Reklama

Zbyt długa historia utracjuszostwa

2016-02-03 08:47


Niedziela Ogólnopolska 6/2016, str. 36-37

O możliwości wyjścia polskiej gospodarki z potrzasku z dr. Cezarym Mechem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Przez kilka ostatnich lat słyszeliśmy niemal same zachwyty nad stanem polskiej gospodarki i finansów publicznych, teraz – po kilku tygodniach nowych rządów – nagle agencja ratingowa Standard & Poor’s obniża ocenę Polski, co zaprzecza wcześniejszemu optymizmowi. Czy to nie dziwne, Panie Doktorze?

DR CEZARY MECH: – Mnie ten „wyrok na Polskę” ani nie zaskoczył, ani nie zdenerwował, ponieważ od dawna co do stanu polskich finansów jestem umiarkowanym pesymistą. Zamiast więc wnikać w nieczyste pobudki agencji S&P, wolałbym, abyśmy się dziś głębiej zastanowili nad rzeczywistymi perspektywami polskiego rozwoju w kontekście sytuacji międzynarodowej, zwłaszcza na rynku kapitałowym, który z pewnością będzie oddziaływał negatywnie na procesy zachodzące w Polsce. A przede wszystkim – trzeba podsumować i wreszcie wyciągnąć właściwe wnioski z błędów popełnianych przez całe 25 lat III RP.

– Niełatwo jednak dziś ratować to, co zostało głupio bądź nieuczciwie stracone!

– I na tym właśnie polega polski problem, a nie na doraźnie złych lub dobrych ocenach. Czas najwyższy, by przyjrzeć się tym procesom i tendencjom. Najgroźniejsze dla przyszłości Polski jest to, że dopuszczono – z głupoty, beztroski lub może z premedytacją – do zapaści demograficznej, do starzenia się społeczeństwa, co się przełoży na coraz większe obciążenie przyszłych budżetów państwa.

– Wiele nadziei kolejne rządy pokładały w rozwijającej się, nawet mimo światowego kryzysu, polskiej gospodarce.

– Trudno liczyć na dalszy, choćby podobnie powolny jak dotąd, rozwój, gdy na rynku pracy będziemy mieli coraz większą przewagę ludzi starszych, mniej sprawnych i mniej mobilnych. Już dziś do prostej zastępowalności pokoleń brakuje nam ok. 4 mln dzieci i młodzieży. Ponadto ok. 3 mln młodych Polaków wyjechało za pracą za granicę. Mamy w Polsce naprawdę olbrzymie spustoszenie demograficzne...

– ...które wciąż jest bagatelizowane?

– Moim zdaniem, tak! I tylko dlatego, że naokoło nie ma zgliszcz i popiołów, nie dostrzegamy tego zła, które już się stało.

– Bo kolejne rządy zamiatały trudne sprawy pod dywan?

– Tak. Zupełnie nie przejmowano się tym, że duża część dochodów polskich obywateli nie była wypracowywana w Polsce, nie zasilała podatkami polskiego budżetu.

– Raczej wszyscy cieszyli się z możliwości pracy za granicą, co wielu rodzinom istotnie poprawiało komfort życia...

– To smutna prawda. To nasze poczucie komfortu brało się także z faktu nieposiadania dzieci; beztrosko tkwiliśmy w „dobrej” sytuacji, kiedy dochody dzieliliśmy na mniejszą liczbę osób. A teraz zamiast dzieci będziemy mieć na utrzymaniu więcej i więcej starzejących się rodziców oraz dziadków... W najbliższych kilkudziesięciu latach wskaźnik proporcji osób będących w wieku emerytalnym do tych, które będą na to zarabiały, zwiększy się trzy-, czterokrotnie. Oto skala nowych wyzwań.

– Proponowane przez obecny rząd 500 zł na dziecko może się realnie przyczynić do wyjścia z tego impasu?

– Dobrze, że podjęto tę próbę ratowania sytuacji. Bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie, jakie jeszcze działania należałoby pilnie podjąć, aby zdecydowanie i szybko odwrócić proces pogłębiania się niżu demograficznego, aby dzisiejsze, dwa razy mniej liczne niż poprzednie pokolenie młodych nadrobiło straty demograficzne. Żeby tak się stało, przeciętna dzietność musiałaby wzrosnąć trzykrotnie, co ukazuje skalę wyzwania.

– Dlaczego w III RP zawsze były jakieś niemożności i kłopoty z tzw. prorodzinną polityką?

– Można by raczej powiedzieć, że to nie były jakieś zwykłe kłopoty, lecz że nasze państwo wprost uprawiało zideologizowaną politykę antyrodzinną, promowało utracjuszowski styl życia, w którym posiadanie dzieci traktowano jako obciążenie, ograniczenie wolności itp. Ogólnie biorąc, z punktu widzenia interesów państwa i narodu lata III RP to historia niebywałego wprost utracjuszostwa!

– Utracjusz to ktoś, kto jest na tyle nierozumny, że nie dba o własną przyszłość i beztrosko wyzbywa się własnego majątku...

– A inni to wykorzystują. Przez 25 lat zagraniczni inwestorzy dorobili się w Polsce majątku o wartości ponad 2 bln zł, co stanowi 130 proc. polskiego PKB. Oddając tak duży majątek w zagraniczne ręce, zrezygnowaliśmy ze znaczących wpływów w PKB. Pozaciągaliśmy za granicą pożyczki na 1,2 bln zł. Kolejne rządy III RP zachowywały się jak typowy utracjusz, który zastawia resztki majątku w lombardzie, ale do końca dba o wizerunek, rozdaje jakieś jałmużny, dlatego nikt nie dostrzega – lub nie chce dostrzec – jak bardzo jest źle.

– Do niedawna wszyscy Polskę chwalili, że tak znakomicie sobie radzi. Obłudnie?

– To oczywiste. Przecież faktem jest, że mamy wyjątkowo złą sytuację demograficzną i majątkową, że wyzbyliśmy się własnych organizacji gospodarczych, że nie potrafimy właściwie dbać o własne interesy. I prawdę mówiąc, gołym okiem już widać, że Polska, tak bardzo ciesząca się z członkostwa w Unii Europejskiej, została w jej strukturze sprowadzona do rangi „powiatu”, wygodnego zaplecza. Znaleźliśmy się w sytuacji politycznej podległości, która bardzo utrudnia dbanie o nasz własny interes gospodarczy.

– I w dodatku zgodziliśmy się na to z wielką radością?

– Niestety, podpisanie Traktatu Lizbońskiego ogłosiliśmy jako sukces negocjacyjny. Rzecz polega na tym, że nie potrafiliśmy – a może też nie chcieliśmy – walczyć o własną gospodarkę. Niemcy, które również przeżywają swój kryzys demograficzny i co roku brakuje im pół miliona rąk do pracy, nie przenoszą tych miejsc pracy do Polski, gdzie jest wciąż tania siła robocza, lecz robią wszystko, żeby tę siłę ściągnąć do siebie, by pracowała na ich emerytury... Polska nie zrobiła nic, aby mogło być odwrotnie. Inny przykład z jeszcze wielu podobnych: zbyt łatwo godziliśmy się na unijną tzw. politykę klimatyczną, która wyklucza polski węgiel, czyli niezależność energetyczną, a „wyrzucamy” dziesiątki miliardów na elektrownię atomową.

– Czego trzeba, aby wreszcie wyjść z tego – jak to Pan określa – gospodarczego potrzasku? Czy to w ogóle jest możliwe?

– Aby Polska mogła być podniesiona do poziomu krajów wysoko rozwiniętych, aby miała warunki do tworzenia miejsc pracy o wysokiej wartości dodanej, potrzeba 5 bln zł inwestycji. Należałoby więc te środki pożyczyć, a uzyskane w ten sposób pieniądze dobrze zainwestować i spłacać długi z podwyższonych dochodów podatkowych. Niestety, regulacje unijne nie pozwalają nam na posiadanie deficytu budżetowego. To sytuacja potrzasku, ponieważ uzyskanie wyższych wpływów z wysokich podatków „wypędzi” nam kolejne rzesze polskich pracowników do tych krajów Unii, gdzie są one niższe.

– Naprawdę nie możemy się wyrwać z tego zaklętego kręgu niemożliwości?

– Jako członkowie UE jesteśmy skazywani na pogłębiającą się w niej petryfikację między krajami bogatymi i biednymi. Aby wydostać się z grupy biednych, Polska potrzebuje długoterminowego spojrzenia, własnej wizji konwergencji. Podejmowania kolejno tych wyzwań, które najszybciej dadzą jak najwięcej korzyści; takiego planowania wydatków, aby przynosiły maksymalne powiększenie bazy podatkowej.

– Czy, Pana zdaniem, zapowiadana przez obecny rząd tzw. dobra zmiana zarysowuje dostatecznie jasną perspektywę dla Polski?

– Wydaje się, że w filozofii działania tego rządu jednak gdzieś gubi się sprawa fundamentalna dla przyszłości Polski, czyli naprawdę dobra zmiana w podejściu do gospodarki. Odnoszę wrażenie, iż nadal bardziej chodzi o uspokojenie wielkich krajów Europy oraz inwestorów, że w polskiej gospodarce nie będzie większych zmian, że zostanie zachowane korzystne dla nich status quo...

– A jednak agencja S&P obniżyła obecnie rating Polski, co nie miało miejsca w czasie poprzednich rządów. Dlaczego?

– Poprzednia ekipa rządowa dawała gwarancję inwestorom, asekurując się „bliską współpracą” z Niemcami, obecna już jej nie daje. Poprzedni rząd zapewniał, że wewnętrzny dług wobec starzejącego się społeczeństwa, znacznie większy niż ten wobec rynków kapitałowych, rozwiąże „inaczej”.

– Kosztem polskich emerytów...?

– Można tak powiedzieć. Planowano i podejmowano drastyczne działania zmierzające do redukowania długu wewnętrznego wobec obywateli właśnie m.in. przez podniesienie wieku emerytalnego, co miało skutkować poważnym zmniejszeniem wypłat świadczeń emerytalnych, jako że wielu potencjalnych emerytów mogło przecież nie dożyć emerytury... Zagraniczni wierzyciele mogli więc liczyć na to, że Polska nie będzie miała kłopotów ze spłacaniem odsetek. Podobny mechanizm oszczędnościowy dotyczył służby zdrowia, na którą w Polsce mogą dziś liczyć wyłącznie ci, którzy mają pieniądze, zaś „klienci” Narodowego Funduszu Zdrowia są poniekąd skazani na „śmierć w kolejce”.

– Taki sposób uspokajania inwestorów trudno odbierać jako sukces...

– To prawda. Prawdziwym sukcesem byłoby, gdyby zagraniczni inwestorzy garnęli się do Polski z powodu dynamicznego rozwoju gospodarczego, sprawiającego, że zadłużenie byłoby coraz niższe w relacji do dochodów.

– Czy to marzenie można było spełnić w ciągu minionych 25 lat?

– A dlaczego nie?! Popatrzmy, czego od lat 80. ubiegłego wieku dokonały Chiny, które prowadziły własną, niezależną politykę gospodarczą. Ponad 30 lat temu miały produkcję przemysłową porównywalną do produkcji w wielokrotnie przecież mniejszej Polsce. Jednak zaczęły prowadzić właściwą politykę fiskalną, monetarną i organizacyjną, podczas gdy my w tym czasie zachowywaliśmy się jak bezmyślny utracjusz. Nawet dziś użalamy się na tzw. pułapkę średniego rozwoju, ale jednocześnie nie panujemy nad sytuacją na polskim rynku pracy, na który wpuściliśmy 1 mln pracowników z Ukrainy. Zamiast płacić więcej własnym pracownikom, ściągać emigrantów z powrotem, wypychamy nowych za granicę. Jesteśmy dłużnikami i lekką ręką pożyczamy (z NBP) Ukrainie 8 mld zł. Cóż, że zaczyna brakować pielęgniarek, lekarzy i inżynierów, których wykształcenie dużo kosztowało – „nie godzicie się na niską pensję, zatrudnimy Ukrainkę”!

– Obecny rząd zapowiada wiele „odciążeń” finansowych dla obywateli – leki dla seniorów, podwyższenie kwoty wolnej od podatku, obniżenie wieku emerytalnego. To zbyt utracjuszowska rozrzutność?

– Oczywiście, że nie, ale w tej kolejności to sygnał dla inwestorów, że coraz trudniej będzie ze zwrotem ich pieniędzy – zamiast sygnału, że w pierwszej kolejności zadbamy o rozwój gospodarczy w Polsce, o polskie instytucje gospodarcze i że z tego wzrostu sfinansujemy też w pierwszej kolejności potrzeby polskich rodzin wielodzietnych.

– Jak Pan ocenia rządowe propozycje szukania pieniędzy na te wydatki?

– Dziś powinno nam zależeć przede wszystkim na tym, żeby w Polsce powstawały miejsca pracy. A zatem, wprowadzając np. podatek bankowy, należało zadbać o to, żeby nie opodatkowywać tych środków, które banki pożyczają właśnie na nowe miejsca pracy. Niby drobiazg, ale jakże decydujący.

– Wydaje się, że nie ma złotego środka, aby zarówno polskie społeczeństwo, jak i zagraniczni inwestorzy byli zadowoleni?

– Jest, i to całkiem prosty. Należy wiarygodnie pokazać, że środki będą przeznaczone na rozwój, że jesteśmy skuteczni w negocjacjach z UE, a nie tylko w propagandzie. Gdy chodzi o emerytury, można wreszcie odwołać się do uczciwości i prawdziwej sprawiedliwości społecznej: obniżenie, a raczej przywrócenie dawnego wieku emerytalnego powinno dotyczyć tylko tych, którzy na swoich kontach w ZUS uzbierali wystarczające kwoty na co najmniej minimalną emeryturę. Należy podwyższyć kwotę wolną od podatku, ale tylko tym, którzy mają dochody poniżej minimalnego poziomu. To byłby także dobry sygnał dla inwestorów, że w Polsce podejmuje się działania naprawdę racjonalne.

– Chodzi też o to, Panie Doktorze, że sygnał dla polskiego społeczeństwa powinien być równie racjonalny, co optymistyczny...

– Powinien być po pierwsze prawdziwy. Potężne są już dziś zobowiązania ZUS, potężny dług NFZ, a ludzie wciąż liczą na większe emerytury, bo politycy im to obiecują. Jesteśmy w UE, której kosztowne regulacje sprawiają, że nie jesteśmy konkurencyjni na rynkach trzecich, i które stawiają nas na przegranej pozycji. Gdyby ludzie znali prawdę, to podejmowaliby racjonalne decyzje osobiste i domagali się racjonalnych decyzji politycznych. A to byłoby optymistycznym sygnałem co do przyszłości naszego narodu.

* * *

Dr Cezary Mech
Ekonomista, urzędnik państwowy, nauczyciel akademicki, były wiceminister finansów

Tagi:
polityka

30. rocznica częściowo wolnych wyborów parlamentarnych

2019-06-04 09:09

wpolityce.pl

30 lat temu, 4 czerwca 1989 r., na mocy porozumień między władzami PRL a częścią opozycji odbyły się częściowo wolne wybory parlamentarne. Zwycięstwo „S” otworzyło nową epokę w najnowszych dziejach Polski oraz wpłynęło na proces upadku komunizmu w Europie Środkowej.

Paweł Wysoki

Korzeni procesu transformacji historycy dopatrują się w zmianie sytuacji międzynarodowej, która nastąpiła w połowie lat osiemdziesiątych. Zapoczątkowany po dojściu do władzy Michaiła Gorbaczowa proces reform w ZSRS oznaczał jednocześnie przyzwolenie dla zmian w innych krajach komunistycznych. Dla Kremla jednak priorytetem pozostawało utrzymanie Układu Warszawskiego istniejącego od 1955 r.

Po 13 grudnia 1981 r. gen. Jaruzelskiemu nie udało się stłumić podziemnego ruchu „Solidarności”. Opozycja nie miała już jednak potencjału z okresu karnawału „S”. Było to także widoczne w połowie lat osiemdziesiątych. Późniejsze dwie fale strajków, w kwietniu i sierpniu 1988 r., były już nieporównywalnie mniejsze niż protesty z sierpnia 1980 r. Dla władz stanowiły jednak dowód na porażkę dotychczasowych prób stabilizacji systemu. Mimo przygotowywania wariantu rozwiązania siłowego, nazywanego przez opozycjonistów i później historyków „stanem wojennym-bis”, przywódcy PRL zdecydowali się na realizację scenariusza kooptacji części opozycji do struktury sprawowania władzy.

31 sierpnia 1988 r. w willi MSW przy ulicy Zawrat w Warszawie doszło do pierwszego od wprowadzenia stanu wojennego spotkania szefa MSW gen. Czesława Kiszczaka z Lechem Wałęsą, w którym uczestniczyli również bp Jerzy Dąbrowski oraz sekretarz KC Stanisław Ciosek. Drugie spotkanie Wałęsy i Kiszczaka odbyło się 15 września 1988 r. Obecni na nim byli też Stanisław Ciosek, przedstawiciel episkopatu ks. Alojzy Orszulik i prof. Andrzej Stelmachowski. Następnego dnia rozpoczęły się rozmowy w szerszym gronie, w których znaleźli się przedstawiciele PZPR, ZSL, SD, OPZZ, „Solidarności” i Kościoła. Ze względu na liczbę uczestników i konieczność utrzymania poufności negocjacji przeniesiono je do ośrodka MSW w podwarszawskiej Magdalence.

Podczas kolejnych spotkań głównym punktem sporu była powtórna legalizacja NSZZ „Solidarność”. Ostatecznie uzgodniono podjęcie jawnych rozmów „okrągłego stołu”. Ich początek uzgodniono na połowę października 1988 r. Konflikty wśród władz PZPR sprawiły, że rozpoczęły się one dopiero kilka miesięcy później. Ponownej legalizacji „S” sprzeciwiały się środowiska związane z OPZZ, które obawiały się osłabienia sprzyjających reżimowi związków zawodowych. Ich stanowiskiem zachwiała przegrana przewodniczącego OPZZ Alfreda Miodowicza w telewizyjnej debacie z Wałęsą.

Momentem przełomu były obrady X Plenum KC PZPR ze stycznia 1989 r. W jego trakcie przyjęto „Stanowisko KC PZPR w sprawie pluralizmu politycznego i pluralizmu związkowego”. Dokument ten był faktyczną zgodą na legalizację „Solidarności”. 27 stycznia 1989 r. doszło do pierwszego od września roboczego spotkania Wałęsy i Kiszczaka w Magdalence, na którym ustalono procedurę obrad, ich zakres oraz termin rozpoczęcia. Obrady Okrągłego Stołu ruszyły 6 lutego 1989 r. w Warszawie w Pałacu Namiestnikowskim (wówczas siedzibie Urzędu Rady Ministrów).

W książce „Pół wieku dziejów Polski 1939–1989” prof. Andrzej Paczkowski podsumował efekty negocjacji trwających do kwietnia 1989 r.:

Najważniejszym owocem było obszerne porozumienie polityczne, nazwane – na poły ironicznie, na poły krytycznie – kontraktem stulecia. Obejmowało ono pakiet ustaleń dotyczących zarówno zasadniczej reorganizacji najwyższych organów państwowych – wprowadzenie drugiej izby parlamentu (Senat) i urzędu Prezydenta PRL – jak i kształtu ordynacji wyborczej. […] Ustalono, że wszystkie miejsca w Senacie oraz 35 proc. miejsc w Sejmie obsadzonych będzie w wyniku wolnej gry wyborczej, natomiast pozostałe 65 proc. posłów zostanie wybranych z list podzielonych między PZPR i jego sojuszników. W ten sposób komuniści zapewniali sobie, jak sądzono, kontrolny pakiet mandatów wystarczający do bieżącego zarządzania państwem, ale praktycznie uniemożliwiali jednostronne zmiany o charakterze konstytucyjnym wymagające 2/3 głosów.

Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu 6 kwietnia 1989 r. Sejm uchwalił nowelizację Konstytucji PRL wprowadzającą m.in. zapisy o powstaniu Senatu i urzędu prezydenta. Kilka dni później, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu, nastąpiła legalizacja NSZZ „Solidarność” (17 kwietnia 1989) i NSZZ Rolników Indywidualnych „S” (20 kwietnia 1989). Władze odmówiły legalizacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Spotkało się to z ostrą reakcją działaczy młodej opozycji. Ostatecznie NZS zarejestrowano we wrześniu 1989 r.

Oceniając kampanię wyborczą „Solidarności”, prof. Antoni Dudek pisał:

[…] prowadzona przez Komitet Obywatelski odznaczała się dużą dynamiką. […] W czasie spotkań kolportowano na wielką skalę tzw. ściągi, mające ułatwić wyborcom sam akt głosowania. Zaznaczano na nich jedynie nazwiska kandydatów +S+, zalecając równocześnie skreślanie wszystkich innych nazwisk, w tym tych umieszczonych na liście krajowej.

Istotną rolę w kampanii „S” odegrało też powstanie legalnego medium związanego z opozycją: 8 maja 1989 r. ukazał się pierwszy numer „Gazety Wyborczej”. Tuż przed wyborami opublikowano również pierwszy numer zdelegalizowanego po 13 grudnia 1981 r. „Tygodnika Solidarność”. Komitet Obywatelski otrzymał także własny czas antenowy w radiu i telewizji.

W kampanii nie wzięła udziału część przywódców radykalnych środowisk opozycyjnych. Do bojkotu wyborów wezwały „Solidarność Walcząca” oraz Federacja Młodzieży Walczącej. Żądały odsunięcia PZPR od władzy i przeprowadzenia w pełni wolnych wyborów parlamentarnych.

Podczas kampanii część obozu władzy dostrzegła, że partii grozi klęska. Sytuację tę na bieżąco w prowadzonym dzienniku tak przedstawiał ówczesny premier Mieczysław F. Rakowski:

16 maja – Jeśli 10 mln ludzi posłucha wezwań opozycji, to wszyscy przepadniemy. 18 maja – Partia jest nadal w defensywie. Nie ulega już dziś wątpliwości, że nie jest przygotowana do walki. Złożyło się na to wiele przyczyn. 45 lat sprawowania władzy bez opozycji rozleniwiło PZPR. Inna przyczyną jest brak wiary w jej przyszłość, a gruncie rzeczy w socjalizm.

4 czerwca 1989 r. odbyła się I tura wyborów do Sejmu i Senatu. W wyborach do Senatu kandydaci Komitetu Obywatelskiego uzyskali 92 mandaty, strona koalicyjna ani jednego. Z kolei w wyborach do Sejmu „Solidarność” zdobyła 160 ze 161 możliwych do zdobycia miejsc. Kandydaci koalicyjni z 299 przysługujących im mandatów uzyskali zaledwie trzy. Natomiast na 35 kandydatów z listy krajowej, na której znajdowali się czołowi przedstawiciele koalicji rządowej, tylko dwaj otrzymali ponad 50 proc. głosów, co zgodnie z ordynacją oznaczało, że pozostali zostali wyeliminowani, a 33 mandaty poselskie będą nieobsadzone.

Wybory zakończyły się zwycięstwem „Solidarności”, którego rozmiary zaskoczyły nie tylko komunistów, lecz i stronę opozycyjną. Rozczarowaniem była stosunkowo niska frekwencja, która w zależności od regionu wynosiła od 71 do 53 proc. Największe poparcie uzyskali kandydaci „S” w województwach południowo-wschodnich oraz na Dolnym Śląsku; stosunkowo najmniejsze na zachodzie, m.in. w województwie zielonogórskim.

Nastroje w obozie rządzącym po klęsce z 4 czerwca były fatalne. W dyskusji przeprowadzonej 5 czerwca na rozszerzonym posiedzeniu Sekretariatu KC PZPR padały następujące wypowiedzi:

Tow. Cz. Kiszczak – Wyniki wyborów przeszły oczekiwania opozycji. Zaszokowały, nie wie, jak się zachować. Wybory do Senatu to nasza całkowita klęska. […] Tow. S. Ciosek – Nie rozumiem przyczyn porażki. Partia musi za nią zapłacić, nie poszła za nami. To gorzka lekcja. Odpowiedzialni będą musieli ponieść konsekwencje. Obecnie sprawą najważniejszą wybór prezydenta, do czego potrzeba 35 mandatów – które przepadły. O tym rozmawiać już z opozycją, bo prezydent to zabezpieczenie całego systemu, to nie tylko nasza wewnętrzna sprawa, to sprawa całej socjalistycznej wspólnoty, nawet Europy. […].

Dla członków PZPR ostatnią nadzieją na utrzymanie decydującego wpływu na rzeczywistość polityczną PRL były wybór na urząd prezydenta gen. Jaruzelskiego oraz zachowanie kontroli nad resortami bezpieczeństwa. Ich kalkulacje osłabiało jednak znaczące poparcie udzielone „S” w obwodach zamkniętych przeznaczonych dla wojska i milicji. Zdaniem historyków nie istniało większe ryzyko użycia siły i obalenia wyników wyborów z 4 czerwca.

4 czerwca 1989 r. był dla PZPR jak Grunwald. Po klęsce w tej bitwie zakon krzyżacki istniał, tak jak PZPR po 4 czerwca, ale czas jej życia był już liczony w miesiącach

—powiedział w rozmowie z PAP prof. Jerzy Eisler z Instytutu Pamięci Narodowej.

Mimo skali zwycięstwa liderzy zwycięskiego obozu tonowali nastroje panujące w szeregach „S”. W wypowiedziach większości pojawiał się w tym czasie również argument kruchości zawartego porozumienia. W opinii historyków „S” była zaskoczona zwycięstwem i niezdolna do przejęcia władzy.

Ogromne kontrowersje w obozie „Solidarności” wzbudziła kwestia organizacji II tury wyborów. 8 czerwca na posiedzeniu Komisji Porozumiewawczej przedstawiciele „S” zgodzili się na zmianę ordynacji wyborczej, umożliwiającej obsadzenie 33 mandatów z listy krajowej przez koalicyjnych kandydatów. 12 czerwca Rada Państwa wydała dekret zmieniający ordynację wyborczą do Sejmu X kadencji. Na jego podstawie 33 mandaty z listy krajowej miały być przekazane do okręgów i obsadzone w II turze wyborów. Odbyła się ona 18 czerwca 1989 r. Do urn wyborczych udało się tylko 25 proc. uprawnionych. „S” zdobyła jedyny brakujący jej mandat poselski oraz 7 z 8 pozostałych do obsadzenia mandatów senatorskich. Strona rządowa miała 294 zapewnione mandaty w Sejmie.

Kandydaci „Solidarności” uzyskali w wyborach 260 miejsc w 560-osobowym Zgromadzeniu Narodowym. Wynik ten przy chwiejnej postawie „stronnictw sojuszniczych” – ZSL i SD – mógł oznaczać poważne problemy przy wyborze na stanowisko prezydenta PRL gen. Jaruzelskiego. Ostatecznie Zgromadzenie Narodowe wybrało go większością jednego głosu.

Kolejne tygodnie pokazały, że zwycięstwo „S” pozwoliło doprowadzić do powołania na stanowisko szefa Rady Ministrów Tadeusza Mazowieckiego. Ukoronowaniem zwycięstwa z 4 czerwca było uzyskanie przez premiera wotum zaufania: 24 sierpnia 1989 r. zdobył poparcie 378 posłów spośród 423 biorących udział w głosowaniu.

Kilka tygodni później w krajach Europy Środkowej rozpoczęły się przemiany, które doprowadziły do upadku systemów komunistycznych. Za symboliczny początek Jesieni Narodów uważane są wybory z 4 czerwca 1989 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: ks. Franciszek Ślusarczyk nie jest już kustoszem Sanktuarium Bożego Miłosierdzia

2019-06-19 14:28

md / Kraków (KAI)

Ks. prałat Franciszek Ślusarczyk został zwolniony z funkcji rektora Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach i mianowany proboszczem w parafii NMP Matki Kościoła na Prądniku Białym w Krakowie. Listę zmian personalnych duchowieństwa opublikowano dziś na stronie internetowej Archidiecezji Krakowskiej.

diecezja.pl
ks. Franciszek Ślusarczyk

Dotychczasowego kustosza zastąpi go ks. kanonik dr Zbigniew Bielas, proboszcz parafii Matki Bożej Dobrej Rady w Krakowie-Prokocimiu.

Z łagiewnickim sanktuarium ks. F. Ślusarczyk był związany od 2002 r. Posługę kustosza i rektora pełnił pięć lat. Rektorem świątyni został w 2014 r. po tym, jak dotychczasowy kustosz - bp Jan Zając - przeszedł na emeryturę.

W Roku Miłosierdzia znalazł się w gronie powołanych przez papieża Franciszka misjonarzy miłosierdzia. Jako gospodarz sanktuarium Bożego Miłosierdzia przyjmował podczas Światowych Dni Młodzieży Ojca Świętego, który w łagiewnickiej bazylice wyspowiadał grupę młodzieży i na krótko spotkał się z chorymi. Był również odpowiedzialny za przygotowanie przyjęcia w Łagiewnikach młodych pielgrzymów z całego świata, którzy w trakcie ŚDM odbywali tam Pielgrzymkę Miłosierdzia.

Ksiądz Ślusarczyk jest również autorem Drogi Miłosierdzia - nabożeństwa, które po raz pierwszy zostało odprawione wieczorem 2 kwietnia 2016 r., w wigilię Niedzieli Miłosierdzia.

Franciszek Ślusarczyk urodził się 26 lipca 1958 r. w Dobczycach. Święcenia kapłańskie przyjął 20 maja 1984 roku z rąk kard. Franciszka Macharskiego. Przez pierwsze lata kapłaństwa posługiwał jako wikariusz najpierw w Żywcu-Zabłociu (1984-1988), a następnie w Wieliczce (1988-1989). Rok później zamieszkał w parafii w Gaju. Od 1990 r. pełnił funkcję prefekta w krakowskim Seminarium Duchownym, a w latach 1997-2002 był jego wicerektorem.

Był pracownikiem Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II, wieloletnim adiunktem w Katedrze Homiletyki, jest doktorem teologii.

W grudniu ub. roku został mianowany biskupem pomocniczym Archidiecezji Krakowskiej. Kilka dni później "po refleksji i modlitwie zdecydował o nieprzyjmowaniu święceń biskupich i złożył na ręce Ojca Świętego dymisję z tego urzędu", jak poinformował w swoim komunikacie abp Marek Jędraszewski.

Ks. dr kanonik Zbigniew Bielas przyjął święcenia kapłańskie w 1992 r. Od 2012 r. do dnia nominacji na kustosza łagiewnickiego sanktuarium pełnił posługę proboszcza parafii Matki Bożej Dobrej Rady w Krakowie-Prokocimiu Starym. Jest członkiem Rady Duszpasterskiej Archidiecezji Krakowskiej oraz Komisji Nadzorującej Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zbliża się 450-rocznica Unii Lubelskiej z 1569 r.

2019-06-19 19:57

Marcin Przeciszewski / Warszawa (KAI)

1 lipca przypada 450-rocznica Unii Lubelskiej, jednego z najważniejszych aktów politycznych w historii Europy. Unia tworzyła Rzeczpospolitą Obojga Narodów, składającą się z Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Była wzorcem państwa federacyjnego ze wspólnym Sejmem i Senatem, ale pełną autonomią władz wykonawczych autonomicznych państw z odrębnym wojskiem, skarbem oraz systemami prawnymi. Przez ponad 200 lat Rzeczpospolita była najbardziej demokratycznym państwem Europy, opartym na wieloetnicznym narodzie obywatelskim, formowanym przez szlachtę.

wikipedia
Unia Lubelska (obraz Jana Matejki)

Punktem wyjścia do późniejszej Unii Lubelskiej 1569 r. była unia w Krewie z 1385 r., określająca konsekwencje wynikające dla Polski i Litwy z małżeństwa wielkiego księcia litewskiego Jagiełły i króla Polski Jadwigi, w postaci włączenia Litwy do Polski, czego warunkiem był chrzest Litwy. Nie było wówczas mowy o unii dwóch równorzędnych państw. Jagiełło wraz z członkami swego rodu uważał państwo litewskie za swą rodzinną własność, i stąd inkorporacja Litwy do Polski – w zamian za tytuł królewski – wydawała mu się czymś naturalnym.

W rzeczywistości program ten nigdy nie został zrealizowany, a samodzielne państwo litewskie nie przestało istnieć. Już w 1392 r. w myśl ugody Jagiełły z jego stryjecznym bratem, Witoldem, ten ostatni objął władzę nad Litwą oraz księstwami ruskimi wchodzącymi w skład Wielkiego Księstwa. Ostatecznie zrealizowany został model unii dynastycznej. Jagiellonowie obierani byli na królów Polski, zatrzymując jednocześnie urząd wielkiego księcia Litwy. A paradoksalnie silna i dziedziczna władza Jagiellonów w Wielkim Księstwie Litewskim dawała im także silniejszą pozycję w Polsce, gdzie król liczyć się musiał z rosnącymi prawami szlacheckiego społeczeństwa obywatelskiego.

Na przełomie XV i XVI wieku kształtuje się polski parlament. Izba poselska składa się z przedstawicieli sejmików ziemskich, senat natomiast – z najwyższych dostojników mianowanych przez króla, wojewodów, kasztelanów i biskupów rzymskokatolickich. Król musiał się liczyć z kontrolującym go parlamentem. Jednym z wielkich sukcesów polskiego ruchu szlacheckiego było zapewnienie równych praw wszystkim członkom tego stanu.

Tak silna pozycja szlachty w Polsce była czymś bardzo atrakcyjnym dla bojarstwa litewskiego i ruskiego, dlatego właśnie to środowisko parło ku coraz silniejszym związkom z Polską, wbrew miejscowej magnaterii. Sytuacja na Litwie była taka, że tamtejsi możni zdecydowanie odrzucali możliwość inkorporacji i obawiali się bliższych związków z Polską, a kształtująca się tam szlachta popierała tę ideę.

Kolejnym elementem wzmacniającym dążenia do integracji obu państw było zagrożenie zewnętrzne. Od końca XV wieku silnym zagrożeniem dla Wielkiego Księstwa była Rosja. Drugim zagrożeniem były wojny o Inflanty, o które rywalizowały obok Rosji, Dania i Szwecja. Zatem dla Litwy współdziałanie wojskowe z Polską stało się w XVI stuleciu koniecznością. Podobne koncepcje wysuwał król Zygmunt August, zdecydowany na doprowadzenie do trwałej unii polsko-litewskiej, zdolnej przetrzymać nawet wygaśnięcie jagiellońskiej dynastii.

Za panowania Zygmunta Augusta rosło znaczenia młodej jeszcze szlachty litewskiej. Utworzono sejmiki powiatowe we wszystkich województwach Wielkiego Księstwa oraz zreformowano sądownictwo na korzyść szlachty. W ramy prawne ujął to Drugi Statut Litewski z 1566 r. Potwierdził je Zygmunt August w dokumencie z 1568 roku, a więc dosłownie w przeddzień sejmu zjednoczeniowego w Lublinie.

Sejm Lubelski

Na 23 grudnia 1568 r. Zygmunt August zwołał do Lublina oba sejmy: koronny (polski) oraz litewski, aby ostatecznie rozstrzygnąć sprawę. Obradowały one w zasadzie osobno, zbierały się na wspólnych posiedzeniach tylko dla spraw najważniejszych.

W polskiej izbie przeważała opinia potrzeby włączenia Litwy do Polski, a z kolei ze strony litewskiej większość magnatów, mająca wciąż silne wpływy, była temu przeciwna. Koniecznością stało się szukanie kompromisu. Spierano się m. in. o to, czy obok wspólnego sejmu polsko-litewskiego pozostać miały sejmy osobne – litewski i polski. Strona litewska żądała, by wybór władcy odbywał się na granicy przy odrębnym obwoływaniu osoby króla i wielkiego księcia.

1 marca Litwini opuścili Lublin, zdawało się, że idea unii została pogrzebana. W odpowiedzi na to stany polskie podjęły decyzję włączenia do Królestwa Polskiego Podlasia i Wołynia, obszarów długotrwałego sporu między obu stronami, a w początkach czerwca na wniosek posłów wołyńskich przyłączono do Królestwa Kijowszczyznę i wschodnie Podole (województwo bracławskie). W odpowiedzi na to magnaci litewscy rozważali wręcz wypowiedzenie wojny, natomiast inkorporacje tych województw do polski poparła tamtejsza szlachta. A to dlatego, że otrzymywała natychmiast wszystkie przywileje szlachty polskiej, zachowując oficjalny język ruski i prawo sądowe – czyli Statut Litewski. Szlachta litewsko-ruska parła też zdecydowania ku silniejszej niż dotąd unii międzypaństwowej. W początkach czerwca Litwini wrócili więc do Lublina i szybko doprowadzono do kompromisu. Ostatecznie sejmy: litewski i koronny 1 lipca przyjęły uroczyście akta Unii, a Zygmunt August uczynił to 4 lipca.

Najważniejszą decyzją było powołanie wspólnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. „Królestwo Polskie, Wielkie Księstwo Litewskie jest jedno nieróżne i nierozdzielne ciało, a także nieróżna, ale jedna jest wspólna Rzeczpospolita, która się z dwóch państw i narodów w jeden lud i państwo zniosła i spoiła” – czytamy w preambule unijnego aktu. Jednak szczegółowe postanowienia prowadziły nie tyle do stworzenia jednego państwa, ale do federacji Korony i Wielkiego Księstwa. Były to odrębne i równoprawne państwa, ale ściśle z sobą związane.

Fundament Rzeczpospolitej stanowić miał wspólny władca - król Polski i wielki książę Litwy w jednej osobie - wraz z sejmem. Odrzucono ideę odrębnych sejmów koronnych i litewskich, miał to być odtąd senat i sejm Rzeczypospolitej. Jednocześnie Korona i Wielkie Księstwo zachowywały odrębne urzędy centralne: kanclerza, hetmana, wojsko oraz skarb. Tak więc przy jednej władzy ustawodawczej – sejmie – działały dwie odrębne władze wykonawcze: koronna i litewska.

Siłą Unii – jak podkreśla Jerzy Kłoczowski – „było jej oparcie na szlacheckim społeczeństwie obywatelskim obu narodów politycznych: polskiego i litewskiego, które po prostu utożsamiały się z coraz głębiej z Rzeczpospolitą jako ich własnym państwem”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem