Reklama

Za biedni na dzieci

2015-07-29 08:05

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 31/2015, str. 44-45

Deyan Georgie/Fotolia.com

W ubiegłym roku w całej Polsce odebrano rodzinom 771 dzieci, co piąte zabierane jest z powodów socjalnych. Mówi się, że tylko tyle. Może warto spytać: dlaczego aż tyle?

Według polskiego prawa, takie sprawy reguluje Kodeks rodzinny i opiekuńczy. Są w nim dwa odrębne tryby postępowania. Pierwszy – gdy zostaje zagrożone dobro dziecka, a inne środki, takie jak opieka kuratora czy terapia dla rodziców, nie skutkują. Drugi – gdy zostaje zagrożone życie i zdrowie dziecka z powodu przemocy w rodzinie. Sformułowanie „zagrożone dobro dziecka” brzmi trochę enigmatycznie. Może się pod nim kryć wszystko: bieda, nieodpowiednie żywienie, rozgardiasz w domu. Określenia tego broni Justyna Podlewska, koordynator działań prawnych Fundacji Dzieci Niczyje: – Jako prawnik uważam, że owo niedookreślenie jest bardzo przydatne. Rodzina to nie twór, który można precyzyjnie wymierzyć linijką. Każda jest inna i inaczej funkcjonuje. Wyobraźmy sobie sytuację, w której cztery interwencje policji kwalifikują odebranie dziecka, a już trzy nie spełniają takiego wymogu. Zawsze trzeba wszechstronnie przeanalizować sytuację dziecka pod kątem opiekuńczo-wychowawczym, środowiskowym, emocjonalnym, psychologicznym, edukacyjnym. Orzeczenie, na mocy którego dziecko zostaje zabrane z domu, sąd wydaje w ostateczności, gdy inne środki oddziaływania nie skutkują. Taka decyzja nie jest karą dla rodziców, ale pozwala im zmienić swoje dotychczasowe zachowania.

W teorii to pięknie brzmi, w praktyce wygląda znacznie gorzej. Czy zawodzą kuratorzy, asystenci, opieka społeczna? Gdzie oni są, gdy maluchy są tak dotkliwie katowane, że ich życiu zagraża niebezpieczeństwo?! Najłatwiej odebrać dziecko niezaradnej matce, żyjącej w bardzo skromnych warunkach, borykającej się z bezrobociem. Gdzie tkwi przyczyna tego, że co piąte dziecko odbierane jest rodzinie z powodów społecznych?

Rodzinne tragedie

W czerwcu br. z biednej popegeerowskiej wioski pod Wejherowem próbowano zabrać rodzicom jedenaścioro dzieci. Powód: bieda w domu i nieobecność dzieci w szkole. Zamiast na lekcje chodziły do lasu i zbierały jagody, aby pomóc rodzicom. Miejscowy Ośrodek Pomocy Społecznej już słał wniosek do sądu. Na szczęście w tej sprawie interweniował prezes Stowarzyszenia Rodzicielstwa Zastępczego „Nasze Gniazdo” Roman Górecki. Sprawa nie trafiła do sądu.

Reklama

Dramat rodziny Bałutów z Niska trwa nadal. Dwie starsze dziewczynki na mocy wyroku sądu trafiły do Domu Dziecka w Rudniku, a ich najmłodsza siostrzyczka została umieszczona w rodzinie zastępczej. Wyrok został umotywowany „skrajnym bałaganem w domu” i „ciasnotą”. Sądowi przeszkadzały także pies i królik oraz... muszki owocówki. Rodzice rozpaczliwie walczą o dzieci. – Córeczka mówi mi, że żałuje, że się urodziła, bo musi być w domu dziecka, więc lepiej, aby jej na świecie nie było – relacjonuje nieszczęśliwa matka.

Grażyna Chmiel ze Starej Gąski, matka dziewięciorga dzieci. Na szczęście czwórka z nich jest już pełnoletnia, procedury prawne objęły piątkę nieletnich. Grażyna była bita przez męża sadystę przez 20 lat. W końcu złożyła na niego donos do prokuratury. Odeszła z domu i musiała starać się o jakieś lokum. Dzieci odebrano jej od razu. Umieszczono je w łukowskim Domu Dziecka, oddalonym o 20 km od miejsca zamieszkania matki. Syn, 17-latek, trafił do młodzieżowego ośrodka wychowawczego w innej miejscowości.

Danuta spod Krakowa była bita i poniewierana przez męża. W kłótniach interweniowała policja. Matce zabrano dwóch synów. Młodszy miał 3 latka, starszy był w V klasie. Trafili do domu dziecka. Danuta w 8. miesiącu ciąży uciekła z domu, aby ukryć się przed okrutnikiem w Domu Pomocy Rodzinie w Konarach. Wysyłała pisma do sądu w Suchej, aby odzyskać dzieci. W międzyczasie dostała od gminy 12-metrowe mieszkanie socjalne. Za małe, aby sprowadzić dzieci z powrotem. – Dzieci są w domu dziecka już 4 lata – mówi. – Cały czas odwiedzam mojego Ludwiczka i Józika. Młodszy tuli się jeszcze do mnie, ale starszy nie zwraca na mnie uwagi i gdy jestem, gra w jakieś gry na telefonie komórkowym. Ma do mnie żal, że oddałam ich do domu dziecka. Boję się, że mi odbiorą najmłodsze. Mam takie małe mieszkanie...

Agnieszka i Tomasz Prymowie spod Rzeszowa mieszkali z czwórką dzieci i innymi krewnymi w 2-pokojowym mieszkaniu. Z powodu niezaradności życiowej Prymów dzieci umieszczono w placówce wychowawczej. – Dzieci nie wróciłyby do domu, gdyby nie nagłośnienie sprawy – mówi Elżbieta Wisz ze Stowarzyszenia Wspierania Zasobów Ludzkich „Nowy Horyzont”. – Ta rodzina byłaby stracona. Instytucje musiały się tłumaczyć ze swoich decyzji i publicznie je uzasadniać. Działając w pojedynkę, obywatele nie mają najmniejszych szans skutecznie poskarżyć się na przepisy i instytucje.

Rodzinie Smykowskich z Wałbrzycha zabrano dzieci z powodu biedy.

Ośrodek Pomocy Społecznej wystąpił do sądu o zajęcie się problemem 11-letniego Sebastiana z Bystrzycy Nowej. Jego matka cierpi na depresję. W domu jest bieda i bałagan. Chłopiec został umieszczony w Domu Dziecka w Lublinie. Urszula Sawecka, pełniąca obowiązki kierownika Ośrodka Pomocy Społecznej w Strzyżewicach, tak komentuje tę decyzję: – Dzięki pobytowi zobaczy trochę innego życia, zacznie inaczej funkcjonować, nabierze innych nawyków.

W Środzie Śląskiej kuratorka złożyła wniosek do sądu o odebranie 5-letniego chłopca dziadkom, bo jest za gruby. W obecności Maćka przekonywała: – Paśliście go jak świnię. Na szczęście sąd oddalił wniosek.

W Bydgoszczy sąd odebrał czwórkę dzieci kobiecie, która chorowała na depresję. Po wyroku sądu matka uciekła z mieszkania i ukrywała się z dziećmi u znajomych. Po 2 tygodniach policja ją odnalazła i odebrała jej dzieci.

W Świdnicy 7-letnim synem kobiety zainteresowały się urzędy w chwili, gdy błagała policję o pomoc i ochronę przed mężem okrutnikiem. Chłopca odebrano matce.

Kuriozalna jest historia Renaty i Piotra Dzikowiczów z Legnicy. Według urzędników, była to rodzina z zaburzeniami psychotycznymi. Renata mówiła, że od lat ma objawienia maryjne. Zdaniem urzędników, zbyt często się modliła. 11-letniego Pawła umieszczono w pogotowiu opiekuńczym, a później w domu dziecka. Walka o jego powrót do domu trwała ok. 2 lat. I zakończyła się sukcesem dzięki interwencji Rzecznika Praw Dziecka.

Każdy taki przypadek to wielki dramat nie tylko dla dorosłych, ale przede wszystkim dla dzieci. Elżbieta Wisz uważa, że „czasami pracownicy socjalni wolą skierować wniosek o odebranie dzieci, bo są po prostu bezradni. Nie mają odpowiednich kompetencji, by pomóc, a takie rozwiązanie wydaje im się bezpieczne”.

Postępując w ten sposób, urzędnicy nie myślą o krzywdzie psychicznej, jaką wyrządzają dzieciom. Dla nich ważne jest, aby wszystko przebiegało zgodnie z prawem i by oni mieli czyste ręce. We wszystkich przytoczonych sytuacjach dzieci były bardzo silnie związane z matkami, a w wielu przypadkach – z obojgiem rodziców. Miały swój dom, swoje miejsce w nim, znajome kąty i najważniejsze... kochającą matkę, do której zawsze można było się przytulić. Rozłączenie z nią, często w sposób brutalny, to zburzenie ich świata, odebranie poczucia bezpieczeństwa. W rodzinie najważniejsze są więzi emocjonalne. W placówce opiekuńczo-wychowawczej dziecko czuje się sierotą, osobą niepotrzebną nikomu, ma obniżone poczucie wartości. Ma żal do rodziców czy matki, że pozwoliła je zabrać. Dziecko nie rozumie wszystkich zawirowań prawnych. Czuje się zdradzone i odrzucone. Im dłuższa jest rozłąka, tym mniejsze szanse na odbudowanie rodzinnych więzi.

– Pamiętam dzień, w którym dwoje dzieci zostało nagle zabranych przez policję ze świetlicy szkolnej – wspomina nauczycielka z gdańskiej szkoły podstawowej. – Dzieci stawiały opór, wzywały matkę. Młodsza, 7-latka, schroniła się z płaczem pod ławką. Gdy ją stamtąd wyciągano, rozdzierająco krzyczała. Takie silne traumatyczne przeżycia zostaną na długo w ich psychice i nie wiadomo, czym zaowocują w późniejszych latach.

Dzieci z naruszonym poczuciem bezpieczeństwa popadają w depresję, mają lęki, cierpią na zaburzenia somatyczne: bóle głowy, brzucha. U starszych dzieci pojawiają się myśli samobójcze. A główna tego przyczyna tkwi w mylnych, zbyt pochopnych decyzjach urzędników.

Odbieranie rodzicom dzieci z powodu – mówiąc językiem prawniczym – ich niewydolności opiekuńczo-wychowawczej to prawdziwa plaga dzisiejszych czasów. Może i w tym chcemy dogonić Europę... Niemieckie urzędy do spraw dzieci – Jugendamty – w 2011 r. odebrały rodzinom 385 tys. dzieci. W Norwegii kontrowersyjny urząd ochrony dzieci – Barnevernet – działa bardzo prężnie. Wystarczy, że rodzice mają niskie IQ, a dziecko jest smutne, i urzędnicy już mają podstawę, aby pozbawić rodziców praw.

Pusty luksusowy „raj”

Bieda nie jest zagrożeniem dla prawidłowego rozwoju dziecka. Jeżeli w rodzinie są silne więzi emocjonalne, miłość, to nie jest istotne, że mieszkanie nie lśni czystością, a dziecko nie je zbilansowanych czterech posiłków dziennie. Warto na ten temat porozmawiać z psychologami z Itaki, fundacji szukającej zaginionych osób. Dzieci uciekają na ulicę nie z powodu biedy, ale samotności, wyobcowania. W tym geście rozpaczy chcą zwrócić na siebie uwagę obojętnych rodziców.

– Miałam w domu doskonałe warunki bytowe – wspomina Maja, studentka ostatniego roku socjologii. – Piękna willa z ogrodem, wysokie kieszonkowe, najmodniejsze ciuchy i... pustka w domu, po którym snuła się jedynie gosposia. Tata zajęty biznesem, w ciągłych podróżach zagranicznych, mama prowadziła celebrycki styl życia, w którym nie było dla mnie miejsca. Nie mogłam mieć żadnego zwierzęcia, bo rodzice tego nie tolerowali. Zimny, pusty dom, z którego chciało się uciekać. I uciekałam. Dwa razy. Pierwszy raz, gdy zdałam do VI klasy. Odnaleziono mnie po 2 dniach włóczęgi. Zaprowadzono do psychologa, do którego sporadycznie zaglądała moja matka. Drugi raz uciekłam, gdy kończyłam gimnazjum. Na wolności byłam przez miesiąc. I znów ta sama procedura. Bezsensowna terapia u psychologa. Do moich rodziców nic nie docierało. Skąd we mnie taki bunt? Przecież mam wszystko. Tak, miałam wszystko oprócz rodzicielskiej troski i miłości. Przed maturą próbowałam odebrać sobie życie. Z trudem mnie odratowano. Wtedy w sercach moich rodziców coś się poruszyło. Ojciec był częściej w domu, matka próbowała być mamą. Ale więzi rodzinnych nie da się nagle odbudować. Wysiłki moich rodziców były nieporadne, kulawe. Męczyliśmy się ze sobą, bo byliśmy dla siebie jak obcy. Na szczęście po maturze zakochałam się w chłopaku, który dał mi ciepło, miłość i zrozumienie. Szybko wyszłam za mąż i staram się, aby mój dom nigdy nie przypominał luksusowej złotej klatki.

Psycholog Tomasz Polkowski, prezes Towarzystwa Nasz Dom, twierdzi, że „bieda to nie patologia. Takim rodzinom trzeba pomóc, a nie dobijać je drastycznymi decyzjami”. Trzeba z większą empatią pochylać się nad każdym zgłoszonym przypadkiem, aby zbyt pochopnie nie uszczęśliwiać dzieci na siłę, często wbrew zdrowemu rozsądkowi. Żadna placówka opiekuńczo-wychowawcza nie zapewni dziecku poczucia bezpieczeństwa, miłości, bliskości rodzicielskiej. Koszt pobytu w domu dziecka to 2,5 tys. zł. Warto te pieniądze spożytkować inaczej. Przeznaczyć je na pomoc rodzinie, bezrobotnym rodzicom dać możliwość pracy i zapewnić im godziwe warunki mieszkaniowe. Psycholodzy proponują domową terapię. Może ona przynieść lepsze efekty.

Jedno jest pewne – dotychczasowe złe procedury należy zmienić, aby nie rodziły prawdziwych patologii. I pójść za głosem abp. Andrzeja Dzięgi, który w swej homilii podczas XXIV Ogólnopolskiej Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja na Jasną Górę mówił o zagrożeniach czyhających na polskie rodziny. Wzywał do cichego oporu wobec złego prawa, do negacji systemu skierowanego przeciw Bogu i pójścia za Jego głosem, który prowadzi do prawdy, sprawiedliwości i miłości.

Jezus naszym odniesieniem

2019-09-17 14:31

Ks. Jan Koclęga
Niedziela Ogólnopolska 38/2019, str. 23

Św. Jan, mozaika (XXI wiek)/fot. Graziako

Człowiek współczesny ulega iluzji, że to „pieniądz rządzi światem”, a gospodarka jest najważniejsza. Taki stereotyp jest już dawno znanym schematem myślenia, o czym poucza nas prorok Amos: „Słuchajcie tego wy, którzy gnębicie ubogiego, a bezrolnego pozostawiacie bez pracy...”. Problem braku uczciwości w dzieleniu się dobrami i prawdziwej solidarności między biednymi a bogatymi jest rzeczywistością stale obecną w świecie. Zawsze kiedy człowiek – zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym – odchodzi od Bożych przykazań, kiedy zapomina o miłości Boga i bliźniego – wkrada się grzech nieuczciwości w relacjach między bogatym a biednym. Ten problem był obecny również w czasach proroka Amosa, który zdecydowanie wypomina nieuczciwym ludziom oszustwa wobec biednych: „...będziemy zmniejszać efę, powiększać sykl i wagę podstępnie fałszować. Będziemy kupować biednego za srebro, a ubogiego za parę sandałów i plewy pszeniczne będziemy sprzedawać”. Pan Bóg upomni się o krzywdę biednego, On jest łaskawy i miłosierny i wzywa nas, abyśmy w relacji z drugim człowiekiem kierowali się miłością.

Największym dobrem i szczęściem jest zbawienie, dlatego św. Paweł wzywa nas do wielkiej modlitwy za wszystkich ludzi: „Polecam przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi. (...) Jest to bowiem dobre i miłe w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy”. Owa prawda to fakt, że jeden jest Bóg i jedyny Pośrednik między Bogiem a ludźmi – Jezus Chrystus, który wydał samego siebie za nas w ofierze odkupieńczej. Zatem – Syn Boży jest punktem odniesienia dla człowieka, dla jego pracy, modlitwy i relacji do Boga i do każdego człowieka.

W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus uczy nas właściwego wykorzystania dóbr, które posiadamy. Bogactwo tego świata nie jest celem, ale środkiem do osiągnięcia celu do zbawienia. Człowiek jest stworzony do szczęścia z Bogiem – nie może więc na tym świecie przed perspektywą Bożej miłości umieścić jakąś marność: „Nie możecie służyć Bogu i Mamonie!” – mówi Pan.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Komunikat Kurii Metropolitalnej w Krakowie

2019-09-21 22:35

W związku z pojawiającymi się w przestrzeni medialnej nieprawdziwymi informacjami na temat zmian personalnych w Biurze Prasowym Archidiecezji Krakowskiej, Kuria Metropolitalna w Krakowie informuje, że podjęte działania dotyczą zakończenia współpracy jedynie z koordynatorem Biura, panią Joanną Adamik, i jej dwiema najbliższymi współpracowniczkami, które są osobami niezamężnymi.

Artur Stelmasiak/Niedziela

Należy zaznaczyć, że pani Joanna Adamik w dniu 10 sierpnia br. w piśmie skierowanym na ręce Księdza Arcybiskupa stwierdziła, m.in.: „(…) wyrażając szczerą wdzięczność za ostatnie lata i miesiące pracy i służby dla Księdza Arcybiskupa, także za wszystkie gesty i słowa osobistej życzliwości wobec mnie i moich bliskich, proszę o zwolnienie mnie z obowiązków”. Ta prośba została ostatecznie przyjęta w dniu 19 bm., przy zachowaniu umownego (miesięcznego) trybu wypowiedzenia i wynagrodzenia, pomimo rezygnacji ze świadczenia pracy.

Natomiast dwie pozostałe osoby, które w życiu prywatnym jako matki tworzą wraz ze swymi mężami katolickie rodziny, nadal pozostają pracownikami Biura Prasowego Archidiecezji Krakowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem