Reklama

Polska to kraj ludzi zdolnych

2016-08-03 09:26

Z Mateuszem Morawieckim rozmawiał ks. Ireneusz Skubiś
Niedziela Ogólnopolska 32/2016, str. 26-28

Andrzej Hulimka/East News

O Polsce po Brexicie i o najważniejszych zasadach w rozwoju polskiej gospodarki z wicepremierem Mateuszem Morawieckim rozmawia ks. Ireneusz Skubiś

KS. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. Co to oznacza dla Polski? Czy jest to tylko sprawa Polaków mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii, czy ma to także przełożenie na nasze sprawy polityczne, a zwłaszcza gospodarcze?

MATEUSZ MORAWIECKI: – Wyjście Wielkiej Brytanii z UE będzie miało wiele różnych skutków dla Polski. Po pierwsze – w obszarze gospodarczym, przede wszystkim handlowym. Dla Polski Wielka Brytania jest drugim co do ważności partnerem. Eksportujemy tam towary za ok. 50 mld zł. To ogromna suma, wystarczy więc niewielkie zachwianie, np. o 10-20 proc., żeby znacząco ucierpiał nasz eksport. Po drugie – środki unijne. Wielka Brytania wpłaca do Unii netto 5-6 mld euro, a my jesteśmy głównym beneficjentem tych funduszy. Trzeba więc będzie twardo negocjować: jeśli Brytyjczycy chcą mieć dostęp do rynku UE, to tak jak Norwegowie i Szwajcarzy powinni dopłacać do tego budżetu, mimo że chcą wystąpić z Unii. W tym zakresie jestem optymistą, bo nasza pozycja negocjacyjna jest mocna – warunki traktatu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zależą także od naszego podpisu. Trzeci obszar to migracja ludności. Oczywiście, że nie cieszę się z ubytku polskich obywateli, z tego „narodowego upływu krwi”. Od czasów napoleońskich to już siódma czy ósma emigracja. W ciągu ostatnich 15 lat na Wyspy Brytyjskie wyjechało ok. 2 mln Polaków. I w tym kontekście myślę, że stoimy teraz przed szansą powrotu części naszych rodaków do ojczyzny. Moment jest wyjątkowy i liczę, że na skutek Brexitu taka iskra Boża zaświeci w głowach wielu Polaków żyjących dziś w Wielkiej Brytanii. A my w jak największym stopniu takie powroty powinniśmy ułatwiać. Brexit zatem to dla nas przede wszystkim te trzy podstawowe aspekty. Ale jest w tym wszystkim jeszcze jeden, o którym trzeba wspomnieć – bardzo niepokojący aspekt geopolityczny. Otóż wyjście Wielkiej Brytanii z UE oznacza pierwszą dużą sytuację dezintegracji czy fragmentacji UE. A cokolwiek by jednak nie powiedzieć, UE jest wartością dla Europy i z tej perspektywy niedobrze się stało, że Wielka Brytania taką decyzję podjęła.

– Czy wobec tego padnie w Europie pytanie: kto ponosi odpowiedzialność za Brexit? Czy europejscy politycy, zdaniem Pana Premiera, odważą się na postawienie takich zarzutów liderom UE?

– To jest bardzo ważne pytanie. Uważam, że kwestia odpowiedzialności za Brexit musi być jasno i poważnie postawiona. Musimy – jak to się mówi w naszej katolickiej wierze – zrobić sobie bardzo głęboki rachunek sumienia: kto i dlaczego do tego doprowadził? Jakkolwiek uważam, że UE to instytucja wartościowa dla Europy i ją szanuję, to jednak jest dla mnie jasne, że w Unii występuje tzw. podwójny deficyt demokratyczny. Bo, po pierwsze, Parlament Europejski nie jest w niej ciałem najważniejszym. Najważniejsza jest Rada Unii Europejskiej, która składa się z ministrów. Czyli – władza wykonawcza jest de facto władzą ustawodawczą. Drugi deficyt wynika z dysproporcji ludności: bardzo małe kraje są nadreprezentowane zarówno w Radzie, Komisji, jak i w Parlamencie Europejskim. Jeden głos Maltańczyka znaczy wielokrotnie więcej niż jeden głos Polaka. Te mechanizmy trzeba przemyśleć. To, jak podzielić odpowiedzialność i władzę między instytucje krajowe a instytucje europejskie, jest, moim zdaniem, nadal kwestią otwartą. Dlatego pytanie, które Ksiądz zadał, jest fundamentalne, trzeba je postawić i w ciągu najbliższego roku powinniśmy przeprowadzić w UE uczciwą debatę na ten temat.

– Jest Pan Premier zwolennikiem silnego państwa. Co stanowi tę siłę?

– Przede wszystkim silne elity, silne instytucje i silne społeczeństwo. Silne elity, silne instytucje i silne społeczeństwo zbudują same z siebie silną gospodarkę, a w ślad za tym silną armię, zdrowe środowisko naturalne itd. W pewien sposób kluczowe w tej triadzie są autonomiczne elity, których po wyjściu z PRL-u do końca się nie dorobiliśmy. Bardzo tego żałuję. Niestety, mimo upływu tak wielu lat ciągle odczuwamy skutki tragicznej historii Polski. Ogromna część naszych elit zginęła w walce z okupantami, w obozach koncentracyjnych, w sowieckich łagrach, a później PRL przetrącił kręgosłup wielu ludziom i wypaczył ich sposób myślenia, wyprał z myślenia o dobru wspólnym. Szczupłość rzeczywistych polskich elit ciągle jest dotkliwie odczuwalna. Dzisiaj dopiero staramy się je odbudowywać. W ciągu 27 lat III RP zawsze uważałem, że wartości takie jak: solidarność, sprawiedliwość, wolność, troska o dobro wspólne powinny być fundamentem, na którym trzeba budować zarówno przyszłe elity, jak i instytucje, które powinny być nowoczesne i sprawnie zarządzane. Myślę, że mogę tu wnieść nieco nowości ze świata biznesu, z którego przyszedłem, bo firmy, duże korporacje zwykle są dobrze zorganizowane. To jest bardzo ważne. Ale też silne społeczeństwo nie może być rozbite, co niestety obserwujemy dziś u nas. Myślę, że trzeba nie tylko się modlić, ale też robić wszystko, żeby skleić te dwie Polski, które teraz mamy. Bo niezależnie od tego, co jedna o drugiej myśli, wszyscy na pewno mamy w sercach tę samą Polskę, wszyscy pragniemy jej jak najlepszego rozwoju. I nie chodzi tu tylko o dobro naszych obywateli czy o interes narodowy. Wiele razy w historii, w tym także w niedawnych dziesięcioleciach, nasza ojczyzna wnosiła do wspólnego europejskiego domu wkład unikatowy i niezbywalny. Niewiele państw naszego kontynentu ma w swym historycznym dorobku podobne zasługi na rzecz obrony kontynentu przed zagładą, troski o podmiotowość człowieka czy jako azyl dla prześladowanych. Ostateczne zrzucanie jarzma XX-wiecznego totalitaryzmu też zaczęło się nad Wisłą. Kto zna historię, ten wie, czym nasz naród potrafił obdarować inne narody. Ta przeszłość zobowiązuje. Nasz kraj nadal powinien być rozsadnikiem najcenniejszych wartości. Im będzie silniejszy, tym lepiej z tego zadania będzie mógł się wywiązać. Wierzę, że Polska w najbliższych dekadach będzie silna wartościami chrześcijańskimi i że będzie wysyłała impulsy budowy silnej chrześcijańskiej Europy.

– Jak Pan będzie powiększał siłę polskiego państwa?

– Zostało mi przydzielone zadanie wzmacniania gospodarki. Prężna gospodarka jest fundamentem siły państwa. Jej możliwości przekładają się na to, co jesteśmy w stanie osiągać w wielu innych dziedzinach. Praca dla Polski w miejscu, od którego tak wiele zależy, to wyjątkowy zaszczyt. Jednak ta funkcja to równocześnie wielkie wyzwanie, ponieważ chciałbym, żebyśmy budowali gospodarkę w jak największym oparciu o polski kapitał, o polską własność, ale oczywiście we współpracy z międzynarodowymi instytucjami i firmami. Chciałbym, żebyśmy byli w gospodarce jak najbardziej podmiotowi. Bo jeśli dzisiaj przychodzi jakaś firma, która zaczyna w naszym kraju rozwijać swoje przedsięwzięcie, to nie chciałbym, żeby przychodziła do nas tylko z powodu niskich kosztów pracy. Jeszcze rok temu agencje przyciągające inwestycje zagraniczne tak Polskę próbowały reklamować. A nam przecież nie chodzi o utrwalenie struktury niskich płac. Prędzej czy później zawsze znajdzie się kraj, w którym pensje pracowników będą jeszcze niższe niż u nas, a wtedy taka firma, poszukująca jak najtańszej siły roboczej, pójdzie sobie do kolejnego miejsca. Uważam, że jesteśmy bardzo zdolnym, mądrym, zapobiegliwym i aktywnym narodem. Myśl ludzką, której jest u nas bardzo wiele, w znacznie większym stopniu powinniśmy zaprzęgać do coraz bardziej złożonej produkcji, do jak najbardziej zaawansowanych usług, do kreatywności i nowatorstwa.

Tagi:
polityka

Reklama

Szymon Hołownia wystartuje w wyborach prezydenckich w 2020 r.

2019-12-08 18:55

lk / Gdańsk (KAI)

Publicysta i dziennikarz, zaangażowany w działalność charytatywną Szymon Hołownia ogłosił w niedzielę 8 grudnia swój start w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Na spotkaniu programowym w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim zaprezentował najważniejsze postulaty swojego programu politycznego. - Chcę Polski tak solidarnej, jak najsłabszy, a nie najsilniejszy w niej - mówił.

Magdalena Pijewska/Niedziela

"Coś się kończy, więc coś się zaczyna" - tak Hołownia zapowiadał od kilku dni w mediach społecznościowych swoją decyzję o starcie w wyborach prezydenckich. W niedzielę popołudniu na spotkaniu pod nazwą "Dlaczego i po co?" wyjaśnił, jakie są jego polityczne plany.

Na początku spotkania zaprezentowano badania, wedle których aż 73 proc. Polaków uważa, że prezydent naszego kraju nie musi być związany z żadną partią polityczną. Tę tezę sam Hołownia rozwinął później w swoim przemówieniu.

Na wstępie wyjaśnił, że swą decyzję ogłasza w Gdańsku, gdyż jest to miasto, w którym bardzo dobrze jest zaczynać nową rzeczywistość. Jest to jednak też miasto, w którym niemal rok temu zginął tragicznie ugodzony nożem prezydent Paweł Adamowicz, a jego śmierć - do której nawiązał Hołownia - wstrząsnęła całą Polską. - To coś, co wtedy pękło, zaczęło pękać we mnie wcześniej - mówił dziennikarz, nawiązując także do głębokiego podziału, jaki dotknął polskie społeczeństwo po katastrofie smoleńskiej w 2010.

Hołownia stwierdził, że te wydarzenia sprawiły, iż Polska zaczęła tracić swoje wewnętrzne fundamenty, tworzące wspólnotę całego narodu. - W szoku jednak nie można nigdy pozostać. Jeżeli zło ma zwyciężyć z dobrem, to musi być odskocznią do czynienia dobra, a nie miejscem, w którym się zostaje - stwierdził.

"Na co mam czekać? Co jeszcze musi się stać, żebym porzucił wygodną kanapę recenzenta rzeczywistości?" - pytał Hołownia retorycznie i dodał, że chce swojej córce i jej pokoleniu zostawić coś więcej niż tylko dziennikarski dorobek lub złudną popularność w mediach społecznościowych.

Jak powiedział, współczesny świat jest przestrzenią wielkich możliwości, w tym tych, jakie dają nowe technologie, ale też miejscem zagrożonym przez zanieczyszczenie klimatu oraz wielkie podziały społeczne - niezrozumiały konsumpcjonizm z jednej strony, a dotkliwy głód z drugiej strony.

Polska rzeczywistość z kolei zdominowana jest według niego przez spory, które dotarły już do wielu środowisk, a nawet rodzin. Sporów tych nie równoważy dobrobyt czy lepsza ściągalność podatków, którą chwalą się rządzący. Hołownia nazwał to ironicznie "polską szkołą kompromisu" i z ubolewaniem stwierdził, że ów kompromis jest traktowany niemalże pogardliwie, jako kapitulacja z podtrzymywania własnych argumentów.

"Dlaczego nie możemy być różni, ale równi, a nie lepsi i gorsi?" - pytał. - W Polsce, choć kalendarz pokazuje coś innego, nie skończyły się jeszcze lata 90. XX wieku z ich niekończącymi się sporami o wszystko, z uprawianiem polityki siekierą - dodał.

Od dwudziestu lat mamy wiek XXI, w którym problemy powinno się rozwiązywać nie siekierą, a skalpelem - mówił. Jego zdaniem, dziś jest czas nowych wyzwań i nowych pokoleń, które bardzo często nie chodzą na wybory. - Dlaczego nie chodzą? Bo partie - zajęte tym, kto będzie przewodniczącym - mówią o wszystkim, tylko nie o tym, co dla nich najważniejsze: jaki świat zostawi im nasze pokolenie? - kontynuował Hołownia.

Dziennikarz przedstawił następnie swoje postulaty. Stwierdził, że chce "Polski solidarnej, która jest tak silna, jak najsłabszy, a nie najsilniejszy w niej". To kraj, który "bardziej niż o ławeczki niepodległości i strzelnice w każdym powiecie dba o 14 mln wykluczonych komunikacyjnie Polaków".

W jego postulatach znalazła się także troska o dzieci wykluczone z dostępu do opieki psychiatrycznej, osoby w kryzysie bezdomności czy o "transseksualną dziewczynę, która skoczyła z Mostu Łazienkowskiego w Warszawie, bo czuła się zaszczuta przez naszą wspólnotę".

Hołownia powiedział, że chce Polski, w której "każdy akt prawny jest oglądany pod kątem skutków dla powietrza, dla wody, dla Ziemi, bo bez nich wyborca PiS czy PO, katolik czy ateista, kończy tak samo".

Polska w jego programie wyborczym jest też aktywna obywatelsko oraz silna w strukturach samorządowych, na które nie czyha centralny rząd. Ma to być Polska "rozmawiająca, a nie przemawiająca", także w kontekście polityki zagranicznej.

Zdaniem dziennikarza, trzeba dążyć do tego, by Polska była zakorzeniona w europejskiej wspólnocie, mającej dobre relacje z USA, ale też zauważającej swoich sąsiadów, także tych mniejszych.

Hołownia opowiedział się także za takim modelem państwa, w którym głównego tonu nie nadają partie polityczne wyciągające ręce po to, co wspólne: spółki skarbu państwa, media publiczne, samorządy, sądy oraz "po historię i po Kościół".

"Mówię to jako katolik: trzeba dziś przeprowadzić w Polsce, dla dobra tej Polski i tego Kościoła, przyjazny rozdział Kościoła od państwa" - powiedział. - I wiem, bo widzę to od lat na własne oczy, że tego wszystkiego nie będzie w stanie zrobić nikt, kto wywodzi się z partii. Nie może uzdrowić tego chorego systemu ktoś, kto jest jego częścią - tłumaczył Hołownia.

- System się zawiesił. Żeby się odwiesił, w maju 2020 r. musimy w nim zamontować niepartyjny bezpiecznik - dodał.

Jego zdaniem, prezydent w polskim systemie ustrojowym nie jest "stróżem żyrandola", jak ów urząd nieraz pogardliwie określano. Ma, w opinii Hołowni, całe mnóstwo ustrojowych narzędzi do tego, aby być gwarantem tego, że w Polsce znajdzie się miejsce zarówno dla wyborców PiS, PO, PSL, Konfederacji i innych partii. Chodzi o to, by żyć w takiej Polsce, w której "ludzie nie zgadzają się ze sobą koniecznie, ale taką, w której - mimo, że się nie zgadzają - umieją się lubić i szanować".

Ma to być Polska, w której ważne święta jednoczą, a nie dzielą; taka, w której "tym, czym powinien zajmować się spowiednik, nie zajmuje się minister", wreszcie taka, w której "zamiast walczyć z ideologiami, próbuje się zrozumieć ludzi" - To mało? - zapytał Hołownia.

Swoje programowe przemówienie zakończył przypomnieniem, że w maju przyszłego roku Polacy wybiorą nowego prezydenta oraz deklaracją skierowaną do uczestników spotkania w Gdańsku: "Chcę w nich kandydować. Chcę się u was ubiegać o tę pracę. Chcę, żebyście mi powierzyli funkcję stróża naszej narodowej wspólnoty. Nie wesprą mnie partyjne przelewy i wielki biznes, nie potrzebuję ich, bo mam was. I to wam przez najbliższe pół roku chcę opowiedzieć o Polsce moich marzeń, która jest w naszym zasięgu: Polsce solidarnej, Polsce zdrowiejącego środowiska, Polsce samorządnej i obywatelskiej".

Szymona Hołownię już uwzględniono w najnowszym sondażu zaufania przeprowadzonym przez IBRiS na zlecenie portalu Onet.pl. Z badań przeprowadzonych 6-7 grudnia wynika, że dziennikarz cieszy się zaufaniem 20,2 proc. badanych, z czego 8,1 proc deklaruje, że zdecydowanie mu ufa. Jednocześnie, aż 46,1 proc. badanych zaznaczyło, że nie zna jego nazwiska. Hołownia pozostaje obojętny dla 20,3 proc. badanych.

Liderem sondażu jest prezydent Andrzej Duda, któremu ufa ponad 45 proc. badanych.

Szymon Hołownia ma 43 lata. Jest publicystą i pisarzem. Pracował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Newsweeku Polska", tygodniku "Ozon" i "Rzeczpospolitej". Jest stałym felietonistą "Tygodnika Powszechnego". W latach 2007–2012 był dyrektorem programowym stacji telewizyjnej Religia.tv. W TVN prowadził etyczny talk-show "Między sklepami" (2007-2010) a wraz z Marcinem Prokopem współprowadził m.in. program "Mam talent!" (2008–2019).

Dwa razy został laureatem nagrody Grand Press: w kategorii "Wywiad" za rozmowę z teologiem ks. prof. Jerzym Szymikiem i w kategorii "Dziennikarstwo specjalistyczne" za wywiad z etykiem i filozofem dr. Kazimierzem Szałatą. Jest też laureatem Nagrody „Ślad” im. bp. Jana Chrapka.

Dwukrotnie przebywał w nowicjacie zakonu dominikanów. Ma na swoim koncie liczne publikacje dotyczące chrześcijaństwa i jego codziennego praktykowania, m.in. "Kościół dla średnio zaawansowanych", "Tabletki z krzyżykiem" czy "Bóg, kasa i rock'n'roll" (wspólnie z M. Prokopem).

Jest od lat zaangażowany jest w działalność pomocową jako założyciel Fundacji Dobra Fabryka, której celem statutowym jest wspieranie osób z biedniejszych regionów świata, a także Fundacji Kasisi, która opiekuje się Domem Dziecka prowadzonym przez Siostry Służebniczki Maryi Panny Niepokalanie Poczętej w Zambii.

Szymon Hołownia jest żonaty z Urszulą Brzezińską-Hołownią, zawodowym oficerem Wojska Polskiego i pilotką myśliwca MiG-29, mają jedną córkę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Musimy się stać jak dzieci

2019-12-10 11:33

Damian Krawczykowski

Pamiętasz swoje dzieciństwo? Jaaaasne. Kto nie pamięta. Te zabawy z koleżankami i kolegami z klasy na przerwach w podstawówce, zbieranie karteczek w segregator, bieganie za piłką z kumplami na osiedlowym boisku, pierwszy rower na pierwszą Komunię, pierwsza piąteczka w dzienniczku, niedzielne wyjście z całą rodziną do kościoła, dalej obiad i odwiedziny u rodziny, „bitwy” z rodzeństwem, wspólne ubieranie choinki w czasie świąt, uśmiech, czystość, niewinność.

freelyphotos.com

Takie zwykłe życie. Piękne.

Gdy byliśmy mali, naszym głównym zajęciem było kochać życie. Tak po prostu żyć i czerpać z tego radość. Byliśmy niewinni, pokorni, mając w świadomości, że sami nic nie możemy osiągnąć, że sami się nie obronimy, gdyż jesteśmy słabi. Ufaliśmy bezgranicznie naszym opiekunom – rodzicom. Mieliśmy pewność, że w razie zagrożenia nas obronią, że z nimi nic złego nas nie spotka. Byliśmy ufający, pokorni, a przy tym niezwykle radośni i uśmiechnięci.

No hej! Co się z nami stało? Czy naprawdę nie widzimy że to, co dzieje się dzisiaj, jest odwrotnie proporcjonalne do sytuacji z dzieciństwa? Jesteśmy przygnębieni, oschli i wiecznie zdenerwowani. Dlaczego? Bo tak daleko nam do dzieci, uważamy, że wszystko musimy i możemy sami ocenić i rozwiązać, jesteśmy przesyceni samodzielnością, za bardzo koncentrujemy się na sobie.

Jaka jest tego przyczyna? Przekraczając fazę wieku dziecięcego, wkraczając w dorosłość, zapomnieliśmy, że nadal jesteśmy dziećmi. Tak, dziećmi! DZIEĆMI BOGA! Zapomnieliśmy, że nadal nie musimy się zamartwiać o naszą sytuację, bo nasz opiekun – Bóg, czuwa nad wszystkim i na pewno o nas zadba. Zapomnieliśmy, że bez Niego jesteśmy bezsilni, słabi. Zapomnieliśmy, że zło jest złem. Zapomnieliśmy, że to grzech czyni nas zasmuconymi, przygnębionymi i wiecznie zdenerwowanymi.

Wróć teraz na chwilę do pierwszego akapitu tego tekstu i pomyśl: Czy nie chciałbyś znów stać się takim „małym sobą”? Znów czuć radość w każdej chwili życia? Być szaleńczo zakochany w życiu? Bracie, Siostro, możesz „odkopać” w kopalni swojego wnętrza cechy dziecka, które niczym złoto zajaśnieją w twoim życiu. I jeszcze lepsza wiadomość: nie musisz przy tym zachowywać się jak dziecko, możesz pozostać sobą, dojrzałą kobietą/dojrzałym mężczyzną, jednocześnie żyjąc zasadami dzieciństwa.

Jesteś dzieckiem Najwyższego – to olbrzymia wartość. Jesteś tu na ziemi, bo On tak chciał. Nie musisz się wywyższać nad innymi, nie musisz nic nikomu udowadniać, masz świadomość, że jesteś słaby, ale też wiesz, że Twój Opiekun zadba o ciebie, tak jak obiecał w Piśmie Świętym. Nie musisz przejmować się problemami, bo wiesz, że wiele z nich do czegoś prowadzi, że tak musi być. Twoje słabości nie są najważniejsze.

Masz czyste wnętrze i miłość w sercu. Wiesz, że inni ludzie to twoi bracia i siostry, więc dbasz o nich. Czujesz pokój, radość czerpaną z każdej chwili życia. W modlitwie, sakramentach, w czytaniu Pisma czujesz bliskość Boga, to dodaje ci sił. Nie musisz zwracać się w stronę grzechu, bo po co ci to? Ty masz dobro. Masz Bożą cząstkę w sobie. Masz Ducha Świętego.

"On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego" Mt 18, 2-3

___________________________________________

Artykuł zawiera treści z książki Damiana Krawczykowskiego "Apostołowie w dresach. Jezus potrzebuje właśnie ciebie!" wyd. Święty Wojciech. Więcej o książce: Zobacz

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tymoteusz Szydło złożył prośbę do papieża o przeniesienie do stanu świeckiego

2019-12-11 07:16

dg / Warszawa (KAI)

- Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia - napisał Tymoteusz Szydło w oświadczeniu przesłanym Katolickiej Agencji Informacyjnej przez jego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego z Kancelarii Kopeć Zaborowski Adwokaci i Radcowie Prawni.

diecezja.bielsko.pl

Tymoteusz Szydło w oświadczeniu przekazanym Katolickiej Agencji Informacyjnej przez jego pełnomocnika, adwokata Macieja Zaborowskiego, napisał, że do publikacji czuje się zmuszony przez krzywdzące spekulacje, towarzyszące dopuszczalnej przez prawo kanoniczne zgodzie biskupa bielsko-żywieckiego na to, by udał się na urlop. "W ostatnich miesiącach przeżywałem głęboki kryzys wiary i powołania. Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem" - wyjaśnia T. Szydło.

– W tamtym okresie nie uważałem, że powinienem informować opinię publiczną o moich rozterkach duchowych. Uznałem, że nie jestem osobą publiczną i że mam prawo do prywatności. Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama – napisał w oświadczeniu.

Przyznaje, że w kontaktach z mediami popełniał błędy, zwłaszcza nie sprzeciwiając się próbom kojarzenia go z konkretną opcją polityczną i dając się uwikłać w wydarzenia sprzyjające takim opiniom.

– Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji - wyjaśnia, prosząc media o uszanowanie prywatności i zaprzestanie publikacji jego temat.

Przeprosił także osoby, które czują się zawiedzione jego decyzją, "zwłaszcza moją rodzinę, przyjaciół, znajomych, przełożonych, współpracowników, parafian z Przecieszyna, Osieka, Buczkowic i Oświęcimia, a także wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób czują się dotknięci lub zgorszeni".

– Mam nadzieję, że to oświadczenie ostatecznie przetnie wszelkie spekulacje oraz plotki na temat mojego klienta i pozwoli mu dalej normalnie żyć - powiedział w rozmowie z KAI adwokat Maciej Zaborowski, pełnomocnik Tymoteusza Szydło.

Oświadczenie dotyczące prośby o przeniesienie do stanu świeckiego

Wobec narastających spekulacji dotyczących mojego urlopu, na który otrzymałem zgodę od biskupa bielsko-żywieckiego, czuję się zmuszony zabrać głos. Chciałbym przeciąć w ten sposób krzywdzące spekulacje, które poza mną dotykają przede wszystkim moich bliskich a także osoby postronne. W ostatnich miesiącach przeżywałem głęboki kryzys wiary i powołania. Z bólem przyznaję, że z czasem zacząłem tracić sens mojej posługi i coraz częściej nachodziły mnie myśli o odejściu ze stanu duchownego. Po głębszym namyśle postanowiłem jednak dać sobie jeszcze jedną szansę i poprosiłem o kilka miesięcy urlopu, by poukładać swoje życie duchowe. Uznałem, że będzie to uczciwe w stosunku do Wiernych, wobec których zawsze starałem się sprawować posługę szczerze i z przekonaniem.

Biskup bielsko-żywiecki przyjął prośbę o urlop, co jest dopuszczalne w ramach prawa kanonicznego. W tamtym okresie nie uważałem, że powinienem informować opinię publiczną o moich rozterkach duchowych. Uznałem, że nie jestem osobą publiczną i że mam prawo do prywatności. Wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie odsunięcie się od posługi i przemyślenie wszystkiego w spokoju. Niestety ten czas przyniósł jeszcze więcej zamętu. Plotki, na mój temat podsycane przez media goniące za sensacją, właściwie uniemożliwiły mi refleksję. Co bardzo dla mnie bolesne, zainteresowanie tematem podsycały również osoby blisko związane z Kościołem, poprzez wielokrotne wracanie do domysłów na mój temat. Mam świadomość, że rozpoznawalność, której nigdy nie chciałem, jest związana z funkcjami, które pełni moja Mama. Oczywiście dziś zdaję sobie sprawę, że sam także popełniłem szereg błędów w kontaktach z mediami, zwłaszcza tuż po święceniach, kiedy nie oponowałem, gdy próbowano skojarzyć mnie z określoną opcją polityczną. Nigdy nie było to moim celem ani ambicją, jednak zabrakło mi siły woli, by zaprotestować przeciwko publikacjom na mój temat. Co gorsza, dałem się uwikłać w wydarzenia, które mogły zostać błędnie odczytane jako udzielenie poparcia politycznego. Przez następne lata mojej posługi unikałem mediów i protestowałem prywatną drogą przeciw publikacjom na mój temat.

Obecnie moja reputacja jako księdza jest zdruzgotana przez plotki i domysły. Z bólem stwierdzam też, że nie udało mi się pokonać kryzysu wiary i powołania. W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak złożyć w kurii diecezji bielsko-żywieckiej prośbę skierowaną do Ojca Świętego o przeniesienie mnie do stanu świeckiego, by uregulować moją pozycję kanoniczną i nie pozostawać w konflikcie sumienia. Jednocześnie oświadczam, że to moja ostatnia wypowiedź w tej sprawie. Nie zamierzam więcej zabierać głosu i bardzo proszę o uszanowanie tej decyzji.

Żałuję, że moja historia potoczyła się w ten sposób, ale mimo wszystko mam nadzieję, że uda mi się poukładać życie na nowo. W tym miejscu mogę jedynie prosić media o uszanowanie mojej prywatności i zaprzestanie publikacji na mój temat. Zdaję sobie sprawę, że moja decyzja jest bolesna dla wielu osób, ale nie mogę postąpić inaczej. Przepraszam wszystkich, których zawiodłem, zwłaszcza moją rodzinę, przyjaciół, znajomych, przełożonych, współpracowników, parafian z Przecieszyna, Osieka, Buczkowic i Oświęcimia, a także wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób czują się dotknięci lub zgorszeni.

Tymoteusz Szydło

Bielsko-Biała, 10.12.2019

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem