Reklama

Niedziela Małopolska

Wróciłam z dalekiej podróży...

„Witam. Mam na imię Małgosia. Mieszkam w małopolskiej wiosce Kasinka Mała (k. Mszany Dolnej). Jestem szczęśliwą żoną i matką 6-letniej Mileny Antoniny. Lekarze mówią o mnie «chodzący cud»”. Tak rozpoczyna się list przesłany do naszej redakcji. Nadawczyni pisze, że swoje życie zawdzięcza wierze, modlitwie wielu ludzi, mądrości lekarzy i trosce fizjoterapeutów

Niedziela małopolska 13/2016, str. 4-5

[ TEMATY ]

świadectwo

Małgorzata Cichoń

W czasie walki o życie i zdrowie pani Małgosia nie rozstawała s ię z portretem św. Jana Pawła II

Jak później opowie, najlepsze, co ją mogło spotkać po traumatycznych wydarzeniach, które były jej udziałem, to wózek inwalidzki. Dziś przeciętny obserwator nie dopatrzy się u tej pięknej kobiety śladów choroby. Choć ona sama przyznaje, że nie ma tyle siły, co poprzednio. Ale czemu się dziwić, skoro prof. Jarosław Czubak z Otwocka, przedstawiając pacjentkę lekarzom tuż przed operacją, powiedział: „Jeszcze tutaj mamy panią, która wróciła z dalekiej podróży”.

Rozmawiamy z Małgorzatą Drabik i jej mamą, Heleną. Przed panią Małgosią wyłożona na stoliku dokumentacja lekarska: wypisy ze szpitala, specjalistyczne dane. Przed jej mamą – obrazki ze świętymi, modlitwy, „gidelskie winko” z sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej „Uzdrowicielki chorych” (pani Helena smarowała nim w szpitalu spuchnięte dłonie córki – opuchlizna ustąpiła). Za chwilę do salonu wbiega Sebastianek, bratanek pani Małgosi, a ze szkoły wraca córeczka Milenka. Po jakimś czasie dołącza mąż Piotr, poszukujący okularów do pracy. Zwykły dzień, zwykłe szczęście. Tym bardziej doceniane, że mogło go nie być.

Niewinny początek

– Żyliśmy sobie spokojnie i zdrowo, mała rodzinka: ja, mąż i Milenka Antosia, nasza ukochana perełka, na którą czekaliśmy 16 lat. Jest 5 grudnia 2011 r. Milenka ma dwa i pół roczku, czeka na św. Mikołaja... Przyszedł, ale cóż z tego! Dla rodziny był to jeden z najsmutniejszych dni – wspomina pani Małgosia.

Reklama

Na oczach dziecka, pogotowie zabiera mamę do szpitala. Zobaczą się dopiero za kilka miesięcy. Córeczce trudno będzie rozpoznać wychudzoną mamusię, która nie może nawet ruszyć ręką, a głos ma zmieniony od sztucznej wentylacji...

A wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Lekki ból gardła, osłabienie, niewielkie mdłości. Niby zapalenie krtani. Brak poprawy po kolejnym antybiotyku i kroplówce. Dramatycznie spadające ciśnienie krwi. Nagle „film się urywa”. Karetka na sygnale, szpital w Limanowej, a potem w Krakowie. Do chorej docierają ostatnie słowa lekarza: „Ja już nie wiem, co mam robić!”. Pacjentka traci przytomność.

Walka o życie

Trafia do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, na oddział anestezjologii i intensywnej terapii, przy ul. Skawińskiej. Zaczyna się 3-tygodniowa walka, podczas której lawinowo przechodzi zagrażające życiu choroby, m.in. zapalenie płuc, zapalenie opon mózgowych, neuroboreliozę, ARDS (niewydolność wielonarządową z postępującą ostrą niewydolnością oddechową), wstrząs septyczny, niedowład czterokończynowy. Lekarze wprowadzają pacjentkę w śpiączkę farmakologiczną. W międzyczasie wykonują dziesiątki badań, próbując ustalić, co może być przyczyną takiego stanu osoby, jak dotąd zupełnie zdrowej.

Reklama

Tymczasem w rodzinnej Kasince trwa modlitwa. Modli się cała rodzina, bliższa i dalsza, sąsiedzi. Także znajomi w Polsce i za granicą. W parafii odprawiane są właśnie Roraty. Na koniec Mszy św. najmłodsi losują figurkę Najświętszej Maryi Panny z Dzieciątkiem Jezus. Los pada na... Milenkę. Parafianie mają łzy w oczach. A w rodzinę wstępuje nowa nadzieja. Ówczesny katecheta, ks. Konrad Kozioł, prosi nawet samego kard. Stanisława Dziwisza o modlitwę w intencji młodej mamy, walczącej o życie.

Pochodząca z Kasinki Małej, s. Beata, józefitka, posługująca w domu generalnym Księży Marianów w Rzymie, gdy tylko dowiaduje się o sytuacji swojej krajanki, bierze jej zdjęcie (miała je, bo pani Małgosia była na weselu jej siostry). Udaje się do Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Kładzie fotografię na płycie nagrobnej św. Jana Pawła II, a znajomy marianin, ks. Zbigniew Piłat, odprawia tam Eucharystię.

Podróże w śpiączce

– O tym wszystkim opowiedziano mi, gdy wybudziłam się już ze śpiączki – zaznacza pani Małgosia. – To, co działo się ze mną podczas niej, jest dla mnie dotąd niezrozumiałe, a zarazem niesamowite.

Przez trzy tygodnie nie docierało do mnie nic ze świata zewnętrznego. Mimo to miałam świadomość, że jestem chora i mam dziecko, które traci mamę. Zaczęłam w myślach szukać nowej mamy dla Milenki. Ukazywały mi się młode, piękne dziewczyny. Wybrałam jedną, najpiękniejszą. Przedstawiłam ją córce, a ona na to: „Mamuś, zamknij te swoje piękne oczka i pośpij jeszcze”.

Później zobaczyłam nad sobą rodzinę i mieszkających w Austrii znajomych moich rodziców. Ich dwie córki są lekarzami. We śnie wszyscy znali się na medycynie. Próbowali mnie leczyć, opiekowali się mną. Zwłaszcza głowa rodziny, który w rzeczywistości jest... inżynierem. Gdy odzyskałam świadomość, dowiedziałam się, że również oni, w górskim, alpejskim kościołku, zamówili w mojej intencji Mszę św. Szukali pomocy, bardzo interesowali się, co u mnie.

Jeden z ostatnich obrazów to ten, że wsiadam do pociągu (stukot kół towarzyszył mi w zasadzie przez cały czas – może to dźwięk aparatury medycznej?). Docieram na lotnisko. Tam spotykam... kard. Stanisława Dziwisza i odważnie proszę go o pomoc. Tu padają słowa, których nie zapomnę nigdy: „Dla ciebie jest tylko jeden lekarz – w Watykanie. Musimy tam jechać razem, pomogę ci go znaleźć”.

Jak to kobieta, zastanawiam się, czy jestem odpowiednio ubrana na taką podróż... Wsiadamy oboje do samolotu. Kardynał ma na sobie szaty liturgiczne, łącznie z nakryciem głowy, tak jak znam go z ważnych uroczystości religijnych. Zaprasza mnie, bym usiadła obok niego i cały czas rozmawiamy.

Powrót do żywych

W końcu spostrzegam wokół siebie niezliczoną ilość palących się świec. Widzę kapłana, który trzyma w ręku złotą monstrancję i błogosławi mnie. Wszystko odbywa się w atmosferze przepełnionej błogim spokojem, jasnością i ciepłem... W takim otoczeniu, po trzech tygodniach budzę się, mocno zdziwiona, że jestem... w szpitalnej sali. Widzę nad sobą uśmiechnięte twarze męża i mamy. Pierwsze zdanie, jakie do nich wypowiadam: „Nie mówcie mi, że jestem chora, przecież dopiero co wróciłam z Rzymu, od Jana Pawła II!”.

Tak zaczął się mój powrót do „świata żywych”. Ważyłam ok. 40 kilogramów (wcześniej ok. 65). Moje ciało przeszywał wielki ból. Byłam sparaliżowana, potrafiłam ruszyć tylko jednym palcem u dłoni. Pamiętam, jak już w Limanowej, gdzie wróciłam ze Skawińskiej, musiałam podpisać jakiś dokument. Mówię do pielęgniarki, że nie dam rady, a ona na to, że wystarczy postawić krzyżyk. I tego nie potrafiłam.

Rozpoczęła się kilkumiesięczna rehabilitacja. Mimo cierpienia, którego ciągle doświadczałam, wierzyłam, że kiedyś będę chodzić. I tak się stało. 21 marca 2012 r. o własnych siłach opuściłam szpital w Zakopanem. Idąc długim korytarzem, w otoczeniu rodziny, widziałam, jak z pokojów wychodzą pacjenci i personel, bijąc mi brawo. Chylę czoła przed wszystkimi lekarzami i rehabilitantami, którym przyszło ze mną współpracować. Dziękuję m.in. dr. Wiesławowi Królikowskiemu wraz z całym zespołem z Krakowa, dr. Dariuszowi Grzywnowiczowi z Wojewódzkiego Szpitala Rehabilitacyjnego w Zakopanem wraz ze wspaniałymi fizjoterapeutami, dr. Wojciechowi Kąckiemu, Ani – rehabilitantce ze szpitala w Limanowej, prof. Jarosławowi Czubakowi oraz dr. Andrzejowi Sionkowi z Kliniki Ortopedii w Otwocku za mistrzowskie wykonanie trudnej operacji biodra.

Moc modlitwy

Opowiedziałam tę historię z potrzeby serca. Jej pomyślne zakończenie zawdzięczam modlitwie i wstawiennictwu u Boga św. Jana Pawła II. We wszystkich szpitalach, także podczas operacji, był ze mną obrazek z relikwiami Papieża. Mąż i mama, odwiedzając mnie w Krakowie, codziennie wstępowali do łagiewnickiego sanktuarium, odmawiając Koronkę do Bożego Miłosierdzia.

Pragnę podziękować wszystkim, którzy modlili się za mnie, pocieszali, wspierali dobrym słowem i odwiedzali w szpitalach (jak ja czekałam na te odwiedziny!). Dziękuję także moim współtowarzyszom z sal szpitalnych: p. Łucji z Jaworzna, Magdalenie, Leszkowi z Wadowic. Spotkałam tam ludzi – Aniołów.

Mam marzenie, by pojechać kiedyś z całą rodziną do Rzymu, uklęknąć przed grobem św. Jana Pawła II i osobiście podziękować za otrzymane łaski. By spełnił się ten „śpiączkowy” sen. Śmieję się, że już nie musi to być koniecznie podróż samolotem i u boku Księdza Kardynała...

2016-03-22 11:14

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Michał Świderski („Dotyk Boga”): To był prosty przekaz, że Bóg mnie kocha. Mnie, nie wszystkich

2020-07-10 08:06

[ TEMATY ]

modlitwa

świadectwo

świadectwo wiary

facebook.com/michalswiderski

Michał Świderski – lider Szkoły Nowej Ewangelizacji w Gliwicach, prywatnie mąż, ojciec trzech chłopców, doktor informatyki i przedsiębiorca. Co sprawiło, że z omijania Kościoła szerokim łukiem, stał się gorliwym naśladowcą Chrystusa?

Prowadzisz kanał na YouTubie oraz stronę na Facebooku, a także popularną audycję radiową pt. „Dotyk Boga”. Prezentowane są w niej świadectwa działania Boga w życiu zwykłych ludzi. A jaki był pierwszy dotyk Boga w twoim życiu?

Pierwsze takie świadome dotknięcie, które przemieniło moje życie i obróciło je o sto osiemdziesiąt stopni, miało miejsce 12 listopada 1995 roku. Miałem wtedy osiemnaście lat. Gdy wracałem ze ścianki wspinaczkowej, usłyszałem, że w kościółku akademickim w Gliwicach grają na gitarach. Stwierdziłem, że wejdę i posłucham. Kościół kojarzył mi się źle, bo uważałem, że wszystko, co jest z nim związane, to kłamstwo, gitary jednak kojarzyły mi się bardzo dobrze, z wędrówkami górskimi. W górach szukałem sensu życia. Miałem osiemnaście lat, czułem ogromną pustkę, zawód sukcesami tego świata, lęk przed przyszłością, lęk przed chorobami, lęk przed śmiercią – takie typowe rzeczy. Na swój sposób poszukiwałem więc Boga. I naraz w środku miasta to radosne granie na gitarze, śpiewy… Od razu na myśl przyszły mi właśnie góry, ognisko, moje wszystkie rozterki… To zresztą fascynujące, że Pan Bóg wie, jak do nas dotrzeć.

Gdy wszedłem do kościoła, usłyszałem bardzo prostą ewangelizację. Ludzie wychodzili na środek i mówili świadectwa, że zaprosili Jezusa do swojego serca. Jakaś kobieta nie mogła się pojednać z siostrą, a Bóg jej w tym pomógł. Kogoś innego Bóg uzdrowił z jakichś dolegliwości fizycznych. W serce kolejnej osoby wlał radość… To był prosty przekaz, że Bóg mnie kocha. Mnie, nie wszystkich. Dotarło do mnie wtedy, że Bóg nie chce mnie „dorwać”. Ja zawsze myślałem, że Bóg chce mnie złapać, a że miałem sporo na sumieniu, postanowiłem, że trzeba się trzymać od Niego z daleka. To zaprzeczenie moim wyobrażeniom mnie przyciągnęło. Można powiedzieć, że właśnie wtedy po raz pierwszy dotarła do mnie prawda o Bożej miłości. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem.

Przez osiemnaście lat?

Osiemnaście lat życia! Przecież byłem katechizowany… teoretycznie, bo w praktyce to różnie z tym bywało.

Ja przecież nawet szukałem Boga, całkiem aktywnie, a mimo to nigdy nikt wprost mi nie powiedział, że właśnie ja – Michał Świderski – jestem dla Boga ważny. I to był dla mnie kopernikański przewrót myślenia.

Zupełna zmiana sposobu postrzegania – dotarło do mnie, że Bóg mnie nie ściga, lecz mnie szuka. I nie po to mnie szuka, żeby mnie dopaść, ale żeby mi przebaczyć Później w moim życiu pojawił się człowiek, który wprost mi powiedział: „Dzisiaj jest taki czas, kiedy możesz podjąć decyzję, czy chcesz żyć z Bogiem, czy nie. Jezus cię zaprasza”. To wtedy na scenę mojego życia wszedł Jezus Chrystus jako postać historyczna. Ja oczywiście świetnie wiedziałem, że On podobno umarł i zmartwychwstał, ale wiedziałem również, że nikt tak naprawdę w to nie wierzy…

….

Mówiliśmy o początku Twojej relacji z Bogiem i o pewnej „prehistorii”, w której ta relacja może była nieuświadomiona do końca. A czy z perspektywy tych dwudziestu trzech lat widzisz jakieś etapy rozwoju swojej wiary?

Oczywiście! Szczególnie w pierwszej części życia z Bogiem te etapy były dość jasno zarysowane. Są one bardzo podobne do rozwoju fizycznego dziecka. Najpierw jest okres niemowlęctwa, kiedy mało się wie i trzeba być systematycznie karmionym. Poza tym małe dziecko robi różne niekontrolowane głupie rzeczy.

Potem przychodzi czas odkrywania swojej tożsamości, dochodzenia do dorosłości, mierzenia się z różnymi wyzwaniami.

Ja jestem wdzięczny Bogu za to, że od samego początku, od pierwszego etapu mojego wzrastania, jestem w Kościele. Tak jak dziecko nie może wychowywać się samo, tak człowiek nie może sam wzrastać w wierze. Przy każdej ewangelizacji bardzo mocno podkreślamy to, że do wzrostu potrzebna jest wspólnota.

Dlatego uważam, że nie do końca dobre jest coraz bardziej popularne „internetowe chrześcijaństwo”, z którym mamy do czynienia wtedy, gdy człowiek, który czegoś doświadczył, jedyną wspólnotę ma w internecie.

Ogląda filmy na YouTubie, dyskutuje na forach itd. Moje doświadczenie jest inne. Od razu wszedłem do Odnowy w Duchu Świętym. Zresztą troszkę tam „rozrabiałem”. Ponieważ miałem jakieś swoje doświadczenie Boga, byłem bardzo ekspansywny. Mimo że jeszcze nie wszystko wiedziałem o wspólnocie, od samego początku chciałem ją zmieniać.

Może dlatego, że od razu pojawiło się we mnie ogromne pragnienie ewangelizacji. To ono właśnie przekierowało mnie do Szkoły Nowej Ewangelizacji w Gubinie, gdzie zajął się mną ks. Artur Godnarski, obecnie sekretarz Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Nowej Ewangelizacji. To jemu zawdzięczam swoją formację. Przeprowadził mnie przez kolejne etapy wzrastania, co trwało wiele lat. Kiedy więc założyliśmy własną wspólnotę, byłem już na tyle ugruntowany w wierze, że prowadząc innych ludzi do miejsca, w którym sam byłem, mogłem już samodzielnie się rozwijać. Bo trzeba powiedzieć, że towarzyszenie wzrostowi innych wymaga też, by samemu cały czas wzrastać. Czasem gorliwość ludzi, dla których jestem liderem – ludzi, którzy dopiero wkraczają na drogę duchowego rozwoju – jest dla mnie zawstydzająca. Także dla nich muszę się nieustannie nawracać.

Kiedy widzę ich posługę – czy to w ewangelizacji, czy uzdrowienia – czuję się naprawdę zawstydzony. Przecież jestem tyle lat przy Panu, że to przede wszystkim ja powinienem być dla nich przykładem, a nie oni dla mnie… Chcąc pełnić funkcję przewodnika, muszę żyć tak, jak głoszę. Żeby tak właśnie było, trzeba trwać we wspólnocie. Bez niej nie ma się punktu odniesienia, nie ma dla kogo się starać, by wciąż się rozwijać w posłudze… Wspólnota jest podstawą. Jest miejscem, gdzie można nieustannie służyć innym ludziom, a to właśnie służba ludziom zapewnia mi największy wzrost.

Generalnie tak jest z uczeniem i rozwijaniem się w każdej dziedzinie. Mówi się, że znacznie więcej człowiek zapamiętuje z tego, co sam przekazuje innym, niż z tego, co tylko czyta dla siebie albo nawet zapisuje. Masę rzeczy pamiętam, dlatego że musiałem je wielokrotnie tłumaczyć różnym osobom. Wiele spraw rozumiem naprawdę dogłębnie, bo musiałem je rozgryzać tysiące razy na tysiące sposobów, żeby móc je właściwie przedstawić innym. Właśnie przez tę służbę ludziom sam się rozwijam. I to jest piękne.

_________________________

W artykule zawarte są fragmenty książki: „Dotyk Boga. O uzdrowieniu i mocy, ewangelizacji oraz sukcesie w życiu chrześcijanina” Michał Świderski, wyd. eSPe. Sprawdź więcej: Zobacz

eSPe

CZYTAJ DALEJ

Prezydent: jeżeli ktoś poczuł się urażony tym co powiedziałem, proszę, żeby mi wybaczył

2020-07-13 19:38

[ TEMATY ]

prezydent

Andrzej Duda

wybory 2020

PAP/Leszek Szymański

Jeżeli ktoś się poczuł urażony tym, co powiedziałem lub jak się zachowałem w czasie kampanii wyborczej, czy w ciągu ostatnich pięciu lat, proszę, żeby mi wybaczył i dał szansę na poprawę przez następne pięć lat - powiedział w poniedziałek w Odrzywole (Mazowieckie) prezydent Andrzej Duda.

Duda odwiedził Odrzywół, by spotkać się z mieszkańcami gminy, w której uzyskał najlepszy wynik wyborczy w Polsce, w II turze wyborów - 86,31 proc. poparcia. Podkreślił, że jest to jego pierwsze spotkanie z mieszkańcami po wyborach prezydenckich.

Prezydent dziękował za oddanie na niego głosu. "Ogromnie dziękuję za ten niezwykły, wspaniały rezultat, który dzięki państwa głosom, dzięki państwa determinacji wyborczej tutaj osiągnąłem. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wsparli i w wyborach swoimi głosami i wcześniej w czasie kampanii. Jestem ogromnie za to wdzięczny i muszę powiedzieć, że jestem wzruszony" - podkreślił Duda.

Prezydent zaznaczył, iż trudno się nie zgodzić z tymi, którzy martwią się, że Polska jest podzielona. "Ale przede wszystkim chcę podkreślić w tym kontekście jedno: tak to była bardzo ostra kampania, pewnie momentami za ostra. I tak jak powiedziałem wczoraj, jeżeli ktoś się poczuł urażony tym, co powiedziałem lub tym jak się zachowałem, czy to w czasie kampanii, czy w ciągu ostatnich pięciu lat proszę, żeby wybaczył mi i dał też szansę na to, żeby poprawić się przez następne pięć lat" - zaznaczył Duda.

"Będę czynił co w mojej mocy, żeby zrealizować te nadzieje, które państwo we mnie złożyliście, oddając na mnie swój głos. Będę się starał czynić wszystko, żeby po pięciu latach jak najwięcej moich rodaków mówiło, że Andrzej Duda jest prezydentem wszystkich Polaków" - powiedział.

Prezydent przekonywał, że wiele razy zastanawiał się, co można zrobić, by zespolić i uczynić Polaków zgodną wspólnotą. "Droga do tego jest tylko jedna: szacunek" - zauważył. "Proszę i będę w nieskończoność apelować o szacunek" - mówił Duda.

Podkreślił, że szacunek należy okazywać niezależnie od poglądów czy zachowań innych. Jak dodał, niezwykle ważne jest, by momentami powstrzymać się od "nieodpowiednich" słów. "Słowa ranią, potrafią bardzo ranić; żeby starać się wybaczyć, jeśli takie słowa padły wobec nas. Żeby starać się jakoś spokojnie nad tym przejść, nie uderzać mocnym, ostrym słowem" - wskazał prezydent.

Duda zapewnił, że "chciałby prowadzić taką politykę, żeby cały kraj się rozwijał, żeby nie było podziału Polski - na Polskę wiejską i miejską, na Polaków z małego i wielkiego miasta". "Polska jest jedna i mimo różnic chciałbym, żebyśmy się rozwijali w sposób równomierny; żeby poprawić warunki i możliwości" - podkreślił.

"Proszę, żebyście mi pomogli sklejać naszą Polskę, nasze społeczeństwo" - apelował prezydent. "Głęboko wierzę, że możemy sobie podać rękę i to będzie ciepła dłoń z mocnym i serdecznym uściskiem. Ogromnie mi na tym zależy" - dodał prezydent. "Proszę, żebyście pokazali, że macie szacunek i nawet jeśli za pierwszym razem nie doczekacie się wzajemności, to proszę, żebyście w nieskończoność to robili" - zaapelował Duda.

Jak dodał, w demokracji trzeba mieć różne zdania. "To bardzo dobrze, że są różne zdania i różne poglądy. Szacunek, szacunek i jeszcze raz szacunek. Jeżeli on będzie między nami nawzajem to znakomicie wystarczy, żebyśmy byli pięknym społeczeństwem - takim które różni się, ale różni się pięknie" - podkreślił Duda. Wyraził też nadzieję, że "trzy lata do następnych wyborów parlamentarnych będą okresem spokojnym i wytężonej pracy".

Według prezydenta Polska mimo trudnego okresu pandemii jest w dobrej kondycji gospodarczej. "Wiele przed nami, ten czas niesie ogromną szansę" - powiedział Duda. Podkreślił, że z epidemią koronawirusa oraz z kryzysem gospodarczym Polska dobrze sobie poradziła. Jak zauważył, nasz kraj ma "bardzo dobre wyniki na tle innych krajów europejskich". "Mamy drugie najniższe bezrobocie po Czechach, mamy niewielkie straty gospodarcze" - ocenił.

Duda mówił też o wysiłku jakiego podjęło się państwo przekazując wsparcie dla przedsiębiorstw i pracowników w ramach tarczy antykryzysowej. "To jest 100 mld zł, aż trudno w to uwierzyć, ale dzięki temu osłoniliśmy 5 mln miejsc pracy. I to jest cenniejsze niż wszystko, bo najważniejsze, żeby była praca, żeby rodziny utrzymały się pomimo trudności na powierzani, żeby nikt nie popadł w nędzę" - podkreślił.

"Wierzę w to, że przed nami od strony gospodarczej dobre lata" - powiedział Duda. Powołał się na ekspertów, którzy "przewidują, że już w przyszłym roku powinniśmy wrócić na drogę dynamicznego rozwoju gospodarczego" i osiągnąć wzrost gospodarczy "nawet ponad 4 proc. - czyli tak jak było średnio w latach 2016-2019".

Według danych zamieszczonych na stronie PKW w niedzielnym głosowaniu w II turze wyborów prezydenckich Duda uzyskał w gminie Odrzywół wynik 86,31 proc. Jego kontrkandydata Rafała Trzaskowskiego poparło 13,69 proc. uprawnionych do głosowania.(PAP)

Autor: Ilona Pecka

ilp/ ero/ mzd/ ipa/ krz/ ozk/ par/

CZYTAJ DALEJ

Kard. Marto: Kościół nie ukrywa żadnych tajemnic fatimskich

2020-07-14 19:42

[ TEMATY ]

Fatima

dzieci fatimskie

Ks. Krzysztof Hawro

Przed Bazyliką w Fatimie

Kardynał Antonio Marto powiedział, że Kościół nie ukrywa już żadnych tajemnic związanych z ukazywaniem się Maryi trójce portugalskich pastuszków. W związku z obchodzoną w sanktuarium w Fatimie 103. rocznicą lipcowego objawienia Matki Bożej w 1917 r. hierarcha przypomniał, że ostatnia z trzech tajemnic fatimskich została ujawniona jeszcze za życia papieża Jana Pawła II.

Ordynariusz diecezji Leiria-Fatima wskazał, że objawienia w Fatimie poza trzema tajemnicami niosą ze sobą też „maryjną obietnicę nadziei i zaufania”. - Maryja powiedziała tam: „Na koniec zatriumfuje miłość Boga Miłosiernego” – przypomniał kard. Marto, wyjaśniając, że tajemnice fatimskie dotyczyły m.in. wizji piekła, nabożeństwa do Niepokalanego Serca Maryi, a także prześladowań wobec Kościoła i zamachu na „biskupa w bieli”.

W poniedziałek w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie pojawiła się pierwsza od czasu wybuchu epidemii koronawirusa zagraniczna grupa pielgrzymów. Przybyła ona z Włoch.

W połowie marca rektorat sanktuarium w Fatimie ogłosił zamknięcie tego miejsca kultu z powodu epidemii Covid-19. Nabożeństwa z udziałem wiernych zostały wznowione 30 maja. Z powodu wciąż wysokiego ryzyka zakażeń pielgrzymi zobowiązani są tam jednak do zachowania dystansu społecznego oraz używania masek ochronnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję