Reklama

Polska

Żył Wojtyłą

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.

2015-10-07 08:41

Niedziela Ogólnopolska 41/2015, str. 16-18

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Dzień Papieski

Archiwum rodzinne ks. prof. Tadeusza Stycznia SDS

Ks. prof. Tadeusz Styczeń SDS (21 grudnia 1931 – 14 października 2010)

Któż z nas nie zna tego czterowiersza ze słynnych „Trenów” Jana Kochanowskiego? Słowa te i kryjące się za nimi tragiczne doświadczenie ojca przywoływał nieraz w swoich wykładach i tekstach ks. prof. Tadeusz Styczeń SDS. Oto, co sam pisał w tym kontekście: „Niepowtarzalność tej oto osoby w świecie jest (...) tak niezastąpioną wartością dla jej odkrywcy, że świat cały staje się dla niego innym światem, dopiero jego światem, domem. To właśnie mówi autor «Trenów», tyle że poprzez kontrast. Dlaczego każdy z nas tak go doskonale rozumie i tak doskonale z nim «współczuje»?”.

Co chce nam ks. Styczeń powiedzieć, odwołując się do doświadczenia utrwalonego w „Trenach”? Przede wszystkim to, że życie ludzkie, życie każdego z nas, nasze istnienie – jest darem. Nie ode mnie zależy to, że pojawiłem się pośród otaczającego mnie świata, że oto jestem, żyję. Komu więc zawdzięczam moje istnienie? Rodzicom? Z nich się wszak począłem i zrodziłem. Nie byłoby jednak „Trenów” i kryjącego się za nimi dramatu ojca bezradnego wobec śmierci dziecka, gdyby ów ojciec mógł dać ukochanemu dziecku istnienie na zawsze. Przecież chciałby to uczynić, gdyby mógł, lecz właśnie to, czego pragnąłby najbardziej, nie pozostawało w jego mocy. Rodzice nie mogą dać swojemu dziecku życia na zawsze. Filozofia podpowiada nam w tym miejscu, że człowiek jest bytem przygodnym: istnieje, ale nie musi istnieć. Może nie istnieć. Każdy z nas wie: kiedyś mnie nie było, teraz jestem, kiedyś znów mnie nie będzie. Moje istnienie jest ograniczone w czasie i jest kruche.

Kto daje życie

Do tej podpowiedzi ze strony filozofii ks. Tadeusz Styczeń dopowiada: skoro nie musiałem istnieć i skoro w samym sobie nie znajduję dostatecznych racji mojego istnienia – a przecież istnieję – ktoś musiał mi moje istnienie dać, obdarzyć mnie moim istnieniem. A jeżeli odpowiedź: rodzice jest odpowiedzią nie tyle fałszywą, ile niepełną – rodzice bowiem nie tyle dają życie, ile je przekazują – trzeba pytać dalej. Skoro istniejemy, a istnienie nasze nie zależy od nas samych, musi istnieć ktoś, kto nas istnieniem obdarzył. Dlaczego ktoś, a nie coś? Ponieważ istniejemy jako istoty rozumne i wolne oraz zdolne do aktów daru z samych siebie wobec drugich, czyli aktów miłości – istniejemy jako osoby. Ostateczna przyczyna i wyjaśnienie naszego istnienia musi więc także być Osobą – kimś, kto zechciał nas obdarzyć istnieniem. Tak, ujmując to w pewnym uproszczeniu, pojawia się w myśli ks. Tadeusza Stycznia pojęcie Osobowego Absolutu istnienia i miłości.

Reklama

Nie będę rozwijał powyższego wątku, niech w tym miejscu wystarczą dwie konstatacje. Po pierwsze: istniejemy, bo jesteśmy z daru, a równocześnie istniejemy jako istoty zdolne do daru z siebie dla drugiego. Po drugie: nasze istnienie, życie – choć ma charakter „jedynie” przygodny – stanowi dla każdego z nas fundament, na którym wznosi się wszystko to, co się z nami dzieje, a przede wszystkim, co czynimy. Dlatego życie – jako sposób istnienia osoby – uczestniczy w godności osoby. Nie można afirmować osoby bez równoczesnej afirmacji jej życia.

Nowe życie – z miłości

Powyższe konstatacje prowadziły ks. Stycznia w stronę zagadnienia małżeństwa i rodziny. Dlaczego? Oblubieńcza miłość mężczyzny i kobiety, która w pełni wyraża się ich wzajemnym darem poprzez dar ciała (akt małżeński), niejako ustanawia środowisko ludzkie, w którym poczyna się i rodzi nowe życie. Poczyna się ono z miłości i z miłości przyjęte jest jako dar. Akt małżeński jest przeto znakiem miłości oblubieńczej mężczyzny i kobiety oraz – nierozłącznie z tym – wyrazem płodności tejże miłości. Oto – jak mawiał ks. Styczeń – „próg, na którym małżeństwo rodziną się staje”. Miłość małżeńska jest zatem uprzywilejowanym „miejscem”, w którym ujawnia się – jak głosi tytuł jednego z artykułów ks. Stycznia – „człowiek jako podmiot daru z samego siebie”, ponieważ daje początek rodzinie, która jest – jak z kolei głosi tytuł innego tekstu ks. Stycznia – „źródłem i szkołą życia”.

Tak właśnie widziane małżeństwo i rodzina są dla ks. Tadeusza Stycznia oknem, poprzez które patrzy on na społeczności szersze, w szczególności na państwo i stanowione przez nie prawo. Ten szczególny „kąt widzenia”, który wspólnotę rodzinną („familiaris consortio”) stawia w centrum rozważań o wspólnocie ludzkiej, łączył się u ks. Stycznia z innym jeszcze istotnym doświadczeniem: można powiedzieć – doświadczeniem historycznym o doniosłości filozoficznej. Doświadczeniu temu dał wyraz w eseju „Wolność w prawdzie”, w którym przywołał postać Jana Kowalskiego lat 80. ubiegłego wieku, uwięzionego przez totalitarny reżim w Polsce. Kowalski stał się dla ks. Stycznia polskim Sokratesem stanu wojennego. Podobnie jak Sokrates, który nie zgodził się wyjść na wolność i ocalić swe życie kosztem wyrzeczenia się prawdy, której wierność zaprowadziła go do więzienia – również Kowalski nie przyjął oferty władz opuszczenia więzienia w zamian za zgodę na propozycję: podpisz, a będziesz wolny! Wyrzeczenie się tego, co sam jako prawdę rozpoznał i co wraz z wieloma innymi wybrał jako coś, czemu nie może nie pozostać wierny, byłoby dla Kowalskiego utratą własnej tożsamości i wewnętrznej wolności.

W doświadczeniu Kowalskiego jak w soczewce skupiało się historyczno-społeczne doświadczenie polskiej Solidarności, ów – jak mawiał ks. Styczeń – „solidarnościowy zryw sumień”. Stąd ks. Styczeń nie miał wątpliwości, że Polska, która dzięki doświadczeniu Solidarności odzyskała niepodległość, a społeczeństwo – swą podmiotowość i suwerenność, ma moralny obowiązek wcielenia tego doświadczenia solidarności w życie, w nowych już warunkach społeczno-politycznych. Solidarność jest dla niego praktycznym wyrazem sprawiedliwości. Trudno zaś o bardziej jaskrawy przejaw niesprawiedliwości od tego, gdy osobom całkowicie niewinnym i zupełnie bezbronnym, pozbawionym wszelkiego głosu w swojej sprawie odmawia się prawnej ochrony ich fundamentalnego dobra – ich życia. Jeśli w minionej epoce życie nienarodzonych nie było objęte ochroną prawną, należy to bezzwłocznie naprawić – w imię sprawiedliwości i solidarności właśnie. Ks. Styczeń chętnie przywoływał w tym kontekście maksymę bł. Wincentego Kadłubka: „Iustitia est quae maxime prodest ei qui minime potest” – „Sprawiedliwość polega na największej pomocy temu, który najmniej może”.

Ocal nienarodzonego!

Ks. Tadeusz Styczeń dbał też o to, aby „sprawa nienarodzonego” nie była traktowana w debacie publicznej jako wyraz „opcji światopoglądowej katolików”. Wypowiadał się w tej sprawie nie tyle jako kapłan katolicki, ile jako etyk i obywatel. W jego argumentacji na rzecz ochrony prawnej nienarodzonych nie znajdziemy argumentów teologicznych. Chrześcijaństwo ma w tej kwestii do dodania tylko jedno zdanie, i to nie tyle jako nowy argument, ile jako ostrzeżenie dla nas samych. Posłuchajmy zresztą samego ks. Stycznia: „W obliczu zagrożonego życia nienarodzonego człowieka etyk filozof woła: oszczędź! I dopowiada: siebie przede wszystkim! Ocal nienarodzonego, by ocalić siebie! By nie uśmiercać moralnie samego siebie! Natomiast etyk teolog nie może tu nie przypomnieć słów Chrystusa, słów, które mogą nie tyle fascynować, co przerażać: «Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili» (Mt 25, 40). To oni właśnie, ci najmniejsi, osądzą nas kiedyś w imieniu samego Chrystusa”.

W swoich tekstach i wystąpieniach przywoływał także głosy autorów otwarcie deklarujących swą laickość, m.in. słynnego profesora prawa z Turynu Norberta Bobbia, który apelował o to, aby nie pozostawiać Kościołowi katolickiemu monopolu w kwestii obrony życia ludzkiego. Ks. Styczeń chętnie przyłączał się do tego apelu. Nie trzeba być chrześcijaninem, aby dostrzec i uznać, że życie jest dla człowieka dobrem fundamentalnym, a prawo do życia – prawem niezbywalnym.

Sprawa nienarodzonego na politycznym areopagu państwa demokratycznego jest dla ks. Tadeusza Stycznia kwestią rozstrzygającą nie tylko o losie tych, którzy wyjęci spod ochrony prawnej mogą być bezkarnie na poczet prawa zabijani – mówi nam ona również o tym, kim sami jesteśmy. Pod względem moralnym bowiem to my sami stajemy się w równej mierze sprawcami, świadkami i ofiarami naszej przemocy wobec najbardziej bezbronnych i całkowicie niewinnych ludzi. Wszak – jak przypominał ks. Styczeń słowa ojca etyki, Sokratesa – „szczęśliwsza jest ofiara zbrodni od swego oprawcy”. To także w odniesieniu do sytuacji, w której w państwie demokratycznym wyjmuje się spod ochrony prawa dzieci jeszcze nienarodzone, aby móc je bezkarnie, na poczet prawa zabijać, przypominał słynne słowa Jana Pawła II, że „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (zob. „Centesimus annus”, nr 46). Można w tym kontekście przypomnieć tytuły niektórych wystąpień ks. Tadeusza Stycznia z czasu, gdy toczyła się w Polsce debata dotycząca ustawy mającej chronić – lub nie chronić – życie dzieci poczętych, wystąpień kierowanych także pod adresem demokratycznie wybranych przedstawicieli naszego kraju w parlamencie. Oto one: „Sprawa nienarodzonego na politycznym areopagu. Państwo solidarne z nienarodzonym czy totalitaryzmu ciąg dalszy?” lub: „Nienarodzony miarą demokracji”.

Etyka sokratejska i obywatelska

Jako etyka charakteryzowało ks. Stycznia coś, co możemy nazwać sokratejskim stylem uprawiania etyki. W kontekście moralnych dylematów ludzi współczesnych nieraz mawiał swoim uczniom i współpracownikom: człowieka trzeba spotykać tam, gdzie jest, ale nie wolno go pozostawić tam, gdzie jest. Nie chodziło mu przy tym o przekonywanie kogokolwiek do siebie, ale o wspólne odkrywanie prawdy, jej dostrzeżenie, uznanie i wybranie. Kiedy w 2000 r. ówczesny prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski przyznał ks. Tadeuszowi Styczniowi wysokie odznaczenie państwowe i kiedy odmówił on jego przyjęcia z rąk prezydenta, który wcześniej podpisał ustawę wyjmującą spod ochrony prawnej najsłabszych spośród wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej, czyli nienarodzonych – nie było w tym geście ani w wystosowanym z tego powodu piśmie cienia braku szacunku zarówno dla urzędu, jak i osoby prezydenta RP. Ks. Styczeń wskazywał jedynie, że prezydent, który jako swoje hasło wyborcze przyjął słowa „Polska – dom dla wszystkich”, nie pozostaje w zgodzie z samym sobą, gdy niektórych spośród owych „wszystkich” wyjmuje spod prawnej opieki państwa. Gotów był od tegoż prezydenta przyjąć proponowane odznaczenie, jeśli tylko ten uczyni w odniesieniu do nienarodzonych to, co obiecywał w swym haśle wyborczym: aktem prawnym chroniącym ich życie uczyni Polskę domem także dla nich. Podobną postawę odnajdziemy w liście z początku 1982 r. do gen. Wojciecha Jaruzelskiego po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, w którym ks. Styczeń sprzeciwiał się łamaniu ludzkich sumień przez przedstawicieli władzy. Myślę, że oba te listy oraz ogłoszony już pod koniec życia ks. Tadeusza Stycznia wspólny z ks. Andrzejem Szostkiem list etyków do parlamentarzystów i prawników w sprawie procedury głosowania nad ustawą dotyczącą ochrony życia nienarodzonych tak, aby nie łamała ona sumień tych parlamentarzystów, którzy chcieliby zawsze w sposób jednoznaczny głosować za prawną ochroną życia – są znakomitym przykładem uprawiania przez ich autora etyki sokratejskiej i obywatelskiej zarazem.

Retor, ale nie demagog

Wiele spośród tekstów ks. Stycznia ma wyraźny rys retoryczny, może nawet perswazyjny. Niektóre z nich powstały wszak jako mowy kierowane do różnych gremiów, były więc mowami wygłaszanymi publicznie. W tym sensie ks. Tadeusz Styczeń był retorem, kimś, kto na agorze przemawiał do ludu lub jego przedstawicieli, starając się nie tyle zapoznać słuchaczy z jakimś zagadnieniem, ile przekonać ich do racji, które uważał za słuszne i konieczne do stosowania w życiu publicznym. Już same tytuły jego przedłożeń to retorycznie i treściowo donośne tezy: „Homo homini res sacra” (w sprawie aksjologicznych podstaw tworzonej w Polsce konstytucji) czy też wspomniany już: „Nienarodzony miarą demokracji”. Był wprawnym retorem, potrafił wykorzystać giętkość języka, grę skojarzeń, historyczne i aksjologiczne zakorzenienie używanych pojęć. Ci, którzy pamiętają go przemawiającego publicznie, wiedzą o tych już całkiem dosłownych talentach retorycznych: modulowaniu głosu, zawieszeniach, pauzach, powtórzeniach, czasem gestach. Był więc ks. Styczeń – powtarzam – wprawnym retorem, nigdy jednak – co zdarza się tym, którzy zabierają głos publicznie – nie był demagogiem: jego argumentacja była logiczna, ugruntowana w faktach; nie przekonywał „na skróty”, miał zawsze szacunek dla słuchacza i rozmówcy, także – a może zwłaszcza wtedy – gdy był on adwersarzem w sporze.

Nie wspomniałem dotąd o relacji ks. Tadeusza Stycznia z Karolem Wojtyłą, św. Janem Pawłem II. Cóż jednak można powiedzieć ponad to: ks. Styczeń żył Wojtyłą. Pontyfikat Jana Pawła II to był pontyfikat, z którym kapłan ten bez reszty się utożsamiał. Wielu wiedziało, że ks. Styczeń każdego roku wyjeżdżał na wspólne wakacje z Ojcem Świętym, które spędzali zazwyczaj we włoskich Dolomitach oraz w letniej rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo. Niewielu jednak wiedziało, że z tych wakacji wracał – jak ktoś to kiedyś określił – „szary ze zmęczenia”, bo był to czas nie tylko górskich wędrówek, ale też ogromnej pracy wspomagającej Papieża w pełnieniu jego posługi nauczycielskiej. Kiedy więc czytamy encykliki „Veritatis splendor” czy „Evangelium vitae”, miejmy świadomość, że jest w nich obecna cząstka pracy ucznia Karola Wojtyły. Swoim współpracownikom ks. Styczeń często powtarzał słowa, które Ojciec Święty na początku pontyfikatu powiedział do swoich współpracowników w Watykanie: „Jestem Papieżem życia i odpowiedzialnego rodzicielstwa. I każdy w tym domu musi o tym wiedzieć!”.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Abp Migliore: racje państw Europy Środkowo-Wschodniej

2020-01-16 19:05

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

Polska

Polska

Europa

Vatican News/ANSA

Szczyt Grupy Wyszehradzkiej i Austrii

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej chcą jedynie poczuć się równoprawnymi członkami klubu europejskiego, bez konieczności ponownego poddania się kulturowej uniformizacji – uważa abp Celestino Migliore, czołowy watykański dyplomata. W ubiegłą sobotę Papież mianował go nowym nuncjuszem we Francji. Wcześniej był przedstawicielem Stolicy Apostolskiej w Rosji i Uzbekistanie, Polsce i ONZ.

Informacyjny blog włoskich sercanów SettimanaNews opublikował jego obszerny artykuł pod tytułem „Racje suwerenistów ze Wschodu”. Stanowi on zapis wystąpienia abp Migliore podczas spotkania w włoskimi sercanami w sierpniu ubiegłego roku. Pierwsza jego część jest poświęcona sytuacji w naszej części Europy, a druga w Rosji.

Abp Migiliore zauważa, że dziś bardzo modne jest dzielenie, czy raczej dyskryminowanie rządów, a także samych narodów, określając je mianem proeuropejskich albo suwerenistycznych. Przy czym oczywiście suwerenizmowi nadaje się znaczenie pejoratywne.

Nowy nuncjusz we Francji przypomina, że suwerenizm nie jest postawą, która dotyczy jedynie krajów takich jak Polska czy Węgry. Przejawia się on również w Brexicie, w postawie partii rządzących w Austrii i Włoszech, a także wśród coraz silniejszych ruchów i partii we Francji, Niemczech, Holandii i Danii. Choć jego przyczyny są złożone i choć nie brak w nim wypaczeń, to jednak w suwerenizmie krajów Europy Środkowo-Wschodniej przejawiają się słuszne aspiracje do własnego modelu demokracji.

Abp Migliore, który w latach 1989-92 pracował w nuncjaturze w Warszawie, przypomina o rozgoryczeniu Jana Pawła II, kiedy mówiono wówczas o wejściu Polski do Europy.
Dla Papieża Polaka takie stwierdzenia były upokarzające, był on bowiem świadomy, że jego ojczyzna od wieków jest w Europie i kształtuje jej dziedzictwo.

Abp Migliore zauważa, że do rozwoju suwerenizmu przyczynia się również postawa tak zwanych europejskich elit, forsowany przez nich na siłę model rozwoju. Papieski dyplomata powołuje się tu na analizy Dominiqua Woltona, który już w 1993 r. twierdził, że twórcze intuicje ojców założycieli Unii Europejskiej, zostały szybko przejęte przez rozrastający się aparat europejskich biurokratów, który stracił kontakt z obywatelami.

CZYTAJ DALEJ

Śladami Czesława Niemena

2019-08-21 11:25

Niedziela rzeszowska 34/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

Czesław Niemen

Mirek i Magda Osip-Pokrywka

Dom rodzinny Czesława Niemena

Wokalista, kompozytor, multiinstrumentalista i autor tekstów. Czesław Niemen był jednym z najpopularniejszych, najbardziej rozpoznawalnych, a jednocześnie najbardziej oryginalnych i wpływowych twórców polskiej muzyki popularnej XX wieku. Jeszcze za życia w 1999 r. w plebiscycie tygodnika „Polityka” został uznany „polskim artystą wszech czasów”. Podkreślenia wymaga fakt, że przez 19 lat dzieciństwa i młodości osobowość przyszłego artysty, którego muzyczna twórczość później poruszała miliony na całym świecie, kształtowała się w maleńkiej kresowej miejscowości.

Na zachodniej Białorusi 80 km od Grodna jest wioska Wasiliszki Stare. Dzisiejsza miejscowość to ogromny murowany kościół i kilka drewnianych chałup, i raptem 30 mieszkańców. Gdy zatrzymujemy się przy jednym z ostatnich domów, z uchylonego okna rozbrzmiewa kultowy „Sen o Warszawie”. Mijamy wypielęgnowany ogródek, otwieramy drzwi i naszym oczom ukazuje się twarz Czesława Niemena – duży rozwieszony na całą sień czarno-biały plakat piosenkarza. Na podłodze stoi wazon z kompozycją kwiatową, „Taniej byłoby wstawić sztuczne kwiaty, ale wiem, że on takich nie lubił, dlatego staram się, aby zawsze były świeże” – tymi słowami wita nas Włodzimierz Sieniuta, dyrektor i zarazem jedyny pracownik muzeum Czesława Niemena, które znajduje się w domu, gdzie urodził się słynny artysta. Klub-Muzeum otwarto 1 sierpnia 2010 r. Wnętrze stanowią trzy małe pomieszczenia: dwa pokoje i malutka kuchnia. Czuć tu atmosferę lat 60. ubiegłego stulecia. Na ścianach i meblach mnóstwo fotografii z różnych okresów życia Niemena i jego bliskich, ale przede wszystkim z czasów jego pobytu w Wasiliszkach. Na szafie wysłużony akordeon, na etażerce takaż sama gitara, pod oknem pianino, a na stole patefon. No i wszędzie dużo winylowych płyt – widać, że muzyka w tym domu jest obecna na stałe.

Dom zbudował w latach 1917-18 dziadek Czesława Jakub Wydrzycki z myślą o swoich dwóch synach – Antonim i Wiktorze. Bracia zamieszkali w nowym domu i niedługo Antoni założył rodzinę, biorąc za żonę Annę z Markiewiczów. Wydrzyccy mieli dwójkę dzieci: córkę i syna. Młodszy z tego rodzeństwa, Czesław Juliusz Wydrzycki, urodził się 6 lutego 1939 r., jednak świat miał go zapamiętać pod artystycznym pseudonimem, będącym nazwą przepływającej w pobliżu rzeki. Czesław Wydrzycki mieszkając w latach 50. na Grodzieńszczyźnie, na pewno zachodnich wykonawców nie znał. Fascynował go za to słynny na cały ówczesny Związek Radziecki pieśniarz Raszid Bejbutow z Azerbejdżanu. Rodzice widząc talent syna, posłali go do szkoły muzycznej. Czesław trafił do klasy fortepianu liceum pedagogicznego w Grodnie, podczas szkolnych występów grywał na akordeonie, czyli z białoruska: na bajanie. Edukację skończył jednak już po roku – jak zapewniał potem jeden z jego szkolnych kolegów, został wyrzucony za wagarowanie. W jednym z późniejszych wywiadów artysta sam przyznał, że zamiast ćwiczyć na klawesynie, wolał przesiadywać na moście nad Niemnem, wpatrując się w przepiękną malowniczość tej wspaniałej rzeki.

W 1958 r. w ramach ostatniej fali repatriacji Polaków z Kresów Wschodnich rodzina Wydrzyckich zdecydowała się opuścić Białoruś i wyjechać do Polski na Pomorze. Doświadczając trudów życia w ojczyźnie proletariatu, rodzice Czesława podobno długo się wahali, czy opuszczać macierzyste strony. Do wyjazdu namówił ich ostatecznie 19-letni Czesław. Przeważył argument, że w razie pozostania grozi mu powołanie na kilka lat do Armii Czerwonej.

CZYTAJ DALEJ

Przewodniczący Episkopatu po śmierci bp. Stefanka: jego życie opisują słowa „We wszystkim Chrystus”

2020-01-17 19:49

[ TEMATY ]

kondolencje

abp Stanisław Gądecki

bp Stanisław Stefanek

episkopat.news

abp Stanisław Gądecki

In omnibus Christus. We wszystkim Chrystus – słowa biskupiego zawołania śp. biskupa Stanisława opisują szczególny rys nie tylko jego pasterskiej posługi, ale całego jego życia – napisał abp Stanisław Gądecki, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski w liście kondolencyjnym po śmierci bp. Stanisława Stefanka, biskupa seniora diecezji łomżyńskiej.

Przewodniczący Episkopatu w liście kondolencyjnym przesłanym 17 stycznia 2020 r. na ręce bp. Janusza Stepnowskiego, biskupa łomżyńskiego wyraził smutek z powodu śmierci bp. Stanisława Stefanka, biskupa seniora diecezji łomżyńskiej.

„W imieniu Konferencji Episkopatu Polski składam wyrazy współczucia wszystkim, których dotknęła ta śmierć – rodzinie, znajomym, kapłanom oraz diecezjanom, którym zmarły biskup Stanisław służył najpierw jako biskup pomocniczy diecezji szczecińsko-kamieńskiej, a później jako biskup i biskup senior diecezji łomżyńskiej” – czytamy w liście.

Abp Gądecki nawiązał do słów zawołania biskupiego Zmarłego Biskupa „In omnibus Christus. We wszystkim Chrystus”. Podkreślił, że opisują one szczególny rys nie tylko jego pasterskiej posługi, ale całego jego życia. Wspomniał tu drogę jego posługi od alumna Niższego Seminarium Duchownego Księży Chrystusowców w Ziębicach, poprzez studenta Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i doktoranta Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, wykładowcę i dyrektora Instytutu Studiów nad Rodziną aż po biskupa pomocniczego diecezji szczecińsko-kamieńskiej oraz biskupa i biskupa seniora diecezji łomżyńskiej.

„Słowa zawołania śp. biskupa Stanisława charakteryzowały również styl jego służby w ramach Konferencji Episkopatu Polski jako członka, a następnie przewodniczącego Komisji ds. Rodziny, członka Komisji ds. Misji, członka Komisji ds. Zakonnych, Komisji ds. Liturgii oraz – w wymiarze Kościoła powszechnego – członka Papieskiej Rady ds. Rodziny” – napisał abp Gądecki.

Podkreślił też, że słowa „We wszystkim Chrystus” przede wszystkim wyrażały charakterystyczny rys człowieczeństwa bp. Stefanka, „o czym mógł przekonać się każdy, kto zwrócił się do niego z prośbą o radę lub pomoc”.

Na zakończenie listu Przewodniczący Episkopatu przywołał Słowa z Ewangelii wg św. Mateusza: „Rzekł mu pan jego: +Dobrze, sługo dobry i wierny! W małej rzeczy byłeś wierny, nad wieloma cię postawię. Wejdź do radości twojego pana+” (Mt 25, 21).

Bp Stanisław Stefanek TChr, biskup senior diecezji łomżyńskiej, zmarł 17 stycznia, ok. godz. 17.30 w Szpitalu w Lublinie. Miał 84 lata, w tym 60 lat kapłaństwa i prawie 40 lat biskupstwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję