Konferencja prasowa poświęcona okolicznościom śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, sądząc po medialnych zapowiedziach, miała sprawiać wrażenie chwili przełomowej. „To powinno rozwiać wszystkie wątpliwości dotyczące okoliczności i czasu śmierci bł. ks. Jerzego” – zapowiadano. Miała porządkować, wyjaśniać, uspokajać. Tymczasem pozostawiła po sobie raczej smutne wrażenie, że w sprawie tak poważnej zbyt szybko zamieniono hipotezy w pewność, nie odnosząc się nawet do tego, że w IPN wciąż toczy się śledztwo w tej sprawie.
Dr hab. Tomasz Konopka, dyrektor Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, z pewnością ma duże doświadczenie w swojej dziedzinie. Został poproszony o przygotowanie opinii sądowo-lekarskiej i uczynił to, zapoznając się także z filmem z sekcji zwłok ks. Jerzego. Po konferencji – nie tylko ja odniosłam takie wrażenie - trudno jednak oprzeć się odczuciu, że otrzymaliśmy nie przełom, lecz próbę zamknięcia sporu o różne wersje zbrodni na Popiełuszce.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Dr hab. Tomasz Konopka uznał, że ks. Jerzy z całą pewnością zmarł wkrótce po porwaniu 19 października 1984 r. Jednoznacznie wykluczył możliwość kilkudniowego przetrzymywania kapłana, wskazując, że stan zwłok miał przemawiać za dłuższym pobytem ciała w wodzie. „Jeżeli miał być gdzieś przetrzymywany, to w warunkach przyzwoitego aresztu, a nie zrujnowanego bunkra. Po kilku dniach przetrzymywania w takich warunkach jak dół w ruinach bunkra, skrępowanie rąk musiałoby spowodować odleżyny…”- stwierdził ekspert. Skąd jednak wiadomo, że ks. Jerzy miałby mieć przez kilka dni skrępowane ręce? Czy rzeczywiście szykowano by mu „warunki przyzwoitego aresztu”, skoro od 10 października przygotowywano dla niego bunkry w Kazuniu (jeden z porywaczy - Chmielewski wskazał to miejsce, jako idealne dla księdza, znał je i podpowiedział Piotrowskiemu; w dokumentach jest też relacja z wizji lokalnej tego miejsca).
Żeby była jasność: nie wiem, w jakich dokładnie okolicznościach zginął ks. Jerzy, choć tym tematem zajmuję się od trzydziestu lat. Nie jestem śledczym, prokuratorem ani medykiem sądowym. Jako laik – także po kuluarowych rozmowach z dziennikarzami obecnymi na tej konferencji – mam jednak nadal wiele wątpliwości. Dlatego zwróciłam się z prośbą o komentarz do prokuratora Andrzeja Witkowskiego, który prowadził dwa śledztwa na ten temat i który wydał właśnie przełomową ksiązkę pt. „Księdza Popiełuszki bolesne tajemnice” (obecnie pisze tom II). Prokurator wyraźnie polemizuje z dr. hab. Konopką, twierdząc, że „autorsko przyjmuje on fakty, których opinia biegłych białostockich prowadzących sekcję zwłok nie przyjmowała”. Prokurator Witkowski przypomina, że według ostatecznej opinii sądowo-lekarskiej z 30 listopada 1984 r. duszenie ks. Popiełuszki obejmowało nie tylko pętlę na szyi, ale również jednocześnie zadawane rękoczyny, a wcześniej wskazywano także na ucisk rąk na mięśnie szyi pokrzywdzonego. To nie jest spór o słowa, lecz o sam mechanizm śmierci: Konopka go upraszcza, podczas gdy wcześniejsza opinia mówiła o nakładających się mechanizmach przemocy”.
Reklama
Witkowski wytyka również Konopce, że przejmuje element „wersji oficjalnej” z procesu toruńskiego, kiedy mówi o wtłoczeniu ciała do ciasnego bagażnika samochodu. Prokurator odpowiada ostro, że w świetle materiału dowodowego coś takiego nigdy nie miało miejsca. „Jeśli więc jeden z filarów tej opinii opiera się na założeniu, które nie znajduje pokrycia w dowodach, to nie jest to kwestia stylu interpretacji, ale poważne pęknięcie całej konstrukcji wywodu” – mówi (warto w tym kontekście przeczytać depeszę opublikowaną po konferencji w Polskiej Agencji Prasowej, która podaje ustalenia Witkowskiego).
Jeszcze bardziej uderza prokuratora niekonsekwencja dotycząca tonięcia. „Pan Konopka twierdzi, że nic nie wskazuje na śmierć z utonięcia, a zarazem referuje wcześniejszą opinię tak, jakby pomocniczo dopuszczała ona taki mechanizm. Tymczasem stwierdzenie, iż utonięcie mogło nastąpić, o ile do wody wrzucono żyjącą jeszcze ofiarę, jest po prostu truizmem. Zamiast więc porządkować materiał, wersja dr. hab. Konopki raczej go zaciemnia” – podkreśla prokurator Witkowski. Ma on też wątpliwości co do precyzji języka eksperta. „Gdy pan Konopka mówi o ciele dotkniętym rozkładem, przypominam, że medyk sądowy nie powinien mylić pojęcia ciała ludzkiego ze zwłokami. To może wydawać się detalem, ale właśnie z takich detali składa się wiarygodność eksperta. Kto chce arbitralnie przesądzać o czasie i mechanizmie śmierci w jednej z najważniejszych spraw najnowszej historii Polski, nie może pozwalać sobie na pojęciową niedbałość”.
Reklama
Konopka twierdzi też, że wersja o przetrzymywaniu księdza w bunkrach nie wytrzymuje krytyki, bo gdyby był więziony kilka dni, pojawiłyby się odleżyny, a „prawdziwe tortury” pozostawiłyby cięższe obrażenia. Witkowski nazywa „curiosum” przekonanie, że ofiarę aparatu przemocy przetrzymywano by w jakimś „przyzwoitym areszcie”. Co więcej, sam dr hab. Konopka dostarcza argumentu, który – jak zaznacza Witkowski – można obrócić przeciw jego głównej tezie. Podkreśla bowiem, że „brak nacieku leukocytarnego oznacza pobicie mniej niż cztery- pięć godzin przed śmiercią”. Prokurator twierdzi, że „właśnie to koresponduje z ustaleniami śledztwa, według których księdza torturowano w ostatnich godzinach życia, tyle że nie 19, lecz 25 października”. A więc z tej samej przesłanki da się wyprowadzić wniosek zupełnie odmienny.
Do dr. hab. Konopki dziennikarze kierowali pytania. Sama zadałam jedno: czy swoją ekspertyzę prowadził on także w kontekście zeznań rybaków z 2002 r., którzy mieli widzieć wrzucenie zwłok do Wisły 25 października i czy brał pod uwagę, że nie wiadomo, co działo się z ciałem księdza po pierwszym, zatajonym przez władze PRL wyłowieniu, czyli od 26 października do 30 października, kiedy wyłowiono ciało oficjalnie, w świetle kamer, w obecności gen. Kiszczaka. Pan Konopka odpowiedział: „To jest pytanie dla historyków”.
Prokurator Witkowski zwraca uwagę jeszcze na jedną rzecz. „Konopka buduje część swojego wywodu na sugestii, że inni biegli nie mieli dostępu do filmu z sekcji albo nie zobaczyli tego, co on zobaczył po latach. Czy naprawdę mamy uwierzyć, że ci, którzy sekcję przeprowadzali, nie wiedzieli, co widzieli, a prawdę odkrył dopiero późniejszy interpretator filmu? Takie twierdzenie pana Konopki podważa nie tylko same wnioski, ale również retoryczny gest stawiania się ponad wcześniejszymi biegłymi” – ocenia Andrzej Witkowski.
To prawda, że prokurator Witkowski bywa w swojej polemice ostry, chwilami bezlitosny, ale jednego odmówić mu nie sposób: konsekwentnie upomina się o zgodność tez z materiałem dowodowym. Kiedy więc w rozmowie ze mną przypomina zasadę „Parvus error in principio magnus est in fine” nie popisuje się erudycją, ale wskazuje na prostą prawdę: mały błąd u początku rodzi wielki błąd na końcu. W sprawie męczeństwa bł. ks. Jerzego taka pomyłka nie jest niewinną omyłką akademicką. Może zdeformować pamięć o zbrodni i wygładzić jej rzeczywisty przebieg.
Konferencja dr hab. Konopki uruchomiła serię dalszych pytań, m.in. o zgodność z wcześniejszymi opiniami biegłych i o relację między wywodem medycznym a ustaleniami śledztwa. W sprawie śmierci bł. ks. Jerzego każde słowo powinno ważyć więcej niż zwykle, bo dotyczy nie tylko historycznego faktu, ale także męczeńskiego świadectwa. Dlatego jedna prywatna opinia, przedstawiona publicznie podczas konferencji prasowej, nie może być traktowana jako definitywne rozstrzygnięcie czterdziestu dwóch lat pytań o okoliczności śmierci kapłana. Jest to raczej kolejny głos, który domaga się spokojnej, rzetelnej weryfikacji, dalszych badań, a przede wszystkim kontynuowania prowadzonego w IPN śledztwa.
