Reklama

Żył Wojtyłą

2015-10-07 08:41

Cezary Ritter
Niedziela Ogólnopolska 41/2015, str. 16-18

Archiwum rodzinne ks. prof. Tadeusza Stycznia SDS
Ks. prof. Tadeusz Styczeń SDS (21 grudnia 1931 – 14 października 2010)

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim.
Pełno nas, a jakoby nikogo nie było:
Jedną maluczką duszą tak wiele ubyło.

Któż z nas nie zna tego czterowiersza ze słynnych „Trenów” Jana Kochanowskiego? Słowa te i kryjące się za nimi tragiczne doświadczenie ojca przywoływał nieraz w swoich wykładach i tekstach ks. prof. Tadeusz Styczeń SDS. Oto, co sam pisał w tym kontekście: „Niepowtarzalność tej oto osoby w świecie jest (...) tak niezastąpioną wartością dla jej odkrywcy, że świat cały staje się dla niego innym światem, dopiero jego światem, domem. To właśnie mówi autor «Trenów», tyle że poprzez kontrast. Dlaczego każdy z nas tak go doskonale rozumie i tak doskonale z nim «współczuje»?”.

Co chce nam ks. Styczeń powiedzieć, odwołując się do doświadczenia utrwalonego w „Trenach”? Przede wszystkim to, że życie ludzkie, życie każdego z nas, nasze istnienie – jest darem. Nie ode mnie zależy to, że pojawiłem się pośród otaczającego mnie świata, że oto jestem, żyję. Komu więc zawdzięczam moje istnienie? Rodzicom? Z nich się wszak począłem i zrodziłem. Nie byłoby jednak „Trenów” i kryjącego się za nimi dramatu ojca bezradnego wobec śmierci dziecka, gdyby ów ojciec mógł dać ukochanemu dziecku istnienie na zawsze. Przecież chciałby to uczynić, gdyby mógł, lecz właśnie to, czego pragnąłby najbardziej, nie pozostawało w jego mocy. Rodzice nie mogą dać swojemu dziecku życia na zawsze. Filozofia podpowiada nam w tym miejscu, że człowiek jest bytem przygodnym: istnieje, ale nie musi istnieć. Może nie istnieć. Każdy z nas wie: kiedyś mnie nie było, teraz jestem, kiedyś znów mnie nie będzie. Moje istnienie jest ograniczone w czasie i jest kruche.

Kto daje życie

Do tej podpowiedzi ze strony filozofii ks. Tadeusz Styczeń dopowiada: skoro nie musiałem istnieć i skoro w samym sobie nie znajduję dostatecznych racji mojego istnienia – a przecież istnieję – ktoś musiał mi moje istnienie dać, obdarzyć mnie moim istnieniem. A jeżeli odpowiedź: rodzice jest odpowiedzią nie tyle fałszywą, ile niepełną – rodzice bowiem nie tyle dają życie, ile je przekazują – trzeba pytać dalej. Skoro istniejemy, a istnienie nasze nie zależy od nas samych, musi istnieć ktoś, kto nas istnieniem obdarzył. Dlaczego ktoś, a nie coś? Ponieważ istniejemy jako istoty rozumne i wolne oraz zdolne do aktów daru z samych siebie wobec drugich, czyli aktów miłości – istniejemy jako osoby. Ostateczna przyczyna i wyjaśnienie naszego istnienia musi więc także być Osobą – kimś, kto zechciał nas obdarzyć istnieniem. Tak, ujmując to w pewnym uproszczeniu, pojawia się w myśli ks. Tadeusza Stycznia pojęcie Osobowego Absolutu istnienia i miłości.

Reklama

Nie będę rozwijał powyższego wątku, niech w tym miejscu wystarczą dwie konstatacje. Po pierwsze: istniejemy, bo jesteśmy z daru, a równocześnie istniejemy jako istoty zdolne do daru z siebie dla drugiego. Po drugie: nasze istnienie, życie – choć ma charakter „jedynie” przygodny – stanowi dla każdego z nas fundament, na którym wznosi się wszystko to, co się z nami dzieje, a przede wszystkim, co czynimy. Dlatego życie – jako sposób istnienia osoby – uczestniczy w godności osoby. Nie można afirmować osoby bez równoczesnej afirmacji jej życia.

Nowe życie – z miłości

Powyższe konstatacje prowadziły ks. Stycznia w stronę zagadnienia małżeństwa i rodziny. Dlaczego? Oblubieńcza miłość mężczyzny i kobiety, która w pełni wyraża się ich wzajemnym darem poprzez dar ciała (akt małżeński), niejako ustanawia środowisko ludzkie, w którym poczyna się i rodzi nowe życie. Poczyna się ono z miłości i z miłości przyjęte jest jako dar. Akt małżeński jest przeto znakiem miłości oblubieńczej mężczyzny i kobiety oraz – nierozłącznie z tym – wyrazem płodności tejże miłości. Oto – jak mawiał ks. Styczeń – „próg, na którym małżeństwo rodziną się staje”. Miłość małżeńska jest zatem uprzywilejowanym „miejscem”, w którym ujawnia się – jak głosi tytuł jednego z artykułów ks. Stycznia – „człowiek jako podmiot daru z samego siebie”, ponieważ daje początek rodzinie, która jest – jak z kolei głosi tytuł innego tekstu ks. Stycznia – „źródłem i szkołą życia”.

Tak właśnie widziane małżeństwo i rodzina są dla ks. Tadeusza Stycznia oknem, poprzez które patrzy on na społeczności szersze, w szczególności na państwo i stanowione przez nie prawo. Ten szczególny „kąt widzenia”, który wspólnotę rodzinną („familiaris consortio”) stawia w centrum rozważań o wspólnocie ludzkiej, łączył się u ks. Stycznia z innym jeszcze istotnym doświadczeniem: można powiedzieć – doświadczeniem historycznym o doniosłości filozoficznej. Doświadczeniu temu dał wyraz w eseju „Wolność w prawdzie”, w którym przywołał postać Jana Kowalskiego lat 80. ubiegłego wieku, uwięzionego przez totalitarny reżim w Polsce. Kowalski stał się dla ks. Stycznia polskim Sokratesem stanu wojennego. Podobnie jak Sokrates, który nie zgodził się wyjść na wolność i ocalić swe życie kosztem wyrzeczenia się prawdy, której wierność zaprowadziła go do więzienia – również Kowalski nie przyjął oferty władz opuszczenia więzienia w zamian za zgodę na propozycję: podpisz, a będziesz wolny! Wyrzeczenie się tego, co sam jako prawdę rozpoznał i co wraz z wieloma innymi wybrał jako coś, czemu nie może nie pozostać wierny, byłoby dla Kowalskiego utratą własnej tożsamości i wewnętrznej wolności.

W doświadczeniu Kowalskiego jak w soczewce skupiało się historyczno-społeczne doświadczenie polskiej Solidarności, ów – jak mawiał ks. Styczeń – „solidarnościowy zryw sumień”. Stąd ks. Styczeń nie miał wątpliwości, że Polska, która dzięki doświadczeniu Solidarności odzyskała niepodległość, a społeczeństwo – swą podmiotowość i suwerenność, ma moralny obowiązek wcielenia tego doświadczenia solidarności w życie, w nowych już warunkach społeczno-politycznych. Solidarność jest dla niego praktycznym wyrazem sprawiedliwości. Trudno zaś o bardziej jaskrawy przejaw niesprawiedliwości od tego, gdy osobom całkowicie niewinnym i zupełnie bezbronnym, pozbawionym wszelkiego głosu w swojej sprawie odmawia się prawnej ochrony ich fundamentalnego dobra – ich życia. Jeśli w minionej epoce życie nienarodzonych nie było objęte ochroną prawną, należy to bezzwłocznie naprawić – w imię sprawiedliwości i solidarności właśnie. Ks. Styczeń chętnie przywoływał w tym kontekście maksymę bł. Wincentego Kadłubka: „Iustitia est quae maxime prodest ei qui minime potest” – „Sprawiedliwość polega na największej pomocy temu, który najmniej może”.

Ocal nienarodzonego!

Ks. Tadeusz Styczeń dbał też o to, aby „sprawa nienarodzonego” nie była traktowana w debacie publicznej jako wyraz „opcji światopoglądowej katolików”. Wypowiadał się w tej sprawie nie tyle jako kapłan katolicki, ile jako etyk i obywatel. W jego argumentacji na rzecz ochrony prawnej nienarodzonych nie znajdziemy argumentów teologicznych. Chrześcijaństwo ma w tej kwestii do dodania tylko jedno zdanie, i to nie tyle jako nowy argument, ile jako ostrzeżenie dla nas samych. Posłuchajmy zresztą samego ks. Stycznia: „W obliczu zagrożonego życia nienarodzonego człowieka etyk filozof woła: oszczędź! I dopowiada: siebie przede wszystkim! Ocal nienarodzonego, by ocalić siebie! By nie uśmiercać moralnie samego siebie! Natomiast etyk teolog nie może tu nie przypomnieć słów Chrystusa, słów, które mogą nie tyle fascynować, co przerażać: «Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili» (Mt 25, 40). To oni właśnie, ci najmniejsi, osądzą nas kiedyś w imieniu samego Chrystusa”.

W swoich tekstach i wystąpieniach przywoływał także głosy autorów otwarcie deklarujących swą laickość, m.in. słynnego profesora prawa z Turynu Norberta Bobbia, który apelował o to, aby nie pozostawiać Kościołowi katolickiemu monopolu w kwestii obrony życia ludzkiego. Ks. Styczeń chętnie przyłączał się do tego apelu. Nie trzeba być chrześcijaninem, aby dostrzec i uznać, że życie jest dla człowieka dobrem fundamentalnym, a prawo do życia – prawem niezbywalnym.

Sprawa nienarodzonego na politycznym areopagu państwa demokratycznego jest dla ks. Tadeusza Stycznia kwestią rozstrzygającą nie tylko o losie tych, którzy wyjęci spod ochrony prawnej mogą być bezkarnie na poczet prawa zabijani – mówi nam ona również o tym, kim sami jesteśmy. Pod względem moralnym bowiem to my sami stajemy się w równej mierze sprawcami, świadkami i ofiarami naszej przemocy wobec najbardziej bezbronnych i całkowicie niewinnych ludzi. Wszak – jak przypominał ks. Styczeń słowa ojca etyki, Sokratesa – „szczęśliwsza jest ofiara zbrodni od swego oprawcy”. To także w odniesieniu do sytuacji, w której w państwie demokratycznym wyjmuje się spod ochrony prawa dzieci jeszcze nienarodzone, aby móc je bezkarnie, na poczet prawa zabijać, przypominał słynne słowa Jana Pawła II, że „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (zob. „Centesimus annus”, nr 46). Można w tym kontekście przypomnieć tytuły niektórych wystąpień ks. Tadeusza Stycznia z czasu, gdy toczyła się w Polsce debata dotycząca ustawy mającej chronić – lub nie chronić – życie dzieci poczętych, wystąpień kierowanych także pod adresem demokratycznie wybranych przedstawicieli naszego kraju w parlamencie. Oto one: „Sprawa nienarodzonego na politycznym areopagu. Państwo solidarne z nienarodzonym czy totalitaryzmu ciąg dalszy?” lub: „Nienarodzony miarą demokracji”.

Etyka sokratejska i obywatelska

Jako etyka charakteryzowało ks. Stycznia coś, co możemy nazwać sokratejskim stylem uprawiania etyki. W kontekście moralnych dylematów ludzi współczesnych nieraz mawiał swoim uczniom i współpracownikom: człowieka trzeba spotykać tam, gdzie jest, ale nie wolno go pozostawić tam, gdzie jest. Nie chodziło mu przy tym o przekonywanie kogokolwiek do siebie, ale o wspólne odkrywanie prawdy, jej dostrzeżenie, uznanie i wybranie. Kiedy w 2000 r. ówczesny prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski przyznał ks. Tadeuszowi Styczniowi wysokie odznaczenie państwowe i kiedy odmówił on jego przyjęcia z rąk prezydenta, który wcześniej podpisał ustawę wyjmującą spod ochrony prawnej najsłabszych spośród wszystkich mieszkańców Rzeczypospolitej, czyli nienarodzonych – nie było w tym geście ani w wystosowanym z tego powodu piśmie cienia braku szacunku zarówno dla urzędu, jak i osoby prezydenta RP. Ks. Styczeń wskazywał jedynie, że prezydent, który jako swoje hasło wyborcze przyjął słowa „Polska – dom dla wszystkich”, nie pozostaje w zgodzie z samym sobą, gdy niektórych spośród owych „wszystkich” wyjmuje spod prawnej opieki państwa. Gotów był od tegoż prezydenta przyjąć proponowane odznaczenie, jeśli tylko ten uczyni w odniesieniu do nienarodzonych to, co obiecywał w swym haśle wyborczym: aktem prawnym chroniącym ich życie uczyni Polskę domem także dla nich. Podobną postawę odnajdziemy w liście z początku 1982 r. do gen. Wojciecha Jaruzelskiego po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce, w którym ks. Styczeń sprzeciwiał się łamaniu ludzkich sumień przez przedstawicieli władzy. Myślę, że oba te listy oraz ogłoszony już pod koniec życia ks. Tadeusza Stycznia wspólny z ks. Andrzejem Szostkiem list etyków do parlamentarzystów i prawników w sprawie procedury głosowania nad ustawą dotyczącą ochrony życia nienarodzonych tak, aby nie łamała ona sumień tych parlamentarzystów, którzy chcieliby zawsze w sposób jednoznaczny głosować za prawną ochroną życia – są znakomitym przykładem uprawiania przez ich autora etyki sokratejskiej i obywatelskiej zarazem.

Retor, ale nie demagog

Wiele spośród tekstów ks. Stycznia ma wyraźny rys retoryczny, może nawet perswazyjny. Niektóre z nich powstały wszak jako mowy kierowane do różnych gremiów, były więc mowami wygłaszanymi publicznie. W tym sensie ks. Tadeusz Styczeń był retorem, kimś, kto na agorze przemawiał do ludu lub jego przedstawicieli, starając się nie tyle zapoznać słuchaczy z jakimś zagadnieniem, ile przekonać ich do racji, które uważał za słuszne i konieczne do stosowania w życiu publicznym. Już same tytuły jego przedłożeń to retorycznie i treściowo donośne tezy: „Homo homini res sacra” (w sprawie aksjologicznych podstaw tworzonej w Polsce konstytucji) czy też wspomniany już: „Nienarodzony miarą demokracji”. Był wprawnym retorem, potrafił wykorzystać giętkość języka, grę skojarzeń, historyczne i aksjologiczne zakorzenienie używanych pojęć. Ci, którzy pamiętają go przemawiającego publicznie, wiedzą o tych już całkiem dosłownych talentach retorycznych: modulowaniu głosu, zawieszeniach, pauzach, powtórzeniach, czasem gestach. Był więc ks. Styczeń – powtarzam – wprawnym retorem, nigdy jednak – co zdarza się tym, którzy zabierają głos publicznie – nie był demagogiem: jego argumentacja była logiczna, ugruntowana w faktach; nie przekonywał „na skróty”, miał zawsze szacunek dla słuchacza i rozmówcy, także – a może zwłaszcza wtedy – gdy był on adwersarzem w sporze.

Nie wspomniałem dotąd o relacji ks. Tadeusza Stycznia z Karolem Wojtyłą, św. Janem Pawłem II. Cóż jednak można powiedzieć ponad to: ks. Styczeń żył Wojtyłą. Pontyfikat Jana Pawła II to był pontyfikat, z którym kapłan ten bez reszty się utożsamiał. Wielu wiedziało, że ks. Styczeń każdego roku wyjeżdżał na wspólne wakacje z Ojcem Świętym, które spędzali zazwyczaj we włoskich Dolomitach oraz w letniej rezydencji papieskiej w Castel Gandolfo. Niewielu jednak wiedziało, że z tych wakacji wracał – jak ktoś to kiedyś określił – „szary ze zmęczenia”, bo był to czas nie tylko górskich wędrówek, ale też ogromnej pracy wspomagającej Papieża w pełnieniu jego posługi nauczycielskiej. Kiedy więc czytamy encykliki „Veritatis splendor” czy „Evangelium vitae”, miejmy świadomość, że jest w nich obecna cząstka pracy ucznia Karola Wojtyły. Swoim współpracownikom ks. Styczeń często powtarzał słowa, które Ojciec Święty na początku pontyfikatu powiedział do swoich współpracowników w Watykanie: „Jestem Papieżem życia i odpowiedzialnego rodzicielstwa. I każdy w tym domu musi o tym wiedzieć!”.

Tagi:
Jan Paweł II Dzień Papieski

bp Czaja: Potencjał Bożej mocy jest ogromny

2019-10-13 21:34

ks. R. Kowalski / Trzebnica (KAI)

Musimy się obudzić, bo stać nas na wiele, potencjał Bożej mocy jest ogromny – mówił bp Andrzej Czaja w Międzynarodowym Sanktuarium św. Jadwigi w Trzebnicy. Ordynariusz opolski bp Andrzej Czaja przewodniczył centralnym uroczystościom ku czci patronki wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. - Nie możemy być zajęci sobą. Musimy więcej dać z siebie. Nie brać a dawać. Nie o sobie myśleć, ale o służbie Bogu i ludziom – dodał hierarcha.

YouTube.com

W homilii pasterz Kościoła opolskiego przypomniał, że dobiega końca rok duszpasterski pod hasłem: "W mocy Bożego Ducha", tłumacząc, że chrześcijanie powinni sobie uświadamiać, jak wielki potencjał mocy Ducha Bożego w nich jest. - Jesteśmy zdolni do przynoszenia owoców Ducha: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wspaniałomyślność, łaskawość, wierność, dobroć, wstrzemięźliwość – mówił ksiądz biskup, dodając: - Jesteśmy zdolni do tego, by być ludźmi wielkanocnymi, to znaczy tak jak apostołowie, po zmartwychwstaniu jesteśmy zdolni do tego, by żyć radością paschalną, bo przecież choć nasz Pan i Zbawca umarł, to zmartwychwstał i żyje.

Jesteśmy zdolni do tego, by w naszych sercach był pokój, i jesteśmy zdolni, by tym pokojem obdarzać innych. Jesteśmy zdolni do tego, by odpowiedzieć na jezusowe "idźcie" i zwiastować radosną nowinę o zbawieniu - mówił. Zaznaczył przy tym, że współcześni chrześcijanie nie potrafią wykorzystać tego potencjału mocy i coraz słabiej korzystają z mocy Bożego Ducha. - To jest przedziwne – tłumaczył biskup - my, ci, którzy mamy ewangelizować świat, coraz bardziej ulegamy światu. Ksiądz biskup porównał chrześcijan XXI w. z apostołami, którzy na ostatniej wieczerzy zajęli się sobą, spierali się, który jest większy, a jeden z nich dopuścił się zdrady. - Przypominamy tych apostołów, którzy w ogrodzie Getsemani posnęli – zaznaczył, dopowiadając, że wezwanie Chrystusa brzmi: "Czuwajcie i módlcie się". - Trzeba się więc obudzić - wzywał.

Następnie nawiązał do przeżywanego w Polsce XIX Dnia Papieskiego pod hasłem: "Wstańcie, chodźmy". Przekonywał, że Polacy powinni się tymi słowami bardziej przejąć. - Aby nas, współczesnych chrześcijan, obudzić, papież Franciszek podjął kolejną inicjatywę. Właśnie z jego inicjatywy przeżywamy październik jako Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny – mówił ksiądz biskup, dodając: - Papieżowi zależy najbardziej, by obudzić w nas ducha misyjnego zaangażowania. Bo my jesteśmy z natury uczniami misjonarzami - chrześcijanin to Chrystusowy uczeń i Jego misjonarz. Jeśli tego nie realizujemy, to się wynaturzamy, chore jest nasze chrześcijaństwo, chora jest nasza wiara.

W dalszej części homilii hierarcha tłumaczył, że wiara ma w sobie moc, czyni skutecznym głoszone słowo, jest światłem na życie, pozwala człowiekowi kroczyć bezpiecznie przez ziemię prosto do domu Ojca, mimo mroków życia. Przekonywał, że wiara pozwala też człowiekowi odkrywać głębszy sens życia. - Jest więc w wierze ogromna moc. Życie św. Jadwigi potwierdza, jak wielka jest moc wiary. Te wszystkie piękne owoce jej życia są z żywej wiary w jej sercu – nauczał, przekonując, że żywa wiara św. Jadwigi wynikała z zaufania Bogu. - To jest też przesłanie dla nas. Gdy mu się powierzymy, On się wszystkim zajmie – mówił bp Czaja. - Bojaźń Boża to pamięć o Bogu, troska, by Go niczym nie obrazić. Bojaźń Boża to mocne zmotywowanie, by rozeznawać i wypełniać wolę Bożą. To było u podstaw życia i pięknego owocowania życia św. Jadwigi. Ona potrafiła też zawierzyć Bogu – dodał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmarł o. Łucjan Królikowski OFM Conv, który uratował 150 sierot

2019-10-12 19:32

Dr Małgorzata Brykczyńska

W piątek rano 11 pażdziernika 2019, w Enfield, CT (USA) zmarł o. Łucjan Królikowski OFM Conf, autor książki Skradzione Dziecinstwo i Pamiętnik Sybiraka i Tułacza. Odznaczony najwyższymi orderami Polski, (ostatnio z okazji 100 rocznicy urodzin Prezydent RP przyznał mu order Orła Białego), Harcmistrz, i wielki franciszkanin, który przed miesiącem obchodził 100 urodziny w Chicopee, MA. Na uroczystość zjechali się ludzie z całego świata, włącznie z sierotami z Tengeru których uratował, ich rodzinami i inni “Afrykańczycy”.

Marie Romanagno

Ks Łucjan był seniorem franciszkanów (najstarszy żyjący franciszkanin) i ostatni który jeszcze odbył nowicjat u Św Maksymiliana Kolbe. Ojciec Łucjan zmarł w powszechnej opinii świętości. Wielki człowiek, polak, kapłan.

Łucjan Królikowski urodził się 7 września 1919 r. Do zakonu franciszkanów wstąpił w Niepokalanowie. W 1939 r. udał się na studia do Lwowa, ale już rok później został aresztowany przez NKWD i wywieziony na Syberię. Wolność przyniósł mu układ Sikorski-Majski z 1941 r., który gwarantował „amnestię” dla Polaków. Ojciec Łucjan z trudem przedostał się do Buzułuku, gdzie stacjonował sztab Armii Andersa. Wraz z nią przemierzył Kazachstan, Uzbekistan i Kirgizję. Później ukończył szkołę podchorążych i dotarł do Persji i Iraku.

Nadal jednak chciał być zakonnikiem, nie żołnierzem. Wiosną 1943 r. dotarł do Bejrutu, gdzie rozpoczął studia teologiczne. Ukończył je i otrzymał święcenia kapłańskie. W czerwcu 1947 r. wypłynął do Afryki Równikowej, gdzie podjął pracę wśród polskich dzieci w Tengerze (przebywały tam dzieci z matkami oraz sieroty, które NKWD wywiozło na Sybir – te, które ocalały, zostały uratowane przez Armię Andersa). Po okropieństwach Syberii małym tułaczom osiedle położone niedaleko równika wydawało się rajem.

Szczęście nie trwało jednak długo. Kiedy w 1949 r. Międzynarodowa Organizacja Uchodźców postanowiła zlikwidować polskie obozy w Afryce, a dzieci odesłać do komunistycznej Polski, o. Łucjan zdecydował, by wraz z nimi wyemigrować do Kanady. Na początku czerwca 1949 r. prawie 150 polskich sierot wyruszyło z Afryki.

W Kanadzie o. Łucjan był prawnym opiekunem dzieci, zajmował się także ich edukacją i wychowaniem. Tymczasem w Polsce komuniści wpadli w szał. Do próby odzyskania sierot chciano wykorzystać nawet ONZ. Na próżno – dzieci o. Łucjana były już wolne.

Można zadać sobie pytanie: Skąd ta chęć bezinteresownej pomocy? Sam o. Łucjan udzielał najlepszej odpowiedzi: „Życie człowieka jest grą, sztuką, realizacją Boskiego utworu, który nosi tytuł: miłość. Ona jest tak wpleciona w życie, że stanowi pobudkę ludzkich myśli, słów, czynów i działań. Miłość, która nie skrzywdzi biednego, bezbronnego jak dziecko, nie zerwie kwiatka, by go za chwilę podeptać, ani nie zgładzi psa czy kota”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papieski tweet o świętych zachwycił kibiców futbolu w USA

2019-10-14 13:02

ts (KAI) / Nowy Orlean

Wpis papieża Franciszka na Twitterze na temat nowych świętych Kościoła katolickiego ucieszył kibiców piłkarskich w USA. Tweet z 13 października, w którym papież dziękuje Bogu za nowych świętych, opatrzony był hasztagiem #Saints. Nie zauważono przy tym, że ten hasztag wyświetla automatycznie logo zawodowej drużyny futbolu amerykańskiego New Orleans Saints z USA.

youtube.com

Do poniedziałkowego ranka tweet papieża Franciszka zarejestrował 100 000 polubień. „Dziś dziękujemy Panu za nowych świętych, którzy poszli drogą wiary i których wstawiennictwa upraszamy”, brzmiał papieski wpis, który wywołał tyle radości w sieci. Wydaje się, że przyniósł on też szczęście drużynie z Nowego Orleanu, gdyż tego samego dnia wygrała ona mecz z Jacksonville Jaguars wynikiem 13:6.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem