Ojrzyński opowiada dziennikarzom Sport.pl o EDK z Krakowa do Kalwarii Zebrzydowskiej, kiedy w ciągu jednej nocy pokonał ponad 42 km. Ale zdarzały mu się też dużo dłuższe dystanse. Kiedyś w sześć dni przeszedł 223 km do hiszpańskiego Santiago de Compostela. To słynna droga św. Jakuba.
– Codziennie szedłem, dopóki miałem siłę. Codziennie szukałem jakiegoś noclegu. To był kolejny element udręki. Ale tak chciałem. Powiedziałem też sobie, że nie używam żadnych leków i medykamentów. Jak ludzie widzieli, w jakim stanie mam stopy, to mówili, że z tego będzie tężec. Jakieś zastrzały, nie zastrzały. Niczego na to nie brałem, musiałem przetrzymać. Raz tylko miałem w nocy taką trzęsawkę, gorączkowałem. Spałem akurat w jakimś pensjonacie i dostałem tabletkę przeciwbólową. Przyjąłem. Ale poza tym przeszedłem bez niczego – tak Ojrzyński opowiada o drodze do Santiago de Compostela.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Trener Zagłębia odnosi się też do najtrudniejszych życiowych sytuacji, takich jak śmierć ojca oraz żony. Mówi, jak bardzo pomagała mu wtedy wiara w Boga. – Pracowałem wtedy w Koronie i zostaliśmy liderem. Rano ojciec zadzwonił do mnie z gratulacjami, a dwie godziny później zadzwonił wujek – bo mama nie była w stanie – żeby powiedzieć, że ojciec nie żyje. Co jest? Żart jakiś? Dowcip? Tak się przecież nie żartuje. Pakujesz się, bierzesz wolne w klubie, organizujesz pogrzeb, w trzy dni wszystko załatwiasz i musisz dać sobie radę. Żyjesz też dla innych. Jest mama, są dzieci. Połykasz takie tragedie. Ale łatwo nie jest – opisuje jedną z tych sytuacji.
I dodaje: – Wiem, że jest drugie życie. W to wierzę. I tak musi być. Ci, którzy odeszli, mają tam lepiej, jeśli sobie na to zapracowali. A ci, którzy zostali, muszą się z tym pogodzić.
Gdy wychodzi na boisko, zawsze wykonuje znak krzyża, prosząc, by nikomu nic się nie stało. Na meczach ma przy sobie różaniec – kiedyś trzymał go w kieszeni, teraz zawiesza na szyi - informuje sport.pl.
Fragment wywiadu dla sport.pl:
Przeczytaj całość: sport.pl.
Dawid Szymczak i Filip Macuda, Sport.pl: Kiedyś wziął pan udział w ekstremalnej drodze krzyżowej i nocą przeszedł pan 42 kilometry. O co w tym chodzi?
Leszek Ojrzyński, trener Zagłębia Lubin: To jest jakaś forma przeżycia męki. Idziesz przez noc, są stacje drogi krzyżowej. To sprawdzenie siebie. Wyznaję starodawną zasadę, że praca i cierpienie uszlachetniają. Pewne rzeczy musisz przejść i ich samemu doświadczyć. Oczyścić siebie. Przychodzą wtedy różne myśli. Można się zastanawiać. Dla mnie na tamtym etapie było to ważne.
Ale chodzi też o głowę. Na stronie organizatorów czytam, że "ta noc może być najważniejsza w twoim życiu".
Reklama
Jak idziesz sam, to na pewno. Ale nawet będąc z kimś, można oczyścić umysł, bo zdarzają się momenty wyciszenia. Człowiek, dzięki temu, inaczej później odbiera pewne rzeczy. Przeżyłem jeszcze pielgrzymkę do Santiago de Compostela, gdzie w sześć dni przeszedłem 223 kilometry. Tam dopiero były przeżycia! Ale wracając jeszcze do tej nocnej pielgrzymki – byłem akurat po zwolnieniu z Górnika Zabrze. Ono wydawało mi się wtedy wielką porażką, bo nie dano mi dokończyć pracy. I dlatego też zdecydowałem się na tę drogę krzyżową. Nie wiem, czy to była najważniejsza noc w moim życiu, ale miałem po niej różne przemyślenia i później zdobyłem Puchar Polski z Arką Gdynia. Ktoś mi powie: wymodliłeś ten Puchar Polski.
I ten ktoś będzie miał rację?
Zobaczcie, po zwolnieniu z Górnika miałem propozycję z NEA Salamina z Cypru. Nie dogadaliśmy się, bo chciałem wziąć ze sobą dwóch asystentów, a oni chcieli mnie samego, bez nich. Nie dostałem tej pracy, więc czekałem dłużej i wtedy zgłosiła się Arka, która straciła dwadzieścia goli w ostatnich pięciu meczach. Przyszedłem, żeby ją ratować, a przy okazji był też bardzo smakowity kąsek: właśnie ten finał Pucharu Polski, do którego Arka miała już wywalczony awans. Skorzystałem z tego. Wygraliśmy. I to są najpiękniejsze dni w karierze trenera. Wywalczenie utrzymania i tworzenie fajnych grup zawodników daje wewnętrzną satysfakcję, ale to puchary są wpisywane do CV i zostają z tobą na całe życie.
Miał pan też w głowie pielgrzymkę drogami świętego Jakuba z Francji do Santiago de Compostela.
No to o tym wspominałem. To są te 223 kilometry.
Pan się kiedyś pogniewał na Boga? Życie pana doświadczało.
Reklama
Może jak byłem młody. Jak byłem młody, to byłem głupszy. Inaczej podchodziłem do różnych spraw. Brałem życie, jak leci. Z takiej pozycji nieśmiertelności. Ale raczej nie nazwałbym tego gniewem na Boga, po prostu odchodziłem od niego trochę dalej. Miałem więcej rozrywek. Bywało, że nie znajdowałem czasu na niedzielną mszę. Biegałem, ganiałem, więc nie było czasu na modlitwę. Ale żeby się pogniewać? Chyba nie, chociaż miałem momenty – tak, jak mówicie – że nie było mi łatwo. Wtedy jednak wiara pomagała mi przez to przejść. Wiem, że jest drugie życie. W to wierzę. I tak musi być. Ci, którzy odeszli, mają tam lepiej, jeśli sobie na to zapracowali. A ci, którzy zostali, muszą się z tym pogodzić.
No tak, nawiązujemy do śmierci pana żony. Nie pytał pan wtedy: "dlaczego?", "dlaczego mnie to spotkało"?
Zawsze pytasz. Ale w tym wszystkim nie chodzi tylko o ciebie. Masz dzieci. One też na tym cierpią. Jest cała rodzina żony. Trzeba przez to przejść. Wcześniej straciłem też ojca, a jestem jedynakiem. Ja jak ja… Ale mama. O nią się martwiłem, bo nagle została sama, a przecież mieszkali cały czas razem. To było tak, że pracowałem wtedy w Koronie i zostaliśmy liderem. Rano ojciec zadzwonił do mnie z gratulacjami, a dwie godziny później zadzwonił wujek – bo mama nie była w stanie – żeby powiedzieć, że ojciec nie żyje. Co jest? Żart jakiś? Dowcip? Tak się przecież nie żartuje.
Reklama
Pakujesz się, bierzesz wolne w klubie, organizujesz pogrzeb, w trzy dni wszystko załatwiasz i musisz dać sobie radę. Żyjesz też dla innych. Jest mama, są dzieci. Połykasz takie tragedie. Ale łatwo nie jest. Psychologowie mówią, że żałobę przechodzisz nawet przez dwa-trzy lata. Wszystko zależy od osoby. Musisz to wszystko przejść, przetrawić i jakoś przepracować. W końcu musisz wrócić do życia. Do zawodowego może nie od razu, bo po śmieci żony przeprowadziłem się do Anglii, żeby opiekować się synem, który miał siedemnaście lat i grał tam w piłkę. Córka na tym straciła, bo została sama w Warszawie, a była tylko dziewiętnastoletnią dziewczyną. Stanąłem wtedy na takim rozdrożu, ale musiałem działać. Później dojrzałem do tego, że mogłem wrócić do pracy, bo za coś trzeba było żyć i utrzymać rodzinę. Syn był już pełnoletni, więc wróciłem do Polski, wróciłem do trenerki i życie toczyło się dalej.
A wciąż modli się pan o "zdrowych i mądrych piłkarzy"?
Oczywiście! Zawsze! Łatwiej się pracuje z mądrymi piłkarzami. Jak trener ma świadomą drużynę, to jest mu łatwiej. Czasy się zmieniły. Kiedyś piłkarze byli bardziej rozrywkowi, teraz są bardziej odpowiedzialni, bardziej profesjonalni. Ale są też bardziej zanurzeni w telefonach, co też jest niebezpieczne, więc mądrość jest wskazana. Ale modlę się też o mądrość dla siebie, bo zawsze łatwo się zagubić, popełnić błąd, zacietrzewić. A jako trener musisz być mądrzejszy, bo decydujesz, wyznaczasz kierunki i jesteś liderem. Jak ty funkcjonujesz źle, to odbija się to na całym środowisku wokół. Trzeba się mieć na baczności.
Ale co sobie myśli trener, gdy czeka na kolejną pracę tak długo? Pojawiły się jakieś obawy? Czy przeciwnie – była wiara?
Była. Przecież wiadomo, jak życie wygląda. Liczyłem na rzetelność pracy ludzi w klubach, że wezmą pod lupę moje osiągnięcia. Przecież niektóre zespoły musiałem ratować przed degradacją, jak były w tragicznej sytuacji. I to się udawało. Później prezesi tych klubów mówili mi, że to utrzymanie jest dla nich jak mistrzostwo Polski. W Podbeskidziu, w Koronie i w Arce do tej pory największe osiągnięcia były ze mną na ławce. Wiedziałem, że jak ktoś rzetelnie spojrzy na fakty, to prędzej czy później będę miał zapytania o powrót do pracy. Przypięto mi łatkę strażaka, bo wiemy, jak ten świat wygląda – dużo się ogląda, pisze, czyta i łatwo jest kogoś zaszufladkować. Tak jak mnie. No tak, potrafię szybko wchodzić do klubów i poprawiać wyniki. W Stali Mielec i w Wiśle Płock w pierwszych meczach zdobywaliśmy średnio dwa punkty na mecz. Z takim wynikiem u nas w lidze zdobywa się mistrzostwo.
