Internet obiegły pierwsze zdjęcia papieża Leona XIV po operacji – leżącego w łóżku, w niebieskiej szpitalnej koszuli, z wenflonem na lewej ręce, z delikatnym uśmiechem na twarzy. Ale uśmiechu media nie eksponowały, wręcz przeciwnie, zarówno w Polsce, jak i na świecie przy tekstach królowały nagłówki: „Papież jest chory na nowotwór złośliwy”. Powiało grozą. Nawet z Watykanu popłynął komunikat, że „diagnoza lekarska spadła na wszystkich jak grom z jasnego nieba”. Nikt nie spodziewał się, że tak niedawno wybrany papież, będący okazem zdrowia, ćwiczący na siłowni, grający w tenisa, jeżdżący konno, nagle zachoruje na raka płuc. I chociaż włoska prasa podaje, że „od początkowego niepokoju” można już przejść „do ostrożnego optymizmu”, to faktem pozostaje, że ta choroba z papieżem pozostanie, albo w postaci dalszych terapii albo systematycznych badań kontrolnych, którym – jak zawsze w przypadku nowotworu - będzie towarzyszyć niepewność. A świat będzie ogarniał lęk o zdrowie i życie papieża. Zresztą watykański sekretarz stanu zapwoiedział, że„papież przemodeluje swój pontyfikat, jeśli będzie to konieczne”.
Reklama
Leon XIV z pewnością ma tego pełną świadomość – zauważmy, że kilka dni przed operacją powołał nawet nowego dziekana Kolegium Kardynalskiego – kardynała Tagle – którego ważnym zadaniem jest przewodniczenie konklawe. Papież też sam poinformował świat o swej chorobie i poprosił o modlitwę. Paradoksalnie, w tym roku 16 października, a więc w rocznicę wyboru św. Jana Pawła II, na placu świętego Piotra tłumy ludzi modliły się – za wstawiennictwem papieża Wojtyły – o zdrowie dla Leona XIV. Takiego scenariusza nikt by nie wymyślił. Ciekawe też jest, że to właśnie Jana Pawła II media zaczęły przywoływać natychmiast po ogłoszeniu światu, że Leon XIV zachorował na nowotwór. W mediach społecznościowych zamieszczono nagranie, w którym Jan Paweł II przekonuje mocnym głosem, że „papież musi cierpieć”. W różnych intencjach: za Kościół, za świat, za poszczególne narody. Tak, jakby ciepienie papieża miało dodatkowy wymiar. Jakby było do czegoś potrzebne. Wręcz niezbędne.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Słowa Jana Pawła II wynikały z wyraźnego dotknięcia osobistym cierpieniem - jego pontyfikat stał się w istocie pontyfikatem cierpienia. W 1978 roku, gdy obejmował Stolicę Piotrową był – jak Leon XIV – zdrowy, wysportowany, jeździł na nartach, pływał, wędrował po górach. I nagle: stop! Strzały na placu św. Piotra i zamach na życie – zaledwie dwa lata po wyborze –nadwerężyło to jego zdrowie już na zawsze. Jan Paweł II przeszedł wiele operacji, usłyszał wiele złowieszczych diagnoz lekarskich, ostatnie cwierć wieku jego życia to pasmo nieustannych cierpień, na które trudno już było patrzeć.
Za słowami „papież musi cierpieć” kryje się jednak głębszy sens. Jan Paweł II w ten sposób to interpretował: „Zrozumiałem, że muszę wprowadzić Kościół w trzecie tysiąclecie nie tylko modlitwą i różnymi inicjatywami, ale również poprzez Ewangelię cierpienia…”.
Reklama
Słusznie napisał jeden z watykanistów, że „od Wojtyły po Franciszka kruchość papieży często wzmacniała ich nauczanie”. Właśnie o to chodzi w tej pozaludzkiej logice. Choroba dotyka wszystkich, nawet papieży, którzy są następcami Chrystusa na Ziemi, a mimo to bezradni i besilni wobec niejednej lekarskiej diagnozy. Ich sposób przeżywania cierpienia jednak, może wskazywać kierunek, w jaki sposób traktować cierpienie w świetle wiary. Teologia cierpienia bowiem, chrześcijański sens cierpienia jest zawsze taki sam: wskazuje na Chrystusa, który cierpiał na krzyżu. Ale też zmartywchwstał. Cierpienie nie jest ostatnim słowem. Cierpienie w chrześcijaństwie ma wymiar zbawczy. „W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa” – mówił za św. Pawłem papież Polak, dodając, że cierpienie może człowiekowi dodać mocy duchowej. Sam Jan Paweł II poszedł jeszcze o krok dalej: dziękował za swe cierpienie: „Chciałbym wyrazić dziś przez Maryję moją wdzięczność za dar cierpienia. Zrozumiałem, że ten dar był niezbędny…”. Ale to już jest heroizm wiary. Wyznanie na miarę świętości.
Dlaczego teraz musi cierpieć papież Amerykanin?
Z pewnością kiedyś objawi się tego sens.
