Bierzemy różaniec do ręki. Siadamy albo wychodzimy na spacer. Chcemy się pomodlić. Naprawdę chcemy. Przez chwilę jesteśmy skupieni, a potem myśli zaczynają biec w zupełnie inną stronę. Praca, zakupy, wiadomość, na którą wciąż nie odpisaliśmy. Ktoś, kto nas zranił. Ktoś, za kim tęsknimy. Sprawa, którą odkładamy od kilku tygodni. Coś, co wydarzyło się dzisiaj. Coś, co może wydarzyć się jutro. Czasem można odnieść wrażenie, że właśnie podczas różańca przypominamy sobie o wszystkim. I wtedy pojawia się myśl: „Przecież ja się w ogóle nie modlę”. Ale może nie do końca tak jest.
Może po prostu przychodzimy na modlitwę tacy, jacy jesteśmy. Ze zmęczeniem, niepokojem, problemami i sprawami, których nie udało nam się zostawić przed drzwiami. Bo jeśli podczas różańca przypomina nam się ktoś bliski, możemy przecież pomodlić się właśnie za niego. Jeśli myślimy o kimś chorym – powierzmy go Maryi. Jeśli wraca osoba, która nas zraniła, możemy oddać Jej również tę trudną relację. A kiedy zaczynamy martwić się o przyszłość, czasem wystarczy powiedzieć: „Maryjo, Ty przecież wiesz”. Wtedy różaniec przestaje być czymś oderwanym od naszego życia. To właśnie nasze życie przynosimy na modlitwę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Reklama
Oczywiście, dobrze jest się skupić. Dobrze jest zatrzymać się przy tajemnicy, którą rozważamy. Ale nie zawsze się to udaje. Czasem przez kilka minut jesteśmy gdzieś daleko i dopiero po chwili orientujemy się, że nie wiemy nawet, które „Zdrowaś Maryjo” właśnie odmówiliśmy.
Wtedy można po prostu wrócić. Bez złości na siebie. Bez przekonania, że wszystko robimy źle. Bez zaczynania modlitwy od wyrzutów sumienia. Po prostu wrócić. I może właśnie tego różaniec uczy nas nie tylko w modlitwie.
Ile razy w ciągu dnia tracimy z oczu to, co naprawdę ważne? Ile razy zamartwiamy się czymś, co jeszcze się nie wydarzyło? Ile razy wracamy myślami do sytuacji, których nie możemy już zmienić? A przecież zawsze można spróbować wrócić do tego, co jest teraz. Do człowieka, który stoi obok. Do chwili, która właśnie trwa. Do Boga. Dlatego jeśli podczas różańca znowu uciekły nam myśli, nie musimy się zniechęcać. Możemy wrócić. Nawet jeśli zdarzy się to po raz dziesiąty. Nawet jeśli po raz pięćdziesiąty.
Maryja nie czeka na nas z oceną, czy dobrze odmówiliśmy różaniec. Przynosimy Jej to, co mamy: radość, zmęczenie, wdzięczność, lęk, ludzi, o których chcemy pamiętać, i sprawy, które od dawna chodzą nam po głowie. Bierzemy więc paciorki do ręki. I zacznijmy jeszcze raz: „Zdrowaś Maryjo…”
