Reklama

Tu Pan Bóg ma pierwszeństwo

2016-05-24 13:24

Katarzyna Jaskólska
Edycja zielonogórsko-gorzowska 22/2016, str. 4-5

Piotr Jaskólski
Magdalena Stachowska – żona, mama, prezes Chrześcijańskiej Fundacji Rozwoju Osobistego RONDO, razem z mężem prowadzi w Zielonej Górze religijną księgarnię Boski Sklep

KATARZYNA JASKÓLSKA: – „Rondo” to dość intrygująca nazwa dla fundacji.

MAGDALENA STACHOWSKA: – Wszystko zaczęło się od żartu: „Co Pan Bóg robi na rondzie? Nawraca”. W naszym życiu jest tak, że często nie wiemy, czy skręcić w lewo, czy zawrócić, albo stoimy na wysepce tak długo, aż podejmiemy decyzję. To mogą być różne sprawy – wybór studiów, ciężka sytuacja w domu, w pracy, potrzeba zmiany, rozeznania powołania. Znajdujemy się na rondzie i rozwiązujemy to z Bożą pomocą. Stąd wzięła się Chrześcijańska Fundacja Rozwoju Osobistego RONDO. W grupie kilku osób mieliśmy różne pragnienia w sercach, żeby robić coś dla Pana Boga. Początkowo były to głównie osoby z fraterni franciszkańskiej przy kościele Ojców Franciszkanów w Zielonej Górze, ale z czasem dołączyły osoby z innych kościelnych wspólnot czy kręgów. Tak powstała fundacja, która oficjalnie istnieje od listopada ubiegłego roku, choć działania podejmowaliśmy jeszcze przed uzyskaniem osobowości prawnej.
RONDO to też skrót od „Rozwój Osobisty Na Drodze Oczyszczenia”. Bo rozwijać się może każdy, ale bez oczyszczenia, przebaczenia, uzdrowienia za daleko nie damy rady dojść.

– Nie da się ukryć, że rozwój osobisty jest dziś na topie.

– Uważamy, że każdy powinien się rozwijać, że to jest nasze podstawowe powołanie. Powinniśmy odkrywać, kim jesteśmy, jakie są nasza misja, cel, rozwijać nasze talenty i to wszystko, co Pan Bóg w nas złożył. Cały czas pamiętając, że wjeżdżając na rondo, musimy ustąpić pierwszeństwa Panu Bogu, to On jest tu najważniejszy.
Teraz wszędzie jest pełno haseł, że trzeba się rozwijać, że wszystko możesz, że marzenia są od tego, żeby je spełniać. A my zaczęliśmy się zastanawiać, czy faktycznie wszystkich to dotyczy. Na naszej drodze natknęliśmy się na osoby bezdomne. One nie mają szansy ani podstaw do tego, żeby ich marzenia się spełniały. Nie mają gdzie mieszkać, nie mają co zjeść – więc o jakich wielkich planach i marzeniach możemy mówić w ich sytuacji? Piramida potrzeb Maslowa wyraźnie pokazuje, że jeśli podstawowe potrzeby nie zostaną zaspokojone (dach nad głową, odzież, wyżywienie, poczucie bezpieczeństwa, przynależności), to o żadnym rozwoju osobistym nie ma sensu nawet rozmawiać. Dla nich to zbyt wielka abstrakcja. Kiedy ktoś jest głodny, nie będzie się zastanawiał, jakie ma pasje i jak je rozwijać. Myśli o tym, jak przetrwać, jak zdobyć coś do zjedzenia albo w co ubrać swoje dziecko. Dlatego jako fundacja najpierw chcemy zaspokajać podstawowe potrzeby, żeby później móc tym ludziom powiedzieć i o Panu Bogu, i o innych sprawach. Łatwo jest powiedzieć bezdomnemu na ulicy: „Bóg cię kocha”, ale to nic nie zmieni, jeśli zostawimy go w śmietniku, nie damy nic do jedzenia.

– Dlatego postanowiliście poprowadzić w Zielonej Górze dom dla bezdomnych.

– Tak, działa już od roku. Osób bezdomnych i potrzebujących pomocy nie brakuje. To niekoniecznie ludzie, którzy żyją na ulicy latami. To czasami maltretowane kobiety, które nie mają dokąd pójść, to czasami ludzie, którym nagle zawalił się świat i stracili grunt pod nogami. Jako fundacja wynajmujemy dom przy ul. Malczewskiego. Pod koniec ubiegłego roku dostaliśmy zgodę wojewody i wpisano nas do rejestru placówek zapewniających miejsca noclegowe pod pozycją 37. W domu znajduje się 12 pokoi, 8 łazienek, są kuchnia, spiżarnia, pralnia. Jest też ogród. Jesteśmy w stanie pomieścić tam 20 osób. Przyjmujemy różnych ludzi, także matki z dziećmi. Są też osoby, których stan zdrowia jest zbyt zły, żeby mogły iść do noclegowni, a zbyt dobry, żeby trafiły do DPS-u, jesteśmy więc też miejscem pośrednim, jedynym takim w Zielonej Górze.
Mówi się, że lepiej dać człowiekowi wędkę niż rybę. My dajemy najpierw rybę, żeby człowiek miał siłę chwycić wędkę, a potem idziemy z nim na połów i pokazujemy, jak to robić. Dostają więc nocleg, jedzenie, ubranie i pomoc adekwatną do ich potrzeb i oczekiwań.

– To spore przedsięwzięcie.

– To prawda, jednak potrzeby są bardzo duże, dlatego docelowo myślimy już o drugim domu. Ten, który obecnie prowadzimy, służy usamodzielnianiu. Jego mieszkańcy muszą podporządkować się określonym zasadom i chcieć poprawić swoją sytuację, np. obowiązuje całkowity zakaz picia alkoholu. Pomagamy im w wypełnianiu różnych dokumentów, pisaniu podań i szukaniu pracy. Biurokracja jest dla nich bardzo często czymś przytłaczającym, nie potrafią się w tym odnaleźć. Pomagamy przejść przez sprawy związane z długami, z ustaleniem praw opieki nad dzieckiem albo ze zdrowiem. Ale też uczymy ich samodzielnego życia, żeby w przyszłości mogli wynająć sobie własny pokój czy mieszkanie i zająć się sobą. Na przykład każdy z nich dostaje od nas produkty żywnościowe, z których sam musi sobie przygotowywać posiłki. Oczywiście mieszkańcy mogą dzielić się obowiązkami i gotować na zmianę, ale nikt nie może oczekiwać, że ktoś będzie to zawsze za niego robił. Są ustalane dyżury, jeśli chodzi o sprzątanie, jest regulamin i np. cisza nocna czy godzina powrotu do domu. Ci ludzie uczą się żyć od nowa. Dla niektórych nauka obsługi pralki czy gospodarowania jedzeniem jest ogromną lekcją.
Każdy z mieszkańców ma swoją historię, więc nie robimy czegoś takiego, że każemy stanąć na nogi w określonym czasie. Jednemu wystarczy miesiąc, drugi będzie potrzebował roku. Chodzi nam o to, żeby w ogóle były postępy, żeby ci ludzi pokazali, że chcą zmienić swoje życie – i my im w tym pomożemy. Ale widzimy też, że są ludzie, którzy raczej się już nie pozbierają, ze względu na wiek, na chorobę, na bagaż doświadczeń. Dla nich chcielibyśmy stworzyć drugi dom, w którym mogliby zamieszkać już na stałe. Jesteśmy na etapie rozmowy z miastem, może uda się dostać jakiś większy budynek. Zobaczymy. Miasto bardzo życzliwie odnosi się do naszych działań.

– Również nazwa Waszego domu wiele mówi o jego charakterze.

– Chrześcijański dom rozwoju osobistego dla osób w trudnej sytuacji życiowej „Talitha kum”. Jest piosenka Magdaleny Frączek „Talitha kum, mówię ci, dziewczynko, wstań! Wcale nie umarłaś, lecz śpisz”. Bez względu na to, w jak wielkim bagnie człowiek się znajduje i jak mocno upadł, to Jezus z każdej sytuacji potrafi go wydźwignąć. Z Jego pomocą możemy zmienić radykalnie swoje życie i stanąć na nogi.

– Dom istnieje od roku. Czy możecie już mówić o jakichś owocach?

– Przez ten czas dom stał się oparciem dla ponad 40 osób, według nas to dużo. I są wśród nich ludzie, którzy niestety wrócili na ulicę. Ale są też tacy, którzy faktycznie wykorzystali ten czas. Zdajemy sobie sprawę, że owoce możemy zobaczyć dopiero za kilka lat, a może to nawet nie my będziemy te owoce oglądać. Nie robimy tego, żeby podziwiać efekty ani żeby słyszeć podziękowania. Jeżeli ktoś nie chce zmiany w swoim życiu, my go do tego nie zmusimy.

– Jak osoby bezdomne dowiadują się o Was?

– Głównie z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, od kuratorów, z Ośrodka Interwencji Kryzysowej. Chcemy zacząć współpracę ze streetwalkerami, którzy będą szukać bezdomnych na ulicach, ale to raczej temat na jesień czy zimę, bo teraz jest ciepło i ludzie sobie sami radzą. Latem, jeśli mają wybrać między alkoholem a noclegiem, to najczęściej wybiorą alkohol. A alkohol jest w naszym domu całkowicie zakazany. Osoba „pod wpływem” nie ma wstępu, może wrócić, jak już wytrzeźwieje. Ta zasada jest bardzo przestrzegana, szczególnie że w domu mieszkają też kobiety w ciąży albo z dziećmi i muszą czuć się bezpiecznie.
Odzywają się też do nas zwykli ludzie, którzy informują, że w ich okolicy żyje taki pan, który jest bezdomny, i jeśli tylko ten człowiek będzie chciał naszej pomocy, my mu jej udzielimy.
Kiedy ktoś prosi nas na ulicy o pieniądze lub jedzenie, to mówimy mu, że mamy taki dom, że można przyjść, porozmawiać, uzyskać kompleksową pomoc. Nie chodzi o to, żeby raz czy drugi dać 2 zł na bułkę i zastanawiać się, czy na pewno kupi za to jedzenie. Zachęcam do tego, żeby informować bezdomnych o naszym domu, nawet napisać adres na karteczce. Wiem, że ludzie chcą pomagać, a często nie wiedzą jak – można właśnie w ten sposób.
Pierwszym sprawdzianem, czy osoba prosząca o pomoc faktycznie tego potrzebuje, jest to, czy w ogóle do nas przyjdzie. Są ludzie, którzy przychodzili w nocy albo czekali od samego rana – tak bardzo potrzebowali, żeby im pomóc. A są też tacy, którzy dostali już od nas kilka razy karteczkę z adresem, a nie pojawili się.

– Czy jest jakiś opiekun domu, osoba mieszkająca tam na stałe?

– Tak, zatrudniamy taką osobę. Dobrze by było, gdyby można było zatrudnić więcej pracowników, ale na to nie mamy finansów. Też sami w ramach naszego bycia w fundacji przychodzimy do domu, np. o. Paweł jest tam raz w tygodniu, żeby wygłosić katechezę, porozmawiać, wyspowiadać. Chciałoby się przychodzić częściej, robić więcej, ale mamy swoje rodziny i obowiązki, więc wszystkiego nie damy rady. Szczególnie, że mamy też inne projekty.

– Co na przykład?

– W drugie soboty miesiąca w kościele Ojców Franciszkanów organizujemy razem z fraternią franciszkańską wieczory uwielbienia połączone z konferencją. W czerwcu to spotkanie wyjątkowo robimy w trzecią sobotę, bo wtedy przyjedzie do Zielonej Góry o. Adam Szustak – już dzisiaj serdecznie zapraszam.
Chcielibyśmy też otworzyć w naszym mieście żłobek katolicki. Czemu? Choćby dlatego, że nie podoba nam się, że w tylu innych placówkach dzieci od maleńkości są faszerowane jakimiś halloweenami. Poza tym taki żłobek pomógłby mieszkankom naszego domu – często nie mogą sobie pozwolić na pójście do pracy, bo nie mają z kim zostawić dziecka. Tu ten problem zostałby rozwiązany. Nie wiemy, ile czasu nam to zajmie, zobaczymy, jakimi drogami Pan Bóg nas poprowadzi. A Jego decyzje nas wciąż zaskakują. Przecież nasza fundacja powstała po to, żebyśmy mieli swój dom rekolekcyjny – ale Pan Bóg pokazał nam, że to nie jest najpilniejsze, że ważniejsza teraz jest pomoc ludziom bezdomnym. Dom rekolekcyjny sam w sobie jest świetnym pomysłem, ale to jeszcze nie ten czas. Mogliśmy go stworzyć, modlić się tam, uwielbiać Pana, jednak poprzestanie na tym byłoby hipokryzją, zwłaszcza że modlimy się, by „ubogim głosić Dobrą Nowinę, więźniom wolność” i tak dalej. Pan Bóg nam pokazał, że nie możemy się zamknąć we własnej salce kościelnej, we wspólnocie, w której jest nam dobrze. Musimy iść do ludzi. W końcu Jezus powiedział: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”.

– Gdzie można o Was poczytać? I jak pomóc?

– Mamy konto na Facebooku. Powstaje też nasza strona internetowa. Jeśli ktoś chciałby nas wesprzeć finansowo, będziemy się bardzo cieszyć. Część środków dostajemy z MOPS-u, reszta to darowizny. Utrzymanie takiego domu nie jest łatwe. Dlatego potrzeba dużo modlitwy. A jeśli ktoś chce pomóc materialnie, to dowolną kwotę można przelać na konto, którego numer jest podany na Facebooku.

Magdalena Stachowska – żona, mama, prezes Chrześcijańskiej Fundacji Rozwoju Osobistego RONDO, razem z mężem prowadzi w Zielonej Górze religijną księgarnię Boski Sklep

Tagi:
wywiad rozmowa sklep

Współczesne galernictwo

2018-04-25 11:30

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 17/2018, str. 36-37

Wprowadzenie ograniczenia handlu w niedzielę pokazało, że włóczenie się po galeriach handlowych nie musi być najchętniej wybieranym przez Polaków sposobem spędzania wolnego czasu. Okazało się, że bez niedzielnych zakupów da się żyć

Grzegorz Boguszewski
Złote Tarasy w Warszawie

Prawdopodobnie już od jakiegoś czasu można mówić o przesyceniu polskiego rynku galeriami handlowymi, a mimo to wciąż ich przybywa. Od tego przybytku głowa zaczyna już boleć, jako że nowe obiekty powstają dość bezrozumnie, np. w lokalizacjach niezapowiadających godziwego zysku tym, którzy kuszeni często kłamliwymi obietnicami decydują się na otwarcie swoich firm w tych przybytkach handlu. Coraz częściej okazuje się, że potencjał konsumpcyjny w okolicy nowo otwartej galerii, nawet mimo 500+, nie jest odpowiednio wielki. Trudno powiedzieć, na co liczą deweloperzy, którzy budują te coraz to nowe pałace handlu w różnych dziwnych miejscach. Na pewno nie na swój zdrowy rozsądek.

Galerie powstają nie tylko w wielkich miastach, ale także w tych mniejszych, według prognoz demograficznych – niestety, skazanych na postępujące wyludnianie się. Tam już dziś najemcy sklepów bankrutują, bo czynsze są wygórowane, a obiecane przez właścicieli galerii kokosy pozostały tylko handlowym kłamstwem lub mrzonką.

Mimo to Polska galeriami stoi. Ich właściciele wciąż – nawet mimo ustawowego ograniczenia handlu w niedzielę – liczą na bajońskie zarobki. Bo Polska od czasów szlaku bursztynowego to przecież znakomity, nienasycony rynek. Tak dziś myślą zagraniczni właściciele galerii handlowych, bo to głównie kapitał zagraniczny zainwestował i nadal chętnie inwestuje w dziesiątki nowych centrów handlowych. Zapewne także dlatego, że w macierzystych krajach wyczerpał już swoje możliwości.

Zachodni analitycy mówią, że galeryjny interes toczy się tam coraz wolniej, zacina się; obroty galerii handlowych od 2008 r. systematycznie spadają, a pustostany po poszczególnych sklepach w niektórych przypadkach stanowią do 50 proc. powierzchni całej galerii. W kolebce galeryjnego biznesu, w USA, przepowiada się już nawet ich koniec – przede wszystkim z powodu przestawiania się społeczeństwa na zakupy internetowe, ale też chyba z powodu znużenia galeryjnym stylem życia; faktem staje się, że Amerykanie poza tym, iż kupują przez Internet, jednak coraz chętniej wybierają zakupy w małych sklepach. Niezwykle symptomatyczne jest to, że dzisiejsza amerykańska młodzież – jak wynika z badań Uniwersytetu Michigan – nie lubi już tak jak jeszcze kilka lat temu spędzać czasu w galeriach handlowych, uważa nawet, że przebywanie w nich jest „obciachowe”.

Zamiast trzepaka

Jedno, co rzuca się w oczy przy choćby pobieżnej obserwacji galerii handlowych w polskich miastach, to ciągnące do nich o każdej porze dnia tabuny młodzieży w wieku szkolnym. Ze specjalnych badań przeprowadzonych w Zakładzie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie wynika, że przebywanie w galeriach jest sposobem na „zaspokajanie naturalnych w tej grupie wiekowej potrzeb psychologicznych i społecznych”. Bo naturalną koleją rzeczy jest, że młodzież zawsze ciągnie do miejsca i środowiska uznawanego za atrakcyjne. Psychologowie wyrażają jednak niepokój, czy zaspokajanie potrzeb psychologicznych w ten właśnie sposób jest konstruktywne. Można mieć obawy, że wręcz przeciwnie – prowadzi raczej na manowce życia i zamiast dobrych roznieca jednak złe emocje.

Dla młodzieży, która nie może sobie pozwolić na zbyt wiele zakupów, galerie są substytutem miejsc, których już nie ma lub których młodzi ludzie nie chcą z jakichś powodów dostrzegać. A galeria przynajmniej daje jakieś złudzenia.

Polska młodzież tak masowo odwiedza galerie nie dla zakupów – choć je lubi, a może nawet bywa już od nich uzależniona – raczej dla zabicia czasu i dobrej zabawy we własnym gronie. A ponadto, jak twierdzą sami nastolatkowie, częste wizyty w centrum handlowym oraz zakupy podwyższają atrakcyjność w oczach rówieśników. Głównie chodzi im jednak nie o to, żeby kupować, leczy by się spotkać, porozmawiać. Włóczą się więc po galeriach, coś przymierzają, coś oglądają, czasem robią głupie dowcipy ochroniarzom, czasem, przeważnie „dla sportu”, kradną.

Socjologowie twierdzą, że galerie po prostu zaczęły przejmować funkcję dawnych podwórek, na których młodzież gromadziła się najchętniej przy trzepakach. Wśród wielkomiejskiej młodzieży jeszcze nie wywołują znudzenia, a dla tej małomiasteczkowej są wciąż ogromną atrakcją i celem wielokilometrowych pielgrzymek, mimo że przecież nie zachwycają swoją dość zgrzebną – w porównaniu ze swoimi zachodnimi i azjatyckimi odpowiednikami – ofertą.

Totalna rozrywka

Dzisiejsze galerie starają się mieścić niemal wszystko – sklepy stały się marginesem ich egzystencji. Nierzadko można odnieść wrażenie, że czynione są wszelkie możliwe działania, aby człowiek – klient mógł spędzać pod ich dachem dosłownie całą dobę. I tak nieustannie powstają coraz większe i coraz bardziej dziwne twory handlowe.

Pierwsza współczesna – podobna do dzisiejszych, lecz nieporównanie mniejsza – galeria handlowa powstała w 1956 r. w Edinie w Minnesocie. Była naprawdę mała – po prostu duży sklep spożywczy plus kilka sklepów innych branż – lecz szybko stała się wzorem do naśladowania. To było pierwsze, odmienne od popularnych domów towarowych, zamknięte centrum handlowe. Z biegiem lat te nowe centra obok różnorodnych towarów zaczęły oferować także rozrywkę, co w zamyśle ich właścicieli miało przyciągnąć klientów.

Jednakże era lawinowego rozwoju wielkomiejskiego galernictwa rozpoczęła się dopiero w latach 80. XX wieku, kiedy to zaczęto specjalnie projektować duże powierzchnie handlowe i tworzyć coś na kształt bliskowschodnich ogromnych zadaszonych bazarów, których historia liczy sobie kilkaset lat (Grand Bazaar w Stambule powstał już w 1461 r.).

Te współczesne „bazary” mają coś z kolorytu swych praszczurów, starają się je naśladować, dostosowując do potrzeb współczesnego człowieka, a może raczej kształtować i zwielokrotniać te potrzeby, zamykać je w okowach XXI-wiecznego konsumpcyjnego blichtru. Mimo to te coraz bardziej monstrualne świątynie handlu i rozrywki zaczynają wyraźnie przegrywać z podobnie już działającymi gigantycznymi galeriami internetowymi.

Aby zapobiec totalnemu bankructwu i wizji olbrzymich pustych murów straszących podobnie jak rudery starych fabryk – a taką przyszłość wieszczą galeriom niektórzy ekonomiści i socjologowie – właściciele galerii od kilku już lat dosłownie stają na głowach, aby przyciągnąć ludzi rozlicznymi atrakcjami. W latach 90. minionego wieku w wielkie centra handlowe zaczęli inwestować giganci biznesu rozrywkowego, m.in. Disney, Universal, Warner i inni; w amerykańskich galeriach handlowych powstawały wtedy pierwsze tzw. parki tematyczne.

W polskich galeriach nikogo już nie dziwią różnego rodzaju salony usługowe, kawiarnie czy „wydarzenia artystyczne”. Daleko im wszakże do tego, co oferują zagraniczni giganci, i zapewne w Polsce chciano jeszcze tę ogromną lukę zagospodarować, jednak Polska to przecież nie USA czy Emiraty Arabskie.

W łódzkiej Manufakturze – jednym z największych polskich centrów handlowych – stworzonej w 2006 r. na bazie odrestaurowanych wnętrz po fabrykach włókienniczych, na 110 tys. m2 powierzchni znajdują się muzea, kina, dyskoteki, ponad 250 butików i sklepów, kilkadziesiąt restauracji, a także ponad 3-hektarowy rynek pełniący funkcję otwartej przestrzeni publicznej.

W wielu polskich galeriach znajdziemy dziś kina i kluby fitness, kręgielnie, szkoły tańca, salony kosmetyczne i SPA, usługi stomatologiczne, a nawet punkty medyczne (głównie medycyny estetycznej). Taka szeroka oferta, jak twierdzą właściciele galerii, bardzo podoba się Polakom. Ponoć cieszą się zwłaszcza z pojawiających się w galeriach usług medycznych... A aż 40 proc. klientów deklaruje, że odwiedza galerię handlową po to, by skorzystać z oferty rozrywkowej centrum, bo jak wynika z badań własnych galerii, 89 proc. osób, które odwiedziło kino, wybrało to, które znajdowało się właśnie w centrum handlowym. Czyżby rzeczywiście galerie stały się dla coraz większej liczby Polaków miejscem spotkań numer 1, jak entuzjastycznie zapewniają ich menedżerowie, którzy deklarują jednocześnie gotowość do rozszerzania oferty stosownie do miejscowych potrzeb? Miejmy nadzieję, że tak nie jest.

Kościoły i lwy morskie

Trudno jednak sobie wyobrazić – przynajmniej na razie – by w którejś z galerii zbudowano osiedle mieszkaniowe, szkołę czy nawet przedszkole (co najwyżej są specjalne kąciki i gadżety dla dzieci, aby nie przeszkadzały rodzicom w robieniu zakupów) albo kościół, choć już wtedy, kiedy galerie dopiero zaczęły się pojawiać i zagospodarowywać wszystkie niedziele Polaków, takie pomysły też się pojawiały. Obecnie w centrach handlowych na świecie znajduje się ok. 20 kaplic i kościołów różnych wyznań chrześcijańskich.

Polskie galerie starają się wzbudzać emocje konsumenckie na wszelkie możliwe sposoby, jednakże na szczęście nie będą chyba w stanie konkurować z takimi gigantami, jak np. jedno z tokijskich centrów handlowych, w którym mieszczą się Szpital Johna Hopkinsa, hotel Ritz-Carlton, galerie sztuki, lub z Mall of the Emirates w Dubaju, które szczyci się... obiektem narciarskim (jak przystało na kraj pustynny). Aczkolwiek wszystko przed nami i być może jakiś inwestor wymyśli kolejną galerię ze skocznią narciarską, by zagrać na sentymentach i pasjach Polaków.

W największym na świecie centrum handlowym – West Edmonton Mall (rok powstania: 1981) w Edmonton, w kanadyjskiej Albercie, znalazły się tzw. rejony tematyczne (np. Europa Boulevard i Chinatown), park rozrywki Galaxyland oraz jezioro, w którym żyją lwy morskie. Największe w Europie centrum handlowe – Istanbul Cevahir pyszni się szklanym dachem i drugim co do wielkości zegarem na świecie. Z ciekawej konstrukcji szklanego dachu znane są także warszawskie Złote Tarasy...

Trwa światowy wyścig wielkich galerii handlowych na łowienie konsumentów; wciąż powstają nowe – coraz większe, z coraz to bardziej wymyślnymi pułapkami. Jeden z pierwszych architektów tego typu budowli zakładał, że będą one w coraz większym stopniu służyły życiu społecznemu oraz obywatelskiej aktywności. Czy jednak rzeczywiście centra handlowe są w stanie odgrywać taką rolę, jak przez wieki poczciwy miejski rynek, który był przecież nie tylko centrum biznesowym, ale przede wszystkim miejscem spotkań integrujących i socjalizujących miejską społeczność? Czy galerie handlowe naprawdę zapewniają możliwość nieprzelotnych międzyludzkich kontaktów? Czy pomysł tworzenia placów wiecowych na terenie galerii rzeczywiście pomoże społeczeństwu obywatelskiemu czy raczej wynaturzy obywatelskie wiecowanie?

Nad Wisłą wielkie galerie handlowe z całą pewnością cieszą się od chwili swego zaistnienia wielkim prestiżem, dowartościowują miejscowości, w których powstały, są – od początku były tak przedstawiane – wyznacznikiem ogólnonarodowego dobrobytu, bo Polacy wciąż kupują jak szaleni i wszyscy się z tego cieszą. Jednakowoż daje się już zauważyć także pewne trendy odwrotu od mody na galerie. W Warszawie np. znane i drogie marki wolą odrębną lokalizację w centrum miasta niż w tutejszych galeriach, a galerniane kawiarenki nie są już ulubionym miejscem spotkań tych, którzy chcą być „trendy”. To całkiem dobry znak na przyszłość.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mateusz Morawiecki i Jakub Błaszczykowski w Truskolasach

2019-07-22 18:17

PAP

– Moim marzeniem jest, żeby młodzież mogła trenować, żeby odciągnąć ją od głupstw – podkreślił premier Mateusz Morawiecki w Truskolasach, który w poniedziałek odwiedził Szkołę Podstawową im. Stanisława Ligonia, gdzie zainicjował budowę boiska sportowego.

Twitter.com

Morawiecki w Truskolasach spotkał się z piłkarzem, reprezentantem Polski, byłym zawodnikiem m.in. Borussi Dortmund, a obecnie Wisły Kraków, pochodzącym z Truskolasów Jakubem Błaszczykowskim.

Według premiera trzeba się zastanowić nad systemem szkolenia młodych piłkarzy i nowatorskim podejściem do piłki nożnej.

– Wielkim naszym pragnieniem, a moim marzeniem jest to, żeby dzieciaki, młodzież również z Truskolasów, z takiej ziemi jak ta, północna część woj. śląskiego, żeby mogły trenować, żeby chciało im się chcieć, żeby odciągnąć ich od tych głupstw, głupotek i większych jakiś chuligańskich wybryków, albo siedzenia z nosem w smartfonach – powiedział Morawiecki.

Premier oznajmił, że „droga do sukcesu jest usiana ciężką pracą”. – Nie wolno się załamywać. Trzeba podnosić głowę po drobnych i większych porażkach – oznajmił.

Jestem przekonany, że za 5-10 lat będziemy w stanie osiągać sukcesy w Lidze Mistrzów, w piłkarskich mistrzostwach świata i Europy – ocenił premier...

– Trzeba iść do przodu w ramach pewnej dyscypliny. Taką drogę przebył nasz piłkarz. Chciałem podziękować Kubie Błaszczykowskiemu za wspaniałą postawę, postawę patriotyczną i naukę patriotyzmu w praktyce – dodał.

Jakub Błaszczykowski stwierdził, że jest to dla niego „bardzo ważny dzień”. – Jak wspomniałem panu premierowi, od 2010 r. starałem się, żeby takie wydarzenie miało miejsce, żeby powstało boisko, akurat tu, bo tutaj wykonywałem pierwsze kroki – powiedział.

Budowa boiska w Truskolasach jest częścią finansowanego przez rząd Programu Certyfikacji Szkółek Piłkarskich PZPN.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Licheń. 27. Ogólnopolskie Spotkania Trzeźwościowe

2019-07-23 15:41

Robert Adamczyk, Biuro Prasowe Sanktuarium

Pod hasłem „Znów nabierzesz sił” w Sanktuarium Maryjnym w Licheniu Starym odbędą się 27. Ogólnopolskie Spotkania Trzeźwościowe. W dniach 26-28 lipcado Lichenia przybędą tysiące osób uzależnionych, aby u stóp Matki Bożej Licheńskiej rozmawiać o swoich problemach.

Andrey Cherkasov/fotolia.com

W trakcie najbliższego weekendu osoby, które zdecydują się przybyć do Lichenia, będą mogły spotkać się i porozmawiać zarówno z psychologami, terapeutami uzależnień, wolontariuszami, doradcami rodzinnymi, ale także osobami, którym udało się pokonać swój nałóg.

- „Ogólnopolskie Spotkania Trzeźwościowe w Licheniu są wielkim świętowaniem trzeźwości. Dla wielu osób trzeźwość zaczęła się w Licheniu, gdyż Lichen jest miejscem przemiany - Licheń, gdzie czcimy Matkę Bożą Bolesną, tę Maryję, która stała przy krzyżu Jezusa Chrystusa. Ona jest obecna w naszych golgotach życiowych po to, aby ukazywać nam Chrystusa, byśmy słuchali Jego słowa i byśmy doświadczali przemiany życia” – powiedział ks. Robert Krzywicki MIC, dyrektor Licheńskiego Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym.

Podczas 27. Ogólnopolskich Spotkań Trzeźwościowych w Licheniu zaplanowane są mityngi m.in. dla anonimowych alkoholików, krewnych i przyjaciół alkoholików, dorosłych dzieci alkoholików, anonimowych narkomanów, anonimowych hazardzistów, anonimowych palaczy, anonimowych uzależnionych od seksu i miłości, anonimowych depresantów, anonimowych przemocowców czy anonimowych dłużników.

Nowością tegorocznych Licheńskich Spotkań Trzeźwościowych będą 2 mityngi dla anonimowych alkoholików w języku rosyjskim i w języku ukraińskim.

Osoby, które w przyszły weekend przybędą do Lichenia, sobotę, 27 lipca, wezmą udział w drodze krzyżowej alejkami sanktuarium. W trakcie otwarcia Ogólnopolskich Spotkań Trzeźwościowych po raz kolejny zostanie wręczona statuetka „Pelikan” dla osoby zasłużonej dla środowisk trzeźwościowych w Polsce. Z kolei wieczorem uczestnicy spotkań będą modlić się w licheńskiej bazylice o godz. 19.00 podczas uroczystej Mszy Świętej.

Warto dodać, iż w piątek, 26 lipca, na terenie licheńskiego sanktuarium zostanie zarejestrowany program „Ocaleni” emitowany na antenach Telewizji Polskiej, prezentujący losy osób borykających się z uzależnieniami.

27. Ogólnopolskie Spotkania Trzeźwościowe w Licheniu zakończy niedzielna poranna Msza św. o godz. 7.30 przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Licheńskiej.

Organizatorem wydarzenia jest Licheńskie Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem