Reklama

Wiara

Polska Matka Teresa

Siostra Alicja Kaszczuk należy do Zgromadzenia Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia. Od 2007 r. posługuje w Kenii. Przez pierwsze osiem miesięcy opiekowała się dziećmi chorymi na AIDS, później została przełożoną wspólnoty sióstr w miejscowości Laare. Wiele osób mówi o niej: „Polska Matka Teresa” lub „Anioł Afryki”.
Z s. Alicją Kaszczuk rozmawia Krzysztof Tadej – dziennikarz TVP

Niedziela Ogólnopolska 19/2016, str. 18-20

[ TEMATY ]

misje

siostry

Klaudia Zielińska

Siostra Alicja Kaszczuk

Siostra Alicja
Kaszczuk

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

KRZYSZTOF TADEJ: – W 2008 r. po raz pierwszy pojechała Siostra do Laare w Kenii i powiedziała: „To jest koniec świata!”.

S. ALICJA KASZCZUK: – Przed wyjazdem chciałam dowiedzieć się czegoś o tej miejscowości. Wpisałam nazwę w wyszukiwarkę internetową i nic nie znalazłam. Zero informacji. Tak jakby to miejsce nigdy nie istniało!
Pojechałam do Laare z matką generalną naszego zgromadzenia. Miała zdecydować, czy założyć tam placówkę misyjną. Zobaczyłyśmy przerażającą biedę i wielu chorych na AIDS. Dookoła sawanna po horyzont z jednej strony, a z drugiej – wysokie góry. We wsi był tylko jeden sklep i mały budynek poczty. Wysyłanie listów to był jedyny kontakt ze światem. Nigdzie nie było prądu ani wody. Pomyślałam, że to koniec świata.

– W Laare powstała placówka misyjna, której Siostra została przełożoną. Czy przeżywała Siostra chwile zwątpienia w Kenii?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Nie miałam takich chwil. Charyzmatem naszego zgromadzenia jest pomaganie najuboższym, najbardziej potrzebującym, osamotnionym, chorym, zepchniętym na margines. Jesteśmy przygotowane na najtrudniejsze warunki. Poza tym naszym głównym celem jest głoszenie Ewangelii i miłości Boga. Zawsze i w każdych warunkach. Nasz założyciel – ks. Alojzy Orione mówił, że nie wystarczy człowieka ubrać i nakarmić. Trzeba dawać nadzieję i miłość. I poprzez to zbliżyć go do Boga.
Na początku bardzo mocnym doświadczeniem była bezradność wobec śmierci. Ludzie przychodzili z umierającymi dziećmi, a jedyną rzeczą, którą mogłam zrobić, to płakać razem z nimi. Nie miałam pieniędzy na leki i na benzynę, żeby zawieźć ich do szpitala. Brakowało środków na prowadzenie misji.
Pierwsze miesiące były bardzo trudne również z innego powodu. Nie potrafiłam odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w codziennych życiowych sprawach. Ale siostry ze zgromadzenia, Kenijki, bardzo mi pomogły. Pokazały np., jak czerpać wodę z baniaka i zatykać wylot liśćmi od banana, bo nie było korka. I jak prasować habit bez żelazka – wystarczył metalowy kubek z wrzątkiem!

– Czy były sytuacje, o których Siostra nie zapomni do końca życia?

– Kiedyś pojechałam do jednej z wiosek. Witałam się z ludźmi i nagle usłyszałam jakiś dziwny pisk. Spytałam: „Co to takiego?”. Wskazano mi jeden z domów. Ludzie ostrzegali, żeby do niego nie wchodzić, bo tam są duchy i opętana rodzina. W Kenii bardzo dużo osób wierzy w czary i w magię.

– Siostra poszła do tego domu i...

– Wczołgałam się, bo nie było drzwi. Zobaczyłam dziecko leżące na liściach od banana. Piszczało z bólu. W jego uchu zagnieździły się robaki i wyjadały błonę bębenkową. Obok leżała matka i nie miała siły wstać. Umierała z głodu. Udało się uratować dziecko i matkę w ostatniej chwili. Od tamtego czasu jestem wyczulona na pisk. Kilka miesięcy temu, w innym miejscu, również usłyszałam, że ktoś piszczy. Od razu spytałam: „Co się dzieje?”. Nikt nic nie wiedział, nikt się tym nie interesował. Z przywódcą wioski zaczęliśmy szukać miejsca, skąd pochodził ten dźwięk. Wokół nas były małe domki zrobione z gałęzi i liści. Weszliśmy do jednego z nich. Zobaczyłam małe dziecko, na którym mrówki zrobiły sobie mrowisko i wyjadały je żywcem.

– Rodzice porzucili to dziecko?

Reklama

– Ojciec dziecka pojawił się wieczorem. Tłumaczył, że jego żona kilka miesięcy wcześniej zorientowała się, iż jest ono upośledzone, i uciekła. A on codziennie rano wychodził szukać pracy. Gdyby został z dzieckiem, to umarliby z głodu. Wracał w nocy i karmił je tym, co zdobył. Nie było tam prądu, więc nie widział mrówek. To prześliczne dziecko też udało się uratować. Teraz jest uśmiechnięte, radosne. Zaadoptowali je sąsiedzi.

– Po przyjeździe do Laare Siostra szybko zaczęła organizować pomoc dla najbiedniejszych.

– Jestem konkretną kobietą. Pan Bóg mnie tam wysłał nie po to, bym się użalała. Jestem narzędziem w Jego rękach. Przystąpiłam od razu do działania. Przede wszystkim szukałam najbiedniejszych, bo wiedziałam, że oni czują się upokorzeni swoim ubóstwem. Wstydzą się, że głodują.
Dzięki sponsorom z Włoch wybudowaliśmy piekarnię. Chcieliśmy uzyskać dochody, aby pomagać najbiedniejszym, ale nam się to nie udało, bo to był okres dużego głodu. Ludzie nie zważali na nic i kradli mąkę, wodę, cukier. Nie dało się tego opanować. Brak wody w piekarni też nie sprzyjał takiej działalności.
Później Fundacja Księdza Orione „Czyńmy Dobro” zaproponowała mi współpracę. To bardzo dobra fundacja. Gdy ktoś wpłaca pieniądze dla Laare, to może być pewny, że cała kwota zostanie nam przekazana. Fundacja nie pobiera żadnych opłat.

– Jednym ze wspólnych projektów jest tzw. adopcja na odległość...

Reklama

– ...czyli pomaganie konkretnemu dziecku. Projektem objętych jest prawie 1,3 tys. dzieci. Większość z nich pochodzi z bardzo biednych rodzin wielodzietnych. 90 proc. naszych dzieci nie ma domów z prawdziwego zdarzenia, mieszkają w chałupkach skleconych z patyków i krowiego łajna. Nie ma w nich podłóg, dzieci nie mają łóżek, śpią na kawałkach desek lub na patykach.
Za wpłaty darczyńców zapewniamy dzieciom naukę w szkole, posiłek, ubezpieczenie zdrowotne. Dla uczniów obiad w szkole to często jedyny posiłek w ciągu dnia. Najuboższe dzieci mieszkające w pobliżu misji zapraszamy na kolację. Często przygotowujemy paczki żywnościowe dla najbardziej potrzebujących. Dla sierot organizujemy miejsca w internacie.

– Dzieci mieszkają nie tylko w Laare?

– Nasza pomoc dotyczy dzieci mieszkających w promieniu 30 km. Choć i to się zmienia, ponieważ biskup poprosił o zaangażowanie się w pomoc dla dzieci mieszkających w dramatycznych warunkach w wioskach odległych od naszej misji nawet o 60 km. Dzieci chodzą więc do szkół znajdujących się w pobliżu miejsca ich zamieszkania. Niektóre idą 18 km w jedną stronę. Wychodzą w niedzielę, śpią u znajomych i w piątek wracają do domu. Po drodze muszą uważać na hieny. Noszą nad głowami gałęzie, bo wiedzą, że hieny nie zaatakują wyższych od siebie. Tak się bronią przed atakiem.

– Pomimo takich trudności dzieci bardzo chcą się uczyć...

– Edukacja to sposób na przeżycie kolejnego dnia, bo w szkole dostaną jedzenie. A także jedyna szansa na radykalną zmianę życia, na wyrwanie się z przerażającej biedy. Dzięki nauce rozwijają swoją osobowość, poszerzają horyzonty. Często w szkole po raz pierwszy doświadczają życzliwości, szacunku i bezpieczeństwa. Mamy wielu zdolnych uczniów. Jedna z naszych dziewczynek, Laura, studiuje medycynę w Polsce. Marzy o skończeniu studiów i powrocie do Laare, aby leczyć chore dzieci.

– Istnieje też możliwość pomagania bezimiennie.

Reklama

– I to jest niezwykle ważna i potrzebna pomoc. Nieraz trzeba szybko reagować. Kiedyś Klaudia Zielińska, koordynatorka projektu „Adopcja na odległość”, znalazła dziecko podrzucone na misje. W pierwszej chwili nie wiedzieliśmy, czy jest chore, czy przeżyje. Gdyby nie wpłaty na pomoc bezimienną, nie byłoby środków, aby mu pomóc. Innym razem matka przyniosła swoje malutkie dziecko. Ważyło nieco ponad kilogram i miało 3 miesiące. Ta kobieta nie zmieniała dziecku pieluszki od urodzenia. Dziecko było chore. Zaniosłam je przed tabernakulum w naszej kaplicy. Powiedziałam: „Panie Jezu, Tobie je oddaję. Pomóż” i szybko zawiozłam je do szpitala. Potrzebowałam pieniędzy, ponieważ w Kenii, gdy ktoś nie ma ubezpieczenia, to musi płacić za leczenie. Jeśli tego nie zrobi, to nikt w szpitalu nie przyjmie nawet umierającego dziecka.
Nieraz ratujemy też rodziców. Ostatnio martwiłam się o chorą kobietę, która miała anemię. Wychowywała 8 dzieci. Umierała, bo nie miała pieniędzy na leki za 20 euro.

– Kiedyś do misji przyszedł mężczyzna i powiedział, że zmarła mu żona. Przyniósł dziecko i prosił, żeby Siostra się nim zaopiekowała.

– Wyjął dziecko z kieszeni. Powiedział, że chłopczyk przed chwilą się urodził i na imię ma Obama. Dodał: „Siostro, zmarła moja pierwsza żona przy porodzie. Zostawiła 12 dzieci. Wychowa je moja druga żona, ale najgorzej z tym małym, bo nie wiem, co zrobić, żeby przeżył”. Oczywiście, szybko zajęliśmy się Obamą. Dodam, że w Kenii panuje wielożeństwo i często żony wspierają się wzajemnie. Pojechałam do drugiej żony tego pana sprawdzić, jak im się żyje. Okazało się, że kobieta miała 10 swoich dzieci i nagle musiała zająć się jeszcze 12... Uzyskała od nas pomoc. Teraz Obama jest już duży i chodzi do szkoły.

– Poza biedą innym problemem w Laare są chorzy na AIDS.

Reklama

– Wiele osób choruje. Dzięki pomocy organizacji międzynarodowych mogą bezpłatnie otrzymywać leki, które pozwalają na normalne funkcjonowanie przez 20-30 lat. Ale żeby leki działały, chory musi jeść. Wielu chorych nie ma pieniędzy na jedzenie. Często głodują i dlatego leczenie jest nieskuteczne.
Inny problem to dzieci ulicy. Żyją z tego, co właściciele sklepów wyrzucają na śmietnik, i z resztek dań z restauracji. Śpią w jakichś kątach, pod samochodami, na bazarze. Próbujemy im pomóc – kąpiemy, wysyłamy do szkoły. Ale zostają u nas 2, 3 osoby, a reszta wraca na ulice.

– Czy dużo osób z Polski pomaga misji?

– Bardzo dużo. Jestem wzruszona ofiarnością ludzi. Miłosierny Bóg porusza ich serca, a my w Kenii jesteśmy pomostem do przekazywania tego dobra konkretnym ludziom, np. przedstawiciele gdańskiej Caritas przyjeżdżają co roku i przywożą dużo darów. To bezcenna pomoc. Pomagają klasy z różnych szkół Polski. Mamy bardzo wielu darczyńców indywidualnych, wśród nich jest też fotograf współpracujący z tygodnikiem „Niedziela” pan Grzegorz Gałązka. Często ludzie rezygnują z czegoś, aby pomagać. Pamiętam panią Katarzynę z Domu Opieki Społecznej w Otwocku. Na szafeczce nocnej miała zdjęcie Beniamina – dziecka z Kenii, któremu pomagała. Kiedyś powiedziała: „Siostro, w tym roku nie kupię sobie butów na zimę i te pieniądze przeznaczę na pierwsze buty dla mojego dziecka”.

– Pomagają również więźniowie...

Reklama

– ...np. z Włocławka. Tam są chłopcy, którzy pracują, np. nosząc worki z cementem. Zarobionych pieniędzy nie wydają np. na papierosy. Mówią: „Wyślijcie siostrze Alicji na pomoc dla dzieci”.
Często opowiadamy mieszkańcom Laare o darczyńcach. Są wzruszeni, że nie pozostają sami ze swoimi problemami, że ktoś o nich pamięta. Tym, którzy otrzymują pomoc, przypominamy, żeby dzielili się z innymi. Cieszymy się, że idą do domu z torebeczką fasoli i nie zostawiają jej dla siebie. Idą do mieszkających obok sąsiadów, którzy głodują, i dzielą się tym darem. Doświadczają miłości i sami ofiarowują miłość innym.

– Zaprasza też Siostra ludzi z Laare do wspólnej pracy, do dzielenia się odpowiedzialnością...

– Misja ma 9 ha ziemi ofiarowanych przez zarząd wsi i 5 krów zakupionych z darów m.in. szkół w Polsce. Dzięki temu dzieci piją mleko. Uprawą ziemi zajmujemy się wraz z mieszkańcami. Na początku matki tłumaczyły mi: „Siostro, ja nie mogę pracować, bo mam niemowlę w domu”. Odpowiadałam: „Przynieś niemowlę do misji, my je wykąpiemy, nakarmimy i się nim zajmiemy. A ty w tym czasie zapracuj, aby po powrocie do domu twoje dzieci mogły zjeść coś ciepłego”.

– Niektórzy byli zdziwieni...

– Chcemy, żeby dali coś z siebie, a nie tylko oczekiwali. Dzieci już to wiedzą. Będą otrzymywały pomoc do studiów, a kiedy je ukończą i znajdą pracę, to będą pomagały innym dzieciom będącym w potrzebie.

– Czy przy tylu obowiązkach znajduje Siostra czas na modlitwę?

Reklama

– Bez modlitwy nie dałabym rady! Nasza wspólnota liczy 6 sióstr zakonnych. Wstajemy o godz. 5.15, a o 5.30 jesteśmy już w kaplicy. Mamy godzinę na medytację, osobiste spotkanie z Panem Bogiem. Później odprawiana jest Msza św. Po śniadaniu każda z nas wypełnia zaplanowane obowiązki. O godz. 18.30, gdy zapada ciemność, udajemy się do kaplicy na modlitwy, Różaniec, Nieszpory. To są momenty, kiedy „ładujemy akumulatory”.
W ciągu dnia pomagamy w naszej parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Siostry prowadzą katechezy. Na terenie parafii znajduje się 11 kaplic dojazdowych. W niedzielę, gdy jeden z naszych dwóch księży nie może dokądś dojechać, nasze siostry prowadzą Liturgię Słowa, modlitwy, udzielają Komunii św.

– Czy w Laare jest bezpiecznie? Podobno 20 km od misji ludzie walczą ze sobą...

– To są walki plemienne. Woda i bydło są tu największą wartością, a nie np. dziecko czy żona. Żonę w Kenii można kupić za 20-30 krów. Do obrony bydła używane są łuki i strzały. Nieraz siedzimy z wolontariuszami w naszej misji, korzystamy z wi-fi, internetu, wysyłamy maile, a tu nagle kogoś przywożą do przychodni ze strzałą w plecach!
Czy czuję się bezpiecznie? Niedawno okazało się, że w meczecie w naszej wiosce Somalijczycy z jednej z organizacji terrorystycznych zaczęli szkolić dzieci. Jedno z nich uciekło i powiedziało: „Uczą nas, żeby zabić siostrę Alicję i podpalić kościół katolicki”. Policja zajęła się sprawą i aresztowała organizatorów tych szkoleń.

– Jakie plany ma Siostra?

Reklama

– Wielkim projektem jest budowa niewielkiego hostelu dla naszych dzieci w stolicy kraju, w Nairobi. Gdy wybierają się na studia, to nie mają gdzie mieszkać. Najtańsze mieszkania są w ubogich dzielnicach, gdzie jest prostytucja i sprzedawane są narkotyki. Chcę, żeby nasze dzieci znalazły bezpieczne miejsce.
Niedawno dostaliśmy od ludzi z wioski kolejną ziemię, aż 50 ha. Chcemy założyć tam hodowlę wielbłądów i później je sprzedawać.
Ale największym marzeniem jest to, żeby mieszkańcy zrozumieli, iż miłość mnoży się wtedy, gdy dzielimy się z innymi. Można się dzielić naszym czasem, serdecznością, troską, dobrami materialnymi. Nieraz wystarczy drobny gest, dobre słowo wobec osoby, która cierpi. Wtedy dokonuje się cud miłosierdzia.

– Czy jest Siostra szczęśliwa?

– Jestem chyba najszczęśliwszą osobą na świecie. Nieraz mówię, że sama sobie życia zazdroszczę. Wystarczy, gdy patrzę na uśmiech dziecka, które wcześniej było chore i głodne. To cud Opatrzności Bożej. Dziękuję wtedy Bogu za ludzi, którzy czynią dobro. Pamiętajmy, że każdy z nas może być misjonarzem. Każdy powołany jest do tego, by głosić miłość. W różny sposób. Jeden głosi miłość w rodzinie, inny na końcu Alaski czy w Laare, opowiadając o Bogu i pomagając innym. Należy to czynić bez względu na miejsce, wiek czy wykształcenie. Nieważne, czy jest się bogatym, czy biednym. Każdy może być misjonarzem.

* * *

Czytelnicy, którzy chcą pomóc misji w Laare, mogą skontaktować się z Fundacją Księdza Orione „Czyńmy Dobro”, pisząc pod adresem: ul. Lindleya 12, 02-005 Warszawa lub telefonicznie: 694-631-057 (od poniedziałku do piątku w godz. 10.00-17.00).

Zainteresowani projektem „Adopcja na odległość” mogą wpłacać pieniądze na konto: nr rachunku 14 1240 1053 1111 0010 4353 6691. Szczegóły dotyczące akcji dostępne są na stronie internetowej: www.czynmydobro.pl w zakładce „Projekty misyjne”, Adopcja na odległość w Laare.

2016-05-04 10:33

Oceń: +2 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Ponad 2 tys. polskich misjonarzy pracuje w 97 krajach świata – dziś zbiórka na rzecz misji

[ TEMATY ]

misje

ARCHIWUM KS. WIESŁAWA PODGÓRSKIEGO

Ks. Wiesław wśród swoich afrykańskich parafian. W tle budynek plebanii...?

Ks. Wiesław wśród swoich afrykańskich parafian. W tle budynek plebanii...?
Na całym świecie – w 97 krajach – pracuje obecnie 2170 polskich misjonarzy, w tym ponad 50 osób świeckich. Ich posługa wymaga duchowego, ale i materialnego wsparcia. Stąd ogólnopolska zbiórka do puszek, organizowana w II niedzielę Wielkiego Postu przez Dzieło Pomocy „Ad gentes”. W ubiegłym roku zebrano w ten sposób ponad 1,8 mln zł, dzięki czemu m.in. wsparto finansowo 134 projekty ewangelizacyjne, charytatywne, edukacyjne i kulturalne. O pomocy polskim misjonarzom mówi w rozmowie z KAI ks. Jarosław Buchowiecki, dyrektor Dzieła Pomocy „Ad gentes”. KAI: W ciągu roku jest kilka ogólnopolskich zbiórek na rzecz misji, przeprowadzanych przez różne organizacje. Na co idą pieniądze zbierane przez Dzieło Pomocy "Ad gentes"? Ks. Jarosław Buchowiecki: „Ad gentes” troszczy się polskich misjonarzy, którzy „zrzeszeni” są pod płaszczem Komisji Episkopatu Polski ds. Misji. Jest ich obecnie 2170 – kapłanów zakonnych, zakonników i zakonnic, księży diecezjalnych i osób świeckich. Tych ostatnich jest ponad 50. Wspieramy finansowo ich działalność ewangelizacyjną, charytatywną, społeczną i kulturową na terenach misyjnych. Temu służy – organizowana już po raz 8. – ogólnopolska zbiórka do puszek w II niedzielę Wielkiego Postu, która w tym roku przypada 24 lutego, pod hasłem „Pomagajmy misjonarzom w Roku Wiary”. KAI: Liczba misjonarzy od lat ulega niewielkim zmianom, dlaczego misjonarzy nie przybywa? - Sprawy powołania misyjnego zostawiamy Panu Bogu, ale możemy też wiele zrobić, by „zarażać” misjami. Tu potrzebna jest praca animacyjna w kraju, ale też właśnie odpowiednie zaplecze dla misjonarzy. Bez materialnego wsparcia, bez naszej pomocy ich posługa jest niezwykle trudna. Misjonarz musi być człowiekiem z pasją. Jego zadanie to nie tylko ewangelizacja, musi pochylać się nad człowiekiem w każdym aspekcie życia, nad konkretnymi problemami. Musi poznać strukturę społeczną kraju, do którego jedzie, mentalność, zależności polityczne, tradycje. Nie powinniśmy jednak narzekać na liczbę polskich misjonarzy – od lat jest stała, a 2 tys. osób pracujących w 97 krajach świata to spora rzesza ludzi. Misje to dla nich styl życia, cały świat jest ich ojczyzną. Z każdym rokiem jest też coraz większe zainteresowanie świeckich wyjazdami na misje. Wprawdzie liczba 50 przy 2 tys. ogółu może się wydawać mała, ale trzeba pamiętać, że świeckim trudniej jest zostawić dom, pracę, rodzinę czy – w wypadku małżeństw – przenieść się z rodziną do innego kraju na 3-5 lat. Osoby świeckie trudniej jest wysłać na misje, trzeba je przygotować, zabezpieczyć. "Ad gentes" w 100 proc. opłaca świeckim misjonarzom ubezpieczenie zdrowotne i społeczne. Trzeba też przyznać, że potrzeby krajów misyjnych, które proszą o misjonarzy, są większe niż nasze możliwości. Stąd prowadzimy akcje animacyjne, zachęcamy do rozważania "czy to jest moje powołanie?". Nikogo nie można zmusić do pracy na misjach, ale można zachęcać. KAI: Od 2006 roku przeprowadzana jest zbiórka, ile udało się zebrać w roku ubiegłym? Do puszek zebrano 1 mln 875 tys. zł. Te pieniądze są dzielone między misjonarzy – księża diecezjalni oraz świeccy otrzymują raz w roku dotację w wysokości 3,5 tys. zł na osobę (księża zakonni, zakonnicy i zakonnicy nie, ponieważ mają zaplecze materialne od własnego zgromadzenia). W sumie daje to ok. miliona zł. Każdy misjonarz przyjeżdżający na urlop do Polski otrzymuje też 500 zł dotacji urlopowej lub prawo do tygodniowego pobytu w domu misyjnym w Jastrzębiej Górze. Pół miliona zł przeznaczamy na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne świeckich misjonarzy. Finansujemy też projekty misyjne – każdy misjonarz ma prawo zgłosić jeden rocznie. W ubiegłym roku było ich 134, na łączną kwotę 132 tys. 400 euro czyli ok. 600 tys. zł. Jak widać, sama zbiórka do puszek nie wystarcza na wszystko – na szczęście są jeszcze indywidualni darczyńcy, wspierający Dzieło przez cały rok, prowadzimy też akcję sms-ową, z której w ubiegłym roku uzyskaliśmy ponad 140 tys. zł. Można ją wesprzeć wysyłając na numer 72032 sms-a o treści „Misje”. KAI: Jakiego rodzaju projekty zgłaszają misjonarze? - Można je zgłaszać w 4 kategoriach: ewangelizacyjnej, edukacyjnej, medycznej i charytatywnej. Najwięcej projektów otrzymaliśmy z Afryki - 89, z Ameryki Południowej i Środkowej - 33, z Azji - 12. To było np. dofinansowanie budowy centrum katechetycznego w Ekwadorze, wyposażenia klas szkolnych w Tanzanii, zakupu mebli dla internatu w Indiach, materiałów edukacyjnych dla dwóch przedszkoli w Ghanie, wyposażenia szkoły średniej w Kongo, dożywiania dzieci w Kazachstanie, czy warsztatów artystycznych w Brazylii. Dużo jest projektów typowo charytatywnych, jak dożywianie dzieci, zakup leków i szczepionek na zakaźne choroby. Każdy taki projekt musi być potwierdzony przez biskupa miejsca lub przełożonego domu zakonnego. Sprawdzamy też, czy misjonarz składał w latach ubiegłych projekty i czy się z nich właściwie rozliczył. Staramy się nie odrzucać żadnych projektów, jeśli są wątpliwości merytoryczne, kontaktujemy się z misjonarzem czy misjonarką i wyjaśniamy. Jesteśmy od tego, by realizować projekty a nie je odrzucać. Jeśli projektów jest dużo a pieniędzy mało, staramy się dzielić to co mamy, pamiętając, że dla misjonarzy i osób korzystających z ich pomocy, każda prośba jest ważna.
CZYTAJ DALEJ

Nowenna do bł. ks. Jerzego Popiełuszki

[ TEMATY ]

bł. Jerzy Popiełuszko

nowenna

Grzegorz Jakubowski / KPRP

Nowenna do odmawiania między 10 a 18 października przed wspomnieniem bł. ks. Jerzego Popiełuszki lub w dowolnym terminie.

Boże jedynie dobry i łaskawy, spraw przez nieskończone zasługi męki i śmierci Jezusa Chrystusa, Syna Twego, przez przyczynę Niepokalanej Maryi Dziewicy i wszystkich Świętych, a szczególnie Błogosławionego księdza Jerzego, abym dostąpił łaski, o którą proszę (przedstawić swoje prośby).
CZYTAJ DALEJ

Watykan docenia rolę sanktuariów w przekazie wiary

2026-10-13 17:18

[ TEMATY ]

Watykan

sanktuarium

Vatican Media

Stolica Apostolska zaprosiła na konsultacje przedstawicieli 16 najważniejszych sanktuariów na świecie. Jak mówi przeor Jasnej Góry, wynika to z nowej roli tych kluczowych miejsc kultu we współczesnym świecie. Przybywają bowiem do nich również ludzie dalecy od Kościoła czy wręcz niewierzący i niekiedy właśnie tam doświadczają nawrócenia. Zdarza się to również w Częstochowie – zapewnia o. Grzegorz Prus. „Matka Boża naprawdę działa w tym miejscu i posługuje się swym wizerunkiem”.

Spotkanie odbyło się z inicjatywy Dykasterii ds. Ewangelizacji. Przewiduje się nawiązanie stałej współpracy i kolejne spotkania w tym gronie w ciągu najbliższych trzech lat. Przedstawiciele sanktuariów mają tworzyć coś w rodzaju konsulty. „Jesteśmy głosem z terenu, oczekuje się od nas informacji na temat funkcjonowania sanktuariów” – opowiada Vatican News przeor Jasnej Góry. Z drugiej strony dla sanktuariów jest to szansa, by lepiej się zintegrować z Kościołem powszechnym i patrzeć na ideę samego sanktuarium w wymiarze uniwersalnym – dodaje o. Prus.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję