angelo Felici Prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych został wydany 26 kwietnia 1989 r.
Po załatwieniu wymaganych formalności kard. Glemp rozpoczął proces diecezjalny w archidiecezji warszawskiej o życiu, sławie świętości i heroiczności cnót sługi Bożego oraz łaskach w ogólności. Dekretem z 14 maja 1989 r. mianował Trybunał beatyfikacyjny. W jego skład weszli jako delegaci: bp Stanisław Kędziora, biskup pomocniczy warszawski; ks. Grzegorz Kalwarczyk, kanclerz Kurii Metropolitalnej; ks. dr Andrzej Gałka, profesor warszawskiego seminarium. Zadaniem delegata jest przesłuchiwanie świadków na okoliczność ustalonych pytań.
Z kolei do moich obowiązków jako promotora sprawiedliwości należało opracowanie pytań o życiu, sławie, świętości i heroiczności cnót teologalnych (wiara, nadzieja, miłość Boga i bliźniego, roztropność, sprawiedliwość, męstwo i powściągliwość) oraz moralnych (czystość, ubóstwo posłuszeństwo i pokora). Całość pytań obejmowała 28 stron maszynopisu. Według tych pytań przesłuchiwani byli świadkowie.
Notariuszem głównym procesu został ks. Andrzej Tokarski, a notariuszami pomocniczymi ks. Tadeusz Balewski i Aniela Michalska.

- Co jest głównym zadaniem Trybunału beatyfikacyjnego?

- Przeprowadzenie procesu polegającego na zbadaniu życia kandydata na ołtarze oraz zbadanie heroiczności cnót teologicznych i moralnych lub męczeńskiej śmierci sługi Bożego. Jako promotor sprawiedliwości przedłożyłem zestaw obszernych, licznych pytań dla świadków.

- Kto decyduje powołaniu kogoś na świadka? Ilu świadków powołano?

- Ich wyłonienie należy do postulatora. Pożądany jest szeroki przekrój tego grona, żeby ich relacjom nie groziła jakaś jednostronność, uwzględnienie tylko niektórych aspektów życia. Podstawowym kryterium doboru świadków jest wiedza, jaką dysponują. Fakt bycia osobą niewierzącą nie wyklucza z możliwości składania zeznań.
Wicepostulator wraz z pismem proszącym o rozpoczęcie procesu przedłożył listę 55 świadków którzy osobiście znali Sługę Bożego. Grono to stanowili członkowie rodziny (4 osoby), biskupi (9), domownicy i pracownicy Sekretariatu Prymasa Polski (5), księża (16 osób); członkinie Instytutu Maryi Matki Kościoła (4), siostry zakonne (4), współwięźniowie (2) oraz świeccy (12).
Do tej grupy, zgodnie z przepisami, delegat biskupa na mocy własnej decyzji wyznacza cztery osoby jako świadków z urzędu. W sumie ich liczba na dalszym etapie powiększa o się 4 świadków „ex officio”. Następnie przesłuchiwanymi świadkami są biegli Komisji Historycznej.

- A kiedy miała miejsce pierwsza sesja procesu?

- Pierwsza główna i publiczna sesja procesowa z udziałem wiernych odbyła się 20 maja 1989 r. o godz. 16-tej w warszawskiej archikatedrze św. Jana. Arcybiskup metropolita kard. Glemp, jako przewodniczący Trybunału dokonał wprowadzenia, złożył przysięgę o zachowaniu tajemnicy w sprawie pytań i odpowiedzi świadków oraz złożył podpis. Podobną przysięgę złożyli następnie wszyscy członkowie Trybunału oraz wicepostulator, po czym ją podpisali.
A skoro sesja była publiczna i odbywała się w języku łacińskim, to za zgodą przewodniczącego kard. Glempa objaśniałem wiernym po polsku treści dekretów i przebieg uroczystości w jej poszczególnych fragmentach.
Z chwilą zakończenia pierwszej sesji „bohaterowi” procesu przysługuje tytuł Sługa Boży, który nie dopuszcza jednak oddawania mu publicznego kultu religijnego.
12 czerwca 1989 r. odbyła się druga sesja i przesłuchanie kolejnych świadków.

- Na czym polega przesłuchiwanie świadków w procesie beatyfikacyjnym?

- Świadek jest wzywany urzędowym pismem tzw. cytacją z określeniem dnia, godziny i miejsca składania zeznań. Pierwszym świadkiem składającym zeznania był ks. Zdzisław Peszkowski.
Po rozpoczęciu sesji delegat sprawdza tożsamość świadka i przyjmuje przysięgę. Dokonuje się to w obecności promotora sprawiedliwości i notariusza. Świadek składa przysięgę według zamieszczonego tekstu, zobowiązuje się zeznać informacje zgodne z prawdą i zachować tajemnicę, oraz podpisuje protokół sporządzony „ad hoc” na tę okazję. Po czym następuje otworzenie pliku akt. Natomiast członkowie trybunału nie składają przysięgli podczas kolejnych sesji, gdyż złożyli ją podczas pierwszej.
Delegat otwiera zamkniętą kopertę z pytaniami promotora sprawiedliwości i według nich przesłuchuje świadków. Odpowiedzi głośno dyktuje notariuszowi do zapisania w protokole. Sesje przesłuchań są poufne, odbywają się w lokalu kościelnym, np. w kurii biskupiej lub w sądzie biskupim. Także promotor sprawiedliwości podczas przesłuchana może zadawać pytania, może dopytać o coś, co go zaniepokoiło, może też zasugerować, żeby powołać kolejnych świadków.
Na zakończenie sesji notariusz odczytuje treść zeznań. Świadek może wnieść korektę a jeżeli nie ma wątpliwości – podpisuje. Protokół podpisują także delegat biskupa, promotor sprawiedliwości, notariusz. Na zakończenie sesji akta są zamykane i przechowywane do następnej sesji.
Do spisywania zeznań służą specjalne formularze. Bywa, że jedna osoba jest przesłuchiwana podczas kilku sesji, wówczas cała procedura jest powtarzana. Natomiast postulator nie może uczestniczyć w sesji przesłuchania świadka.

- Czy w przypadku kard. Wyszyńskiego powołano – tak to było np. w sprawie Karola Wojtyły – Trybunał Rogatoryjny czyli pomocniczy?

- Tak, w archidiecezjach gnieźnieńskiej oraz paryskiej. Wicepostultor sprawy zgłosił pięciu świadków z archidiecezji gnieźnieńskiej i prosił o zorganizowanie procesu rogatoryjnego w tej archidiecezji. 17 listopada 1989 r kard. Glemp ustanowił więc Trybunał diecezjalny w Gnieźnie, którego członkami zostali: ks. Tadeusz Hanelt, delegat biskupa; ks. Stefan Fiutak, promotor sprawiedliwości; ks. Andrzej Szczepaniak, notariusz aktuariusz; ks. Andrzej Błaszczak notariusz adiunkt i br. Marian Markiewicz, kursor.

- Świadkami byli tam: bp Jan Czerniak, ks. Edmund Palewodziński, ks. Wadysław Zientarski, ks. Stefan Ciechanowski i s. Kaliksta Sołtysiak, elżbietanka. Przesłuchanie świadków odbyło się podczas osiemnastu sesji procesu rogatoryjnego w Gnieźnie, od 17 listopada 1989 r. (sesja 21) do 22 września 1992 (sesja 219). Akta zostały przekazane do Warszawy i zgodnie z procedurą włączone do głównego procesu.

- Podobny proces rogatoryjny, zgodnie z powyższą procedurą, został ustanowiony w archidiecezji paryskiej i pracował od 25 stycznia 1990 do 2 października 1990 (sesje 134 i 137). Podczas procesu złożył zeznania ks. prałat Antoni Banaszak, rektor Seminarium polskiego w Paryżu. Akta procesu też przesłano do Warszawy i włączono do procesu głównego.

- W procesie Jana Pawła II mówiło się o takich nieoczywistych świadkach jak np. Lech Wałęsa, gen. Wojciech Jaruzelski czy prezydent Aleksander Kwaśniewski. Czy w przypadku procesu kard. Wyszyńskiego przesłuchiwane były także takie nietypowe osoby?

- Raczej tego nie kojarzę. Chodzi przecież o to, by byli to ludzie kompetentni, co do których prawdziwości zeznań istnieje moralna pewność.

- Czym zajmowała się komisja historyczna, powołana na kolejnym etapie procesu?

- Kardynał Józef Glemp powołał Komisję 1 października 1993 r. W jej skład wchodzili księża z różnych diecezji: ks. Andrzej Santorski i ks. Janusz Strojny z Warszawy, ks. Bronisław Kaczmarek z Gniezna, ks. Janusz Kania z Lublina i ks. Ireneusz Borawski z Łomży.
Komisja zajmowała się przebadaniem wszelkich niezbędnych dokumentów zgromadzonych w procesie. Po wykonaniu tej pracy jej członkowie złożyli przysięgę, że dokumenty mają pełną wartość historyczną, czyli że nie były zmieniane, podrabiane, czy fałszowane.

- Jednym z wymogów procesu jest stwierdzenie braku kultu publicznego Sługi Bożego?

- Tak. Poświęcona temu była 246 sesja, która obyła się 27 maja 2000 r. Przesłuchano dwóch świadków: ks. Jerzego Zalewskiego, proboszcza parafii archikatedralnej w Warszawie i ks. Andrzeja Wrotniaka, rezydenta w domu parafialnym. Biskup delegat Stanisław Kędziora podczas sesji wraz promotorem sprawiedliwości i notariuszem zwiedzili miejsca gdzie żył, pracował na co dzień i umarł (pałac arcybiskupów, kuria metropolitalna przy ul. Miodowej, archikatedra św. Jana) i inne pomieszczenia.
Chodziło o urzędowe stwierdzenie czy nie ma czegokolwiek, co świadczyłoby o oddawaniu zmarłemu opinii niedozwolonego kultu publicznego. Podczas tej sesji delegat biskupa ks. Grzegorz Kalwarczyk ogłosił i podpisał 27 maja 2000 roku urzędową Deklarację o braku takiego kultu.
Ponadto, podczas tej sesji obydwaj świadkowie potwierdzili miejsce pochowania doczesnych szczątków Sługi Bożego kard. Wyszyńskiego.

- A jak była badana pod kątem zgodności z nauczaniem Kościoła olbrzymia spuścizna pisana, jaką pozostawił po sobie Prymas Tysiąclecia?

- W świetle obowiązującej procedury każde pismo kandydata na ołtarze, szczególnie pisma wydane drukiem, musi przeczytać dwóch cenzorów niezależnie od siebie, i to obojętne czy zostały wydane przed czy po śmierci Sługi Bożego. 12 maja 1989 r. kard. Józef Glemp mianował dwunastu cenzorów teologów, po dwóch dla każdej pozycji.
Cenzorzy przygotowują opinię na piśmie niezależnie od siebie. Każdy z nich wydaje ocenę teologiczną pod kątem katolickiej ortodoksji. Cenzor zobowiązany był wydać opinię obiektywną i uzasadnioną faktami, czy pisma są zgodne z wiarą i moralnością chrześcijańską. W ocenie pism wyłania się wątpliwa kwestia odnośnie do poddawania cenzurze pism niedrukowanych. W praktyce przeważyła opinia, że pisma niedrukowane należy również poddać ocenie teologicznej. Jeśli chodzi o pisma niedrukowane, to w procesie Sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego trzeba było przestudiować i ocenić nie tylko jego kazania i przemówienia w maszynopisie, także zapiski odręczne, które sporządzał codziennie przez większość swego życia tzw. „pro memoria” i liczną korespondencję.
W pracy wyznaczonych teologów badana jest nie tylko „strona negatywna”, czy przypadkiem nie tam jakiś błędów doktrynalnych, ale także treść pozytywna, czyli co Sługa Boży wniósł do nauczania i życia Kościoła, do teologii, itd. Ta praca ze względu na ogrom spuścizny pozostawionej przez kard. Wyszyńskiego trwała dosyć długo. Opinie teologów o pismach Sługi Bożego w znajdują się w druku w trzecim tomie „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis”.

- Czy cenzorzy napotkali na jakieś problemy, mieli jakieś uwagi, czy wszystko przebiegło bez żadnych wątpliwości?

- – W toku prac nad pismami cenzorzy pism kard. Wyszyńskiego nie stwierdzili żadnych zasadniczych wątpliwości czy zastrzeżeń, przeciwnie stwierdzili absolutną pewność moralną.

- Jak długo trwał proces kard. Stefana Wyszyńskiego na etapie diecezjalnym?

- Dwanaście lat od 20 maja 1989 r. do 6 lutego 2001 r. Podczas procesu odbyło się 289 sesji. 6 lutego 2001 r. miała miejsce 289. ostatnia publiczna sesja zamknięcia procesu przez kard. Glempa w archikatedrze warszawskiej. Na widok publiczny w prezbiterium została wówczas wyłożona olbrzymia ilość teczek zawierających akta procesu, publikacje książkowe i inne materiały. Osobą upoważnioną do przewiezienia akt procesu do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych został wyznaczony i zaprzysiężony postulator diecezjalny ks. Stefan Kośnik.

- A kiedy akta procesu złożono w Kongregacja spraw Kanonizacyjnych?

- Nastąpiło to 27 kwietnia 2001. Kolejnym etapem było sprawdzenie czy proces został przeprowadzony zgodnie z przepisami prawa kanonizacyjnego. 7 czerwca 2001 r. nastąpiło w Kongregacji otwarcie akt procesu.

- A co z tego wielkiego zasobu zostało przetłumaczone na język włoski?

- Przetłumaczono wszystkie zeznania świadków, oceny teologów oraz najważniejsze spośród innych dokumentów. Wszelka inna dokumentacja, włącznie z książkami oraz tekstami kazań została przekazana w języku polskim w dwóch egzemplarzach. Jest ona zdeponowana w archiwum Kongregacji, aby były do wglądu w razie potrzeby.

- Jak dalej proces przebiegał w Kongregacji?

- Najpierw Kongregacja zbadała czy w toku procesu procedura kanoniczna została zachowana. Zgodnie z przepisami, 8 lutego 2002 r. został wydany dekret o ważności procesu na etapie diecezjalnym. Świadczy to, że zgromadzona dokumentacja była materiałem wiarygodnym i wystarczającym do prowadzenia dalszych prac nad udowodnieniem heroiczności cnót.
Wówczas oprawiane zostały akta zeznań procesu, w tym przypadku było ich 38 tomów. Mają one białą oprawę i stanowię tzw. Kopię Publiczną. Osobno zostały załączone książki i inne materiały. Jeden egzemplarz każdego z tomów pozostał w archiwum Kongregacji. Drugi egzemplarz Kopii Publicznej otrzymał postulator do pracy nad heroicznością cnót, pod kierunkiem relatora Kongregacji.

- A kto został postulatorem procesu w Rzymie?

- Pierwszym postulatorem rzymskim 13 marca 2001 został mianowany ks. dr Marian Rola, rektor Kolegium Polskiego w Rzymie. Jego następcą został 6 września 2003 ks. dr Marek Stępień, również rektor Kolegium. A relatorem w procesie Kongregacja mianowała 3 marca 2002 ks. Hieronima Fokcińskiego SI.
Gdy 1 kwietnia 2007 abp Kazimierz Nycz został metropolitą warszawskim, odpowiedzialnym za proces Stefana Wyszyńskiego, podjął liczne działania mające na celu przyspieszenia prac z nim związanych a toczących się w Rzymie. Z jego inicjatywy 24 listopada 2010 funkcję postulatora przejął o. Zbigniew Suchecki OFMconv, profesor prawa kanonicznego Papieskiego Fakultetu św. Bonawentury „Seraphicum” w Rzymie. Mnie mianował wicepostulatorem.
Z kolei po przejściu ks. Fokcińskiego SI na emeryturę, 15 marca 2007 r. Kongregacja mianowała kolejnym relatorem o. Daniela Olsa OP. A po zrzeczeniu się przez niego tego obowiązku, 24 listopada 2010 relatorem został mianowany przez prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych (na wniosek kard. Nycza) o. prof. Zdzisław Kijas, OFMConv - dziekan rzymskiej uczelni „Seraficum”. I to on doprowadził proces kard. Wyszyńskiego do końca.

- Co – na etapie procesu w Kongregacji - jest zadaniem postulatora a co relatora?

- Głównym zadaniem postulatora jest praca nad opracowaniem „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis” (Dokumentacja o heroiczności cnót) sługi Bożego. Jest to kilkusetstronicowe opracowanie prezentujące życiorys, dokonania a przede wszystkim dowodzące heroiczności cnót danego sługi Bożego.
Natomiast zadaniem relatora jest towarzyszenie pracy postulatora i jego współpracowników, kontrola przebiegu przedłożonych prac: czy są właściwe, czy wymagają jeszcze dalszego uzupełnienia oraz czuwanie nad ścisłym przestrzeganiem obowiązujących procedur. Relator wydaje opinię, czy zebrano całość wymaganej dokumentacji, czy jest wiarygodna, czy została dobrze zredagowana. Po wnikliwym przestudiowaniu zebranego materiału przygotowuje wprowadzenie w którym wyraża aprobatę, że dokumentacja procesu może być przekazana Komisji teologów, których zadaniem jest ocena świętości i heroiczności cnót kandydata na ołtarze.

- A na czym polegała praca Ojca, jako wicepostulatora rezydującego w Warszawie?

- Moim obowiązkiem od 2009 r. była bezpośrednia pomoc rzymskiemu postulatorowi w opracowaniu „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis”. Konkretnie chodziło o pracę nad dokumentacją dotyczącą heroiczności cnót kard. Wyszyńskiego. Pracowałem więc nad zbieraniem i opracowywaniem olbrzymiej ilości dokumentów. Pomagał mi w tym świetny teolog ks. prof. Piotr Nitecki, specjalizujący się w katolickiej nauce społecznej i historii Kościoła w Polsce. Ale na nieszczęście, w grudniu 2011 r. zginął on w wypadku samochodowym na Dolnym Śląsku.
Po śmierci ks. Niteckiego został zaangażowany pan Piotr Marian Romaniuk, biograf kard. Wyszyńskiego. Współpracowała też od samego rozpoczęcia procesu pani Aniela Michalska. Nasze prace prowadziliśmy pod kierunkiem relatora o. Kijasa z Rzymu, który dokonywał korekty opracowań i je aprobował.

- Wśród materiałów które były opracowywane, na pewno uwzględnialiście też materiały zebrane przez komunistyczne służby. Na ile teczki gromadzone przez bezpiekę przydały się w waszej pracy?

- Te materiały były pomocne bo dostarczały informacji o niezłomności kard. Wyszyńskiego, który nigdy nie dał się złamać czy zastraszyć. Nie można było ich pominąć, ale czy wykorzystaliśmy wszystko? Trudno powiedzieć, bo tego jest bardzo wiele. Zresztą wiele z nich się powtarzało, bo przecież jeśli każdy pierwszy sekretarz partii otrzymywał raport, to kopii sporządzano 8-9 i wędrowały one do różnych jednostek partyjnych i rządowych, w tym do Urzędu ds. Wyznań. Ale, w gruncie rzeczy materiały te zostały zebrane i ocenione. Podobnie jak dokumenty z Archiwum Watykańskiego, z których skopiowano dokumenty, które przydały się nam przy opracowywaniu kwestii heroiczności cnót Prymasa.
W sumie owocem naszej pracy było opracowanie i przygotowaniem do druku w języku włoskim - po uprzedniej aprobacie relatora sprawy – trzech tomów „Positio super vita, virtutibus et fama sanctitatis”. Tom pierwszy liczy 514 stron; drugi – 748 a trzeci – 725. Łącznie 1900.

- Potężne opracowanie...

- Owszem, nad tymi trzema tomami o heroiczności cnót mocno się napracowaliśmy. Materiały te zawiózł do Watykanu osobiście kard. Nycz i 24 listopada 2015 r. wręczył je prefektowi Kongregacji ds. Kanonizacyjnych kard. Angelo Amato, który po zapoznaniu się z ich treścią podjął decyzję o mianowaniu komisji złożonej z ośmiu teologów. Doszło do tego w grudniu 2015 r. Na podstawie lektury „Positio” każdy z teologów przygotował własną opinię na piśmie. 26 kwietnia 2016 r. odbyło się plenarne posiedzenie całego gremium (kongres teologów konsultorów), na którym orzeczono heroiczność cnót jednomyślnie. Opinie teologów wydane drukiem: „Relatio et Vota”, Roma 2017 mają 146 stron.
Kolejna Komisja, kardynałów i biskupów, która jest ostatnim gremium oceny heroiczności cnót Sługi Bożego odbyła się 12 grudnia 2017 r. pod przewodnictwem kardynała Amato.
Decyzję o stwierdzeniu heroiczności cnót Ojciec Święty Franciszek podpisał 19 grudnia 2017 r. i polecił zredagowanie i opublikowanie Dekretu o heroiczności cnót Stefana kardynała Wyszyńskiego, którego ostatnia sentencja brzmi: „Jest pewność co do praktykowania cnót teologalnych – Wiary, Nadziei i Miłości zarówno w stosunku do Boga jak i do bliźniego, a także co do praktykowania cnót kardynalnych - Roztropności, Sprawiedliwości, Umiarkowania i Męstwa, oraz cnót z nimi związanych, przez Sługę Bożego Stefana Wyszyńskiego, Świętego Kościoła Rzymskiego Kardynała, Arcybiskupa Metropolitę Gnieźnieńskiego i Warszawskiego, Prymasa Polski, w danym przypadku i w odniesieniu do skutku, o który chodzi”.

- Czy na rzymskim etapie procesu także przesłuchiwani są świadkowie czy już nie?

- Jeżeli zaistnieje potrzeba, to tak. I w tym wypadku tak właśnie było. Czasami trzeba po prostu wyjaśnić pewne sprawy.

- Oprócz zatwierdzenia dekretu o heroiczności cnót do beatyfikacji niezbędne jest uznanie cudu dokonanego za wstawiennictwem kandydata na ołtarze, Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego. A z tym związana była odrębna procedura? – Tak. Na przełomie 14-15 marca 1989 r. wydarzył się cud uzdrowienia 19-letniej, nowicjuszki ze zgromadzenia Sióstr Uczennic Krzyża, której zagrażała śmierć. Zgromadzenie zakonne do którego wstąpiła s. Nulla zostało założone w roku 1982 przez nazaretankę, s. Christianę Mickiewicz. Celem zgromadzenia jest modlitwa i ofiara za tych, którzy są daleko od Boga. W początkach formacji nowego zgromadzenia s. Christiana zetknęła się z Ruchem Pomocników Matki Kościoła zainicjowanym przez Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Dzięki zawartemu tam przesłaniu charyzmat zgromadzenia został pogłębiony o całkowite zawierzenie się Maryi, dzięki której Ks. Prymas ratował wiarę w Polsce. Podczas jego pogrzebu s. Christiana błagała Boga o to żeby mogła wprowadzić w życie dziedzictwo tego, który wszystko postawił na Maryję.

- Wkrótce potem siostry zaczęły otrzymywać różne łaski przez przyczynę Sługi Bożego Prymasa Wyszyńskiego w realizacji swego powołania. Kobieta wstąpiła do Wspólnoty Sióstr Uczennic Krzyża w roku 1986, a jej choroba ujawniła się w roku 1988. W jednej ze szczecińskich klinik stwierdzono u niej raka tarczycy z przerzutami. 17 lutego 1988 r. wykonano w Szczecinie rozległą operację usuwając zmiany nowotworowe oraz dotknięte przerzutami węzły chłonne.
Ponieważ choroba się rozwijała, w 1989 r. jej leczenie przejęło Centrum Onkologii w Gliwicach, stosując m.in. jod-radioaktywny I-131. Terapia nie przynosiła jednak skutku. W międzyczasie w gardle wytworzył się pięciocentymetrowy guz, który młodą osobę uciskał i dusił. Później sama zainteresowana zeznała w toku procesu, że jej stan był tak ciężki, iż każdy oddech mógł być ostatnim.
Założycielka nowego zgromadzenia s. Mickiewicz zmobilizowała współsiostry, mamę chorej i kilka innych osób do modlitwy o uzdrowienie chorej za przyczyną sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego. Abp Majdański, na prośbę przełożonej, na wypadek śmierci, pozwolił nowicjuszce na wcześniejsze złożenie ślubów. Podczas Eucharystii sprawowanej przez bp. Stefanka siostra złożyła śluby przed wyjazdem do Gliwic dnia 28 stycznia 1989. Trwała żarliwa modlitwa. Jak wskazuje historia choroby, w dniach 14 i 15 marca sytuacja była już bardzo groźna – chorej groziła śmierć. I właśnie tej nocy nastąpił przełom, guz zaczął się „wycofywać”. W trzy tygodnie po uzdrowieniu kobieta opuściła szpital. Odbyła przewidziany prawem nowicjat, złożyła śluby. Co jakiś czas gliwickie Centrum Onkologii wzywało byłą pacjentkę na badania. Od chwili uzdrowienia po każdym badaniu nie stwierdzano istnienia markerów nowotworowych. Siostra żyje i pracuje w zgromadzeniu do dziś, ma teraz około 50 lat.

- Niezwykłemu uzdrowieniu nie nadano jednak wtedy rozgłosu.

- Arcybiskup Majdański mobilizował siostry, żeby zainteresowały się tą sprawą, ale nie zdołały podjąć działań. I tak minęło 20 lat, aż do 2011 r. Wtedy kiedy zwróciły się do mnie z prośbą o pomoc w przygotowaniu konstytucji dla nowego zgromadzenia Sióstr Uczennic Krzyża. Podjąłem się tej pracy i w ciągu roku je opracowałem. Kiedy zakończyliśmy prace i żegnaliśmy się, siostry zapytały o postępy w procesie beatyfikacyjnym kard. Wyszyńskiego. Odpowiedziałem, że sprawa się toczy, ale nie ma cudu. Wtedy opowiedziały mi o ciekawym przypadku uzdrowienia, jaki wydarzył się w ich wspólnocie. Poprosiłem o kontakt z uzdrowioną, a zainteresowana siostra pomogła mi uzyskać dokumentację choroby ze szpitali w Szczecinie i w Gliwicach.
Następnie jako wicepostulator procesu skontaktowałem się z obecnym metropolitą szczecińskim abp Andrzejem Dzięgą.
Na jego ręce złożyłem prośbę o rozpoczęcie w Kurii diecezjalnej procesu o zbadanie domniemanego uzdrowienia siostry. W ramach tych procedur poprosiłem dwóch lekarzy o wstępne zbadanie czy sprawa zasługuje na rozpoczęcie procesu o domniemanym uzdrowieniu chorej. Po otrzymaniu opinii pozytywnych, zwróciłem się do Arcybiskupa Metropolity o powołanie trybunału. W skład Trybunału powołanego 27 marca 2012 r. weszli: ks. Aleksander Ziejewski jako delegat biskupa, ks. Ryszard Ziomek, promotor sprawiedliwości i dwaj notariusze. W trakcie procesu przesłuchano 11 świadków wraz z uzdrowioną siostrą. Zostało też powołanych dwóch lekarzy „ab inspectione”, w celu zbadania aktualnego stanu zdrowia osoby uzdrowionej, chodziło o określenie, jaki był stan zdrowia 20 lat temu a jak jest obecnie w toku procesu. Proces zakończył się 28 maja 2013 r. podczas uroczystej sesji w katedrze św. Jana Chrzciciela w Szczecinie.
Akta sprawy przygotowane zgodnie z przepisami w języku polskim i włoskim zostały wysłane do Rzymu. Sprawa domniemanego cudu została przebadana przez grupę biegłych lekarzy pracujących na zlecenie Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. 29 listopada 2018 r. sześcioosobowe konsylium lekarskie uznało to zdarzenie za niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia i jednogłośnie orzekło, że chora została w sposób cudowny ocalona przed uduszeniem.
Następnie ośmioosobowa komisja biegłych teologów 21 marca 2019 wydała osąd pozytywny, orzekając, że uzdrowienie nastąpiło po modlitwie za wstawiennictwem Sługi Bożego Stefana Wyszyńskiego. Z kolei 24 września 2019 r. zebrała się komisja kardynałów i biskupów, która potwierdziła autentyczność uzdrowienia za wstawiennictwem kardynała Stefana Wyszyńskiego i zaopiniowała pozytywnie papieżowi sprawę beatyfikacji.
2 października 2019 r. podczas audiencji dla obecnego prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Giovanni Angelo Becciu, papież Franciszek upoważnił Kongregację do ogłoszenia dekretu o cudownym uzdrowieniu. Końcowa sentencja Kongregacji brzmi: „Udowodniono cudowne uzdrowienie przez Boga za wstawiennictwem Sługi Bożego Stefana kardynała Wyszyńskiego Metropolity Gnieźnieńskiego i Warszawskiego, Prymasa Polski kardynała świętego Kościoła Rzymskiego, siostry z powodu ostrego zagrożenia przed uduszeniem; nagłe, ostre, trwałe, kompletne ocalenie życia i naukowo niewyjaśnione co do sposobu”.
Zatwierdzenie cudu przez Ojca świętego Franciszka zakończyło proces beatyfikacyjny Sługi Bożego i otworzyło drogę do jego Beatyfikacji.

- Dziękujemy za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Policja odwołała Child Alert. 10-letni Ibrahim pozostaje pod opieką ojca

2020-02-18 20:15

[ TEMATY ]

dziecko

fsHH/pixabay.com

Służby belgijskie oficjalnie poinformowały, że życiu i zdrowiu Ibrahima nie zagraża niebezpieczeństwo. Chłopiec pozostaje w Belgii pod opieką ojca, a kolejne czynności może podejmować sąd. Child Alert został odwołany - poinformowała we wtorek polska policja.

Policjanci ogłosili Child Alert w poniedziałek o godz. 6.45. Zaginięcie 10-letniego Ibrahima zgłosiła jego rodzina, m.in. matka. Chłopca zabrał i wywiózł do Belgii były partner kobiety. Matka dziecka twierdziła, że mężczyzna ten jest pozbawiony praw do opieki.

We wtorek Child Alert został odwołany.

W godzinach wieczornych służby belgijskie poinformowały, że życiu i zdrowiu Ibrahima na chwilę obecną nie zagraża niebezpieczeństwo. Dziecko pozostaje w Belgii pod opieką ojca. Kolejne czynności dotyczące sprawowania opieki nad dzieckiem pozostają w kompetencji sądów — przekazała w komunikacie Komenda Główna Policji.

Jak zapewniono, od momentu zgłoszenia przez matkę uprowadzenia 10-latka jego odnalezienie traktowała priorytetowo.

Poszukiwania były prowadzone nie tylko w Polsce, ale i za granicą — zaznaczyła KGP. Na Twitterze funkcjonariusze podziękowali obywatelom za zaangażowanie i pomoc.

W rozmowie z PAP rzecznik KGP insp. Mariusz Ciarka poinformował, że polska policja cały czas prowadzi czynności w związku z zawiadomieniem o przestępstwie złożonym przez matkę 10-letniego chłopca.

W poniedziałek wieczorem Polsat News podał, że „z informacji prokuratury w Antwerpii wynika, że to matka Ibrahima złamała prawo, wywożąc go do Polski. Belgijski sąd rodzinny w październiku 2018 r. wydał wyrok, na mocy którego dziecko miało zostać w Belgii z ojcem, a nie z matką w Polsce”.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik poinformował we wtorek PAP, że rano wysłał pismo do ministra sprawiedliwości Belgii z prośbą o pomoc dotyczącą ustalenia stanu prawnego 10-letniego Ibrahima. Prokuratura Krajowa - podał wiceminister Wójcik - wystąpiła natomiast o przekazanie informacji o wszystkich orzeczeniach w tej sprawie, którymi dysponuje belgijska prokuratura.

Prokuratura Rejonowa w Gdyni, prowadząca śledztwo w sprawie uprowadzenia chłopca, zapowiedziała, że będzie ustalać sytuację prawną dziecka. Jak wyjaśniała rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk, śledczy dysponują dokumentem, przedłożonym przez matkę, z którego wynika, że belgijski sąd w lipcu 2017 roku opiekę rodzicielską na dzieckiem przyznał wyłącznie kobiecie.

Matka chłopca we wtorek przed południem stawiła się na policji w Antwerpii.

Policjanci powiedzieli mi, że nie będą zajmować się sprawą, bo według ostatniego wyroku z października 2018 r. władza rodzicielska jest przy obu rodzicach, ale sąd ustalił stały adres Ibrahima przy ojcu — powiedziała PAP kobieta.

Po informacjach o drugim orzeczeniu Prokuratura Okręgowa w Gdańsku skierowała wniosek do prokuratury w Antwerpii o wszczęcie postępowania na terytorium Belgii celem niezwłocznego zabezpieczenia dobra dziecka. Jednocześnie, zwróciła się o zweryfikowanie stanu prawnego, celem wyjaśnienia, któremu z rodziców przysługuje władza rodzicielska nad dzieckiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję