Reklama

Wiara domaga się czynów

2015-09-17 13:17

Piotr Drzewiecki
Edycja łódzka 38/2015, str. 1

Piort Drzewiecki
Wspólnota salezjańska

Wspólnota salezjańska z ul. Wodnej uroczystą Eucharystią rozpoczęła obchody Tygodnia Wychowania Chrześcijańskiego (13-20 września). Mszy św. przewodniczył inspektor salezjanów Inspektorii Warszawskiej ks. Andrzej Wujek SDB.

„Wiara bez uczynków jest martwa – wiara domaga się czynów. W procesie wychowania trzeba myśleć o tym, co boskie. Tak jak napisał nasz Episkopat: „Aby na drogach swojego rozwoju umieć i chcieć przyjąć Chrystusa”. Możemy powtórzyć głośno za św. Janem Pawłem II: „Otwórzcie drzwi Chrystusowi”, także na płaszczyźnie wychowania i pracy z młodymi. Nasz założyciel ks. Jan Bosko chciał, by jego podopieczni mieli w sobie bojaźń Bożą, która daje początek prawdziwej mądrości. Mówił, że człowiek wewnętrznie wzmacnia się przez modlitwę, różaniec, lekturę Pisma Świętego i wierność nauce Kościoła katolickiego. To są filary dobrego chrześcijańskiego wychowania, które są także filarami nas salezjanów – rozum, religia, miłość” – mówił w homilii ks. Piotr Przemysmycki SDB. W uroczystej Eucharystii uczestniczyli uczniowie, nauczyciele, absolwenci, przyjaciele dzieła salezjańskiego, a także przedstawiciele szkół salezjańskich z terenu inspektorii. Na zakończenie uczniowie odczytali przesłanie młodzieży salezjańskiej do młodych. Msza św. z kościoła Matki Bożej Wspomożenia Wiernych w Łodzi transmitowana była na cały świat za pośrednictwem TV Polonia.

Reklama

Tydzień Wychowania to inicjatywa Komisji Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski i Rady Szkół Katolickich. Na tę okoliczność przygotowywane są pomoce katechetyczne dostępne na stronie, a także płyta z prelekcjami; księża biskupi wystosowują list pasterski. Tydzień Wychowania jest obchodzony zawsze w tygodniu, w którym przypada święto św. Stanisława Kostki, patrona dzieci i młodzieży (18 września).

Tagi:
szkoła salezjanie

Reklama

Służę młodym jako salezjanin koadiutor

2019-06-04 13:09

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 23/2019, str. 6-7

Z bratem zakonnym Stefanem Sieradzem, koadiutorem salezjaninem w parafii św. Jana Bosko w Szczecinie, rozmawia Bogdan Nowak

Bogdan Nowak
Salezjańska świątynia przy ulicy Witkiewicza w Szczecinie

Stefana Sieradza zastaję wśród młodych w oratorium parafii salezjańskiej otoczonej wieżowcami na wprost stadionu „Pogoni” w Szczecinie. Jedyny zakonnik w tym domu w świeckim ubraniu bardzo pogodnego usposobienia za chwilę odrywa się od młodych i wspomina dzieje swego powołania.

– Urodziłem się i wychowałem w parafii prowadzonej przez salezjanów ks. Jana Bosko, których szczególnym zadaniem jest służba młodzieży, zwłaszcza ubogiej i zagrożonej – mówi. – To właśnie księża rodzinnej wspólnoty parafialnej w Czaplinku mieli na mnie największy wpływ na moje powołanie zakonne, dzięki optymistycznemu życiu i twórczego wypełniania wolnego czasu młodemu pokoleniu. Nasza zachodniopomorska parafia jest dumna z licznych powołań kapłańskich i zakonnych, które powiększyłem w 1979 r., wstępując do salezjanów.

* * *

BOGDAN NOWAK: – Jaka była droga salezjańska Brata?

BR. STEFAN SIERADZ: – U salezjanów są dwie możliwości realizowania się w tym dziele misyjnym stworzonym przez świętego naszego założyciela ks. Jana Bosko: można być kapłanem albo koadiutorem, czyli współbratem laikiem. Ja odczułem chęć – pod wpływem Ducha Świętego – bycia bratem zakonnym. Zawsze modliłem się, że chcę iść w drugiej linii życia zakonnego – tak jak na wojskowym froncie – czyli w tak potrzebnej braterskiej służbie. Pierwszą linię tego salezjańskiego zgromadzenia tworzą księża, czyli szafarze sakramentów. My koadiutorzy wspieramy kapłanów. Jedni bez drugich nie mogą istnieć. Ich apostolaty wzajemnie uzupełniają się.
Najpierw odbyłem w Czerwińsku roczny nowicjat. Potem skierowano mnie do Wyższego Seminarium Duchownego w Lądzie nad Wartą, gdzie przez trzy lata poznawałem budującą formację salezjańską, uczęszczając na wykłady z filozofii. Wreszcie znalazłem się w pierwszej mojej parafii salezjańskiej w Swobnicy, gdzie pomagałem zakonnemu ekonomowi.

– Połowę swego salezjańskiego życia spędził Brat w Zambii w służbie najuboższej młodzieży…

– Miłość do takiej posługi wszczepiła mi siostra salezjanka w Czaplinku, ukazując w katechezie duchowe bogactwo misji w Afryce, dlatego po ślubach wieczystych, będąc już siedem lat koadiutorem, napisałem prośbę do swego przełożonego, by mnie wysłał na zakonną placówkę do ubogiej Zambii. Otrzymałem na to zgodę i tam realizowało się moje dalsze powołanie, w duchu obywatelskiego i katolickiego wychowywania młodzieży, jak tego zawsze życzył nam św. ks. Jan Bosko. Salezjanie przybyli do Zambii w 1982 r., a pierwszymi misjonarzami byli właśnie Polacy. Chimese jest podmiejską ubogą dzielnicą 42-tysięcznej Mansy, która niewiele różni się od warunków życia w afrykańskim buszu. Wokół przeważnie domy powstałe z cegieł suszonych na słońcu i kryte trawą bez prądu i wody, zamieszkałe przede wszystkim przez młodych Murzynów. Tutaj zbudowaliśmy wspólnie z Zambijczykami Centrum Młodzieżowe. Do południa młodzi edukują się w szkole budowlanej i komputerowej. Natomiast przedszkole, szkołę podstawową i gimnazjum prowadzą siostry salezjanki oraz parafia. My, salezjanie, głównie wypełniamy twórczo dla setek dziewcząt i chłopców czas popołudniowy. Tutaj uprawiają sport, taniec, śpiew i wszelkie inne, nieraz ukryte, talenty. Później swoimi osiągnięciami sportowo-kulturalnymi prezentują się na różnych uroczystościach w mieście i nie tylko. Nawet swoimi programami muzyczno-modlitewnymi jeżdżą po okolicznych wsiach, ewangelizując innych, czyli przybliżając do Chrystusa. W Centrum Młodzieżowym organizowane są również rekolekcje i kursy biblijne. Moja salezjańska służba była rozmaita, bo trzeba było być dla nich pomocnym przyjacielem we wszystkim, a więc byłem kierowcą (do szpitala nawet trzeba było jechać z chorym 200 km), sanitariuszem, naprawiaczem wszelkich urządzeń, organizatorem zabaw i modlitw… Zambię nęka dokuczliwa malaria.

– Mimo że Brat od 2012 r. jest w potrzebnej pomocniczej służbie w Szczecinie, to jednak ciągle pamięta o młodzieży zambijskiej...

– Najbardziej jestem dumny z faktu, że dzięki salezjańskiemu programowi „Adopcja na odległość” udało się mi doprowadzić chłopca aż do święceń kapłańskich. A było to tak: Poznałem pewną samotną Zambijkę i jej trzech synów, która mieszkała na wsi, a przeprowadziła się z nimi do Chimese. Jej dzieci przez dwa lata nie chodziły do szkoły podstawowej, bo nie miała na to pieniędzy. Gdy się o tym dowiedziałem, udało się mi pozyskać odpowiednie środki, dzięki którym mogli kontynuować naukę i nadrobić zaległości. Jeden z nich nawet dostał się do liceum, a potem spełnił swoje marzenie o kapłaństwie, wstępując do diecezjalnego seminarium duchownego. Od pięciu lat jest szczęśliwym księdzem, a nawet proboszczem. Przez tydzień był w Polsce, gdzie towarzyszyłem mu w tej podróży po Ojczyźnie św. Jana Pawła II.

– Salezjanin laik, czyli koadiutor, składa trzy śluby…

– Jak każdy zakonnik, zarówno księża i koadiutorzy w naszym zgromadzeniu salezjańskim, składa trzy śluby: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa. Jesteśmy zatem osobami konsekrowanymi dla dobra młodzieży, której oddajemy się w całości. Koadiutor poprzez wspomniane śluby rezygnuje z prawa do wolnych wyborów i decyzji, prawa do legalnej własności, czyli dóbr doczesnych oraz z prawa do założenia rodziny. Salezjanin laik trwa we wspólnocie z innymi salezjanami, przeżywając tak samo posłannictwo w służbie młodzieży, opierając swoje życie na Chrystusie Dobrym Pasterzu i systemie wychowawczym przygotowanym przez św. ks. Jana Bosko. Wprawdzie jestem – jak wspomniałem – na drugiej linii salezjańskiego frontu wychowawczego młodzieży, to jednak wszystko cokolwiek robię, nawet z pewnego dystansu, choćby będąc portierem szkoły czy pomocnikiem kościelnego, robię to z bezinteresowną miłością do młodzieży. Dzięki naszej braterskiej pomocy księża bezpośrednio kształtując młode charaktery, są wdzięczni za takie nasze duchowe i fizyczne wsparcie. Najlepiej charyzmat koadiutorów wyjaśnia sam nasz Założyciel: „Ja potrzebuję pomocników. Są rzeczy, których ani księża, ani klerycy nie są w stanie zrobić. Dlatego wy je zrobicie… Potrzebuję kogoś w każdym domu, komu mógłbym powierzyć sprawy, które wymagają najwyższego zaufania: pieniądze, rachunki, reprezentowanie nas na zewnątrz. Zależy mi na tym, aby działały dobrze kuchnia, portiernia i aby nic się nie marnowało. Potrzebuję kogoś, komu powierzę te właśnie trudne sprawy. To właśnie jest wasze zadanie, zadanie koadiutorów..., którym powierza się wielką odpowiedzialność”.

* * *

Stefan Sieradz jest posłuszny wskazaniom świętego wychowawcy młodzieży z Turynu, który zachęca formować ją na szlachetnych obywateli i dobrych katolików, chronić młodych przed złem oraz pozytywnie kształcić ją w szkolnictwie zawodowym i w różnych grupach naukowo-szkolnych. Wielokrotnie podkreśla, iż pierwszymi i najważniejszymi nauczycielami dzieci są ich rodzice. Nikt w tym procesie nie jest w stanie zastąpić wychowawczej roli matki i ojca. Wszyscy inni, w tym Kościół, może tylko to rodzicielskie zadanie wspierać. Dlatego naturalna rodzina jest największym skarbem w życiu każdego, do której zawsze będzie wracał, także pamięcią, gdy sam będzie już starcem.

Niewątpliwie jest wdzięczny swoim rodzicom, którzy aktywnym chrześcijańskim życiem wzbudzili salezjańskie powołanie w Stefanie, ofiarowując go zakonowi.

Sędziwa matka Stefana jest zapewne dumna, że jej jedyny syn cieszy się szczęściem służebnym w koadiutorskiej wspólnocie, która wprawdzie liczebnie maleje na polskiej ziemi, ale zapotrzebowanie na nią jest ciągle niemałe.

Gdy żegnam brata Sieradza, prosi mnie z uśmiechem o modlitwę, by nigdy nie utracił wiary, bo – jak mądrze twierdzi – bez Chrystusowej wiary człowiek wewnętrznie jest pusty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kanada: w parlamencie Quebecu usunięto ze ściany krzyż

2019-07-14 16:14

vaticannews.va / Quebec (KAI)

W sali obrad zgromadzenia parlamentarnego Quebecu usunięto ze ściany krzyż. Jest to jeden ze skutków przyjętego w marcu nowego prawa o świeckości państwa. Krzyż nie zniknie jednak z parlamentu. Ze względu na rolę chrześcijaństwa w historii tej francuskojęzycznej prowincji Kanady, krucyfiks trafi do muzealnej gabloty.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Głównym celem kontrowersyjnego prawa były muzułmańskie nakrycia głowy. Wraz z nimi zakazano też innych symboli religijnych. Nie mogą ich nosić niektóre kategorie pracowników państwowych, w tym sędziowie, policjanci, adwokaci czy nauczyciele. Nowe prawo o świeckości nie przewiduje natomiast wycofania się państwa z finansowania kościelnego szkolnictwa.

Na zagrożenia wypływające z nowych rozporządzeń wskazywali kanadyjscy biskupi. Ich zdaniem zakaz noszenia symboli religijnych nie przyczyni się do budowania pokoju społecznego. Wręcz przeciwnie może zachęcać do nietolerancji i lęku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czemu nie uwierzyć w siebie?

2019-07-15 21:42

Anna Majowicz

O przyczajonych tygrysach, dwóch stronach medalu i mocnej relacji z Bogiem – Sylwia Jaśkowiec poruszyła serca uczestników 26. Salwatoriańskiego Forum Młodych w Dobroszycach.

Anna Majowicz
Sylwia Jaśkowiec

- Od szkolnych lat uprawiam sport, a moją wiodącą dyscypliną są biegi narciarskie. W 2010 roku pojechałam na swoje pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Vancouver. One otworzyły mi drzwi do świata sportu. Miałam potencjał, ludzie mówili o dużym talencie, uzyskiwałam dobre wyniki sportowe. I nagle w moim życiu wydarzyło się coś niesamowitego. Po powrocie z sezonu zimowego do akademika w Katowicach, gdzie studiowałam na Akademii Wychowania Fizycznego, przydzielono mi pokój z dziewczynami, które na co dzień formowały się we Wspólnocie Przymierza Rodzin ,,Mamre”. Dziewczyny namówiły mnie na wyjazd na Mszę św. o uzdrowienie do Częstochowy. I tu muszę wspomnieć, że po powrocie z igrzysk miałam dobry moment sportowy, ale psychicznie czułam, że coś się kończyło, bo dążyłam do tego, aby zakończyć współpracę z trenerem, z którym bardzo dużo osiągnęłam. Wiedziałam, że nasza dalsza współpraca nie podniesie mojego sportowego poziomu, że mnie nie rozwinie. Człowiek miał w sobie ogromne sportowe ambicje, a przede wszystkim marzył nie tylko o igrzyskach, ale i o medalu mistrzostw świata i medalu olimpijskim. Te moje marzenia powodowały, że muszę iść dalej, wziąć sprawy w swoje ręce. Na tej Mszy św. stało się coś niesamowitego - pierwszy raz w życiu doświadczyłam żywego Pana Boga. Ten żywy Bóg powiedział mi ostre słowa.

Mała retrospekcja z dzieciństwa. W mojej rodzinie nie działo się dobrze. Nie doświadczyłam ojcowskiej miłości, tata nadużywał alkoholu. Moje serce było podziurawione, poranione, a braki miłości odcisnęły na mnie piętno. Byłam pogubiona, wrażliwa i nie potrafiłam poradzić sobie z emocjami. Dzisiaj mówimy o tym, czemu nie uwierzyć w siebie? Ja tej pewności siebie, wysokiej samooceny i poczucia własnej wartości nie zdobyłam w domu. Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bóg dał mi sport jako narzędzie, w którym rozpoczęłam budowanie swojej samooceny.

Mój sportowy potencjał objawił się we wczesnych latach szkoły podstawowej. Chwała Bogu za człowieka, którego postawił na mej drodze – wuefistę Stanisława Gubałę. To był człowiek ogromnej pasji, ogromnego serca, a przede wszystkim ogromnej miłości. Od pierwszych zawodów do kolejnych okazało się, że jestem dobrą biegaczką i potrafię dobrze grać w zespołach drużynowych. Moje serce podbiły biegi narciarskie. Ten sport faktycznie dawał mi poczucie spełnienia, ale przede wszystkim motywował mnie do tego, że jest to moja szansa w życiu na bycie kimś, żeby uwierzyć w siebie, swoje możliwości i na wydobycie z siebie tego, co we mnie najlepsze. Wymagało to ode mnie ciężkiej pracy, wytrwałości, niezłomności, częstych upadków, ale i powstawania z tych upadków. Sport stał się dla mnie najważniejszą rzeczą w życiu. Niestety, przez emocjonalne braki w miłości rzuciłam się całkowicie w wir pracy. To był mój mechanizm obronny. To było kosztem wielu wyrzeczeń, ale i też niestety kosztem niezdrowej ambicji sportowej. Doszłam do poziomu, gdzie zaczęłam gardzić słabszymi ode mnie. Wygrywałam z rówieśnikami z dużą przewagą, co powodowało, że rosła we mnie wartość samej siebie. Wiedziałam, że dochodzę do tego własną pracą, własną siłą, własnym psychicznym zaangażowaniem, upartością i niezłomnością. Jak możecie zauważyć nie było w tym wszystkim Boga, bo byłam ja. Moje budowanie wartości opierało się tylko i wyłącznie na tym, że to jest efekt mojej ciężkiej pracy. To było coś, co później Pan Bóg w sposób sobie właściwy wyciągnął, uświadomił mi, że moje serce było przepełnione pychą i egoizmem.

Kiedy dochodzi się do szczytu sportu wyczynowego, kiedy startuje się w mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich, to ma się świadomość, że jest się obserwowanym, ale i ty cały czas obserwujesz to, jak wygląda konkurencja, jaki poziom prezentuje, jak się odżywia, itd. Cały czas byliśmy jak takie przyczajone tygrysy, obserwujące się nawzajem. To prowadziło do skrajności. Bo w sporcie niestety występuje doping, anoreksja, bulimia – tylko dlatego, by być doskonałym w tym co się robi. To ciemne strony sportu, ale tak to już jest w życiu, że są dwie strony medalu. Wybór należy do nas. Ja niestety, w tym pierwszym okresie dążenia do perfekcji wycięłam z życia Pana Boga.

Punktem zwrotnym w moim życiu był wyjazd do Częstochowy. Pojechałam na Mszę św. i moje serce zostało zalane Bożą miłością. Usłyszałam, że może nie było ze mną ziemskiego ojca, ale Pan Bóg był cały czas obecny w moim życiu, że Jego obecność była nieustanna i On się cały czas o mnie troszczył. Usłyszałam od Boga, że wszyscy mogą o mnie zapomnieć, ale nie On, bo oddał za mnie życie na krzyżu.

Przyjęłam do swojego życia Pana i Zbawiciela i to jest cudowne. To był najważniejszy wybór w moim życiu. Wybór, który obrócił moje życie do góry nogami!

Posłuchaj całego wystąpienia:

https://drive.google.com/file/d/1Q333Es_IerOrY9adtMYx4V-A89ww6hMN/view?usp=sharing

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem