Reklama

Porządek kochania

2015-10-07 08:41

Z Witoldem Gadowskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 41/2015, str. 36-37

faceboook/Witold Gadowski
Witold Gadwowski

O wkładaniu głowy do paszczy lwa i ekonomii terroryzmu z Witoldem Gadowskim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Powołując się na książkę Jeana Raspaila „Obóz świętych” – wydaną niedawno w Polsce, a napisaną 40 lat temu – w jednym ze swych tekstów zwrócił Pan uwagę na profetyczny charakter literatury z gatunku political fiction; mamy oto problem zdesperowanych uchodźców… Na naszych oczach spełnia się i to, co przewidzieli autorzy „Zwierzchnika”, książki o rosyjskim ataku na kraje ościenne, a chyba całkiem niewiele brakuje, by ziścił się – oby nie! – scenariusz „Blackoutu”, czyli zamachu terrorystycznego na infrastrukturę energetyczną świata zachodniego, co prowadzi do kompletnego załamania się cywilizacji… Nie panikujmy?

WITOLD GADOWSKI: – To się naprawdę może zdarzyć! Już od czasów „Latającej gospody” Chestertona pojawiają się dzieła literackie trafniej przewidujące przyszłość niż nauka, która myli się nieustannie. Nie ziściła się np. metarefleksja nad dziejami Francisa Fukuyamy, który z naukową powagą wieszczył „koniec historii”, tymczasem historia radykalnie przyspieszyła. Nie sprawdzają się prognozy socjologiczne, natomiast niemal dokładnie spełnia się dziś właśnie proroctwo Chestertona z początku XX wieku o przejęciu władzy na Wyspach Brytyjskich przez islamistów. W latach 70. pokpiwano sobie z apokaliptycznej wizji Raspaila przedstawionej w „Obozie świętych”, wyśmiewał tę książkę nawet prezydent Chirac... Wydana w ubiegłym roku „Uległość” kontrowersyjnego Michela Houellebecqa mówi o władzy islamistów we Francji.

– I też – mimo że wydano ją w dzień zamachu na „Charlie Hebdo” – pokpiwano z tej literackiej fantazji... Mówi się nam dziś, że niepotrzebnie ulegamy antyislamskiej histerii. Nie niepotrzebnie?

– Kilka miesięcy temu, gdy około kwietnia wróciłem z Kurdystanu, zacząłem pisać, że Europa powinna natychmiast zainteresować się Bliskim Wschodem, bo on już tu nadchodzi. Wtedy mówiono mi: Gadowski, znowu nakręcasz jakąś histerię. A dziś tenże Bliski Wschód zaczyna zmieniać europejską rzeczywistość w sposób gwałtowny.

– Tak szybko, że nie zdołamy nad tym zapanować?

– Właśnie tak. Nie możemy być już spokojni. Popatrzmy tylko na liczby: ok. 4,5 mln uciekinierów z Syrii przebywa obecnie w Libanie, Kurdystanie oraz w południowej Turcji, gdzie 2-milionowa rzesza uchodźców wywołuje kompletną destabilizację. Dążący do dyktatury wojskowej prezydent Erdoğan z pewnością wyrzuci ich stamtąd – wtedy dopiero ta naprawdę potężna fala ruszy na Europę!

– Dopiero wtedy zaczną się prawdziwe kłopoty Europy?

– Tak, teraz mamy zaledwie ich pierwsze podmuchy. Należy się spodziewać, że wkrótce ruszy także centralna Afryka, bo biedni ludzie stamtąd z pewnym opóźnieniem dowiadują się, że jest taka możliwość. Ruszy wielka lawina.

– Kiedy spadł jej pierwszy kamyk? Na Bliskim Wschodzie destabilizacja trwa już od kilkunastu lat, w samej Syrii od kilku…

– Właściwie należałoby zadać pytanie, kto ją wywołał, kto jest winny. W Polsce niechętnie mówi się o tym, że sprawcą chaosu na Bliskim Wschodzie są Stany Zjednoczone, wspierające tzw. rewolucje, które w krajach arabskich nigdy nie były i nie będą demokratyczne; tam możliwe są jedynie rewolucje islamskie. To Amerykanie wypuścili tego dżina z butelki! Za czasów Cartera rozpoczęli operację „Cyklop”, której autorem był Zbigniew Brzeziński, a która polegała na ożywieniu ideologii dżihad przeciwko Związkowi Sowieckiemu. CIA nawet opłacało najbardziej agresywnych islamistów, a szczególnie duchownych islamskich, mułłów. Tak więc już od lat 70. mamy do czynienia z rozwojem dżihadu, który z pokolenia na pokolenie – a mamy już trzecie – staje się silniejszy. Dziś dżihad zmienia się w coś, co w Europie z wielkim uproszczeniem możemy opisać jako islamofaszyzm.

– Zachód usiłował uszczęśliwić demokracją odporne na nią kraje islamskie, stało się odwrotnie – islam ma teraz ambicje uszczęśliwiania Zachodu…

– Europa jest już dziś tym przerażona. A ja jestem przerażony przerażeniem Europy. Przerażona Angela Merkel i politycy niemieccy wypowiadają się coraz bardziej agresywnie. Obawiam się, że w końcu może tam dojść do drastycznych scen łącznie z paleniem ośrodków dla uchodźców, że obudzą się nastroje faszystowskie. Taki będzie naturalny odruch samoobrony narodu niemieckiego, który nie pogodzi się z tym, że ktoś może mu zabrać miasta. Francuzi już się pogodzili... W pewnym momencie wszyscy się obudzą: Boże, kto nas teraz uratuje!

– Ale tymczasem europejscy politycy są raczej chyba tylko zdumieni, zaskoczeni tym, że kończy się spokojne życie?

– To dlatego, że przez kilkadziesiąt lat np. w Niemczech wychowano pokolenia kompletnie lewackie; stało się więc coś, co jest całkowicie i od wieków obce kulturze niemieckiej: Niemcy ze swej nazikultury zostali przestawieni na multikulti. Podtrzymywano tam tę ideologię dla wygody – z powodu konieczności importu taniej siły roboczej. Niestety, Niemcy wraz z imigrantami z Turcji zaimportowali sobie także Kurdów i teraz mają już u siebie konflikt kurdyjsko-turecki, a oprócz tego rozwijający się bez kontroli agresywny islam. Są coraz bardziej zaniepokojeni.

– Jak twierdzą, udaje się im jednak oswajać islam poprzez np. katedry islamu na uniwersytetach.

– To wszystko nie sprawdza się, a wynika z naiwności lewicowych intelektualistów, którym się wydaje, że jeśli wymyślą jakąś konstrukcję, to ona znajdzie zastosowanie w praktyce społecznej. To brednia. Można obłaskawiać lwa, ale nikomu nie radziłbym wkładać głowy do jego paszczy.

– Czy Europa już włożyła tę głowę do paszczy islamskiego lwa?

– Moim zdaniem, na razie trwa jeszcze obłaskawianie; wykonujemy różne poprawnościowo-grzecznościowe gesty, które w kulturze islamu są poczytywane jako słabości zachęcające do brutalnej reakcji. Każdy przejaw tzw. humanitaryzmu jest przez Arabów traktowany jako objaw słabości, ponieważ w ich kulturze obcinanie głów, rąk, podrzynanie gardeł, niewolnictwo jest na porządku dziennym. Europa kompletnie nie rozumie tej kultury. Islam, zwłaszcza ten bliskowschodni – ideologia wahabicka i salaficka – ma naturę drapieżną. Dziś już Niemcy są pełne ośrodków salafickich, które propagują powrót do pierwszych wieków islamu…

– Co to może oznaczać?

– Oznacza wskrzeszanie totalitarnej ideologii kalifatu, według której kalif jako pomazaniec Boży stoi na czele państwa, które ma rozszerzać swe terytorium oraz władzę nad całym światem. I nie zatrzyma się, jeśli nie zostanie zatrzymane siłą.

– Europa jest idealnym miejscem do tego rodzaju ekspansji?

– Niestety tak, bo na własne życzenie jest kompletnie obezwładniona; sama sobie już wyhodowała islamską bombę demograficzną, a w tej chwili wpuszcza zapalnik do tej bomby.

– Jak wielkie jest już dziś pole rażenia tej bomby?

– Dobrze widać je w wielu miastach Europy. W samej Francji jest obecnie 7 mln wyznawców Allaha, Marsylia de facto jest już miastem arabskim, Paryż także staje się miastem islamskim, broni się jeszcze północ Francji. Kopenhaga – zalana przez islamistów. Podobnie Bruksela…

–...a niedawno w Polsce gorszono się niepoprawnością Jarosława Kaczyńskiego, który mówił o szariacie w Szwecji!

– Gdyby Kaczyński powiedział, że samochód biały jest ładny, to też by został skrytykowany. Tymczasem prawda jest taka, że Skandynawia jest również zalewana przez imigrantów z krajów islamskich.

– Co z Polską?

– Jesteśmy w komfortowej sytuacji, ale dosłownie do dziś, do decyzji polskiego rządu o poparciu polityki europejskiej w sprawie przyjmowania uchodźców. Broniło nas – i nadal jeszcze chyba broni – tylko to, co jest naszą zmorą, czyli niski status materialny. Można powiedzieć, że uchodźcy wyjeżdżający z Syrii są na podobnym poziomie materialnym jak my tu, w Polsce. To nie jest prawda, że są bardzo biednymi ludźmi.

– Potracili domy, uciekają przed wojną!

– Mają jednak po 10 tys. dolarów na głowę na opłacenie za przeszmuglowanie ich do Europy. Chcą uciec przede wszystkim do bogatych Niemiec. Ale jak znam Niemcy, to wymyślą tam wkrótce regulacje utrudniające tę wielką ucieczkę do niemieckiego raju... Wtedy to my będziemy mieć problem.

– Jesteśmy dziś pocieszani, że te kilka tysięcy przypisanych Polsce uchodźców to kropla w oceanie – nawet ich nie zauważymy.

– Kilku muzułmanów w jakimś miejscu urozmaica je i nie musi być problemem, ale może nim być. Jeżeli przyjmiemy do parafii rodzinę islamską, np. salaficką, to możemy być świadkami dość nietypowych codziennych obrazków. Oto na spacerze arabski mąż nagle kopnie swoją żonę, polscy mężczyźni staną w jej obronie, a we wszystkich gazetach niemieckich i francuskich będzie się pisać o ksenofobii Polaków. Obawiam się, że tak właśnie skończy się ten eksperyment na poziomie parafii. Starcie tych dwu światów jest niemożliwe do pogodzenia.

– Szczególnie w Polsce?

– Polacy nie są aż tak tolerancyjni jak Francuzi czy Belgowie, którzy żyją z tymiż islamistami od kilkudziesięciu już lat. U nas ten eksperyment kulturowy może się skończyć gwałtownym szokiem. W Polsce nawet mała liczba islamistów może być sporym zagrożeniem. Z badań Eurostatu wynika, że aż 70 proc. obecnych uchodźców to islamiści w wersji wahabickiej, którzy nie zamierzają się integrować z zachodnimi społeczeństwami, mają agresywne nastawienie do naszej kultury i religii. Możemy się zatem spodziewać dużych problemów. Z nimi przyjdą do nas też wszystkie dotychczasowe kłopoty Europy Zachodniej.

– Ponoć jesteśmy na nie dobrze przygotowani.

– Bzdura! Przy słabości naszego państwa, słabości służb, korupcji skutki mogą być opłakane. Nie radzimy sobie przecież nawet ze wspólnotami romskimi. A z islamistami będzie znacznie trudniej niż z Romami.

– Jak bardzo zasadne są obawy, że wraz z falą uchodźców może się odbywać „transfer terroryzmu” wprost z tzw. Państwa Islamskiego?

– Można przypuszczać, że Państwo Islamskie wysyła w ten sposób kilkuset swych ludzi, dobrze wyselekcjonowanych, przygotowanych na wszystko, odpowiednio przeszkolonych i ideologicznie pewnych. Na pewno europejskie służby nie będą w stanie ich wyłuskać, nawet niemieckie, które naprawdę potrafią to robić. A polskie służby w ogóle nie są do tego przygotowane. Nie mają żadnej wiedzy dotyczącej terroryzmu, ABW jest na kompromitującym poziomie, gdy chodzi o znajomość problemów Bliskiego Wschodu, jeśli nie brać pod uwagę nielicznych pasjonatów. Dziś nie mamy w Polsce zamachów terrorystycznych tylko dlatego, że tu nie opłaca się robić tego rodzaju „widowisk”, ponieważ świat by się nimi zanadto nie przejmował.

– Inaczej niż w Londynie czy innej metropolii zachodniej?

– Tak. Przed terroryzmem broni nas jeszcze ta właśnie ekonomia terroru, a przed zalewem imigrantów – nasza własna kiepska sytuacja ekonomiczna.

– A religia, polski katolicyzm ma tu jakieś znaczenie?

– Jak najbardziej. Dlatego uważam, że polska polityka imigracyjna powinna być inna niż Orbanowska na Węgrzech i inna niż europejska. Mamy przecież tradycje I Rzeczypospolitej, w której obok siebie istniało wiele różnych religii i ich odmian. Musimy tylko działać w sposób bardzo przemyślany, nie tak, jak rząd premier Kopacz, który wykonuje jedynie polecenia Berlina. Nie możemy na własne życzenie stać się przypadkowym „składowiskiem” niechcianych gdzie indziej uchodźców.

– Pani premier zapewnia, że będziemy przyjmować tylko tych uchodźców, których sami będziemy chcieli.

– Nie wierzę pani premier, której zapewnienia z natury się nie spełniają... Ale, jeśli by tak naprawdę było, to powinniśmy przede wszystkim sprowadzić Polaków ze Wschodu, którzy są przecież uchodźcami jeszcze z lat 40. Ponadto powinniśmy móc wybrać chrześcijan syryjskich – czyli przeważnie Asyryjczyków – którzy na pewno czuliby się dobrze w naszym kraju. Chrześcijaństwo wyznania asyryjskiego to ryt, który nie zmienił się od czasów Chrystusa, odprawiany w języku aramejskim... Mogłoby się pięknie wtopić w naszą kulturę, wzbogacić ją. A wiara asyryjskich chrześcijan jest tak silna, że zmuszałaby nas, katolików, do rekolekcji.

– Dziś polskie lewicowe kręgi bardzo chętnie powołują się na otwartość papieża Franciszka, który każe chrześcijanom przyjmować wszystkich potrzebujących pod swój dach, bez względu na religię…

– Słysząc te argumenty lewicowców, którzy zaczęli nawet cytować Ewangelię, zacząłem sobie przypominać katolicką doktrynę społeczną. Na nowo odnalazłem w niej zasadę „ordo caritatis”, czyli porządek kochania, która wskazuje, że wprawdzie chrześcijanie powinni kochać wszystkich bliźnich, ale zawsze muszą zaczynać od najbliższych.

* * *

Witold Gadowski
Dziennikarz, poeta, autor reportaży, m.in. wraz z Przemysławem Wojciechowskim cyklu o współczesnym terroryzmie pt. „Tragarze śmierci”, autor produkcji filmowych i telewizyjnych, opowiadań, wierszy, piosenek, publikacji internetowych oraz powieści: „Wieża komunistów”, „Smak wojny”. Laureat licznych nagród.

Tagi:
wywiad polityka gospodarka rozmowa

30. rocznica częściowo wolnych wyborów parlamentarnych

2019-06-04 09:09

wpolityce.pl

30 lat temu, 4 czerwca 1989 r., na mocy porozumień między władzami PRL a częścią opozycji odbyły się częściowo wolne wybory parlamentarne. Zwycięstwo „S” otworzyło nową epokę w najnowszych dziejach Polski oraz wpłynęło na proces upadku komunizmu w Europie Środkowej.

Paweł Wysoki

Korzeni procesu transformacji historycy dopatrują się w zmianie sytuacji międzynarodowej, która nastąpiła w połowie lat osiemdziesiątych. Zapoczątkowany po dojściu do władzy Michaiła Gorbaczowa proces reform w ZSRS oznaczał jednocześnie przyzwolenie dla zmian w innych krajach komunistycznych. Dla Kremla jednak priorytetem pozostawało utrzymanie Układu Warszawskiego istniejącego od 1955 r.

Po 13 grudnia 1981 r. gen. Jaruzelskiemu nie udało się stłumić podziemnego ruchu „Solidarności”. Opozycja nie miała już jednak potencjału z okresu karnawału „S”. Było to także widoczne w połowie lat osiemdziesiątych. Późniejsze dwie fale strajków, w kwietniu i sierpniu 1988 r., były już nieporównywalnie mniejsze niż protesty z sierpnia 1980 r. Dla władz stanowiły jednak dowód na porażkę dotychczasowych prób stabilizacji systemu. Mimo przygotowywania wariantu rozwiązania siłowego, nazywanego przez opozycjonistów i później historyków „stanem wojennym-bis”, przywódcy PRL zdecydowali się na realizację scenariusza kooptacji części opozycji do struktury sprawowania władzy.

31 sierpnia 1988 r. w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie doszło do pierwszego od wprowadzenia stanu wojennego spotkania szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą, w którym uczestniczyli również bp Jerzy Dąbrowski oraz sekretarz KC Stanisław Ciosek. Drugie spotkanie Wałęsy i Kiszczaka odbyło się 15 września 1988 r. Obecni na nim byli też Stanisław Ciosek, przedstawiciel episkopatu ks. Alojzy Orszulik i prof. Andrzej Stelmachowski. Następnego dnia rozpoczęły się rozmowy w szerszym gronie, w których znaleźli się przedstawiciele PZPR, ZSL, SD, OPZZ, „Solidarności” i Kościoła. Ze względu na liczbę uczestników i konieczność utrzymania poufności negocjacji przeniesiono je do ośrodka MSW w podwarszawskiej Magdalence.

Podczas kolejnych spotkań głównym punktem sporu była powtórna legalizacja NSZZ „Solidarność”. Ostatecznie uzgodniono podjęcie jawnych rozmów „okrągłego stołu”. Ich początek uzgodniono na połowę października 1988 r. Konflikty wśród władz PZPR sprawiły, że rozpoczęły się one dopiero kilka miesięcy później. Ponownej legalizacji „S” sprzeciwiały się środowiska związane z OPZZ, które obawiały się osłabienia sprzyjających reżimowi związków zawodowych. Ich stanowiskiem zachwiała przegrana przewodniczącego OPZZ Alfreda Miodowicza w telewizyjnej debacie z Wałęsą.

Momentem przełomu były obrady X Plenum KC PZPR ze stycznia 1989 r. W jego trakcie przyjęto „Stanowisko KC PZPR w sprawie pluralizmu politycznego i pluralizmu związkowego”. Dokument ten był faktyczną zgodą na legalizację „Solidarności”. 27 stycznia 1989 r. doszło do pierwszego od września roboczego spotkania Wałęsy i Kiszczaka w Magdalence, na którym ustalono procedurę obrad, ich zakres oraz termin rozpoczęcia. Obrady Okrągłego Stołu ruszyły 6 lutego 1989 r. w Warszawie w Pałacu Namiestnikowskim (wówczas siedzibie Urzędu Rady Ministrów).

W książce „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” prof. Andrzej Paczkowski podsumował efekty negocjacji trwających do kwietnia 1989 r.:

Najważniejszym owocem było obszerne porozumienie polityczne, nazwane – na poły ironicznie, na poły krytycznie – kontraktem stulecia. Obejmowało ono pakiet ustaleń dotyczących zarówno zasadniczej reorganizacji najwyższych organów państwowych – wprowadzenie drugiej izby parlamentu (Senat) i urzędu Prezydenta PRL – jak i kształtu ordynacji wyborczej. […] Ustalono, że wszystkie miejsca w Senacie oraz 35 proc. miejsc w Sejmie obsadzonych będzie w wyniku wolnej gry wyborczej, natomiast pozostałe 65 proc. posłów zostanie wybranych z list podzielonych między PZPR i jego sojuszników. W ten sposób komuniści zapewniali sobie, jak sądzono, kontrolny pakiet mandatów wystarczający do bieżącego zarządzania państwem, ale praktycznie uniemożliwiali jednostronne zmiany o charakterze konstytucyjnym wymagające 2/3 głosów.

Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu 6 kwietnia 1989 r. Sejm uchwalił nowelizację Konstytucji PRL wprowadzającą m.in. zapisy o powstaniu Senatu i urzędu prezydenta. Kilka dni później, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, nastąpiła legalizacja NSZZ „Solidarność” (17 kwietnia 1989) i NSZZ Rolników Indywidualnych „S” (20 kwietnia 1989). Władze odmówiły legalizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Spotkało się to z ostrą reakcją działaczy młodej opozycji. Ostatecznie NZS zarejestrowano we wrześniu 1989 r.

Oceniając kampanię wyborczą „Solidarności”, prof. Antoni Dudek pisał:

[…] prowadzona przez Komitet Obywatelski odznaczała się dużą dynamiką. […] W czasie spotkań kolportowano na wielką skalę tzw. ściągi, mające ułatwić wyborcom sam akt głosowania. Zaznaczano na nich jedynie nazwiska kandydatów +S+, zalecając równocześnie skreślanie wszystkich innych nazwisk, w tym tych umieszczonych na liście krajowej.

Istotną rolę w kampanii „S” odegrało też powstanie legalnego medium związanego z opozycją: 8 maja 1989 r. ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”. Tuż przed wyborami opublikowano również pierwszy numer zdelegalizowanego po 13 grudnia 1981 r. „Tygodnika Solidarność”. Komitet Obywatelski otrzymał także własny czas antenowy w radiu i telewizji.

W kampanii nie wzięła udziału część przywódców radykalnych środowisk opozycyjnych. Do bojkotu wyborów wezwały „Solidarność Walcząca” oraz Federacja Młodzieży Walczącej. Żądały odsunięcia PZPR od władzy i przeprowadzenia w pełni wolnych wyborów parlamentarnych.

Podczas kampanii część obozu władzy dostrzegła, że partii grozi klęska. Sytuację tę na bieżąco w prowadzonym dzienniku tak przedstawiał ówczesny premier Mieczysław F. Rakowski:

16 maja – Jeśli 10 mln ludzi posłucha wezwań opozycji, to wszyscy przepadniemy. 18 maja – Partia jest nadal w defensywie. Nie ulega już dziś wątpliwości, że nie jest przygotowana do walki. Złożyło się na to wiele przyczyn. 45 lat sprawowania władzy bez opozycji rozleniwiło PZPR. Inna przyczyną jest brak wiary w jej przyszłość, a gruncie rzeczy w socjalizm.

4 czerwca 1989 r. odbyła się I tura wyborów do Sejmu i Senatu. W wyborach do Senatu kandydaci Komitetu Obywatelskiego uzyskali 92 mandaty, strona koalicyjna ani jednego. Z kolei w wyborach do Sejmu „Solidarność” zdobyła 160 ze 161 możliwych do zdobycia miejsc. Kandydaci koalicyjni z 299 przysługujących im mandatów uzyskali zaledwie trzy. Natomiast na 35 kandydatów z listy krajowej, na której znajdowali się czołowi przedstawiciele koalicji rządowej, tylko dwaj otrzymali ponad 50 proc. głosów, co zgodnie z ordynacją oznaczało, że pozostali zostali wyeliminowani, a 33 mandaty poselskie będą nieobsadzone.

Wybory zakończyły się zwycięstwem „Solidarności”, którego rozmiary zaskoczyły nie tylko komunistów, lecz i stronę opozycyjną. Rozczarowaniem była stosunkowo niska frekwencja, która w zależności od regionu wynosiła od 71 do 53 proc. Największe poparcie uzyskali kandydaci „S” w województwach południowo-wschodnich oraz na Dolnym Śląsku; stosunkowo najmniejsze na zachodzie, m.in. w województwie zielonogórskim.

Nastroje w obozie rządzącym po klęsce z 4 czerwca były fatalne. W dyskusji przeprowadzonej 5 czerwca na rozszerzonym posiedzeniu Sekretariatu KC PZPR padały następujące wypowiedzi:

Tow. Cz. Kiszczak – Wyniki wyborów przeszły oczekiwania opozycji. Zaszokowały, nie wie, jak się zachować. Wybory do Senatu to nasza całkowita klęska. […] Tow. S. Ciosek – Nie rozumiem przyczyn porażki. Partia musi za nią zapłacić, nie poszła za nami. To gorzka lekcja. Odpowiedzialni będą musieli ponieść konsekwencje. Obecnie sprawą najważniejszą wybór prezydenta, do czego potrzeba 35 mandatów – które przepadły. O tym rozmawiać już z opozycją, bo prezydent to zabezpieczenie całego systemu, to nie tylko nasza wewnętrzna sprawa, to sprawa całej socjalistycznej wspólnoty, nawet Europy. […].

Dla członków PZPR ostatnią nadzieją na utrzymanie decydującego wpływu na rzeczywistość polityczną PRL były wybór na urząd prezydenta gen. Jaruzelskiego oraz zachowanie kontroli nad resortami bezpieczeństwa. Ich kalkulacje osłabiało jednak znaczące poparcie udzielone „S” w obwodach zamkniętych przeznaczonych dla wojska i milicji. Zdaniem historyków nie istniało większe ryzyko użycia siły i obalenia wyników wyborów z 4 czerwca.

4 czerwca 1989 r. był dla PZPR jak Grunwald. Po klęsce w tej bitwie zakon krzyżacki istniał, tak jak PZPR po 4 czerwca, ale czas jej życia był już liczony w miesiącach

—powiedział w rozmowie z PAP prof. Jerzy Eisler z Instytutu Pamięci Narodowej.

Mimo skali zwycięstwa liderzy zwycięskiego obozu tonowali nastroje panujące w szeregach „S”. W wypowiedziach większości pojawiał się w tym czasie również argument kruchości zawartego porozumienia. W opinii historyków „S” była zaskoczona zwycięstwem i niezdolna do przejęcia władzy.

Ogromne kontrowersje w obozie „Solidarności” wzbudziła kwestia organizacji II tury wyborów. 8 czerwca na posiedzeniu Komisji Porozumiewawczej przedstawiciele „S” zgodzili się na zmianę ordynacji wyborczej, umożliwiającej obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej przez koalicyjnych kandydatów. 12 czerwca Rada Państwa wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą do Sejmu X kadencji. Na jego podstawie 33 mandaty z listy krajowej miały być przekazane do okręgów i obsadzone w II turze wyborów. Odbyła się ona 18 czerwca 1989 r. Do urn wyborczych udało się tylko 25 proc. uprawnionych. „S” zdobyła jedyny brakujący jej mandat poselski oraz 7 z 8 pozostałych do obsadzenia mandatów senatorskich. Strona rządowa miała 294 zapewnione mandaty w Sejmie.

Kandydaci „Solidarności” uzyskali w wyborach 260 miejsc w 560-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Wynik ten przy chwiejnej postawie „stronnictw sojuszniczych” – ZSL i SD – mógł oznaczać poważne problemy przy wyborze na stanowisko prezydenta PRL gen. Jaruzelskiego. Ostatecznie Zgromadzenie Narodowe wybrało go większością jednego głosu.

Kolejne tygodnie pokazały, że zwycięstwo „S” pozwoliło doprowadzić do powołania na stanowisko szefa Rady Ministrów Tadeusza Mazowieckiego. Ukoronowaniem zwycięstwa z 4 czerwca było uzyskanie przez premiera wotum zaufania: 24 sierpnia 1989 r. zdobył poparcie 378 posłów spośród 423 biorących udział w głosowaniu.

Kilka tygodni później w krajach Europy Środkowej rozpoczęły się przemiany, które doprowadziły do upadku systemów komunistycznych. Za symboliczny początek Jesieni Narodów uważane są wybory z 4 czerwca 1989 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bóg jest Trójcą Świętą
Skąd o tym wiemy?

2019-06-12 09:01

Ks. Jarosław Grabowski
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 10-11

„Drodzy bracia i siostry, obchodzimy dziś uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Cóż wam mogę powiedzieć o Trójcy? Hm... Jest Ona tajemnicą, wielką tajemnicą wiary. Amen”. To było najkrótsze kazanie, jakie usłyszałem kiedyś w młodości. Wiernych obecnych w kościele to zaskoczyło. Jednych pozytywnie, bo kazanie było wyjątkowo krótkie, inni byli zirytowani, gdyż nie zdążyli się jeszcze wygodnie usadowić w ławce. Wtedy przyszły mi do głowy pytania: Czy o Trójcy Świętej nie możemy nic powiedzieć? Dlaczego więc wyznajemy, że Bóg jest w Trójcy jedyny? Skąd o tym wiemy?

©Renta Sedmkov – stock.adobe.com
Giovanni Maria Conti della Camera, „Trójca Święta” – fresk z kościoła Świętego Krzyża w Parmie

Mówienie o Trójcy nie jest rzeczą łatwą. Wyrażenie trójjedyności jest zawsze trudne do zrozumienia, gdyż według naszego naturalnego sposobu myślenia, trzy nigdy nie równa się jeden, jak i jeden nie równa się trzy. W przypadku nauki o Bogu nie chodzi jednak o matematyczno-logiczny problem, ale o sformułowanie prawdy wiary, której nie sposób zamknąć w granicach ludzkiej logiki. Chrześcijanie wyznają wiarę w jednego Boga w trzech Osobach. Dla wielu jednak to wyznanie nie ma większego znaczenia w życiowej praktyce. W świecie, w którym jest wiele „pomysłów na Boga”, my, chrześcijanie, powinniśmy pamiętać, że to nie my wymyślamy sobie Boga – my Go tylko odkrywamy i poznajemy, gdyż On sam zechciał do nas przyjść i pokazać nam siebie. Uczynił to zwłaszcza przez fakt wcielenia Syna Bożego. To dzięki Niemu wiemy, że Bóg jest wspólnotą trzech Osób, które żyją ze sobą w doskonałej jedności. „Nie wyznajemy trzech bogów – przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego (253) – ale jednego Boga w trzech Osobach: «Trójcę współistotną». Osoby Boskie nie dzielą między siebie jedynej Boskości, ale każda z nich jest całym Bogiem: «Ojciec jest tym samym, co Syn, Syn tym samym, co Ojciec, Duch Święty tym samym, co Ojciec i Syn, to znaczy jednym Bogiem co do natury»”. Człowiek wiary nie wymyśla prawdy, lecz ją przyjmuje. Zastanawia się nad nią, podejmując wielowiekowe doświadczenie Kościoła, który wyjaśniał ją zawsze w świetle objawienia.

Biblijne opisy objawienia się Trójcy Świętej odnajdujemy m.in. w wydarzeniu chrztu Jezusa w Jordanie (por. Mt 3, 13-17) oraz podczas Jego przemienienia na górze Tabor (por. Mt 17, 1-9). W tekstach tych jest zaakcentowane bóstwo Chrystusa, który pozostaje w jedności z Ojcem i Duchem Świętym. W innych tekstach akcent położony jest zaś na bóstwo Ducha Świętego, który pozostaje w ścisłej relacji do Ojca i Syna (por. J 15, 26; 1 Kor 2, 10).

Czy jednak w ograniczonym ludzkim poznaniu możemy mówić w ogóle o nieograniczonej tajemnicy Trójcy? Odpowiedź daje nam św. Cyryl Jerozolimski (IV wiek): „Choć nie mogę całej rzeki wypić, czy mi nie wolno tyle wody zaczerpnąć, ile mi potrzeba? Choć nie jestem w stanie zjeść wszystkich owoców z ogrodu, czy muszę odejść głodny? Czy nie mogę spoglądać na słońce, bo me oczy nie zdołają go całego objąć?”. Wielu chrześcijan jest przekonanych, że o Trójcy należy raczej milczeć niż mówić, gdyż język ludzki jest po prostu nieadekwatny, by powiedzieć coś sensownego o tak zdumiewającej tajemnicy. Sugerują w ten sposób, że Bóg jest wielkim znakiem zapytania, niezrozumiałą tajemnicą, czyli tym, czego nie da się zrozumieć. Jeśli Bóg do mnie mówi, to chyba po to, żebym Go zrozumiał. Św. Augustyn nigdy nie określał tajemnicy jako czegoś, czego nie można zrozumieć, lecz jako coś, czego człowiek nie skończy nigdy poznawać, a to zupełnie inna sprawa. Bóg wprowadza nas w swoją tajemnicę. Skoro mamy się stać tacy jak On, musimy Go poznawać. Choć Trójca Święta jest ponad naszym rozumem, nie oznacza to, że należy milczeć.

W Tradycji Kościoła odnajdujemy wiele tekstów, które przez analogię przybliżają nam prawdę o Trójcy Świętej. Św. Atanazy w IV wieku napisał: „Ojciec jest światłem, słońcem, ogniem; Syn jest blaskiem, łuną od ognia; Duch Święty jest oświeceniem. W Ojcu jest Syn jak blask w świetle, gdzie jest blask, tam jest i światło”. W ten sposób wyraził on jedność istoty, a równocześnie samoistność Ojca, Syna i Ducha Świętego. Św. Augustyn dostrzegał analogię w strukturze ludzkiego życia duchowego, by wyrazić trójjedyność Boga: Duch – Samopoznanie – Miłość. Obrazem Trójcy jest także drzewo: korzeń obrazuje Boga Ojca, pień – Syna pochodzącego od Ojca, a kwiaty i owoce – Ducha Świętego. Inne obrazy także wywodzą się z kontemplacji natury: źródło – rzeka – morze; słońce – promień światła – blask. W ikonografii chrześcijańskiej używano licznych symboli i obrazów, by przedstawić tajemnicę Boga w trzech Osobach. Znamy również obrazy, na których Bóg Ojciec przedstawiany jest w postaci starca o siwych włosach, Syn Boży jako młodszy mężczyzna o ciemnych włosach, a Duch Święty w postaci gołębicy. Przedstawienia tego typu, jeśli zostaną potraktowane jako źródło poznania istoty Boga, bez teologicznego wyjaśnienia mogą prowadzić do deformacji prawd wiary. Musi nam towarzyszyć świadomość, że tego typu obrazy są dalekie od wyrażenia całego bogactwa prawdy o Bogu. Ostatecznie „tylko sam Bóg (...) może nam pozwolić poznać się jako Ojciec, Syn i Duch Święty” (KKK 261).

Zapytajmy wreszcie: jakie to ma dla nas znaczenie? Ogromne, gdyż życie chrześcijanina realizuje się w znaku i obecności Trójcy. Na początku życia przyjęliśmy sakrament chrztu św.: „w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”, i u kresu naszego życia będą odmawiane modlitwy w imię Trójcy Przenajświętszej. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego narzeczeni zostają złączeni w małżeństwie, a kapłani są święceni. W imię Trójcy Świętej rozpoczynamy i kończymy dzień. Trójca jest więc portem, do którego wszystko zmierza, i oceanem, z którego wszystko wypływa, do którego wszystko dąży.

Święty Augustyn na początku V wieku pisał w swoim monumentalnym dziele „O Trójcy Świętej”, a Benedykt XVI na początku XXI wieku przypomniał w encyklice „Deus caritas est”, że wiara, podtrzymywana i ożywiana przez miłość, otwiera dostęp do kontemplacji Trójcy Świętej: „Jeśli widzisz miłość, widzisz Trójcę”. Osoby Trójcy są same w sobie relacjami miłości, czyli wspólnotą. Bóg jest wspólnotą miłości, a człowiek został stworzony jako obraz Boga, po to, by ten obraz coraz wyraźniej w sobie uwidaczniać. Jesteśmy więc powołani do stawania się tym, kim od początku jest Bóg: wspólnotą miłości, by kiedyś w wieczności uczestniczyć w doskonałej komunii Trójjedynego Boga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

CIDSE apeluje o neutralność klimatyczną przed 2050 rokiem

2019-06-16 20:10

ts / Bruksela (KAI)

Sekretarz generalna Katolickiego Stowarzyszenia Międzynarodowej Współpracy dla Rozwoju i Solidarności (CIDSE) Josianne Gauthier zaapelowała o neutralność klimatyczną przed 2050 rokiem. W dniach 20 i 21 czerwca w Brukseli odbędzie się konferencja unijnych szefów państw i rządów przed planowanym na 23 września szczytem w sprawie zmian klimatycznych.

pixabay.com

Ludzie w Europie i Ameryce Północnej jeszcze nie odczuwają w swoim życiu codziennym, jak pilnym problemem jest kryzys klimatyczny, powiedziała Kanadyjka w rozmowie z niemiecką agencja katolicką KNA 16 czerwca w Brukseli. Ale – dodała – jeśli ktoś żyje w regionie Pacyfiku, w Ameryce Południowej czy Afryce, odczuwa to każdego dnia.

Pod pojęciem „neutralności klimatycznej” należy rozumieć taką formę działania człowieka na Ziemi, która nie powoduje żadnej emisji „netto” gazów cieplarnianych: chodzi o ograniczenie emisji i wyrównanie jej poziomu z poziomem pochłaniania (dotyczy to przede wszystkim CO2) oraz stosowanie (głównie w przemyśle) różnorodnych mechanizmów kompensujących emisję gazów cieplarnianych, takich jak limity emisji i różnorodne formy handlu nimi.

Sekretarz generalna CIDSE uważa, że „musimy odejść od modelu wzrostu gospodarczego, gdyż dokładnie wiemy, że ten model prowadzi nas do ściany”. Celem natomiast powinien być powolny i systematyczny wzrost. Jednocześnie zwróciła uwagę, że środki podejmowane przeciwko zmianom klimatycznym nie mogą naruszać praw człowieka, nie mogą też tworzyć nierówności społecznych: „Jeśli na przykład chcemy wspierać energie alternatywne, to dla budowy elektrowni wiatrowych nie możemy wykorzystywać surowców spornych”.

Jako organizacja katolicka CIDSE wprowadza do rozmów na ten temat kwestie moralne i podkreśla aspekt sprawiedliwości. Gauthier wyjaśniała, że „chodzi tu o niesprawiedliwości gospodarcze, historyczne i geograficzne, a także niesprawiedliwości międzypokoleniowe oraz między mężczyznami i kobietami”.

CIDSE jest związkiem 18 katolickich organizacji na rzecz rozwoju z Ameryki Północnej i Europy, działających w 120 krajach świata. Przed zaplanowanym na 23 września szczytem klimatycznym, w dniach 20 i 21 czerwca szefowie państw i rządów będą rozmawiali o roli Unii Europejskiej w walce ze zmianami klimatycznymi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem