Jedną z takich historii są fakty z życia, a tak naprawdę najmocniej te po śmierci siostry Marii-Bernardy Bernadetty Soubirous. Jej życiorys to cudowna historia, a to, jak niezwykle zachowało się jej ciało po śmierci, jest dla wielu kolejnym świadectwem. Tylko dlaczego akurat w jej wypadku to się stało? W tym czasie? W tym kraju? Nie wiemy tego na pewno i nigdy się najpewniej nie dowiemy. Świętych jest wielu. Poza tym czy ten cud rzeczywiście ma jakiś obiektywny (mierząc linijką racjonalizmu) i niepodważalny sens?
Chcę być dobrze zrozumiany: skupiając się na przykładzie tej świętej, zastanawiam się nad cudami w ogóle i nad ich relacją do wiary trwałej i osobistej. Każdy, kto przechodzi obok wystawionego, nienaruszonego ciała i klęka przy nim, może się zachwycić. Ale czy to gwarancja pełnego nawrócenia, świętego życia tej konkretnej osoby na zawsze, do końca? Nie. Gdyby tak było, to wokół sanktuariów i cudownych miejsc żyliby sami święci, a tak nie jest. Powiem więcej. Nawet za życia Jezusa, gdy ludzie mieli okazję na własne oczy zobaczyć Jego cuda – nie wszyscy się nawrócili.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Historia Bernadetty Soubirous bywa przywoływana właśnie jako przykład takiego znaku. Po jej śmierci w 1879 roku ciało złożono w zapieczętowanej trumnie bez balsamowania. Kiedy po latach dokonano ekshumacji w ramach procedur kanonicznych, okazało się, że zachowało się w sposób niezwykły. Lekarze opisujący oględziny byli zaskoczeni stanem tkanek i brakiem typowych oznak rozkładu, choć w grobie panowała wilgoć, która zwykle przyspiesza takie procesy. Szczegółowe opisy tych wydarzeń można znaleźć w literaturze poświęconej temu przypadkowi. Jak czytamy w książce „Boskie interwencje” wydawnictwa Rafael, której fragmenty cytuje portal Niedziela.pl, ciało wizjonerki z Lourdes „nie nosiło oznak rozkładu, choć przedmioty znajdujące się w trumnie uległy zniszczeniu”.
To wystarcza, by wielu ludzi uznało sprawę za zamkniętą: oto dowód. Twardy, widzialny, niemal laboratoryjny. Tyle że historia wiary pokazuje coś zupełnie innego. Cud rzadko bywa sam w sobie punktem wyjścia. Najczęściej jest tylko przypomnieniem, może być iskrą, która ma to do siebie, że nie tylko może rozpalić ogień, ale i szybko zgasnąć.
Sam zastanawiam się nieraz, czy zbyt mocne skupienie się na szukaniu dowodów Bożej obecności tu i teraz, w jakiejś wyobrażonej, niemal magicznej formie, nie jest błędnym rozumieniem tego, czym wiara naprawdę jest. Jeden z najbardziej doświadczonych swoim grzechem zdrady apostołów – święty Piotr – nie wiedział, czy będzie chodził po wodzie. Zrobił coś jeszcze trudniejszego: zaufał Jezusowi. Dopiero potem wydarzył się cud. Nie był dowodem, lecz potwierdzeniem decyzji, która już wcześniej zapadła.
I chyba w tym tkwi najtrudniejsza część katolickiej wiary. W takim zwyczajnym, cichym zaufaniu – bez fajerwerków, a czasem nawet wśród głośnej ciszy. Wierzyć, bo ufać, że On po prostu wie. „Jeśli nie On, to kto?” – pyta w Księdze Hioba człowiek postawiony pod ścianą cierpienia i wobec pytań o sens życia.
Dlatego przykład świętej Bernadetty można czytać na dwa sposoby. Z jednej strony jako znak, który dla wielu pozostaje świadectwem czegoś nadprzyrodzonego. Z drugiej – jako przypomnienie paradoksu ludzkiej natury. Człowiek może mieć przed oczami znak, który wydaje się jednoznaczny, a mimo to odwrócić wzrok. Nawet wtedy, gdy pojawia się „dowód”, po którego zobaczeniu – jak nam się wydaje – każdy powinien uwierzyć.
Może właśnie dlatego cud jest ważny, ale sam nie wystarcza. Może być punktem zwrotnym albo drogowskazem, ale też może stać się darem zmarnowanym. Wiara zaczyna się przede wszystkim wtedy, gdy człowiek zdecyduje się zaufać – niezależnie od tego, czy na jego drodze pojawi się cud, czy nie. I może właśnie w tym sensie historia Bernadetty mówi nam coś jeszcze ważniejszego niż sam cud: że zaufanie bywa silniejsze niż znak. Jej cud ma nas zatrzymać nie na samym cudzie, ale na jej historii, jej zaufaniu. Bo znak można zobaczyć oczami, a sercem musi zawładnąć coś więcej. Wiara bez cudów, taka po prostu, pokorna jest najtrudniejsza. Szczególnie dzisiaj, gdy na wszystko musi być dowód.
