Reklama

Porządek kochania

2015-10-07 08:41

Z Witoldem Gadowskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 41/2015, str. 36-37

faceboook/Witold Gadowski
Witold Gadwowski

O wkładaniu głowy do paszczy lwa i ekonomii terroryzmu z Witoldem Gadowskim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Powołując się na książkę Jeana Raspaila „Obóz świętych” – wydaną niedawno w Polsce, a napisaną 40 lat temu – w jednym ze swych tekstów zwrócił Pan uwagę na profetyczny charakter literatury z gatunku political fiction; mamy oto problem zdesperowanych uchodźców… Na naszych oczach spełnia się i to, co przewidzieli autorzy „Zwierzchnika”, książki o rosyjskim ataku na kraje ościenne, a chyba całkiem niewiele brakuje, by ziścił się – oby nie! – scenariusz „Blackoutu”, czyli zamachu terrorystycznego na infrastrukturę energetyczną świata zachodniego, co prowadzi do kompletnego załamania się cywilizacji… Nie panikujmy?

WITOLD GADOWSKI: – To się naprawdę może zdarzyć! Już od czasów „Latającej gospody” Chestertona pojawiają się dzieła literackie trafniej przewidujące przyszłość niż nauka, która myli się nieustannie. Nie ziściła się np. metarefleksja nad dziejami Francisa Fukuyamy, który z naukową powagą wieszczył „koniec historii”, tymczasem historia radykalnie przyspieszyła. Nie sprawdzają się prognozy socjologiczne, natomiast niemal dokładnie spełnia się dziś właśnie proroctwo Chestertona z początku XX wieku o przejęciu władzy na Wyspach Brytyjskich przez islamistów. W latach 70. pokpiwano sobie z apokaliptycznej wizji Raspaila przedstawionej w „Obozie świętych”, wyśmiewał tę książkę nawet prezydent Chirac... Wydana w ubiegłym roku „Uległość” kontrowersyjnego Michela Houellebecqa mówi o władzy islamistów we Francji.

– I też – mimo że wydano ją w dzień zamachu na „Charlie Hebdo” – pokpiwano z tej literackiej fantazji... Mówi się nam dziś, że niepotrzebnie ulegamy antyislamskiej histerii. Nie niepotrzebnie?

– Kilka miesięcy temu, gdy około kwietnia wróciłem z Kurdystanu, zacząłem pisać, że Europa powinna natychmiast zainteresować się Bliskim Wschodem, bo on już tu nadchodzi. Wtedy mówiono mi: Gadowski, znowu nakręcasz jakąś histerię. A dziś tenże Bliski Wschód zaczyna zmieniać europejską rzeczywistość w sposób gwałtowny.

– Tak szybko, że nie zdołamy nad tym zapanować?

– Właśnie tak. Nie możemy być już spokojni. Popatrzmy tylko na liczby: ok. 4,5 mln uciekinierów z Syrii przebywa obecnie w Libanie, Kurdystanie oraz w południowej Turcji, gdzie 2-milionowa rzesza uchodźców wywołuje kompletną destabilizację. Dążący do dyktatury wojskowej prezydent Erdoğan z pewnością wyrzuci ich stamtąd – wtedy dopiero ta naprawdę potężna fala ruszy na Europę!

– Dopiero wtedy zaczną się prawdziwe kłopoty Europy?

– Tak, teraz mamy zaledwie ich pierwsze podmuchy. Należy się spodziewać, że wkrótce ruszy także centralna Afryka, bo biedni ludzie stamtąd z pewnym opóźnieniem dowiadują się, że jest taka możliwość. Ruszy wielka lawina.

– Kiedy spadł jej pierwszy kamyk? Na Bliskim Wschodzie destabilizacja trwa już od kilkunastu lat, w samej Syrii od kilku…

– Właściwie należałoby zadać pytanie, kto ją wywołał, kto jest winny. W Polsce niechętnie mówi się o tym, że sprawcą chaosu na Bliskim Wschodzie są Stany Zjednoczone, wspierające tzw. rewolucje, które w krajach arabskich nigdy nie były i nie będą demokratyczne; tam możliwe są jedynie rewolucje islamskie. To Amerykanie wypuścili tego dżina z butelki! Za czasów Cartera rozpoczęli operację „Cyklop”, której autorem był Zbigniew Brzeziński, a która polegała na ożywieniu ideologii dżihad przeciwko Związkowi Sowieckiemu. CIA nawet opłacało najbardziej agresywnych islamistów, a szczególnie duchownych islamskich, mułłów. Tak więc już od lat 70. mamy do czynienia z rozwojem dżihadu, który z pokolenia na pokolenie – a mamy już trzecie – staje się silniejszy. Dziś dżihad zmienia się w coś, co w Europie z wielkim uproszczeniem możemy opisać jako islamofaszyzm.

– Zachód usiłował uszczęśliwić demokracją odporne na nią kraje islamskie, stało się odwrotnie – islam ma teraz ambicje uszczęśliwiania Zachodu…

– Europa jest już dziś tym przerażona. A ja jestem przerażony przerażeniem Europy. Przerażona Angela Merkel i politycy niemieccy wypowiadają się coraz bardziej agresywnie. Obawiam się, że w końcu może tam dojść do drastycznych scen łącznie z paleniem ośrodków dla uchodźców, że obudzą się nastroje faszystowskie. Taki będzie naturalny odruch samoobrony narodu niemieckiego, który nie pogodzi się z tym, że ktoś może mu zabrać miasta. Francuzi już się pogodzili... W pewnym momencie wszyscy się obudzą: Boże, kto nas teraz uratuje!

– Ale tymczasem europejscy politycy są raczej chyba tylko zdumieni, zaskoczeni tym, że kończy się spokojne życie?

– To dlatego, że przez kilkadziesiąt lat np. w Niemczech wychowano pokolenia kompletnie lewackie; stało się więc coś, co jest całkowicie i od wieków obce kulturze niemieckiej: Niemcy ze swej nazikultury zostali przestawieni na multikulti. Podtrzymywano tam tę ideologię dla wygody – z powodu konieczności importu taniej siły roboczej. Niestety, Niemcy wraz z imigrantami z Turcji zaimportowali sobie także Kurdów i teraz mają już u siebie konflikt kurdyjsko-turecki, a oprócz tego rozwijający się bez kontroli agresywny islam. Są coraz bardziej zaniepokojeni.

– Jak twierdzą, udaje się im jednak oswajać islam poprzez np. katedry islamu na uniwersytetach.

– To wszystko nie sprawdza się, a wynika z naiwności lewicowych intelektualistów, którym się wydaje, że jeśli wymyślą jakąś konstrukcję, to ona znajdzie zastosowanie w praktyce społecznej. To brednia. Można obłaskawiać lwa, ale nikomu nie radziłbym wkładać głowy do jego paszczy.

– Czy Europa już włożyła tę głowę do paszczy islamskiego lwa?

– Moim zdaniem, na razie trwa jeszcze obłaskawianie; wykonujemy różne poprawnościowo-grzecznościowe gesty, które w kulturze islamu są poczytywane jako słabości zachęcające do brutalnej reakcji. Każdy przejaw tzw. humanitaryzmu jest przez Arabów traktowany jako objaw słabości, ponieważ w ich kulturze obcinanie głów, rąk, podrzynanie gardeł, niewolnictwo jest na porządku dziennym. Europa kompletnie nie rozumie tej kultury. Islam, zwłaszcza ten bliskowschodni – ideologia wahabicka i salaficka – ma naturę drapieżną. Dziś już Niemcy są pełne ośrodków salafickich, które propagują powrót do pierwszych wieków islamu…

– Co to może oznaczać?

– Oznacza wskrzeszanie totalitarnej ideologii kalifatu, według której kalif jako pomazaniec Boży stoi na czele państwa, które ma rozszerzać swe terytorium oraz władzę nad całym światem. I nie zatrzyma się, jeśli nie zostanie zatrzymane siłą.

– Europa jest idealnym miejscem do tego rodzaju ekspansji?

– Niestety tak, bo na własne życzenie jest kompletnie obezwładniona; sama sobie już wyhodowała islamską bombę demograficzną, a w tej chwili wpuszcza zapalnik do tej bomby.

– Jak wielkie jest już dziś pole rażenia tej bomby?

– Dobrze widać je w wielu miastach Europy. W samej Francji jest obecnie 7 mln wyznawców Allaha, Marsylia de facto jest już miastem arabskim, Paryż także staje się miastem islamskim, broni się jeszcze północ Francji. Kopenhaga – zalana przez islamistów. Podobnie Bruksela…

–...a niedawno w Polsce gorszono się niepoprawnością Jarosława Kaczyńskiego, który mówił o szariacie w Szwecji!

– Gdyby Kaczyński powiedział, że samochód biały jest ładny, to też by został skrytykowany. Tymczasem prawda jest taka, że Skandynawia jest również zalewana przez imigrantów z krajów islamskich.

– Co z Polską?

– Jesteśmy w komfortowej sytuacji, ale dosłownie do dziś, do decyzji polskiego rządu o poparciu polityki europejskiej w sprawie przyjmowania uchodźców. Broniło nas – i nadal jeszcze chyba broni – tylko to, co jest naszą zmorą, czyli niski status materialny. Można powiedzieć, że uchodźcy wyjeżdżający z Syrii są na podobnym poziomie materialnym jak my tu, w Polsce. To nie jest prawda, że są bardzo biednymi ludźmi.

– Potracili domy, uciekają przed wojną!

– Mają jednak po 10 tys. dolarów na głowę na opłacenie za przeszmuglowanie ich do Europy. Chcą uciec przede wszystkim do bogatych Niemiec. Ale jak znam Niemcy, to wymyślą tam wkrótce regulacje utrudniające tę wielką ucieczkę do niemieckiego raju... Wtedy to my będziemy mieć problem.

– Jesteśmy dziś pocieszani, że te kilka tysięcy przypisanych Polsce uchodźców to kropla w oceanie – nawet ich nie zauważymy.

– Kilku muzułmanów w jakimś miejscu urozmaica je i nie musi być problemem, ale może nim być. Jeżeli przyjmiemy do parafii rodzinę islamską, np. salaficką, to możemy być świadkami dość nietypowych codziennych obrazków. Oto na spacerze arabski mąż nagle kopnie swoją żonę, polscy mężczyźni staną w jej obronie, a we wszystkich gazetach niemieckich i francuskich będzie się pisać o ksenofobii Polaków. Obawiam się, że tak właśnie skończy się ten eksperyment na poziomie parafii. Starcie tych dwu światów jest niemożliwe do pogodzenia.

– Szczególnie w Polsce?

– Polacy nie są aż tak tolerancyjni jak Francuzi czy Belgowie, którzy żyją z tymiż islamistami od kilkudziesięciu już lat. U nas ten eksperyment kulturowy może się skończyć gwałtownym szokiem. W Polsce nawet mała liczba islamistów może być sporym zagrożeniem. Z badań Eurostatu wynika, że aż 70 proc. obecnych uchodźców to islamiści w wersji wahabickiej, którzy nie zamierzają się integrować z zachodnimi społeczeństwami, mają agresywne nastawienie do naszej kultury i religii. Możemy się zatem spodziewać dużych problemów. Z nimi przyjdą do nas też wszystkie dotychczasowe kłopoty Europy Zachodniej.

– Ponoć jesteśmy na nie dobrze przygotowani.

– Bzdura! Przy słabości naszego państwa, słabości służb, korupcji skutki mogą być opłakane. Nie radzimy sobie przecież nawet ze wspólnotami romskimi. A z islamistami będzie znacznie trudniej niż z Romami.

– Jak bardzo zasadne są obawy, że wraz z falą uchodźców może się odbywać „transfer terroryzmu” wprost z tzw. Państwa Islamskiego?

– Można przypuszczać, że Państwo Islamskie wysyła w ten sposób kilkuset swych ludzi, dobrze wyselekcjonowanych, przygotowanych na wszystko, odpowiednio przeszkolonych i ideologicznie pewnych. Na pewno europejskie służby nie będą w stanie ich wyłuskać, nawet niemieckie, które naprawdę potrafią to robić. A polskie służby w ogóle nie są do tego przygotowane. Nie mają żadnej wiedzy dotyczącej terroryzmu, ABW jest na kompromitującym poziomie, gdy chodzi o znajomość problemów Bliskiego Wschodu, jeśli nie brać pod uwagę nielicznych pasjonatów. Dziś nie mamy w Polsce zamachów terrorystycznych tylko dlatego, że tu nie opłaca się robić tego rodzaju „widowisk”, ponieważ świat by się nimi zanadto nie przejmował.

– Inaczej niż w Londynie czy innej metropolii zachodniej?

– Tak. Przed terroryzmem broni nas jeszcze ta właśnie ekonomia terroru, a przed zalewem imigrantów – nasza własna kiepska sytuacja ekonomiczna.

– A religia, polski katolicyzm ma tu jakieś znaczenie?

– Jak najbardziej. Dlatego uważam, że polska polityka imigracyjna powinna być inna niż Orbanowska na Węgrzech i inna niż europejska. Mamy przecież tradycje I Rzeczypospolitej, w której obok siebie istniało wiele różnych religii i ich odmian. Musimy tylko działać w sposób bardzo przemyślany, nie tak, jak rząd premier Kopacz, który wykonuje jedynie polecenia Berlina. Nie możemy na własne życzenie stać się przypadkowym „składowiskiem” niechcianych gdzie indziej uchodźców.

– Pani premier zapewnia, że będziemy przyjmować tylko tych uchodźców, których sami będziemy chcieli.

– Nie wierzę pani premier, której zapewnienia z natury się nie spełniają... Ale, jeśli by tak naprawdę było, to powinniśmy przede wszystkim sprowadzić Polaków ze Wschodu, którzy są przecież uchodźcami jeszcze z lat 40. Ponadto powinniśmy móc wybrać chrześcijan syryjskich – czyli przeważnie Asyryjczyków – którzy na pewno czuliby się dobrze w naszym kraju. Chrześcijaństwo wyznania asyryjskiego to ryt, który nie zmienił się od czasów Chrystusa, odprawiany w języku aramejskim... Mogłoby się pięknie wtopić w naszą kulturę, wzbogacić ją. A wiara asyryjskich chrześcijan jest tak silna, że zmuszałaby nas, katolików, do rekolekcji.

– Dziś polskie lewicowe kręgi bardzo chętnie powołują się na otwartość papieża Franciszka, który każe chrześcijanom przyjmować wszystkich potrzebujących pod swój dach, bez względu na religię…

– Słysząc te argumenty lewicowców, którzy zaczęli nawet cytować Ewangelię, zacząłem sobie przypominać katolicką doktrynę społeczną. Na nowo odnalazłem w niej zasadę „ordo caritatis”, czyli porządek kochania, która wskazuje, że wprawdzie chrześcijanie powinni kochać wszystkich bliźnich, ale zawsze muszą zaczynać od najbliższych.

* * *

Witold Gadowski
Dziennikarz, poeta, autor reportaży, m.in. wraz z Przemysławem Wojciechowskim cyklu o współczesnym terroryzmie pt. „Tragarze śmierci”, autor produkcji filmowych i telewizyjnych, opowiadań, wierszy, piosenek, publikacji internetowych oraz powieści: „Wieża komunistów”, „Smak wojny”. Laureat licznych nagród.

Tagi:
wywiad polityka gospodarka rozmowa

To Duch Święty daje papieża

2019-12-14 08:16

Rozmawiał Paweł Bieliński (KAI) / Warszawa

W tym pontyfikacie chodzi o ewangelizację, o pokazanie wszystkim ludziom, że są kochani i że Chrystus jest przy nich, a nie o rewolucję - ocenia Deborah Castellano Lubov, watykanistka agencji Zenit. Autorka książki „Franciszek nieznany. Papież w oczach bliskich” przyznaje jednocześnie, że Franciszek czasem mógłby mówić jaśniej o wierze i doktrynie katolickiej.

Grzegorz Gałązka

Paweł Bieliński (KAI): Masz możliwość obserwowania Franciszka na co dzień, nie tylko w Watykanie, ale także podczas jego zagranicznych podróży apostolskich. Jaki - z Twojego punktu widzenia - jest obecny papież? Czy go lubisz?

Deborah Castellano Lubov: - Lubię go, bo jest bardzo kapłański. W jego obecności czujesz się jak w swojej parafii. Uważam, że jest świadomy presji, jaką mogą na niego wywierać dziennikarze w niektórych kwestiach. Rozmawiając z nimi w samolocie dzieli się z nimi tym, co leży mu na sercu, co go zajmuje. Jest prawdziwy, pokorny, przyjacielski, przystępny i serdeczny.

- Zdarza się jednak, że niektóre jego słowa czy działania bywają źle rozumiane. Jak myślisz - dlaczego?

- Ponieważ czasem rozmawia z nami otwarcie, jak przyjaciel, z którym siedzimy przy stole. Nie myśli wtedy: jestem papieżem Kościoła powszechnego i to, co powiem może być źle zrozumiane i wywołać problemy błędną interpretacją. Być może byłoby bardziej roztropne, gdyby przemyślał używane sformułowania w niektórych delikatnych kwestiach, zanim je wypowie. Ale właśnie to u niego lubimy, że jest po argentyńsku szczery, spontaniczny, otwarty. I w swej otwartości spontanicznie mówi coś, czego konsekwencji nie rozważył.
Były dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej o. Federico Lombardi powiedział mi, że gdyby odpowiedzi na pytania dziennikarzy w czasie powrotnych lotów do Rzymu były przygotowane wcześniej, straciłyby swą spontaniczność. Rodzi ona jednak ryzyko złego rozumienia jego słów. Dlatego o. Lombardi prosi zarówno dziennikarzy, jak i czytelników, by zawsze starali się wyłuskać istotę wypowiedzi Franciszka.

- Jaki jest, Twoim zdaniem, główny kierunek tego pontyfikatu?

- W tym pontyfikacie chodzi o ewangelizację, o pokazanie wszystkim ludziom, że są kochani i że Chrystus jest przy nich. Nie chodzi natomiast o rewolucję, jak się czasem sądzi. Niektóre media i niektórzy ludzi mieli nadzieję na wielkie zmiany w Kościele, na przykład w kwestii celibatu. Są postępy, gdy chodzi o rolę kobiet, ale nie ma mowy o święceniach kapłańskich dla nich, nic się tu nie zmieniło.
Papież mniej się skupia na doktrynie, niż to robili jego poprzednicy. Bardziej zależy mu na słuchaniu ludzi i byciu blisko nich. Ma inne podejście, ale jego pontyfikat zasadniczo stanowi kontynuację poprzednich, nawet jeśli niektóre jego wypowiedzi i dokonywane zmiany niewątpliwie wywołały obawę w niektórych kręgach.

- Jakiego Kościoła chce papież Franciszek?

- Kościoła miłosiernego, Kościoła bliskiego, Kościoła, w którym ubodzy czują się kochani i wiedzą, że Kościół jest z nimi. Widzimy, że papież podróżuje do krajów, w których katolicy stanowią mniej niż jeden procent mieszkańców, a nie jedzie tam, gdzie jest ich dziewięćdziesiąt procent.
Siedzi w nim jezuita, który każe mu wyjść i podejmować dialog nawet w takich miejscach, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jedzie na przykład tam, gdzie prawa człowieka są zagrożone, przekonany, że trzeba się włączyć i wejść w kontakt, otworzyć drzwi i zacząć rozmawiać, aby zapoczątkować zmiany, których na razie, ale może zobaczą je ci, którzy przyjdą po nas. Przykładem takiego działania jest dokument o braterstwie międzyludzkim, podpisany przez papieża i wielkiego imama uniwersytetu Al-Azhar, w którym znajdują się konkretne sugestie w takich kwestiach, jak: praca na rzecz wolności religijnej, obywatelstwa, potępianie radykalizacji religii. Powstał już komitet zajmujący się wcielaniem w życie tego dokumentu, z udziałem Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego.
Podjęto więc konkretne kroki w dialogu, mimo że niełatwo przełożyć ten dokument na czyny, gdyż w przeciwieństwie do katolicyzmu w innych religiach nie ma nadrzędnej władzy. Imam al-Azharu nie reprezentuje wszystkich muzułmanów. Mimo to jest to bardzo dobry krok, tym bardziej że nie ogranicza się już tylko do chrześcijaństwa i islamu, lecz zaczyna obejmować także żydów i wyznawców innych religii...

- KAI:...na przykład buddystów.

- Widzieliśmy to podczas papieskiej wizyty w Tajlandii. Papież mówi: zróbmy ten krok i zobaczymy, co się będzie działo, jak odpowiedzą inni, nie zamykajmy drzwi do dialogu, który pozwala nam pójść naprzód. To inne podejście niż papieża Benedykta XVI, którego też kocham. W swoim wykładzie w Ratyzbonie rzucił on wyzwanie dialogowi z islamem [mówiąc o relacji między islamem i przemocą - KAI]. Nie ma nic złego w tym, co jasno i zgodnie z prawdą powiedział wówczas Benedykt, ale jeśli chce się zrobić postęp w dialogu, trzeba nawiązać relacje na nowo i papież Franciszek właśnie tak postępuje. Ale czasem mógłby mówić jaśniej o wierze i doktrynie katolickiej. Nieraz może się wydawać, że interesują go głównie sprawy migracji i ludzi ubogich.

- Tylko że to zainteresowanie jest zakorzenione w jego głębokiej wierze.

- To prawda. Jest zakorzenione w wierze katolickiej. Ale prawdopodobnie papież byłby lepiej rozumiany, gdyby tyle samo mówił o innych sprawach, np. o obronie życia nienarodzonych. Oczywiście Franciszek wypowiedział bardzo mocne słowa przeciwko aborcji, nazywając ją zabójstwem i mówiąc, że nie można jej niczym usprawiedliwić, nieraz opowiadał się także za tradycyjnym małżeństwem kobiety i mężczyzny. Ale przeważnie nie był wtedy słyszany, mimo że w istocie głosił to samo, co Benedykt XVI i Jan Paweł II - bo o wiele częściej mówi o czymś innym.

- Czy dostrzegasz dużą opozycję w Kurii Rzymskiej wobec pontyfikatu Franciszka, o której tyle piszą media?

- Taka opozycja bez wątpienia istnieje. Do dziennikarzy docierają „zagubione” watykańskie dokumenty, do których nie powinni mieć dostępu. Przekazują je ludzie, którym nie podobają się pewne zmiany czy nominacje. Niektóre nominacje rzeczywiście bywają zagadkowe, ale trudno oczekiwać, by papież był w stanie tak się na tym koncentrować i w tym orientować, mieć tyle czasu i sił, by wszystkie te decyzje podejmować absolutnie samodzielnie. Naturalnie musi zaufać ludziom, którzy mu w tym pomagają. Podobnie dzieje się także w innych instytucjach i zasadniczo nie ma nic złego w tym, że polega się na rekomendacjach innych osób.

- Wśród tych, którzy sprzeciwiają się Franciszkowi są niektórzy amerykańscy intelektualiści, mówiący o „niejasnościach” w papieskim nauczaniu, które wywołują zamieszanie...

- Krytykują oni zwłaszcza rozdział ósmy adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”. Ale nie biorą pod uwagę kontekstu tego, co zostało tam napisane. Papież wcale nie zezwolił na udzielanie Komunii świętej katolikom, którzy po rozwodzie zawarli nowe cywilne związki małżeńskie! Zaproponował im natomiast pewną drogę do przebycia razem ze swoim biskupem, trwającą w czasie, obwarowaną określonymi kryteriami. Problem polega na tym, że gdy ci intelektualiści proszą o wyjaśnienie w obliczu faktu, że niektórzy biskupi i księża udzielają tym ludziom Komunii, papież milczy. „Niejasność” polega nie na tym, że papież zezwala na udzielanie im Komunii (bo nie zezwala), lecz na tym, że sprawy nie wyjaśnia. A brak tego wyjaśnienia powoduje zamieszanie.

- Kiedy kard. Jorge Mario Bergoglio został papieżem, mówił, że spodziewa się, iż jego pontyfikat będzie krótki, potrwa nie dłużej niż cztery, pięć lat. Tymczasem zbliżamy się do siódmej rocznicy wyboru Franciszka, a ja odnoszę nawet wrażenie, że jesteśmy dopiero na początku tego pontyfikatu i że papież wciąż ma wiele do zrobienia...

- Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa jego pontyfikat. Jestem jednak pewna, że Franciszek jeszcze wiele dokona.

- Nie zakończyła się jeszcze reforma Kurii Rzymskiej. Finanse watykańskie wciąż sprawiają kłopoty...

- Ale miejmy nadzieję, że po niedawnej nominacji prefekta Sekretariatu ds. Gospodarki będzie mniej skandali w watykańskich finansach. Zresztą już podjęto wielki wysiłek dostosowania ich do standardów międzynarodowych.
Natomiast reforma Kurii Rzymskiej powinna się wkrótce zakończyć wraz z publikacją nowej konstytucji apostolskiej. Jej projekt nie wszystkich zadowolił, ale jest obecnie poprawiany.
Można się spodziewać, że papież pojedzie do Iraku, o czym sam mówił. Miało to nastąpić w pierwszej połowie 2020 roku, ale nie wiadomo czy do tej podróży dojdzie w związku z przemocą w tym kraju.

- Franciszek dwukrotnie zapowiadał też swą podróż do Sudanu Południowego.

- Byłby to milowy krok w procesie pokojowym. Papież chciałby tam pojechać z anglikańskim arcybiskupem Canterbury Justinem Welby.

- A czy pojedzie do Chin?

- To bardzo ambitny projekt, którego realizacja stanowi wielkie wyzwanie z powodu samej natury komunizmu. Leciałam z papieżem z Japonii, gdy mówił, że kocha Chiny i chciałby je odwiedzić. Ale pamiętajmy, że gdy prezydent Chin był w Rzymie, nie poprosił o spotkanie z papieżem, choć Watykan zapowiadał, że gdy tylko prezydent się w tej sprawie skontaktuje, drzwi staną przed nim otworem. Jednak on nie był tym zainteresowany, wolał rozmawiać z włoskimi politykami.
Poza tym chińskie władze nie przestrzegają niektórych postanowień tymczasowego porozumienia ze Stolicą Apostolską. Dlatego musiała ona opublikować list do tamtejszych księży wyjaśniający, jak mają reagować, gdy wymaga się od nich składania problematycznych przysiąg, stojących w sprzeczności z posługą księdza Kościoła katolickiego.

- A czy Franciszek zdoła przygotować wybór swego następcy?

- Już teraz z jego nominacji pochodzi połowa kardynałów-elektorów.

- Ale wciąż nie ma ich trzech czwartych, potrzebnych do wyboru papieża!

- Można się jednak spodziewać przynajmniej jeszcze jednego konsystorza. Zresztą to nie papież Franciszek wybierze swego następcę, To Duch Święty kieruje konklawe. To On wiedział, kiedy Kościołowi potrzebny był Benedykt XVI. To On wiedział, kiedy Kościołowi potrzebny był Franciszek. To On wie, kto ma być jego następcą.
Z pewnością kolegium kardynalskie będzie świadome, że potrzebny jest ktoś, kto ma taką miłość do Chrystusa, jaką okazuje Franciszek, sprawiając, że ludzie czują bliskość Boga, Jego miłosierdzie i miłość. A jednocześnie ktoś, kto bardzo jasno, ale i konkretnie mówi o sprawach wiary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: Maryja jest kobietą, uczennicą i metyską

2019-12-13 09:44

kg (KAI) / Watykan

Maryja jest kobietą, uczennicą i metyską, ale też jako Pani z Guadalupe Matką i Królową ludu Ameryki Łacińskiej, jak również całego Kościoła – przypomniał Franciszek w kazaniu podczas Mszy św., której przewodniczył w bazylice św. Piotra w Watykanie 12 grudnia, w uroczystość Matki Bożej z Guadalupe. Koncelebrowali ją wraz z nim liczni kardynałowie, biskupi i księża, głównie z Ameryki Łacińskiej, w tym dwaj kardynałowie kurialni: Marc Ouellet - prefekt Kongregacji ds. Biskupów i przewodniczący działającej w jej ramach Papieskiej Komisji dla Ameryki ŁŁacińskiej i Leonardo Sandri - prefekt Kongregacji Kościołów Wschodnich.

Grzegorz Gałązka

Liturgia była sprawowana niemal w całości po hiszpańsku, z wyjątkiem pierwszego czytania - z Listu św. Pawła do Galatów - które wygłoszono po portugalsku, psalmu responsoryjnego - po włosku i aklamacji "Alleluja" - po łacinie. Oprawę muzyczną zapewniły chór Kapeli Sykstyńskiej oraz zespoły wokalno-muzyczne rzymskich uczelni - Kolegium Latynoamerykańskiego i "Mater Ecclesia".

W krótkim improwizowanym kazaniu Ojciec Święty podkreślił na wstępie, że dzisiejsza uroczystość, przygotowane na nią teksty liturgiczne i wystawiony przy ołtarzu obraz Matki Bożej z Guadalupe nasunęły mu trzy dotyczące Jej określenia: pani-kobieta, matka i metyska.

"Maryja jest kobietą i panią, jak mówi Nican mopohua [dokument z połowy XVII, dotyczący objawienia guadalupańskiego - KAI]. Ukazała się jako kobieta i ukazuje się z innym jeszcze orędziem, to znaczy jest kobietą, panią i uczennicą" – tłumaczył kaznodzieja. Zwrócił uwagę, że św. Ignacy Loyola lubił nazywać Ją Naszą Panią i "tak jest rzeczywiście, nie próbuje być kimś innym, ale jest kobietą i uczennicą".

W ciągu wieków pobożność ludowa zawsze próbowała Ją wielbić nowymi tytułami: synowskimi i wynikającymi z miłości ludu bożego, które jednak w żadnym wypadku nie odbierały Jej tego bycia kobietą-uczennicą – zaznaczył Ojciec Święty. Dodał, że św. Bernard z Clairvaux uważał, iż gdy mówimy o Maryi, nigdy nie jest dość wielbienia Jej, nadawania Jej tytułów pełnych chwały, nie ujmujących Jej jednak bycia pokorną uczennicą. Wierna swemu Nauczycielowi, który jest Jej Synem, jedynym Odkupicielem, nigdy nie chciała dla siebie czegokolwiek od swego Syna. "Nigdy nie przedstawiała się jako współodkupicielka, nigdy, była tylko uczennicą" – podkreślił mówca.

Zauważył, że pewien Ojciec Święty powiedział na tej podstawie, że bycie uczniem jest godniejsze niż macierzyństwo. Teologowie się spierają, ale Ona jest uczennicą, nigdy nie "ukradła" dla siebie czegokolwiek od swego Syna, służyła Mu, bo jest matką, daje życie w pełni czasów, jak usłyszeliśmy o tym Synu, zrodzonym z kobiety – dodał z mocą Franciszek.

Zwrócił następnie uwagę, że Maryja jest Matką naszych narodów, nas wszystkich, Kościoła, ale jest również wizerunkiem Kościoła. I jest matką naszych serc, naszej duszy. Pewien papież powiedział, że to, co mówi się o Maryi, można też powiedzieć na swój sposób o Kościele i o naszej duszy, Kościół bowiem jest kobiecy a nasza dusza ma tę zdolność przyjmowania od Boga łaski i w pewnym sensie Ojcowie Kościoła postrzegali ją na sposób kobiecy. Nie możemy myśleć o Kościele bez tej maryjnej zasady, która się na niego rozciąga – zauważył papież.

Jego zdaniem, gdy szukamy roli i miejsca kobiety w Kościele, możemy iść drogą funkcjonalności, jako że kobieta pełni funkcje, które pełni w Kościele. Ale nie powinno to nas zatrzymywać w połowie drogi – dodał. Podkreślił, że w Kościele idzie ona dalej, zgodnie z tą zasadą maryjną, która niejako "umatczynia" Kościół i przeobraża go w Świętą Matkę Kościół.

Zasadniczymi tytułami Maryi są kobieta i matka i nawet Jej wezwania z Litanii Loretańskiej pochodzą od zakochanych dzieci, które opiewają Ją jako matkę, nie naruszając jednak istoty bycia Maryi jako kobiety i matki – tłumaczył dalej papież.

Trzecim określeniem jest, według niego, metyska, Patrząc na obraz Pani z Guadalupe, widać, że chce Ona uczynić z nas metysów, a więc wymieszać. Ona sama się wymieszała, aby być Matką wszystkich, wymieszała się z ludzkością, gdyż wymieszała się z Bogiem, prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem w Jego Synu.

Na zakończenie swych rozważań Franciszek przestrzegł przed uleganiem żądaniom ogłoszenia takiego czy innego dogmatu, nazywając to "głupotami". I dodał: "Maryja jest kobietą, jest Naszą Panią, jest Matką swego Syna i Świętej Matki Kościoła hierarchicznego, jest metyską, matką naszych narodów, ale która zmieszała się z Bogiem". "Niech mówi do nas tak, jak przemawiała do Jana Diego, wychodząc od tych trzech tytułów: czułości, kobiecego ciepła i z bliskości zmieszania" – zakończył kazanie Ojciec Święty.

Następnie trzy rodziny - z Filipin, Ekwadoru i Kolumbii - złożyły na ołtarzu dary ofiarne i rozpoczęła się główna część liturgii. Po komunii papieżowi podziękował – w imieniu narodów Ameryki Łacińskiej i całego Kościoła – kard. Marc Ouellet. Życzył jednocześnie Franciszkowi z okazji przypadającej jutro 50. rocznicy jego święceń kapłańskich obfitych łask Bożych, zapewniając go jednocześnie o stałych modlitwach w jego intencji. Podkreślił, że "Twoje kapłaństwo jest darem dla Ciebie i podarkiem dla całego Kościoła".

Po końcowym błogosławieństwie Ojciec Święty pomodlił się chwilę przed wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe, po czym przy śpiewie hymnu ku Jej czci "La Guadalupana" opuścił procesjonalnie bazylikę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert, jakiego w Polsce jeszcze nie było

2019-12-14 13:10

Małgorzata Wach

17 grudnia w Krakowie odbędzie się pierwszy w pełni dostępny koncert w Polsce, w którym będą mogły wziąć udział m.in. osoby z różnego rodzajami niepełnosprawnościami, od niewidomych i poruszających się na wózkach, aż po osoby niesłyszące. Na scenie wystąpi zespół November Project.

archiwum zespołu November Project

– Podczas tego koncertu pokażemy, że kultura może być dostępna dla wszystkich. Będzie bezpieczny sektor dla osób poruszających się na wózkach, audiodeskrypcja, dzięki której osoby niewidome będą mogły się dowiedzieć co się dzieje na dzieje na scenie, jak wyglądają muzycy, w co są ubrani. Będzie tłumacz języka migowego, który będzie migał śpiewane piosenki i wypowiadane przez artystów kwestie. Osoby niedosłyszące będą mogły skorzystać z pętli indukcyjnej, a osoby Głuche z plecaków, dzięki którym będą mogły poczuć muzykę całym swoim ciałem. Dodatkowo po obu stronach sceny będą się znajdowały dwa telebimy na jednym będzie widoczny tłumacz polskiego języka migowego, a na drugim streaming zespołu wspomagający osoby niedowidzące. – mówi Magdalena Urbańska, koordynatorka wydarzenia.

Konstrukcję, dzięki której osoby niesłyszące będą mogły „usłyszeć” muzykę podczas koncertu tworzy specjalny plecak złożony z trzech wbudowanych subwooferów, słuchawki przewodzenia kostnego oraz przekaźnik transmitujący muzykę bezpośrednio z reżyserki dźwięku.

– Po raz pierwszy takie plecaki zostały użyte w ubiegłym roku na Pol'and'Rock Festival, dostarczyła je nieodpłatnie firma Mastercard. Podobnie jest w przypadku naszego koncertu. – mówi Magdalena Urbańska. – Dzięki nim, Głusi będą mogli się cali zanurzyć w muzyce i poczuć każdy bas, drganie i emocje, które wyzwolą muzycy. Liczba plecaków jest niestety ograniczona, ale jeśli się okaże, że będzie duże zainteresowanie, to być może w przyszłości takich wydarzeń będzie więcej, a co za tym idzie również odpowiedniego sprzętu.

Będzie to pierwszy tak szeroko dostępny koncert w Polsce. Na scenie wystąpi zespół November Project, który tworzy dziesięciu muzyków, grających energetyczną muzykę reggea. Sześciu z nich zmaga się z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Hymnem wydarzenia jest piosenka pt. „Optymista”, w której słyszymy m.in. „Niepoprawny optymizm - to lubię. Jeśli Ty też no to witaj w klubie”.

- Według oficjalnych norm, pięciu naszych muzyków zmaga się z niepełnosprawnością, ale tak naprawdę to każdy z nas w jakiś sposób jest osobą „specjalnej troski”, bo wszyscy mamy swoje ograniczenia. Różnica jest tylko taka, że nie zawsze je widać. – mówi Włodek „Paprodziad” Dembowski, wokalista zespołów November Project i Łąki Łan. – Ale te ograniczenia w żaden sposób nie przeszkadzają nam grać muzyki pełnej optymizmu. Dzięki technologii, która zostanie zastosowana podczas koncertu, nawet osoby niesłyszące będą mogły poczuć tę muzykę aż do szpiku kości!

Koncert odbędzie się 17 grudnia o godz. 18.00 w Hali Cracovia Karcher i będzie zwieńczeniem III. Forum Kultury Wrażliwej. Towarzyszyć mu będzie rozdanie świadectw dostępności dla wojewódzkich instytucji kultury.

Projekt „Małopolska. Kultura Wrażliwa” działa od 2016 r. Jego inicjatorem jest Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego, a bezpośrednim realizatorem – Małopolski Instytut Kultury w Krakowie.

- Głównym celem projektu „Małopolska. Kultura Wrażliwa”, jest zwiększenie otwartości instytucji kultury na osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami. Zatytułowaliśmy go „Kultura Wrażliwa”, a nie np. „Kultura Dostępna”, bo chodzi nam przede wszystkim o zwiększenie wrażliwości na drugiego człowieka, a nie tylko na likwidowanie barier architektonicznych. – mówi Monika Wiejaczka, zastępca dyrektora Departamentu ds. Kultury i Promocji Małopolskiego Urzędu Marszałkowskiego. – Tak naprawdę największe bariery są w głowach. To ludzie, a nie platformy otwierają instytucje i to ludzie, a nie platformy decydują o dostępności. Kultura powinna być przestrzenią, w której osoby z niepełnosprawnościami mogą się uwolnić i czuć się tak, jak chcą. Bez lęku, że nie zostaną zrozumiane. Jeśli ludzie kultury nie będą otwarci na różnice, to kto to za nich zrobi?

- Kolejną ważną rzeczą, którą chcemy pokazywać w ramach projektu, jest to, że osoby niepełnosprawne nie są tylko odbiorcami kultury, ale również jej twórcami. – mówi Tomasz Włodarski, koordynator projektu Małopolska Kultura Wrażliwa. – W ciągu trzech lat pracy „Kultury wrażliwej”, odkryliśmy m.in. twórców, którzy z powodzeniem mogą konkurować z pełnosprawnymi artystami. Chcielibyśmy, żeby jak najwięcej instytucji zapraszało takie osoby do współpracy, stąd m.in. pomysł na to, żeby na naszym koncercie zagrał zespół November Project. Mamy nadzieję, że dzięki temu wydarzeniu stanie się bardziej rozpoznawalny, bo ich muzyka, wrażliwość i energia w pełni na to zasługują. 17 grudnia, każdy – bez wyjątku – będzie mógł się o tym przekonać, zapraszamy osoby młodsze i starsze, poruszające się na wózkach, niewidome, niesłyszące, smutne i wesołe. Wszystkich, którzy są otwarci na różnice albo chcieliby się na nie otworzyć!

Wstęp na koncert jest bezpłatny. Wejściówki są dostępne pod adresem: kulturawrazliwa.pl i ekobilet.pl Liczba miejsc jest ograniczona.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem