Reklama

Wiadomości

Fakty, z którymi musimy się pogodzić

Ze szczerym zatroskaniem podejmuję ten niełatwy temat. Ale i z przeświadczeniem, że – jak mało który – zasługuje on na uczciwe potraktowanie, można by rzec – na „uczciwy proces”

A do tego daleko. Każdą bowiem racjonalną próbę obywatelskiego zastanowienia się nad tym, do czego doszło w Smoleńsku w 2010 r., zagłusza bezrozumny, prymitywny rechot. Rechot niewątpliwie sterowany. Ale też rechot ochoczy, rechot przeświadczonych o własnej wyższości, mający upokorzyć tych, których nie zadowala oficjalna wersja wyjaśnienia wydarzeń. Ubolewający nad ich głupotą. Niedający im dojść do słowa. Mający zakrzyczeć ich argumenty, nie dopuścić do ich wyartykułowania.

Bez kompromisów

Nie sprzyja to jakimkolwiek próbom dojścia do prawdy. Podkreślam: do prawdy, nie do jakiegoś kompromisu poglądów. Do rzetelnego ustalenia faktów – a więc czegoś, czego nie da się wynegocjować. Co więcej, atmosfera ta utrudnia to zadanie bardziej niż brak dowodów rzeczowych, takich jak wrak samolotu, bardziej niż jawne ograniczenie zdecydowanej większości polskiego współudziału w śledztwie do jawnej fikcji (na co są niezliczone dowody), bardziej nawet niż urzędowe raporty, całkowicie sfabrykowane i mające poświadczyć wewnętrznie sprzeczną i niedającą się obronić wersję wydarzeń.

Oficjalne raporty (polski jest – z drobnymi, drugorzędnymi modyfikacjami – powtórzeniem rosyjskiego) sprowadzają się w istocie do uznania za przyczynę katastrofy błędu pilotów, rzekomo zdeterminowanych, by lądować na przekór niesprzyjającym okolicznościom. W wyniku ich niefrasobliwości samolot miał utracić końcówkę skrzydła w zderzeniu z brzozą (w polskiej wersji: przeszkodą), a następnie uderzyć w ziemię.

Reklama

Najwyraźniej z premedytacją pozwolono sobie na podanie powodu byle jakiego, w przeświadczeniu, że nikt nie odważy się go zakwestionować. Cóż może bowiem wyrządzić stutonowemu samolotowi, zbudowanemu ze stali i duralu, muśnięcie brzozy? Podobnej wielkości amerykański samolot pasażerski w drodze na lotnisko skosił żelbetowy słup trakcji energetycznej, co nie przeszkodziło mu wylądować bez szwanku. Brzoza więc to nawet nie pretekst czy wymówka – to arogancka kpina z inteligencji informowanych. O brzozę można się „wykoleić”, jadąc na motocyklu, a nie lecąc rejsowym samolotem. Co więcej, ów utracony (rzekomo w zderzeniu z brzozą) koniec skrzydła nie przeszkodziłby samolotowi w bezpiecznym wylądowaniu. Mimo to rozważaniu wątku „pancernej brzozy” poświęcono sporo czasu. Stanowczo zbyt wiele. Zajmowali się nim także naukowcy zdecydowanie odrzucający oficjalną wersję wyjaśnienia wydarzeń.

Owo oficjalne wyjaśnienie jest bez wątpienia sprzeczne z dostępnymi każdemu zainteresowanemu obserwatorowi oczywistymi świadectwami materialnymi. Przede wszystkim z raportem polskich archeologów z Wrocławia, którzy w październiku 2010 r. – pół roku po katastrofie, zanim doszło do „uporządkowania” (w tym częściowego pokrycia betonową nawierzchnią) terenu między aleją Kutuzowa a miejscem, gdzie spadł samolot – zbadali dokładnie ten obszar, pracując zresztą ramię w ramię z analogiczną ekipą rosyjską. Ustalili oni, że w ostatniej fazie lotu z samolotu sypały się fragmenty konstrukcji oraz ciał pasażerów. Na przestrzeni ostatnich kilkuset metrów teren był nimi dosłownie usiany. Nasi archeologowie znaleźli ok. 30 tys. takich, w większości mierzących niewiele centymetrów, fragmentów, świadczących o tym, że tupolew rozpadał się w powietrzu. A całkowitą ich liczbę oszacowali na ok. 60 tys.

Uczciwa analiza

Wynika z tego, że samolot musiał w tej fazie lotu ulec destrukcji, której nie da się wytłumaczyć inaczej niż serią eksplozji, które doprowadziły do jego rozpadu. Upadek grawitacyjny w wyniku błędu pilotów czy też wadliwego naprowadzania nie mógłby poskutkować dezintegracją maszyny – zbudowanej przecież, jak wspomniano, ze stali i duralu – na tak wielką liczbę części. Taka konstatacja nie wymaga praktycznie żadnej specjalistycznej wiedzy. Wystarczą do tego szczypta zdrowego rozsądku oraz świadomość, że samolotów nie konstruuje się z porcelany.

Reklama

Poświadczają to zdjęcia wraku tuż po katastrofie – to, co zostało z kadłuba, jest rozwarte, z blachami wywiniętymi na zewnątrz. Takim odkształceniom ulega konstrukcja pod działaniem silnych ciśnień wewnętrznych. O tym, że samolot, uderzając w ziemię, nie stanowił już jednolitej, zintegrowanej konstrukcji, świadczy też brak wyraźnie zarysowanego krateru w miejscu, gdzie spadł. A poświadczają to również informacje o wyrwanych z konstrukcji nitach, które znajdowano w niektórych z poddawanych dodatkowym (polskim) sekcjom zwłokach ofiar.

Wspomniany raport archeologów został totalnie zignorowany przez gremia, które sporządzały oficjalną wersję wydarzeń, bo do niej nie pasował, mimo że został przekazany odpowiednim władzom, m.in. prokuraturze wojskowej. Utajniono go najwyraźniej bezterminowo, jak się można domyślać – „dla dobra śledztwa”.

Wydawałoby się, że już od paru stuleci żyjemy w epoce rozumu. Czyli w epoce, w której – przy wszelkich różnicach w poglądach i w stosunku do tradycyjnych wartości – łączy nas wszystkich zaufanie do ustaleń dokonanych metodami naukowymi, jako łatwych do skontrolowania i zweryfikowania. Tego rodzaju wspólnotę można by uznać za obowiązujący na obecnym etapie rozwoju ludzkości element człowieczeństwa. Co więcej, tego rodzaju wiedza byłaby niewątpliwie dziedziną wspólną dla nas i innych, pozaziemskich cywilizacji, jeśli znajdują się gdzieś w bezmiarach wszechświata. I oto okazuje się, że tego rodzaju ustalenia nie mają mocy rozstrzygającej w XXI wieku w dużym europejskim kraju, który postrzega się jako „państwo prawa”. Nasuwa się więc pytanie, czy w ogóle da się wskazać jakieś zobiektywizowane kryterium, które można by sensownie uznać za obowiązujące w skali ogólnoludzkiej. Pozostawiając już na boku sprawę oczywistej, zdawałoby się, wspólnoty narodowej.

Bezsporne dowody

W konkretnych warunkach tzw. III Rzeczypospolitej zaskakujące wydaje się, że w ogóle doszło do powstania wspomnianego wyżej raportu polskich archeologów, który można postrzegać jako niedopatrzenie organizacyjne w realizacji generalnej linii zmierzającej do wyeliminowania jakiegokolwiek polskiego współudziału w posmoleńskim śledztwie.

Ale tak już bywa z każdą, nawet najstaranniej sfabrykowaną fikcją. Wskutek niedoskonałości natury ludzkiej zawsze, prędzej czy później, „wyjdzie jakieś szydło z worka”. Wolne są od tego jedynie rzetelne, obiektywne badania, ukierunkowane na dociekanie prawdy, choć i one nie zawsze bywają skuteczne.

Tak czy inaczej, bez względu na to, czy dochodzeniu do prawdy sprzyjają okoliczności (wyjaśnianiem sprawy Katynia Kongres amerykański zajął się dopiero wtedy, gdy doszło do konfrontacji USA z imperium sowieckim w ramach zimnej wojny), dowody faktyczne poświadczające, że w Smoleńsku doszło do zamachu, są bezsporne. I jakoś będziemy musieli sobie jako naród – o ile wciąż jesteśmy jeszcze wspólnotą narodową i do jakiego stopnia – z tym poradzić. Przede wszystkim mentalnie, chowanie głowy w piasek i pozostawianie rozwiązania tej sprawy potomności nie jest bowiem żadnym rozwiązaniem – byłoby jedynie jakąś formą uczestnictwa w hańbie, jaką okryły się władze III Rzeczypospolitej, bez względu na to, jaką część bezpośredniej odpowiedzialności za tę tragedię ponoszą same, bo ich aktywny współudział w mataczeniu w śledztwie smoleńskim jest bezsporny. Wyobraźmy sobie np. premiera Izraela zacierającego świadectwa Holocaustu i potępiającego tych, którzy pragną badać i wyjaśnić tę zbrodnię. A przecież Izrael jest wielokrotnie mniejszy od Polski, miałby więc o wiele więcej powodów, by siedzieć cicho i nie narażać się silniejszym. A my, którzy uratowaliśmy z Zagłady najwięcej Żydów, mielibyśmy zaaprobować zamordowanie naszej własnej elity z Prezydentem RP na czele? W imię jakich racji?

Ograniczam się w tym tekście jedynie do spraw czysto naukowych. Pragnę wszakże zwrócić uwagę na to, jak wiele wersji było rozpowszechnianych w ciągu ostatnich lat w intencji wyprowadzenia śledztwa smoleńskiego na manowce. Należy do nich także ta, częściowo potwierdzona przez zapis czarnych skrzynek, o celowym złym naprowadzaniu pilotów tupolewa przez rosyjskich kontrolerów lotu. Występuje w niej generał, pozostający w stałym kontakcie telefonicznym z Moskwą, który wywiera na owych kontrolerów naciski. Skąd się wzięła ta wersja? Czy ktoś, poza Rosjanami, mógł zaobserwować ową sytuację? Kryje ona w sobie domysł celowego zbrodniczego działania, a więc zamachu, ale pozostawia też szeroki margines sprowadzenia całej sprawy do „normalnego” rosyjskiego bałaganu. Badaniem rozmaitych aspektów tej sprawy zajmuje się nowa już podkomisja prowadząca smoleńskie śledztwo. Moim zaś zdaniem, to jest także zmyłka, na jaką wielu dało się nabrać. Celowe złe naprowadzanie samolotu jest wprawdzie ze wszech miar naganne, ale w tym szczególnym przypadku powinno być przedmiotem dociekań jedynie prawnych, a nie naukowych. W nauce obowiązuje bowiem tzw. brzytwa Ockhama, czyli eliminacja hipotez niemogących doprowadzić do ustalonych skutków. Skoro tupolew rozpadł się na 60 tys. kawałków, nie mogło dojść do tego na skutek błędu czy celowego działania kontrolerów lotu, podobnie jak nie mogło do tego dojść wskutek błędu pilotów. Choćby byli pijani i pobili się w kokpicie...

Wystarczy myśleć i nie dać się ogłupiać

Nie wiem, jakie będą ustalenia działającej obecnie podkomisji. Nie jestem specjalistą w zakresie wypadków lotniczych. Przedstawiłem tylko w ogólnych zarysach podstawowe fakty, do których zrozumienia nie potrzeba żadnej szczególnej wiedzy. Trzeba jedynie odrobinę myśleć i nie dać się ogłupiać. Traktuję ten tekst jako pierwszy krok w kierunku rozumowego podejścia do opisywanej katastrofy. Rodzaj mentalnej śluzy, która pozwoli przejść od histerycznej atmosfery, w której liczą się złe spojrzenie ministra czy to, co sądzą o katastrofie Polacy (kiedyś słuchaliśmy w telewizji opinii prządek łódzkich o imperializmie amerykańskim), do trzeźwego spojrzenia na fakty. Poddanie się takiemu zabiegowi jest, moim zdaniem, niezbędne dla narodowego zdrowia psychicznego, ba – może dla dalszego istnienia polskiej wspólnoty narodowej.

Pozostawiam mądrzejszym od siebie formę, w której możliwie największa liczba Polaków będzie mogła się zapoznać z tym tekstem. Także, a może zwłaszcza tych, którzy są przekonani, że nie doszło do żadnego zamachu. Niech choć trochę otrzeźwieją, zanim dojdzie do ogłoszenia kompetentnego i rzetelnego raportu. Choćbyśmy z rozmaitych względów musieli jeszcze długo na to poczekać...

* * *

Prof. zw. dr hab. inż. Bolesław Orłowski
Profesor nauk humanistycznych, historyk techniki, od 2012 r. członek Komitetu Konferencji Smoleńskich

2017-05-04 09:44

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

W katastrofie smoleńskiej zginęło 10 duchownych różnych wyznań

[ TEMATY ]

Smoleńsk

katastrofa smoleńska

Eliza Radzikowska-Białobrzewska/KPRP

W piątek 10 kwietnia minie dziesiąta rocznica tragedii smoleńskiej, w której zginęli wszyscy pasażerowie państwowej delegacji zmierzającej na uroczystości upamiętnienia Zbrodni Katyńskiej. W katastrofie lotniczej wśród 96 osób śmierć poniosło dziesięciu duchownych różnych wyznań.

10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem zginęli wszyscy pasażerowie - 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka Maria. Polska delegacja zmierzała na uroczystości z okazji 70. rocznicy Zbrodni Katyńskiej.

W katastrofie zginęli zasłużeni duchowni kilku wyznań: kapelani, duszpasterze, działacze pozarządowi, wykładowcy uczelni wyższych, opiekunowie Polonii. Poniżej przedstawiamy ich krótkie biogramy.

Ks. Bronisław Gostomski (ur. 9 listopada 1948 - zm. 10 kwietnia 2010) - kapelan prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego, duszpasterz londyńskiego środowiska Rodzin Katyńskich, opiekun Polonii. Proboszcz w Peterborough, następnie w Bradford i Londynie. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ks. infułat Zdzisław Król (ur. 8 maja 1935 - zm. 10 kwietnia 2010) - doktor prawa kanonicznego, od 1996 r. postulator procesu beatyfikacyjnego ks. Jerzego Popiełuszki na etapie diecezjalnym, były kapelan Warszawskiej Rodziny Katyńskiej, współorganizator pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Był publicystą, przewodniczącym Rady Programowej miesięcznika "Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie", tygodnika "Przegląd Katolicki" i Katolickiego Radia Józef. Publikował kazania w zbiorze pt. "Świętokrzyskie Kazania Radiowe" oraz artykuły w "Tygodniku Solidarność" oraz w tygodniku katolickim "Niedziela". Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ks. Andrzej Kwaśnik (ur. 10 listopada 1956 - zm. 10 kwietnia 2010) - kapelan Federacji Rodzin Katyńskich, stołecznego Oddziału Prewencji Policji, warszawskiego stowarzyszenia „Rodzina Policyjna 1939”, stowarzyszenia „Rodzina Policyjna”, Komendy Powiatowej Policji w Piasecznie, kapłan archidiecezji warszawskiej. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ks. płk Jan Osiński (ur. 24 marca 1975 - zm. 10 kwietnia 2010) - kapłan Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, wicekanclerz Kurii Polowej Wojska Polskiego, sekretarz biskupa polowego Tadeusza Płoskiego, naczelny kapelan Straży Ochrony Kolei, kapelan Komendy Głównej Straży Ochrony Kolei w Warszawie, kapelan Bazy Lotniczej w Warszawie. Pośmiertnie awansowany na stopień pułkownika, odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz uhonorowany tytułem "Zasłużony dla Miasta Warszawy".

Ks. płk Adam Pilch (ur. 26 czerwca 1965 - zm. 10 kwietnia 2010) - duchowny luterański, kapelan, Naczelny Kapelan Wojskowy Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w RP. Pracował w parafiach w Warszawie, Żyrardowie i Węgrowie. Był członkiem Kapituły Orderu Uśmiechu. Uczestniczył w spotkaniach z żołnierzami w misjach pokojowych w Kosowie, Libanie i Czadzie. Pośmiertnie awansowany do stopnia generała brygady i odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ks. Roman Indrzejczyk (ur. 14 listopada 1931 - zm. 10 kwietnia 2010) - kapelan prezydenta Lecha Kaczyńskiego, rektor kaplic prezydenckich (2005-2010), kanonik Kapituły Kolegiackiej Kampinosko-Bielańskiej. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego. Był w różnych okresach swojego życia m.in. duszpasterzem szpitala psychiatrycznego w Tworkach, proboszczem parafii Dzieciątka Jezus na warszawskim Żoliborzu, nauczycielem religii. W czasie PRL współpracował z działaczami opozycji solidarnościowej. Był także krajowym duszpasterzem służby zdrowia i wiceprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Bp Tadeusz Płoski (ur. 9 marca 1956 - zm. 10 kwietnia 2010) - biskup polowy Wojska Polskiego, doktor habilitowany nauk prawnych, od 2004 r. generał dywizji, kapelan Biura Ochrony Rządu, Krajowy Duszpasterz Kombatantów. W ramach prac Konferencji Episkopatu Polski był członkiem Rady Prawnej oraz delegatem ds. harcerzy, kombatantów i duszpasterstwa policji. W 2005 został powołany w skład Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Należał do Zakonu Bożogrobców. Pośmiertnie awansowany do stopnia generała broni i odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Ks. prof. Ryszard Rumianek (ur. 7 listopada 1947 - zm. 10 kwietnia 2010) - profesor nauk teologicznych, członek Zakonu Rycerskiego Grobu Bożego w Jerozolimie. Podczas kształcenia w seminarium duchownym był kolegą Jerzego Popiełuszki. Święcenia kapłańskie przyjął w 1972 z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego. Od 2005 r. rektor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Na uczelni pełnił także funkcje kierownika katedr: Historii Biblijnej i Filologii Biblijnej. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

O. Józef Joniec (ur. 12 października 1959 - zm. 10 kwietnia 2010) - członek zakonu pijarów, działacz pozarządowy, duszpasterz młodzieży, katecheta, przełożony pijarski, współzałożyciel i długoletni prezes Stowarzyszenia Parafiada im. św. Józefa Kalasancjusza, w ramach której był twórcą i organizatorem wielu imprez i programów edukacyjnych skierowanych do dzieci i młodzieży. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski i uhonorowany tytułem "Zasłużony dla Miasta Warszawy".

Abp Miron (Mirosław) Chodakowski (ur. 21 października 1957 - zm. 10 kwietnia 2010) - polski arcybiskup prawosławny, generał brygady, doktor teologii, prawosławny ordynariusz Wojska Polskiego. W latach 1984-1998 kierował monasterem Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy w Supraślu, prowadząc jego odbudowę ze zniszczeń dokonanych w czasie II wojny światowej i doprowadzając do ponownej organizacji męskiej wspólnoty monastycznej. Pośmiertnie awansowany do stopnia generała dywizji, odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, uhonorowany tytułem "Zasłużony dla Miasta Warszawy".

CZYTAJ DALEJ

Przewodniczący KEP: Reguła św. Benedykta lekarstwem dla europejskiej kultury

2020-07-11 12:38

[ TEMATY ]

abp Stanisław Gądecki

benedyktyn

benedyktyni

BP KEP

Abp Stansław Gądecki

Niech Reguła św. Benedykta stanie się lekarstwem dla zagrożonej europejskiej kultury. Niech ten wielki Święty pozostanie dla nas prawdziwym mistrzem, w którego szkole możemy się nauczyć prawdziwego humanizmu - mówił abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

Msza św. w święto św. Benedykta, patrona Europy, rozpoczęła Jubileusz 950-lecia Opactwa Benedyktynów w Lubiniu.

„Gdy upadało rzymskie imperium, wspólnota Kościoła przetrwała i rozkwitła dzięki Regule świętego Benedykta, która uratowała łacińską kulturę w klasztornych enklawach, które swoją siecią oplotły Europę. Klasztory zastąpiły biblioteki, szkoły, wyręczając po części dawne rzymskie państwo w jego obowiązkach. Niech także w naszych czasach Reguła świętego Benedykta stanie się lekarstwem dla zagrożonej europejskiej kultury. Niech uczy nas życia w szlachetnym rytmie wyznaczonym przez naprzemienną modlitwę i pracę" - mówił przewodniczący KEP w Lubiniu.

Abp Gądecki w swojej homilii odniósł się do trwałości lubińskiego opactwa benedyktynów, które przetrwało przez setki lat wiele wojen i katastrof. Nawiązując do tej historii, podjął refleksję nad tym, w jaki sposób możemy osiągnąć trwałość naszego życia i dzieł. Starając się odpowiedzieć na to pytanie - w świetle dzisiejszych czytań - zwrócił uwagę na cztery kwestie: mądrość Prawa Mojżesza, mądrość Chrystusa, mądrość św. Benedykta i mądrość lubińskich benedyktynów.

Nawiązując do Księgi Przysłów, mówił, że „człowiek „mądry” - wyposażony w wolną wolę - czyni to, co się Bogu podoba a unika tego, co się Bogu nie podoba”. (Prz 1,33; 2,11-12,20). Jako źródło odpowiedzi na pytanie: jak żyć mądrze i zapewnić trwałość naszym dziełom, abo Gądecki wskazywał też Ewangelię wg św. Mateusza. „Idzie o budowania na „skale”, jaką jest Chrystus. Tylko budowanie na Chrystusie i z Chrystusem daje pewność, że „dom”, jakim jest nasze życie, nie runie pod naporem przeciwności dziejowych” - mówił. Podkreślał, że „być mądrym, to zdawać sobie sprawę z tego, że trwałość domu zależy od jakości fundamentu”.

„Trzecia kwestia to mądrość św. Benedykta, który wzniósł swoje życie na skale Mądrości Chrystusa” - mówił dalej abp Gądecki. Przewodniczący Episkopatu nawiązał do historii życia św. Benedykta, który opuścił studia w Rzymie, aby przez trzy lata żyć w samotności jako eremita i dojrzewać duchowo. „Dzieło tego świętego, a w szczególności jego Reguła, zrodziły prawdziwy i ożywczy ferment duchowy, który sięgając poza granice jego ojczyzny i jego czasów odmienił oblicze Europy i - po zburzeniu jedności politycznej stworzonej przez cesarstwo rzymskie - doprowadził do powstania nowej jedności duchowej kontynentu" - mówił abp Gądecki. Podkreślił, że św. Benedykt, patron Europy, dzięki swej mądrości, „stworzył program, jakim Europa żyła ponad tysiąc lat, a którego brak zaczynamy dzisiaj bardzo dotkliwie odczuwać".

„Niewątpliwie dla stworzenia nowej i trwałej jedności Europy potrzebne są dzisiaj narzędzia polityczne, ekonomiczne i prawne, ale potrzebna jest przede wszystkim odnowa duchowa i etyczna, sięgająca chrześcijańskich korzeni europejskiego kontynentu. W przeciwnym razie odbudowanie Europy będzie budowaniem „na piasku”. Bez życiodajnych soków mądrości Chrystusa człowiekowi wciąż grozi niebezpieczeństwo, że ulegnie starej pokusie zbawienia się własnymi siłami. Między innymi dlatego - zabiegając o prawdziwy postęp - potrzebujemy także dzisiaj szanować Regułę św. Benedykta, upatrując w niej światła na drogach naszego życia. Niech ten wielki Święty pozostanie dla nas prawdziwym mistrzem, w którego szkole możemy się nauczyć prawdziwego humanizmu" - powiedział abp Gądecki, nawiązując do słów Benedykta XVI z kwietnia 2008 roku.

Przewodniczący KEP przypomniał, że uczniowie św. Benedykta dotarli do Polski już w X wieku, wraz z czeską księżniczką Dobrawą - aby tworzyć podstawy państwa i Kościoła. Opactwo lubińskie zaczęło powstawać w XI wieku, jednak jego budowa nie została ukończona a opactwo spłonęło. Odnowił je Bolesław Krzywousty w pierwszej połowie XII wieku. Jak mówił Przewodniczący Episkopatu, wielokrotnie w historii opactwo było łupione i niszczone. Po II rozbiorze Polski w 1793 roku - gdy Lubiń znalazł się w granicach Prus - władze pruskie stopniowo ograniczały samodzielność klasztoru. Ostateczna kasata nastąpiła w roku 1836. Benedyktyni wrócili do Lubinia dopiero w 1923 roku. W czasie II wojny światowej w zabudowaniach klasztornych umieszczono obóz przejściowy dla księży zakonnych i diecezjalnych z Wielkopolski. Stu pięćdziesięciu z nich wywieziono do obozu koncentracyjnego w Dachau, gdzie duża część z nich zginęła. Benedyktyni powrócili do Lubinia po wyzwoleniu 24 stycznia 1945 roku.

CZYTAJ DALEJ

Kard. Pell wspomina długie miesiące w więziennej celi

2020-07-12 09:34

[ TEMATY ]

kard. Pell

Włodzimierz Rędzioch

W więzieniach jest wiele dobroci, czasami mogą być jednak piekłem na ziemi. Miałem wiele szczęścia, że byłem bezpieczny i dobrze traktowany. Kard. George Pell pisze o tym dla amerykańskiego pisma „First Things”, w tekście zatytułowanym „Mój czas w więzieniu”.

Jest to pierwsze tak osobiste wspomnienie opublikowane po tym, jak po 400 dniach spędzonych za kratkami, wyszedł na wolność uniewinniony od zarzutów o pedofilię jednomyślnym orzeczeniem Sądu Najwyższego Australii.

Kard. Pell pisze o trzynastu miesiącach spędzonych w izolatce. „W Melbourne (10 miesięcy odosobnienia) mundur więzienny był zielonym dresem, ale w Barwon (3 miesiące izolacji) wydano mi jasnoczerwony kolor kardynała” – wspomina z humorem.

Ujawnia też detale z więziennego życia: prostą celę z solidnym łóżkiem, lampkę pomagającą czytać, zaledwie godzinę czasu na codzienny spacer i nieprzeźroczyste szyby na oddziale, przez które z trudem można jedynie było odróżnić dzień od nocy. Wyznaje, że był w izolacji dla własnej ochrony, ponieważ osoby skazane za wykorzystywanie seksualne dzieci, zwłaszcza duchowni, narażeni są na ataki fizyczne i wykorzystywanie. Także jemu grożono.

Kard. Pell wspomina, że słyszał więźniów kłócących się między sobą o jego winę i o tym, że większość strażników uznała go za niewinnego. Przeciwieństwem były, jak pisze, australijskie media „gorzkie w osądach i wrogie”.

Hierarcha zauważa, że antypatia wśród więźniów wobec sprawców nadużyć seksualnych na nieletnich jest powszechna w świecie anglojęzycznym - jest to ciekawy przykład prawa naturalnego wyłaniającego się w ciemności. „Nawet mordercy gardzą tymi, którzy gwałcą młodocianych. Jakkolwiek jest to ironiczne, ta pogarda nie jest wcale zła, ponieważ wyraża wiarę w istnienie dobra i zła, które często pojawia się w więzieniach w zaskakujący sposób” – pisze kard. Pell.

Wyznaje, że w czasie swej izolacji otrzymywał wiele listów od różnych ludzi. Pisał do niego m.in. pogrążony w ciemności więzień, prosząc, by zasugerował mu jakąś lekturę pomagającą przezwyciężyć zagubienie. „Poleciłem mu by przeczytał Ewangelię św. Łukasza” – wspomina były arcybiskup Sydney.

Wyznaje, że o swym uniewinnieniu dowiedział się oglądając w celi telewizję. „Zaskoczony młody reporter poinformował Australię o moim uniewinnieniu i był bardzo zdenerwowany jednomyślnością sędziów” – pisze hierarcha dodając, że wkrótce potem „został zwolniony do świata zamkniętego z powodu koronawirusa”.

Dziennikarze nie opuszczali go na krok. „Dwa helikoptery prasowe podążyły za mną z Barwon do klasztoru karmelitów w Melbourne, a następnego dnia dwa samochody z dziennikarzami towarzyszyły mi przez całe 880 km do Sydney” – wspomina emerytowany prefekt watykańskiego Sekretariatu ds. Ekonomii.

Podkreśla, że dla wielu czas spędzony w więzieniu jest okazją do zastanowienia się i konfrontacji z podstawowymi prawdami. „Życie w więzieniu pozbawiło mnie wszelkich wymówek, że jestem zbyt zajęty, by się modlić, a mój regularny plan modlitwy podtrzymywał mnie. Od pierwszej nocy zawsze miałem brewiarz, a Komunię Św. otrzymywałem co tydzień. Pięć razy brałem udział w Mszy Św., choć nie mogłem jej odprawić, nad czym szczególnie bolałem w czasie Bożego Narodzenia i Wielkanocy” – pisze kard. Pell. I dodaje: „Moja katolicka wiara podtrzymywała mnie, zwłaszcza świadomość, że moje cierpienia nie muszą być bezsensowne, ale mogą być zjednoczone z Chrystusem, naszym Panem. Modliłem się więc za przyjaciół i wrogów, za moich zwolenników i za moją rodzinę, za ofiary wykorzystywania seksualnego, za moich współwięźniów i strażników”.

W więzieniu, każdego dnia, kard. Pell prowadził dziennik. Po oczyszczeniu z wszelkich zarzutów postanowił go opublikować. Ukaże się nakładem jezuickiego wydawnictwa Ignatius Press, które zapowiada, że książka ta stanie się klasyką duchowości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję