Za tym początkowym pytaniem ukrywa się problem typowo duchowy i egzystencjalny. Dotyczy on naszej codzienności z jej potrzebami i niepokojami oraz z jej zwyczajnymi przeżyciami, aby „malować je kolorem Ewangelii”. Właściwie możemy uznać go za „istotę” rzeczywistości chrześcijańskiej, by odwołać się do języka filozoficznego.
Chodzi o to, by odkryć to, co rzeczywiście jest decydujące, choć ginące nierzadko w powodzi rzeczy i spraw drugorzędnych, które usiłują nami zawładnąć, bo jesteśmy nimi niemal bombardowani. Łatwo zająć się wówczas sprawami dalece podrzędnymi, a potem z goryczą stwierdzać, że przegrało się życie i ze smutkiem deklarować, że gdybym mógł zacząć od nowa, to teraz wiedziałbym, jak żyć.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Mówiąc innymi słowy, możemy odwołać się do potrzeby „centrum”, jak uczynił to francuski jezuita, późniejszy kardynał Henri de Lubac: „Koniecznie trzeba jakiegoś punktu, w którym skupiałaby się cała ludzkość, wszystkie jej kolejno następujące pokolenia. Ludzkość potrzebuje jakiegoś Centrum, około którego mogłaby się ześrodkować, czegoś Wiecznego, co by ją scalało; Absolutu, który by jej w najpełniejszym, najbardziej aktualnym znaczeniu dawał istnienie. Potrzebuje przyciągającego Magnesu.”
Reklama
Chociaż jest tu mowa o ludzkości, łatwo zorientować się, że to samo dotyczy każdego człowieka z osobna, bo każdy potrzebuje jednoznacznego punktu odniesienia. Wszystkie zasadnicze pytania egzystencjalne zaczynają się od „dlaczego?”. Nierzadko odznaczają się dwiema cechami charakterystycznymi: są łatwe do sformułowania, ale niełatwo znaleźć na nie odpowiedź. Dziś problem polega zasadniczo na tym, że tego typu pytania zeszły – czy też zostały zepchnięte – na dalszy plan, gdyż dominuje pytanie inne: „po co?”. Najprościej mówiąc, interesuje nas użyteczność: co z tego będziemy mieli? Jaką odniesiemy korzyść?
Tego rodzaju pytania pojawiają się także coraz częściej w dziedzinie wiary i religii. Owszem, trzeba je stawiać, jak czynił to choćby św. Augustyn w traktacie De utilitate credendi, czyli O pożytku wiary. Nie mogą to być jednak pytania pierwsze ani tym bardziej jedyne uobecniające się w porządku religijnym.
Dzisiaj, zwłaszcza na poziomie intelektualnym, coraz częściej powracającym problemem jest zatrzymywanie się na samym stawianiu pytań. Rozważając dialektykę: pytanie–odpowiedź w postaci, jaką obecnie ona przybrała, niejednokrotnie powracam do znanego, a także kontrowersyjnego filozofa niemieckiego Martina Heideggera.
Wpłynął on i przez swoje pisma nadal mocno wpływa na samoświadomość myśli współczesnej oraz jej reperkusje, chociaż nie zawsze jest to należycie zauważane i poddawane krytycznej analizie. Wystarczy wspomnieć, jak wielkie znaczenie ma w ramach jego propozycji antropologicznych kategoria „projektu”, która niemal zawładnęła dzisiejszą nauką czy też aktywnością społeczną, mając ewidentnie antyhumanistyczne znaczenie.
Reklama
Czytając zawiłe pisma Heideggera, bardzo często zastanawiałem się, w czym kryje się źródło jego wpływu, a nawet entuzjazm, z którym się on spotyka. Uważam, że w znacznej mierze pozostaje on „mistrzem pytań”. Te, które stawia i zgłębia, rzadko zmierzają do udzielenia odpowiedzi, a jeszcze rzadziej taką odpowiedź zawierają. W ich niewątpliwej wnikliwości jest jednak coś fascynującego i olśniewającego.
Idąc ich tokiem, wydaje się, że udzielenie na nie odpowiedzi nie ma praktycznie większego znaczenia lub jest po prostu drugorzędne. Niemal wszystkie teksty Heideggera kończą się kolejnym zestawem pytań. Czy bał się odpowiedzi? Moim zdaniem tak.
Nawet w wywiadzie dla „Der Spiegel” (23 września 1966 r.), co do którego wniósł zastrzeżenie, że może ukazać się dopiero po jego śmierci (1976 r.), padające w nim słynne zdanie, na które wielu się powołuje: „Tylko Bóg mógłby nas jeszcze zbawić”, nie jest stwierdzeniem pozytywnym ani tym bardziej odpowiedzią.
Jest wahaniem się, o czym świadczy dalsza część wypowiedzi Heideggera: „Jedyne, co możemy zrobić, to przygotować w poezji i w myśleniu gotowość na pojawienie się Boga albo w upadku – gotowość na brak Boga, na to, że w obliczu nieobecnego Boga czeka nas upadek”. My nie szukamy nowych pytań, ale odpowiedzi fascynującej i angażującej ze względu na nas samych i na nasze życie, mającej dla nas wyjaśniające znaczenie. Sens pytań bowiem mierzy się udzielanymi odpowiedziami i nadanym im znaczeniem.
Powróćmy więc do ogólnego zagadnienia: „dlaczego święci?”.
Jest to tym ważniejsze, że dzisiaj nie jest ono powszechnie podejmowane, a wręcz całkowicie się z niego rezygnuje. W oparciu o arbitralne założenia pseudoteologiczne widzi się w świętych, a nawet w Najświętszej – Maryi Matce Bożej, jakąś konkurencję dla Boga czy też zasłonę, która nie pozwalałaby na dojście do Niego.
Reklama
Tymczasem święci są autentycznymi egzegetami, czyli interpretatorami wiary katolickiej. Tak widzi ich, z konkretnym odniesieniem do św. Franciszka z Asyżu, papież Mikołaj IV. Czytamy o tym w przytoczonej na początku bulli, w której dokonał zatwierdzenia trzeciego zakonu franciszkańskiego, czyli tego przeznaczonego dla świeckich.
Papież ukazuje w niej najpierw ogólny sens wiary katolickiej, a potem wskazuje na św. Franciszka jako tego, który „pokazał słowem i przykładem drogę dojścia do Pana”, czyli sposób wyznawania wiary. Ta sama zasada odnosi się do wszystkich męczenników i świętych. Widzimy w ich życiu obecność Ducha Świętego, który inspiruje i pozwala wytrwać w wierze. Są oni wcielonymi odpowiedziami na pytania o liczne „dlaczego?” dotyczące naszej egzystencji i naszego zbawienia.
Pokazują nadzwyczaj jasno, że życie człowieka to udzielanie istotnych odpowiedzi na istotne pytania. Udowadniają, że te odpowiedzi są możliwe i konieczne w każdym miejscu i w każdym czasie. Potwierdzają, że każda prawdziwa i wypełniona treścią odpowiedź odnosząca się do najbardziej zasadniczych kwestii egzystencjalnych musi wychodzić od Centrum, czyli od Jezusa Chrystusa, oraz bezpośrednio dotyczyć zbawienia, Kościoła, wieczności.
Święci przypominają, że musi być ona zakorzeniona w pytaniu o Jezusa Chrystusa, a w udzielanych odpowiedziach ciągle na nowo prowadzić do Niego. Stąd też rodzi się kolejna refleksja: „dlaczego jeszcze św. Franciszek?”. Pewnie dlatego, że – wraz z nim i tak jak on – chcemy być egzegetami i interpretatorami słowa Bożego i danej nam wiary. Pragniemy uchwycić ich głębsze znaczenie, możliwość i zakres oddziaływania.
Reklama
Chcemy widzieć, wzdłuż naszej drogi, którą postępujemy naprzód, Ducha Świętego – danego nam Ducha naszej codzienności, pragnąc mocnego trzymania się tego, co oznacza słowo „wierzę”.
Chcemy ubogacić się „szczerością” wiary Franciszka, jak zapisał papież Mikołaj IV. Tą szczerością, która sięgnęła tak daleko, że szybko pozwoliła nazwać go nieco zuchwale „drugim Chrystusem” (alter Christus).
Ten przywilej nie spotkał żadnego innego świętego ani nigdy wcześniej, ani nigdy potem. „Drugi Chrystus” – imię to wystarczyłoby jako odpowiedź na towarzyszące nam „dlaczego?” i uzasadniałoby każdą następną refleksję. Walter Nigg to znany badacz historii świętych, który z rzadko spotykaną wnikliwością zdołał uchwycić i wyrazić fizjonomię duchową oraz wewnętrzną strukturę życia wielu wyniesionych na ołtarze Bożych wybrańców. Stwierdził on, że św. Franciszek jest „średniowiecznym obrazem Chrystusa”, przy czym średniowiecze ma dla niego jak najbardziej pozytywne znaczenie.
Reklama
Rzeczywiście, święty Biedaczyna swoją biografią wyrastającą z ewangelicznej wiary odmalował historycznie wobec swoich współczesnych rysy i postawy Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Przekazał ten wymowny obraz Kościołowi, który szybko uznał jego niezwykłą wartość. Świadczy o tym błyskawiczne rozszerzenie się zakonów franciszkańskich, męskiego i żeńskiego, we wszystkich krajach europejskich. W kontekście tych rozważań można powiedzieć za szwajcarskim teologiem Hansem Ursem von Balthasarem: „Kościół nie potrzebuje krytyków – Kościół potrzebuje artystów, którymi są święci”.
A więc potrzebuje artystów, którzy swoim życiem malują obraz Chrystusa na miarę swojej epoki. Prawdziwym artystą jest ten, kto swoim życiem zdoła wymalować autentyczny, przejrzysty, bosko-ludzki portret Jezusa z Nazaretu, Syna Bożego.
Jaki portret maluje więc każdy z nas? Dlaczego święci? Dlaczego św. Franciszek?
Wielki teolog z Tybingi, twórca dzisiejszej katechetyki, Johann Baptist von Hirscher (1788–1865), zanotował w jednym ze swoich niezwykle licznych pism taką oto uwagę: „Każdy święty jest ustami słowa Bożego i ręką, która prowadzi za rękę jego wędrówkę”.
To zdanie, może jak do nikogo innego, odnosi się do św. Franciszka i znajduje w nim potwierdzenie. On rzeczywiście był i pozostaje „ustami słowa Bożego”. Całym swoim życiem, niestrudzenie, wbrew niesprzyjającym okolicznościom, głosił słowo Boże. Nie głosił swoich idei, nie głosił swoich poglądów i przekonań, swoich osobliwych doświadczeń czy wręcz siebie samego. On sam stał się „miejscem”, w którym czyste słowo Boże „zagęszczało się” i „obiektywizowało” w czasie, pokazując swoją żywą treść i przemieniającą moc.
Reklama
W drugiej części swojej uwagi Hirscher zawarł pewien paradoks. Wiemy, że słowo, które Bóg skierował do człowieka, wychodzi nam naprzeciw i że to ono bierze nas za rękę, aby prowadzić przez życie. Słowo Boże nie boi się człowieka ani żadnego z jego pytań, choćby najbardziej niewygodnych; wszystko jest przed nim otwarte. To słowo skierowane jest do człowieka i dla człowieka. Jest jednak niewątpliwą prawdą także to, co zauważył Hirscher, że człowiek może i powinien „wziąć słowo Boże za rękę”, aby zaprowadzić je do ludzi i do świata.
Słowo Wieczności w swoim przedziwnym „zstępowaniu” składa się w ręce ludzi, ryzykując, że straci na swojej wymowie i swoim znaczeniu, ale podjęte przez świętych i wprowadzane w życie kontynuuje wpisaną w nie swoją ekonomię zbawczą. Kościelne dzieje słowa Bożego zależą w znacznej mierze od sposobu, w jaki święci – „ręce Boże” – prowadzą za rękę słowo Boże i współtworzą jego wędrówkę. Warto więc zapytać, w jakiej mierze także my jesteśmy ustami słowa Bożego i rękami, które prowadzą je przez nasz świat.
Do stawiania pytań będziemy jeszcze powracać. Wydaje się, że to też jest sposób na nawiązanie dalszej rozmowy ze św. Franciszkiem, tak jak on nawiązywał ją z ludźmi. O jego kazaniach Tomasz ze Spalato powiedział, że głosił je „jakby prowadził rozmowę”. Prowadząc dialog ze św. Franciszkiem, będzie nam łatwiej odnieść jego życie do naszego, a tym samym zastosować znalezione odpowiedzi.
Materiał prasowy
Fragment książki „Drugi Chrystus. Śladami św. Franciszka z Asyżu” (wyd. Biały Kruk) ks. prof. Janusza Królikowskiego. 320 stron, format 16,5 cm x 23,5 cm: Zobacz
