Artykuł zawiera fragment z książki o. Edwarda Kryściaka SP „Pasja miłości”, wyd. eSPe. Zobacz więcej: boskieksiazki.pl.

Edward Kryściak SP, „Pasja miłości”
Piotr otwiera listę apostołów i dość szybko staje się przywódcą grupy Dwunastu. Jezus już na samym początku zmienia mu imię – powołał „Szymona, którego nazwał Piotrem” (Łk 6,14). Wcześniej nosił imię Szymon, syn Jony (por. Mt 16,17). Jego ojciec nazywał się Jonasz albo Jan – i właściwie nic więcej o jego rodzinie nie wiemy. Imię Piotr – Kefas – oznacza skałę, kamień. To przydomek, który z czasem przylgnął do Szymona.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
To nie był przypadek. Jezus nie zmienił mu imienia bez powodu. Szymon z natury był człowiekiem porywczym, zmiennym, raczej takim, który nie budził wielkiego zaufania. Miał skłonność do składania wielkich obietnic, z których później nie potrafił się wywiązać. Był jednym z tych, którzy potrafią oddać serce i duszę jakiejś sprawie, ale często rezygnują, zanim doprowadzą ją do końca.
Reklama
Gdy Jezus go spotkał, zobaczył w nim człowieka pełnego emocji, impulsywnego i gorliwego. I właśnie dlatego zmienił jego imię na Kefas – Piotr, żeby to imię nieustannie przypominało Szymonowi, kim ma się stać i jaki ma być. W Ewangeliach Jezus zwraca się do niego raz „Szymonie”, innym razem „Piotrze”. To też nie jest przypadek – to subtelna, ale czytelna strategia. Gdy mówi do niego „Szymonie”, daje mu do zrozumienia, że ten zachowuje się jak dawniej, jak przed powołaniem. Gdy nazywa go Piotrem – Skałą, znaczy to, że Piotr postępuje tak, jak powinien.
Kiedy Pismo Święte ukazuje Piotra w kontekście jego codziennego, „zwykłego” życia, zwykle pada imię Szymon. Słyszymy o domu Szymona, o teściowej Szymona, o łodzi należącej do Szymona. Jakub i Jan są towarzyszami Szymona… W tych fragmentach nie dowiadujemy się niczego o jego duchowości czy życiu wewnętrznym. To po prostu opis normalnej codzienności – domu, pracy i relacji rodzinnych. Imię Szymon pojawia się także wtedy, gdy widzimy jego naturalne cechy charakteru lub gdy popełnia on błędy i upada. Ilekroć zachowuje się jak dawniej, przed powołaniem, Jezus i autorzy Ewangelii nazywają go Szymonem. Można wręcz dojść do wniosku, że zawsze, gdy Piotr potrzebował upomnienia, a Jezus zwracał się do niego imieniem „Szymon”, w jego sercu mogło rodzić się pragnienie, by Jezus ponownie nazywał go Skałą – Piotrem. Jakby słyszał w sercu: „Tak, nazwę cię Skałą, ale dopiero gdy będziesz zachowywał się jak skała”.
I rzeczywiście, gdy Szymon otwiera się na Jezusa, gdy zaczyna widzieć w Nim Mistrza i jednocześnie rozpoznaje własne słabości, ewangeliści przywołują jego nowe imię. Gdy Zmartwychwstały Pan pytał go po zdradzie o miłość, uczeń został nazwany Szymonem. Ale gdy uczeń wyznał swą miłość trzy razy i przyjął zaproszenie: „Pójdź za Mną”, znów stał się Piotrem.
Reklama
Piotr był taki jak każdy z nas – cielesny i duchowy. Czasem ulegał temu, co cielesne, innym razem pozwalał się prowadzić Duchowi. Popełniał grzechy, ale potrafił też wybierać drogę prawości. Raz był Szymonem, innym razem Piotrem.
Wiemy, że był przywódcą grona apostołów. Święty Mateusz podkreśla to wyraźnie: „A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy Szymon, zwany Piotrem”. Greckie słowo protos (pierwszy) oznacza nie tylko osobę pierwszą na liście, ale kogoś pierwszego w porządku hierarchii – przywódcę grupy. To pierwszeństwo Piotra widać wyraźnie w jego działaniu. Zawsze jest na pierwszym planie, przejmuje inicjatywę, robi to w sposób naturalny. Wypływa to z jego osobowości – dominującej i pełnej ambicji. I właśnie ten naturalny dar Piotra Jezus postanawia wykorzystać. Wybiera go na przywódcę, następnie kształtuje i uczy wszystkiego, co było potrzebne, by Piotr mógł tę rolę wypełnić. Poza imieniem Jezusa to właśnie imię Piotra pojawia się w Ewangeliach najczęściej. Nikt nie zabiera głosu tak często jak on i do nikogo Jezus nie zwraca się tak często jak do niego. Żaden z uczniów nie został przez Jezusa tak surowo zgromiony jak Piotr, ale też żaden nie odważył się upominać Jezusa w taki sposób jak on. Nikt nie wyznał wiary w Jezusa tak otwarcie i jednoznacznie jak Piotr, ale też nikt nie zaparł się Go tak wyraźnie i publicznie jak on. Nawet Judasz zdradził Mistrza pod osłoną nocy, unikając otwartej konfrontacji – do końca dbał o pozory.
Reklama
Nikt nie został przez Jezusa tak pochwalony i pobłogosławiony jak Piotr, ale jednocześnie tylko jemu Jezus powiedział: „Zejdź Mi z oczu, szatanie” (Mt 16,23). Wszystko to stopniowo kształtowało Piotra jako lidera – takiego, jakiego Chrystus chciał w nim widzieć. Człowiek o charakterze buntowniczym, impulsywny, czasami chwiejny i pełny ambicji stał się z czasem przywódcą niezachwianym jak Skała i postacią pierwszoplanową w ewangeliach i w Dziejach Apostolskich.
W życiu Piotra możemy dostrzec trzy kluczowe elementy, które czynią go prawdziwym liderem: był odpowiednim „surowcem” na przywódcę, przeszedł konkretne doświadczenie życiowe i miał cechy charakteru, które Jezus mógł kształtować.
Ale Piotr już od samego początku nosił w sobie także inne cechy przywódcze dane mu przez Boga. Można powiedzieć, że Bóg ukształtował go w ten sposób już w łonie matki.
Pierwszą z tych cech była ciekawość. Ludzie, którym wystarcza to, co już wiedzą, którzy godzą się ze swoją niewiedzą i potrafią wygodnie żyć z nierozwiązanymi problemami, nie są zdolni do przewodzenia innym. Liderzy to ludzie o niezaspokojonej ciekawości, głodni odpowiedzi, ciągle poszukujący.
Drugą taką cechą była inicjatywa. Człowiek powołany do przywództwa musi mieć zapał, ambicję i energię. Prawdziwy lider sprawia, że rzeczy po prostu się dzieją. Piotr nie tylko zadawał pytania, ale bardzo często jako pierwszy odpowiadał na kwestie stawiane przez Jezusa.
Trzecią potrzebną cechą było zaangażowanie i oddanie. Prawdziwi liderzy są zawsze w samym centrum wydarzeń. Nie stoją z boku, nie siedzą z założonymi rękami, nie wydają poleceń z bezpiecznej odległości. Prawdziwy lider idzie pierwszy tak pewnie, że widać wyraźny ślad – i właśnie ten ślad sprawia, że inni chcą nim podążać.
Reklama
Taki był „materiał”, z którego ulepiony był Szymon: nienasycona ciekawość, gotowość do wychodzenia z inicjatywą i osobiste zaangażowanie. Ale to był dopiero początek. Ten potencjał musiał zostać odpowiednio uformowany – inaczej mógłby stać się naprawdę niebezpieczną siłą.
Życie bywa surowym nauczycielem. Doświadczenia Piotra – jego wzloty i upadki – często były dramatyczne i bolesne. Jego droga pełna była ostrych zakrętów i momentów granicznych. Przez trzy lata Jezus prowadził go przez próby i trudności, które miały przygotować go do przewodzenia Kościołowi. I rzeczywiście Piotr wiele nauczył się właśnie dzięki trudnym doświadczeniom. Choćby tego, że dotkliwe porażki i głębokie upokorzenia często przychodzą tuż po największych sukcesach.
Po wyznaniu wiary w Jezusa jako Mesjasza usłyszał pochwałę, a chwilę później doświadczył surowej nagany. Otrzymał obietnicę kluczy królestwa, a zaraz potem usłyszał: „Zejdź Mi z oczu, szatanie. Nie stawaj na Mojej drodze, nie przeszkadzaj Bożym planom” (por. Mt 16,23). To uświadomiło Piotrowi, że także on może podlegać wpływom złego ducha. Szatan mógł próbować zawładnąć także jego sercem. Jeśli nie słuchał Boga, mógł stać się narzędziem nieprzyjaciela. A jednocześnie Piotr zrozumiał coś jeszcze – że jego duchowe słabości i grzeszne skłonności nie przekreślają Bożego wyboru.
Reklama
Także z perspektywy wydarzeń paschalnych i doświadczenia krzyża trzeba przyznać, że Piotr okazał się człowiekiem pełnym wad, skrajności, cieni i lęków. Zaparł się Mistrza, zdradził własne zasady i raz dane deklaracje. Bardziej bał się ludzi niż Boga. Z jednej strony historia Piotra to opowieść o podejmowanych próbach i popełnianych błędach, z drugiej – o nieustannym odzyskiwaniu szansy na to, by porzucić starego człowieka i stać się nowym stworzeniem. To wreszcie historia najważniejszej lekcji chrześcijańskiego życia – lekcji umierania i zmartwychwstawania.
Po raz pierwszy Piotr „umarł” nad Jeziorem Galilejskim podczas swojego pierwszego spotkania z Mistrzem. Zostawił wszystko i stał się uczniem – jego dotychczasowe życie przestało mieć znaczenie.
Kolejny raz umarł, gdy Jezus nazwał go szatanem, pokazując mu tym samym, że jego sposób myślenia nie jest zgodny z logiką królestwa i że jeśli będzie dalej szedł tą drogą, nie będzie mógł być uczniem.
Piotr doświadczył śmierci także wtedy, gdy na dziedzińcu pałacu arcykapłana usłyszał pianie koguta i gorzko zapłakał.
Umarł ponownie w dniu pierwszego spotkania ze Zmartwychwstałym nad jeziorem – ale wtedy również narodził się na nowo.
Swoją ostatnią śmierć przeżył podczas ostatniego spotkania z Jezusem, gdy uciekał z Wiecznego Miasta. W tamtym momencie ostatecznie przestał być tchórzem, stał się pokornym i odważnym uczniem, który wybrał krzyż.
Spróbujmy zobaczyć w Piotrze samych siebie – w chwilach, gdy nasze serce ogarniał lęk i tchórzostwo. Gdy wstydziliśmy się Jezusa albo wręcz się Go wyparliśmy. Ile razy zapieraliśmy się Mistrza publicznie? Ile razy próbowaliśmy zatrzymać Jego działanie w naszej codzienności? Ile razy uciekaliśmy przed trudnościami i zagrożeniami, zdradzając własne zasady i dane obietnice? Ile razy, z braku wiary, tonęliśmy w wodach tego świata?
Reklama
Kontemplując postać Piotra, uświadomiłem sobie, że niejednokrotnie byłem do niego bardzo podobny – także w swoim tchórzostwie. Jak on zdradzałem własne zasady i nie potrafiłem odpowiedzieć na działanie Jezusa w moim życiu. Ulegałem złu i niejednokrotnie okazywałem się człowiekiem małej wiary. Podobnie jak Piotr doświadczałem zarówno porażek, jak i chwil zwycięstwa.
Nie wystarczy jednak powiedzieć, że wszyscy odnajdujemy się w słabościach Piotra. Jego historia stawia przed nami znacznie trudniejsze pytanie: czy ostatecznie zdecydujemy się zaufać Jezusowi, przekroczyć własne granice i wybrać tę samą drogę życia, którą przeszedł nasz Pan? Czy mamy w sobie dość pokory, by przyznać, że także dziś – w czasie kryzysu, którego doświadcza Kościół – i my nieraz zostawiamy Jezusa na krzyżu i uciekamy, chcąc uniknąć oskarżeń, a nawet śmierci z rąk współczesnych „neronów”? Czy potrafimy uznać, że również jesteśmy ludźmi małej wiary? I czy umiemy żyć tajemnicą śmierci i zmartwychwstania, do której wszyscy jesteśmy powołani?
Nie jesteśmy powołani do bycia doskonałymi siłą własnej woli ani do niezachwianej wierności pozbawionej wątpliwości. Jesteśmy powołani do przemiany – do tego, by pozwolić, aby stary człowiek w nas umierał, a rodził się nowy… Jesteśmy powołani do zmartwychwstania.
