Ez 12,1-12 <- KLIKNIJ
Bóg poleca Ezechielowi wykonać znak na oczach wygnańców - i tekst z uporem powtarza „na ich oczach”, jakby chciał podkreślić teatralną jawność gestu. Prorok ma w biały dzień wynieść z domu „tobołek wygnańca” (kelê gôlah - węzełek z tym, co da się unieść na plecach), a o zmierzchu przebić otwór w ścianie i wyjść przezeń z zakrytą twarzą, nie widząc ziemi. Domy z suszonej cegły dawały się przekopać, ale to nie techniczny szczegół jest tu ważny, tylko wymowa: ucieczka bez bramy, bez godności, po ciemku.
„Dom oporny” patrzy i nie rozumie, dlatego Pan przemawia czynem. Ezechiel zostaje nazwany môpēt, znakiem, zapowiednim cudem. Wyjaśnienie wyroczni wskazuje na „władcę w Jerozolimie”. Znak wypełni się co do joty w losie Sedecjasza, który spróbuje nocą uciec wyłomem z oblężonego miasta, zostanie schwytany na równinach Jerycha, oślepiony w Ribla i uprowadzony do Babilonu (2 Krl 25,4-7; Jr 39,4-7). Księga dopowie za chwilę okrutny paradoks. Król zostanie przywiedziony do Babilonii, „lecz jej nie zobaczy - i tam umrze” (Ez 12,13). Zakryta twarz proroka zapowiadała wyłupione oczy króla.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Proroctwo Ezechiela ma charakter performatywny. Gest nie ilustruje słowa, lecz je uruchamia, wprawia w ruch to, co nadchodzi. Wyrocznia rozbija ostatnie złudzenie oblężonych, że krytyczną godzinę da się przeczekać albo obejść sprytem. Grzech publiczny, nienazwany i niewyznany, prowadzi do rozpadu domu, miasta i tronu. A jednak samo ostrzeżenie jest formą łaski. Pan mówi zawczasu, póki serce może się jeszcze obudzić. Sąd zapowiedziany to sąd, którego wciąż można uniknąć.
Mt 18,21 - 19,1 <- KLIKNIJ
Piotr stawia pytanie z pozycji ucznia wielkodusznego: „czy aż siedem razy?” Proponowana miara przekracza to, co uchodziło za hojne. Odpowiedź Jezusa rozsadza samą logikę liczenia: „aż siedemdziesiąt siedem razy”. Liczba jest lustrzanym odwróceniem pieśni Lameka z Rdz 4,24, gdzie zemsta miała być pomszczona „siedemdziesiąt siedem razy”. Spirala odwetu, nakręcana od początku dziejów, zostaje przechwycona i przekuta w spiralę miłosierdzia. Jan Chryzostom dopowiadał, że nie o rachubę tu chodzi. Liczba oznacza „zawsze”, przebaczenie bez wyznaczonego końca.
Przypowieść ustawia proporcje. Dziesięć tysięcy talentów to kwota rozmyślnie absurdalna. Talent liczył około sześciu tysięcy denarów, a dziesięć tysięcy (myrioi) było największą grecką liczbą. Zestawienie największej liczby z największą jednostką daje dług, wobec którego roczne dochody całych prowincji były drobiazgiem. Takiego długu nie spłaca się nigdy; można go tylko darować. I król daruje. Mateusz zapisuje, że „ulitował się” (splanchnistheis), tym samym czasownikiem trzewiowego wzruszenia, którym Ewangelie opisują litość Jezusa. Sto denarów, których obdarowany zażąda od współsługi, to dług realny, lecz nieporównywalny, tylko ułamek ułamka tego, co jemu darowano. Gest chwycenia za gardło mówi wszystko o sercu, które przyjęło umorzenie jak swoją wygraną, a nie jak miłosierdzie.
Współsłudzy „bardzo się zasmucili”. Tu wspólnota nie jest obojętnym świadkiem twardości serca. Wyrok oddaje niemiłosiernego „katom” (basanistai). Kto odmawia przebaczenia, sam zamyka się w więzieniu udręki, którą nosi w sobie. Zakończenie wraca do Modlitwy Pańskiej i jej jedynego rozwiniętego komentarza w tej Ewangelii (6,12.14-15). Przebaczenie ma zejść „z serca”, nie zatrzymać się na języku pojednania. Formuła „gdy Jezus dokończył tych mów” (19,1) zamyka czwartą wielką mowę - Mateusz pieczętuje nią naukę, od której oddycha lub dusi się każda wspólnota.
