Dla wierzących rodziców takie słowa nie są jedynie informacją o zmianie poglądów, ale dotykają one samego rdzenia religijnego życia: chrztu, modlitwy przy łóżku dziecka, pierwszej komunii, rodzinnych świat, niedzielnej eucharystii, pacierza, krzyża na ścianie czy też w końcu nadziei zbawienia.
W takiej chwili pojawiają się pytania: co zrobiliśmy źle? Czy za mało wymagaliśmy? Czy za mało tłumaczyliśmy? Czy zlaicyzowany świat odebrał nam dziecko? Czy może Kościół je zranił? Czy Bóg odnajdzie jeszcze moje dziecko?
Właśnie wtedy, w tej pierwszej chwili bólu i wywołanej nim reakcji, rodzic musi bardzo uważać, bo można powiedzieć słowa, które nie przyprowadzą dziecka bliżej Boga, ale odsuną je jeszcze dalej. Łatwo bowiem pomylić troskę z kontrolą, świadectwo z naciskiem, wiarę z pretensją, a miłość z lękiem.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Nie jesteś prokuratorem wiary
Pierwsza zasada w takiej sytuacji jest prosta, choć zarazem bardzo trudna. Dorosłego dziecka nie wolno traktować jak oskarżonego. Rodzic bowiem nie jest prokuratorem wiary, a rodzinny stół nie jest salą sądową. Pytania (choć mogą wydawać się słuszne i potrzebne): „dlaczego nie chodzisz do Kościoła?”, „jak możesz nam to robić?”, „czy ty w ogóle myślisz o zbawieniu?”, „po co ci był chrzest, komunia, bierzmowanie?” mogą wypływać z bólu i wydawać się słuszne i potrzebne, zwykle jednak rodzą opór, ale nie nawrócenie.
Dorosłego człowieka nie da się doprowadzić do Boga przymusem.
Reklama
Można go zaprosić, poruszyć, zaintrygować, wzruszyć, dać mu świadectwo, czasem powiedzieć mocne słowo, ale nie da się wymusić wiary tak, jak wymusza się wykonanie obowiązku domowego. Wiara nie jest meldunkiem posłuszeństwa wobec rodziców. Wiara jest wolną odpowiedzią człowieka na łaskę Boga. Dlatego pierwszym zadaniem rodzica nie jest wygrać spór w dyskusji o wierze i sposobie jej wyznawania, ale ocalić więź. Jeśli bowiem zniszczymy więź z dzieckiem, bardzo często burzymy także ostatni most, po którym kiedyś mogłaby wrócić rozmowa o Bogu.
Za odejściem często kryje się rana
Nie każde odejście od Kościoła zaczyna się od buntu przeciw Bogu. Czasem zaczyna się od zgorszenia, od złego doświadczenia, od chłodu i obojętności w spólnoty, od skandalu, od niezrozumienia, od złego doświadczenia, od języka , który bardziej ranił niż prowadził, od spowiedzi, która bardziej podnieść – upokorzyła, od kazań, które nie odpowiadały na realne pytania życia, od poczucia, że w Kościele nie ma miejsca na moje wątpliwości, moje osobiste cierpienie, moje sumienie i moją historię. Dlatego warto usłyszeć nie tylko deklarację: „nie chodzę do kościoła”, ale także to, co się pod nią kryje. Może tam jest wołanie: „nie umiem już wierzyć tak jak dawniej”, może: „zostałem zraniony”, może: „nie widzę sensu”, „nie spotkałem Boga, tylko instytucję”, „nie chcę udawać”. Rodzic, który od razu odpowiada kontrargumentem, może przegapić to co najważniejsze. Natomiast rodzic, który pyta: „co się stało?”, „co cię najbardziej oddaliło”, „czego dziś nie możesz przyjąć?”, „czy ktoś cię zranił”, „jak to przeżywasz” nie zdradza wiary, on otwiera przestrzeń, w której prawda może zostać wypowiedziana bez lęku.
Słuchanie nie jest kapitulacją
Reklama
Wielu rodziców boi się, że jeśli zaczną słuchać, to tak jakby przyznawali dziecku rację. To nieporozumienie. Słuchanie nie jest zgoda na wszystko. Jest aktem miłości, jest powiedzeniem: „twoja historia jest dla mnie ważna, nawet jeśli nie zgadzam się z twoimi poglądami i wnioskami”. Komunikacyjnie dojrzała rozmowa o wierze nie zaczyna się od wykładu, ale od uznania doświadczenia drugiego człowieka. Nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze umieć podać prawdę tak, by nie stała się kamieniem rzuconym w twarz. Prawda bez miłości może upokarzać, a miłość bez prawdy może rozmywać, ale prawda wypowiedziana w miłości może stać się początkiem drogi. Rodzić może powiedzieć: „nie ukrywam, że jest mi z tym trudno. Wiara jest dla mnie czymś najgłębszym, ale chce cię zrozumieć. Nie chce cię przesłuchiwać, ale chce wiedzieć, co się w tobie dzieje”. Tego typu zdanie ma większą moc niż dziesięć oskarżeń. Ono nie zamyka rozmowy, ono ją rozpoczyna.
Wiara nie może być narzędziem emocjonalnego nacisku
Jednym z najpoważniejszych błędów jest użycie wiary jako narzędzia emocjonalnego nacisku: „przez ciebie cierpię”, „zawiodłeś nas”, „tak staraliśmy się ciebie wychować, a ty wszystko zmarnowałeś”, „co ludzie powiedzą?”, „ja w twoim wieku dwa razy dziennie chodziłam do kościoła”, „babcia by tego nie przeżyła”. Takie zdania mogą budzić poczucie winy, a z pewnością rzadko budzą wiarę. Bóg nie powinien być w rodzinie argumentem do zawstydzania, Kościół nie może być kijem wychowawczym a modlitwa nie może stać się formą wyrzutu. Jeśli dziecko zacznie kojarzyć Boga głownie z presją, obowiązkiem, rozczarowaniem rodziców i rodzinnym napięciem, wtedy im więcej będziemy mówić o wierze, tym bardziej dziecko może się przed nią bronić. Trzeba odróżnić świadectwo od nacisku. Świadectwo bowiem mówi: „wiara mnie niesie, daje mi siłę”. Nacisk mówi: „masz wierzyć, żeby mnie nie ranić”. Świadectwo zaprasza, nacisk osacza. Świadectwo może pracować w sercu przez lata, nacisk często zamyka człowieka w jednej chwili.
Miłość nie oznacza milczenia
Reklama
Czy zatem w tej przykrej i skomplikowanej sytuacji rodzice mają nic nie mówić? Oczywiście, że nie, bo milczenie może zostać odebrane jako obojętność. Rodzice mają prawo mówić, że wiara jest dla nich święta. Mają prawo powiedzieć, że wiara jest dla nich święta i maja prawo powiedzieć, że cierpią. Maja prawo bronić swoich przekonań, domowych znaków religijnych, świątecznych zwyczajów, niedzielnej Eucharystii. Dorosłe dziecko ma prawo do własnej drogi, ale rodzice maja prawo do szacunku wobec swojej wiary. W rozmowie chodzi jednak o ton, moment i i intencję. Inaczej brzmi zdanie wypowiedziane przy stole w obecności krewnych, jako publiczne upomnienie, inaczej brzmi to samo zdanie wypowiedziane spokojnie, w cztery oczy, z troską. Sprawy sumienia wymagają delikatności, bo dusza nie otwiera się przed reflektorem. Można powiedzieć: „boli mnie, że odchodzisz od Kościoła, bo wiara jest dla mnie źródłem sensu, ale chcę, żebyś wiedział: nie kocham cię mniej, nie jesteś dla mnie mniej ważny, nie zamykam przed tobą drzwi i zawsze możesz ze mną o tym porozmawiać”. Taka rozmowa to nie jest słabość, to jest ewangeliczna siła.
Zachować dom jako miejsce powrotu
Najmądrzejsza szkołą rodzicielskiej postaw pozostaje przypowieść o synu marnotrawnym, gdzie ojciec pozwala odejść synowi, choć zapewne pęka mu serce. Nie urządza za nim pościgu, nie upokarza go, nie przeklina, nie mówi: „już nie jesteś moim synem”, ale też nie przestaje czekać. To czekanie nie jest jednak bezradnością i bezczynnością, ale jest miłością, która nie zamyka serca, ani nie zamienia bólu w przemoc. Ojciec zachowuje dom jako miejsce powrotu. Gdy syn wraca, nie spotyka najpierw komisji moralnej ani sądu rodzinnego, ale ramiona ojca. Nie słyszy wykładu, ale zostaje przywrócony do godności. Zanim pojawia się rozliczenie, jest miłosierdzie. To bardzo ważne. Dom rodzinny nie może kojarzyć się dziecku wyłącznie z sądem nad wiarą. Ma być miejsce,, w którym nawet człowiek daleki od Kościoła nie przestaje czuć, że jest synem, córką, kimś kochanym. Tylko taki dom może stać się kiedyś przestrzenią powrotu.
Codzienność jest pierwszą amboną rodziców
Najbardziej przekonujące rozmowy o wierze nie odbywają się przy wielkich słowach. Często dzieją się po cichu, w sposobie, w jaki rodzice przebaczają sobie i dzieciom, jak nie plotkują, jak przezywają chorobę, jak traktują innych, jak mówią o nieobecnych, jak przezywają chorobę, jak modlą się bez demonstracji, jak idą do kościoła bez pogardy wobec tych, którzy nie idą.
Dorosłe dzieci bardzo uważnie patrzą i obserwują i bardziej niż słów słuchają stylu życia. Jeśli widzą wiarę nerwową, agresywną, pełną pretensji, mogą uznać, że nie daje ona ani wewnętrznego, ani zewnętrznego pokoju. Jeśli widzą wiarę cierpliwą, szczerą, uczciwą, pokorną, zdolną do przebaczania, mogą po latach zapytać: ”skąd oni to mają?”. Codzienność jest pierwszą amboną rodziców, niekiedy jedynej z której dorosłe dziecko jeszcze chce słuchać.
Miłość bez warunków, wiara bez agresji
Najważniejsza postawa wobec dorosłego dziecka, które odeszło od Kościoła, łączy cztery rzeczy: miłość bez warunków, wiarę bez agresji, cierpliwość bez obojętności i modlitwę bez manipulacji. Nie trzeba wyrzekać się własnej wiary, aby kochać dziecko i nie trzeba ranić dziecka, aby pozostać wiernym Bogu. Być może najważniejsze zdanie jakie rodzic może wypowiedzieć, brzmi: „nie przestanę cię kochać, nie przestane się modlić za ciebie i nie zamknę przed tobą drzwi”. W tym zdaniu nie ma rezygnacji z Ewangelii. Bóg czeka, puka, zaprasza, szuka, przebacza i wygląda powrotu. Rodzic, który kocha w taki sposób, nie przegrywa walki o wiarę dziecka, ale staje się znakiem Boga, który nawet, gdy człowiek odchodzi, nie przestaje być Ojcem.
